Adam Lizakowski – Czy poeta Czesław Miłosz był kosmitą?

0
103

Cześć 1

Motto:

Moje sądy o Ameryce są więc zabarwione nie tylko przez pamięć o wschodniej części Europy, także przez dziesięcioletni pobyt w Europie Zachodniej.

(Widzenia nad Zatoką San Francisco, strona 183).

Przyjazd Czesława Miłosz do Kalifornii

Po dziesięciu latach życia w Francji, Europie, czekaniu na wizę amerykańską, szukaniu stałego zajęcia zarobkowania, szczęściarz, albo urodzony w czepku, lub jak mawiają Amerykanie urodzony ze srebrną łyżeczką w zębach poeta Czesław Miłosz przybywa do długo wyczekiwanej Ameryki. Jest rok 1960 po wielu staraniach i rekomendacjach otrzymuje pracę na renomowanym Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, którego myślą przewodnią stanie się z czasem slogan; Od pionierów akademickich w roku 1868 po Free Speech Movement w 1964 roku, Berkeley jest miejscem, w którym najmądrzejsze umysły z całego świata spotykają się, aby odkrywać, zadawać pytania i ulepszać świat. Taki slogan zobowiązuje i Amerykanie, to są ludzie poważnie, jeśli coś mówią, to i tak myślą. Poeta „prosto z nieba” przylatuje wraz z rodziną na początku października, bo w październiku rozpoczyna się rok akademicki, przeżył prawie pół wieku i jego bagaż doświadczeń życiowych jest ogromny.  W głowie miał plany nauczania młodych Amerykanów literatury, kultury narodu, o którym oni nie mieli większego pojęcia, (Polska, gdzie to jest, chyba gdzieś blisko Rosji?!), a poeta postanowił na nich eksperymentować (faszerować ich) polską poezją, przede wszystkim jej przekładem na język angielski, bo znajomość języka polskiego była wśród nich żadna. Postanowił przeprowadzić ich przez bramę polskości i języka w szeroki literacki świat. Nie mając do swojej przyszłej pracy właściwie żadnych pomocy naukowych, poza własnymi, skryptami czy notatkami, poeta – emigrant będzie chciał opowiedzieć o bogactwie polskiej kultury (im nieznanej), umiejętnie wciągając ich w swoją sieć tłumacza. I nie było to dla niego ważne, że nie znali nawet języka polskiego, (może to nawet i lepiej), bo z jego przekładów „rybek” polsko-amerykańskich oni robili „ryby” amerykańsko-amerykańskie. Praca nad przekładem będzie pewną ucieczką przed samotnością, przede wszystkim terapią oraz receptą na rzeczywistość, w której poeta się znalazł. Rzeczywistość  ta będzie jakimś specjalnym płynem może nawet i substancją w której będą powstawać poprzez fermentacje nowa słowa i przestrzenie wyobraźni, nowe życia/życie polskiej poezji.

Ameryka, Kalifornia, San Francisco Bay Area Miłosza sprzed 50 lat była o wiele ciekawsza niż ta drugiej dekady XXI wieku.  San Francisco i jego przedmieścia łącznie z Berkeley były dużo mniejsze, ale bardziej interesujące. Świat sztuki był mniejszy (nie było internetu) i zbliżenie sztuki „niskiej” i „wysokiej” a także awangardy i campusów uniwersyteckich było łatwiejsze i łatwiej się to wszystko przenikało nawzajem i inspirowało do działania. Miejsce pracy Miłosza campus uniwersytecki U.C. Berkeley to kosmos, część czegoś wielkiego, czego jeszcze w Polsce nie ma i chyba tak szybko nie będzie. A szkoda.  Przepięknie położony został zbudowany na górzystym terenie i zaprojektowany przez francuskiego architekta Émile Bénard, którego projekt otrzymał pierwsze miejsce na międzynarodowym konkursie w 1898 roku w Belgii. Głównym mecenasem uniwersytetu była niesamowita kobieta Phoebe Elizabeth Apperson Hearst, filantropką, feministką i sufrażystką. Uczelnia, to miejsce gdzie spotykając się ci, co mają coś do powiedzenia najwięcej w swoich dziedzinach, nie zawsze są to profesorzy, czy ludzie związani ze światem akademickim. Pani Phoebe, kobieta z wizją uczyniła z tego skrawka ziemi ponadczasowym skrawkiem kultury, głównymi miejscami uczelni to; Hearst Memorial Gymnasium i Wurster Hall,  the Faculty Club, Hearst Mining Building, oraz The Ark (Northgate Hall). Budynki rozplanowane wśród pięknej przyrody, która jest częścią przepięknego parku Tilden Regional.

 Miłosz przechodząc przez campus w drodze do pracy przez dwadzieścia lat mijał drzewa sekwoi, rododendrony, miłorzęby, drzewa wiśni, eukaliptusy, śliwy, czerwone buki, sosny Ponderosa, wśród których „rządziły wszędobylskie wiewiórki”, wiele gatunków ptaków. Najpiękniejszy i najmniejszy z nich koliber był wielkości dużego trzmiela a największym ptakiem była rybitwa, często zaglądająca do campusowych śmietników, wyjadająca porzucone frytki, dzieląca swym wielkim dziobem na kawałki niedojedzone hamburgery. Miłosz wychowany wśród drzew północy, chodząc szpalerami drzew lipy lub dębu czuł się dobrze w miejscu w którym była bardzo kolorowa i soczysta przyroda  śródziemnomorska. Jego dom w Berkeley chociaż na stronnym wzgórzu był położony, to był bardzo podobny do tego z dzieciństwa, ale pośród drzew, właściwie można powiedzieć parku lub nawet lesie.   W Kalifornii jak i w okresie dzieciństwa poeta będzie się budził pośród ptasich śpiewów, oddychał powietrzem nasiąkniętym zapachem kwitnących traw, krzewów i kwiatów.  Jedynie co różniło  Litwę wspomnień od teraźniejszości kalifornijskiej to ukształtowanie terenu, topografia, płaska Litwa i górzysta Kalifornia, która była jedynie plaska na plażach wzdłuż  oceanu.  Pamięć z przeszłości będzie przeplatać się z teraźniejszością, miejsca oddalone o tysiące kilometrów, przyroda ta, ale nie a sama, ożywiać będzie pamięć, karmić ją wspomnienia. Przyrodą mocno odciśnięta w świadomości nigdy nie opuści wyobraźni poety, który będzie ją opisywał w swoich książkach i wierszach kalifornijskich. Natura  piękna i łagodna, okrutna i surowa jej intensywność, fascynacja ją będzie towarzyszyć mu na amerykańskiej ziemi. Jednak ta sielskość uniwersytecka zostanie zmącona kosmicznymi     żywiołami niosącymi z sobą problemy stare i nowe. Starymi będzie walka czarnych obywateli o swoje prawa, a nowym wojna w Wietnamie.

Ameryka nie jest mu obca.

Czy można poznać Amerykę, czy można ją zrozumieć? Odpowiedz jest krótka, nie. Emigrant nie jest w stanie poznać i zrozumieć Amerykę. Poeta „poznał ją” jako chłopiec od strony natury czytając książki przygodowe, pisane dla młodzieży, które utkwiły mu w pamięci do końca życia. Książki, powieści, opowiadania o Ameryce z pogranicza refleksji naturalisty i osobistego wyznania, pisane dla młodzieży, były nie tylko dla Miłosza ale dla wielu innych czytelników w dalekiej Europie prawdziwymi kamieniami milowymi na drodze do marzeń o tym wielkim kraju. Osobiście ten wielki kraj zobaczył tuż po wojnie gdy cała Europa, Polska leżała w gruzach, jako pracownik polskiej ambasady, ale była to Ameryka widziana oczami dyplomaty oraz urzędnika. Nie bez trudów wyjechał z Polski jako dyplomata  w której dokonywały się przeogromne zmiany, awanse i rewolucja kadrowa, wymiana starych elit na nowe stanowiska, wyszukiwanie ludzi  do zarządzania, ale ideologicznie poprawnych. W miastach zakłady pracy i ocalałe z pożogi wojennej majątki, domy, dwory, często zamieszkiwane od kilku pokoleń na mocy nowych ustaw  własnościowych  zostają znacjonalizowane.  Na wsi za pomocą reformy rolnej państwo przejmuje ziemię, majątki, własność ziemską. Dzieją się rzeczy straszny i nowa władza  narzuca wszystkim obywatelom, partiom, stronnictwom swoje warunku.  Pisarze, poeci, literaci, muszą poddać się dyktatowi socrealizmu, państwo staje się jedynym pracodawcą i  to ono decyduje kogo i co się publikuje. Dla wielu pisarzy powstaje dylemat, czy poddać się komunistycznej ideologii czy pisać do szuflady. Poeta patrzy na te  wszystkie przemiany chodząc coraz bardziej nerwowo po  Nowym Yorku czy w  Washingtonie, żyje  czymś zupełnie innym, jest na innej planecie, dla niego liczy się przede wszystkim kultura polska, bardziej żyje nią w Ameryce niż byłbym w Krakowie czy Warszawie. Bardzo mocno angażuje się w sprawy dotyczące kultury polskiej w Ameryce, ślady jego zaangażowania znajdziemy w jego prywatnej korespondencji. Pętla nad kulturą, swobodnym życiem literackim w Polsce coraz bardziej się zaciska, w Stanach dużo pisze, przekłada wiersze z języków obcych, ale są coraz mniejsze ma możliwości publikacji własnej twórczości we własnym kraju  W Waszyngtonie powstaje Traktat moralny który ukazuje się w miesięczniku „Twórczość” w roku 1948  tuż przed oficjalnym ogłoszeniem w Polsce socrealizmu. W Ameryce sprawy kultury  tak bardzo go pochłaniają, że nawet życie polityczne Ameryki schodzi na plan dalszy, to z gazet „New York Times”, czy „Washington Post” wyczytuje wiadomości czym żyje Ameryka. A ta po II wojnie światowej stała się najważniejszym państwem z bloku państw zachodnich przeciwstawiających  się ZSRR. Dawne potępi europejskie Anglia i Francja potrzebowały pomocy finansowej potęgi gospodarczej zza oceanu, USA   dzieliły jej także tym, którzy kilka lat wcześniej walczyli przeciwko Ameryce, Włochom i Zachodnim Niemcom. W dalekiej Azji na Filipinach Amerykanie wciąż muszą pilnować swoich interesów, a w Korei walczyć z siłami ludowymi, które  podobnie jak Chiny chcą komunizmu.  Ameryka  tętni życiem, polityką zagraniczną także europejską. W Europie poza Wschodnią, bo ją już oddano Rosjanom dzieją się niepokojące rzeczy we  komuniści są w ataku we Włoszech, Grecji nawet małej Albanii, ale poeta za drzwiami placówki dyplomatycznej planuję kulturalny podbój Ameryki. Planuje ponad siły jednego człowieka promować polskość w kraju w którym większość nawet nie wie gdzie szukać Polski na mapie świata. Poeta „działa” na wielu płaszczyznach poza oficjalnym dyplomatycznym działaniem  są  jeszcze  inne „drzwi do salonów” do podboju Ameryki, będą spotkania z pisarzami, wieczory, odczyty,  konferencje, bankiety, debaty na których poeta z racji swoich obowiązków musiał bywać służbowo, ale już prywatnie „werbować” zwolenników sprawy polskiej kultury. Okres dyplomatyczny życia poety w Ameryce, to była bardzo wysoka cena, jaką musiał zapłacić  za „rozpoznanie terenu Ameryka”, ale to był czas bardzo dynamiczny i owocny, dużo podróżował od Nowego Yorku po Kalifornię, od San Francisco do Bostonu, wszędzie gdzie tylko był na plan pierwszy  wysuwała się polska kultura. Te „rozpoznanie” przyda mu się już później gdy zostanie profesorem w Kalifornii.  Jego praca i zaangażowanie na rzecz kultury polskiej spodobało się Amerykanom i rządowi w Polsce, budowanie fundamentów pod polską literaturę i szeroko pojętej kultury, ale nie podobało się Polakom w Ameryce, emigrantom, którzy w działalności poety widzieli agitację, propagandę komunistyczną.

Kalifornia wyciąga dłoń

Po raz trzeci Ameryka podała dłoń poecie, gdy łut szczęścia uśmiechnął się do niego. Los  rzucił go do Kalifornii, do której przyjedzie, a raczej przyleci samolotem z gotowym już światopoglądem, własną koncepcją filozoficzną. Kalifornia stanie się poematem, pretekstem do rozważań nad tą częścią Europy w której poeta się urodził i wychował. Zachód Ameryki stanie się odskocznią do  rozważania nad sprawami nie mającymi wiele wspólnego z Ameryką ale z Europą Wschodnią i Zachodnią. W licznych wierszach i  esejach, artykułach i książkach Miłosz w Kalifornii poeta wymyśli/stworzy swoją własną przestrzeń literacką w której zacznie budować analogie między jego wizją Ameryki, jak ją czuje, widzi, rozumie i nierozumnie a przeszłością pozostawioną z drugiej strony oceanu. Napisze wiersz, w którym stwierdzi; Nie wybierałem Kalifornii. Była mi dana. Skąd mieszkańcowi północy do sprażonej pustki? Tak była mu dana, ale czuł się w niej obco.  Aby nie czuć się obco stworzył na własny użytek alfabet nazwisk filozofów, myślicieli, teoretyków, krytyków, pisarzy, poetów, polityków, którzy mieli na niego wpływ, bądź tych którzy mieli podobny punkt widzenia i rozumienia świata do jego własnego. Gdy się bliżej przyjrzymy jego twórczości na przykładzie tylko jednej książki „Ogród nauk” to zauważymy, że poeta na jej dwustu pięćdziesięciu stronach powołuje się na około czterysta nazwisk ludzi żyjących w tak odległych od siebie czasach począwszy od Biblii poprzez literaturę francuską, amerykańska, angielską, polską, niemiecką oraz rosyjską a skończywszy na rówieśnikach pisarza. Ogrom wiedzy, wielkie powinowactwa wiążące autora z niektórymi twórcami a także różnice pomiędzy nim a nimi czynią z Miłosza giganta umysłowego naszych czasów. Paradoksalnie ta olbrzymia przestrzeń na której poeta się funkcjonuje nie tylko intelektualna, ale i literacka oddziela go od rodaków dla których tworzy, bo pisze po polsku. Z wielką irytacją i dozą sarkazmu poeta zauważa, że Amerykanie polskiego pochodzenia, polscy emigranci, ogólnie mówiąc polskość w Ameryce  znajduje się na bardzo niskim poziomie, bo pozbawiona jest życia umysłowego. Nie było  to nowe odkrycie, on o tym przekonał się już gdy był w Ameryce zaraz po wojnie. W drugiej połowie XX wieku Miłosz dla rodaków w Ameryce będzie uchodził  za poetę trudnego którego lektura będzie wymagać od czytelnika dużych „zasobów intelektualnych” albo za poetę dla „wtajemniczonych”, dlatego jego sukces jako poety czy prozaika będzie nie wielki. Jego traktowanie poezji, jako „produktu doświadczenia wewnętrznego” , jako narzędzia do przekazu pewnych idei spotka się  ze zrozumieniem w wąskim gronie, elitarnej publiczności.

Drugim powodem irytacji jest sama Ameryka, nie tylko wystąpienia młodych na uniwersyteckim campusie w Berkeley przeciwko wszystkim i wszystkiemu, ale jest ogrom i bezduszność wobec jednostki,  będzie Amerykę atakował, krytykował,  kpił z jej „złotego cielca,” a także „pomniejszał” znaczenie tych amerykańskich poetów, którzy zaangażują się przeciwko wojnie w Wietnamie. Przerażać będzie go wielkość kraju i nędza duchowa Amerykanów, ogromna pustką w której żyją. W Kalifornii, nie będzie już płatnym pracownikiem Domu Kultury Polska w tym znaczeniu jakim był gdy pracował w dyplomacji poświęcając cały swój wolny czas na „załatwianie spraw ważnych dla Polski”. W Kalifornii  każda sekunda życia, będzie przekuta w sekundę pracy dla siebie, nie wolno będzie jej zmarnować. Autor „Ogrodu nauk” stanie się zegarkiem szwajcarskim bezbłędnie pracującym całą dobą na rzecz polskości, czyli siebie. W praktyce nie będzie można przeprowadzić linii podziału pomiędzy poetą a jego pracą na rzecz polskości. Obie linie biegną równolegle obok siebie, ale gdzieś w przestrzeni przecinają się. Najczęściej w twórczości splatają się tworzą linę po której poeta wspina się ku gwiazdom. Pomiędzy jedną a drugą pracą nie będzie rozbieżności, bo Miłosz traktuje literaturę jako doświadczenie i pamięć, a także z wyrafinowaniem artystycznym tworzy wiersze na bardzo wysokim poziomie. To co dla przeciętnego człowieka wydawało się niemożliwe, dla niego było normą do wykonania, bo on sam sobie narzucał normy i ustalał ile w danym dniu czy tygodniu na zrobić. Wezwaniem stały się zajęcia prowadzone ze studentami,  do których poeta bardzo solidnie się przygotowywał oraz jego coraz to większa ciekawość intelektualna świata, pobudzana tym, że cokolwiek tylko chciał sprawdzić, czy upewnić się kalifornijskie biblioteki, źródła były w stanie mu to zapewnić.  Stąd też wiele godzin spędzonych w bibliotekach,  ponad ludzkie zdyscyplinowanie, plan na każdy dzień tygodnia, jak w wojsku, pobudka wcześnie rano, toaleta poranna, gimnastyka, czyli spacer, pisanie, praca na uczelni. Powrót do domu chwila odpoczynku na obiad z rodziną, sprawy rodzinne, i znowu praca  przez kilka godzin, odpisywanie na listy, korespondencja, wieczorna toaleta i do łóżka Dzień wolny od wykładów spędzał w bibliotekach, księgarniach w poszukiwaniu materiałów do pracy nad tym, czym w  danej  chwili pracował. Przez wiele lat, gdy w 1978 przejdzie na emeryturę, niewiele się jego życie zmieni, a wręcz przeciwnie jeszcze więcej weźmie na swoje barki. Aby tak żyć trzeba ograniczyć życie towarzyskie, zacznie je układać od ciężkiej pracy tłumacza,  wykładowcy, eseisty, zatopiony w polskości „po same uszy”  stanie się kosmitą, który stworzy podwaliny, fundamenty do polskości widzianej oczami kosmity, bez banałów typu Polacy naród wybrany, Chrystus Europy, martyrologii,  bez egzaltacji, bez szowinizmów wychwalających sobie samych. Zastanawiał się jak wyjaśnić Amerykanom „Pana Tadeusza”, twórczość Mickiewicza, piszącego „Litwo ojczyzno moja”, po polsku,  nazywając Litwę ojczyzną swoją, który urodził się na Białorusi, a poemat pisał we Francji. Poeta sam o sobie mówił pysznie; nie urodziłem się w Polsce, nie wychowałem w niej, nie mieszkam w niej, ale piszę po polsku. Chciałby być Litwinem, ale nie może, bo nie zna języka litewskiego, pisze po polsku, ale nie chce być Polakiem,  i ma inne wyobrażenie o Polakach i Polsce niż samo Polacy. Nie chce też być Słowianinem, bo Słowianie w Ameryce znajdują się na samym dole społecznym w oczach  Amerykanów  angielsko-niemieckiego pochodzenia.  Słowianie w Ameryce, ludzie drugiej kategorii uważanie do niczego nie zdolni, ani do pracy intelektualnej ani kreatywnej , tylko do fizycznej, najcięższej i najmniej płatnej. Poeta jest ambitny, nie  chce aby uważano go za kogoś  „z narodu poniżonego”, i sam o sobie myśli, że niewiele ma z tymi „poniżanymi”.  Znany był  z tego, że potrafił „pokazać język” polskości i Polakom w Ameryce, ale tak naprawdę to była tylko gra aktora, on nie mógł żyć bez polskości i Polaków, bo pisał „mową upodlonych”, myślał jak kosmita, niby oderwany od tego, co się wokół niego działo,  ale jego myślenie było polskie, (inaczej niż po polsku nie potrafił myśleć) nawet jeśli skierowane było przeciwko Polsce. Powstaną  książki, antologia poezji, „Postwar Polish Poetry. An anthology, New York”, 1965.  Podręcznik akademicki, „The History of Polish Literature”, (1969r.) w niej poeta opisze historię literatury polskiej, tak jak on ją widział, czuł, tak aby studenci mogli zrozumieć ją.  Aby się nie zniechęcali i studiowali, aby on miał pracę na uczelni, a oni świadomość, że odkrywają coś, co nigdy do niczego nie będzie im potrzebne, ale warto było włożyć w to swój czas i energię na studiowanie oraz pieniądze rodziców płacących za studia. Wtedy ci młodzi pełni entuzjazmu nie myśleli do czego można wykorzystać w Ameryce wiedzę o literaturze polskiej. Dla nich Polska to odległa planeta, większość z nich nie miała ani korzeni polskich, ani nie widziała, gdzie Polska jest na mapie. To Rosja była najważniejsze, poprzez nią trafiali na chwilę do Polski, aby do niej dolecieć, potrzeba świetlnych lat, Miłosz jako kosmita to rozumiał. Jego „głód” wiedzy i „chęć” promocji Polski, polskości w Ameryce jest ogromny, jako kosmita jest wielkim promotorem naszej kultury , opracowuje  „Pamiętniki Jan Chryzantema Paska,” zabiera się za Aleksandra Wata i Annę Swir (Świrszczyńska). Jego żarłoczność jest niesamowita  promuje polską literaturę, napisze książki, bez których dzisiaj jest trudno nawet mówić o polonistyce w Ameryce. Co by o nim nie myśleć/ powiedzieć jest geniuszem, prawdziwym z krwi i kości geniuszem, robi to co wcale nie musiał, i nikt od niego tego nie wymagał.

 Pod koniec lat 60., skupi uwagę  na sobie, na swojej twórczości, po tłumaczeniach wierszy Zbigniewa Herberta, Tadeusza Różewicza i innych polskich poetów zacznie pracę nad przekładami swojej twórczości. Herbert chociaż bliższy poecie, dużo gorzej radzi sobie w Ameryce  niż Różewicz. Herbert jest za  trudny,  ta jego pogoń  i fascynacja kulturą śródziemnomorską słabiej przemawia do wyobraźni Amerykanów niż Różewicz.  Jednak Miłosz „rezygnuje” z Różewicza na koszt Herberta, bo Różewicz znajduje „przyjaciół” w Anglii. Koniec lat sześćdziesiątych, bo wielkie obudzenie Miłosza jako poety, nadszedł czas zrobienia coś dla siebie. Ta strategia jest genialna, bo co by było,  gdyby  zaczął swoje życie w Ameryce od wydawania swoich wierszy,  bez książek/podręczników do nauczania literatury polskiej studentów, ale od publikacji własnego dorobku.  Wiele razy mówił i pisał Ameryka to nie Europa, w niej poezja nie zrobi wielkiego wrażenia, jeśli jest się tylko poetą, tutaj każdy profesor literatury angielskiej jest poetą, literatem. Wiedział, że musi najpierw zostać „naukowcem”, panem od literatury a później poetą. W Ameryce prawie na każdej uczelni utworzono kierunki nauczania pisania poezji, prozy, dramatu, scenariuszy, etc. Uczą na nich poezji, prozaicy,  większość z nich nie ma wykształcenia uniwersyteckiego, wielu tylko skończoną szkołę średnią, ale uczą studentów, bo mają coś do nauczenia ich, przekazania, podzielenia swoją wiedzą. Większość tych wykładowców ma cenione przez ogół  nagrody literackie, krajowe i zagraniczne, dorobek pisarski i to się dla Amerykanów liczy, a nie ich prace doktorskie czy tytuły profesorskie. Miłosz jako  kosmita wybrał najlepszą z najlepszych dróg swojego rozwoju duchowego i intelektualnego w pierwszych latach w Ameryce poprzez pracę nad twórczością innych, poprzez budowania fundamentów na których będzie mógł postawić dom literatury polskiej. Nie oznacza, że nie pisał wierszy na własny użytek, pisał ale tylko dla siebie. Z czasem powie przewrotnie, że przez wiele lat w Ameryce znali mnie tylko jako tłumacza wierszy Herberta, ale w tym „szaleństwie przekładów” była metoda wprost genialna, on sam rozbudził w sobie niespotykana na skalę światową ciekawość do świata, Rosji, literatury rosyjskiej, metafizyki, historii swojej małej ojczyzny, religii, przeszłości, zacznie interesować się jeszcze bardziej swoimi korzeniami, dokopywać się do różnych jej pokładów. Poprzez Rosję, Amerykę będzie chciał zrozumieć ten malutki skrawek ziemi na mapie świata, na którym się urodził i wychował,  nigdy się nie uwolni od miejsca urodzenia. Jest to jego przekleństwo i błogosławieństwo dla nas jego czytelników. Nawet będzie próbował rozumieć Amerykę poprzez historię Europy, Rosji XIX to też mu  się nie za bardzo uda, bo nie wrośnie w Amerykę, będzie żył w niej obok zajmując się najbardziej „swoim podwórkiem” literaturą polską.

Przyszłość  w Ameryce rozpocznie od budowę  misternej sieci kultury polskiej, jak pająk. zastawiać  będzie ją na co zdolniejszych studentów, ludzi przydatnych do jego planów wybudowania rakiety kosmicznej poezji, która wyniesie polską literaturę i jego bardzo wysoko w przestworza. Będzie pająkiem, gospodarzem sieci, który nie będzie „pożerał swoje ofiary”, ale wręcz przeciwnie wynagradzał tego co nie zawiedźcie jego zaufania. Każdy kogo wybrał do współpracy i go nie rozczarował skorzysta na tym, każdy. Plan będzie genialny, bo każdy genialny plan jest prosty, poza pracowitością ponad ludzkie siły, trzeba mieć jeszcze szczęście w tym co się robi oraz wizję i pojęcie tego co się robi. On to wszystko miał.

Tło ogólne. Zarys początki lat 60,  XX wieku

Miesiąc po przyjeździe kosmity do Ameryki, 8 listopada, John Kennedy pokonał  w wyborach prezydenckich o „włos” Richarda Nixona i został w styczniu roku następnego trzydziestym piątym prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Rozpoczyna się jeden z najciekawszych okresów drugiej połowy XX w kulturze, nauce, polityce, w dziejach historii Ameryki i świata. Amerykanie są pod wrażeniem wystrzelenia „Sputnika” w 1957 roku ich „duma narodowa” cierpi, bo byli przekonani o swojej dominacji we wszystkim, co robili, łącznie z nauką w dziedzinach technicznych. Nowo wybrany prezydent obiecuje, że do końca dekady Amerykanin stanie na księżycu, ginie 22 listopada w 1963 roku zastrzelony w Teksasie przez nieznanego sprawcę. Zanim został zastrzelony w telewizyjnym wystąpieniu rok wcześniej 22 października 1962 roku ogłasza, że amerykańskie samoloty szpiegowskie odkryły sowieckie bazy rakietowe na Kubie. Zarządza blokadę wyspę.

W dalekiej Anglii też powstają „bazy rakietowe” ale muzyki młodzieżowej, która będzie skierowana przeciwko Ameryce (ucierpi na tym finansowo wielu artystów amerykańskich m.in. Elvis Presley, czy artyści wytworni płytowej Motown).

Muzyka Beatlesów zmieni świata a król roc&rolla Elvis Presley stanie się przeciwnikiem zespołu, będzie za tym, aby ich nie wpuszczać na terytorium Stanów Zjednoczonych,  dla pokolenia nastolatków stanie się przeszłością „ odrzuconą  zabawką w kąt”.  Zespół „The Beatles”, wywrze ogromny wpływ w szerokim zrozumieniu na kulturę amerykańską. Trzech chłopców: Ringo, Paul, i George pochodzących z robotniczych rodzin  bardzo ubogich liverpoolskich rodzin zupełnie nieświadomie podzieli amerykańską młodzież na czarną i białą widownię w momencie gdy obie społeczności dzięki m.in., Motown miały po raz pierwszy wspólnych idolów i tańczyły w rytmach tej samej „czarnej muzyki”. Od roku 1960 do roku 1963 rock ‘n’ roll stał się najbardziej zintegrowanym rasowo stylem w historii Ameryki. Motown podbijał kraj, Ray Charles i James Brown wdzierali się na popowe listy przebojów, a “grupy dziewczyn” od Shirelles po Shangri-Las przekraczały linię kolorową w obu kierunkach. W tym roku magazyn “Billboard” przestał publikować oddzielne listy przebojów R & B i Pop, ponieważ gusty białych i czarnych dokładnie się pokrywały. (2) Miłosz w swoje  twórczości poetyckiej tych zmian prawie nie zauważy, nie będzie się tym interesował i można odnieść wrażenie, że jest na muzykę głuchy. Oczywiście interesuje się tym wszystkim co się wtedy w Ameryce działo, ale ani Presley ani Beatlesi nie są dla niego na tyle ciekawi, aby o nich pisać.Czwartym członkiem  zespołu był John Lenon, który mieszkał ze swoją ciocią Mimi. Jego matka  oddała go bezdzietnej siostrze, bo sama nie była w stanie go wychować, (trudna  finansowa sytuacja życiowa). John był zbuntowanym chłopcem i sprawiał kłopot nie tylko wychowawcom, ale i ciotce. Nie był wyjątkiem, gdy przyjrzymy się bliżej wszystkim idolom hippisów, to okaże się, że John niczym szczególnym się nie wyróżniał,  dla ruchu hippisów i ludzi „wyzwolonych”  czyli „free” albo „wolnych” niskie pochodzenie społeczne nie było aż tak ważne, zdecydowana większość zbuntowanych pochodziła z rozbitych rodzin i  robotniczo-chłopskich rodzin.  Nie ważne kto śpiewał, mówił, przemawiał, organizował koncerty, czy zapraszał do teatru lub na wiece.  W tym czasie, gdy na oczach ludzi „wszystko” się w Ameryce zmieniało, Czesław Miłosz pisał, tworzył, kreował to co jego interesowało znalazło swój mały oddźwięk w jego eseistyce, prozie.  

Swoje komfortowe i bezpieczne kalifornijskie życie podporządkował swoim planom bycia twórcą/poetą poza granicami Polski, dla którego było tylko to istotne co się w niej działo. Bardziej niż Beatlesami będzie się interesować Stanisławem Brzozowskim czy Witkacym. Ameryka się bogaci, świat się bogaci dokonuje się wiele  zmian na mapie geopolitycznej świata, dokonują się szybkie zmiany społecznoekonomiczne, ale Miłosza jakby to aż tak bardzo nie interesowało, on żyje w swoim świecie. Jego, jak już zostało powiedziane bardziej interesuje Polska i polskość, jego labiryntem będzie historia literatury i historia jako przeszłość, Europa i europejskość będą mu więcej dostarczać inspiracji do tworzenia niż Ameryka i amerykańskość. Miłosz dopiero pod koniec lat sześćdziesiątych  wystąpi publicznie, ale tylko na swoim uniwersyteckim campusie oraz już nie publicznie wyda zbiór esejów pt. „Widzenia nad Zatoką San Francisco” w których napisze bardziej to co się mu w Ameryce nie podoba niż podoba. W Ameryce, Europie słuchano piosenek, muzyki  synów  i córek z amerykańskiej klasy robotniczej,  którzy byli zbuntowani przeciwko wyzyskowi, materializmowi, wartościom nie swoich rodziców, ale klasy mieszczańskiej, średniej. Ci muzycy, wykonawcy co osiągnęli finansowy sukces, nie „zaćpali się na śmierć”,  gdy ich płyty, muzyka zaczęły dobrze się sprzedawać w setkach tysięcy egzemplarzy, w bardzo krótkim czasie stali się bogaczami. W swoich nowych domach kupionych za miliony dolarów zatrudniali sprzątaczki, kucharzy, lokai, ogrodników, kierowców prowadzących ich limuzyny za setki tysięcy dolarów. Skok z najuboższych warstw do najbogatszych dokonał się w przeciągu zaledwie pięciu – siedmiu lat. Czegoś takiego świat nie wiedział ani wcześniej ani potem. Przykładem karier niech będzie wspomniany zespół The Beatles, walczący o równość społeczną, dla którego „muzyka czarnych” była bardzo ważna,  równouprawnia dla wszystkich obywateli, łącznie z kobietami. Kariera tych czterech ubogich chłopaków z Liverpoolu tak się potoczyła w przeciągu niecałej dekady że  staną się najbogatszymi ludźmi swojej hippisowskiej generacji. To pokolenie urodzone  w latach czterdziestych ubiegłego wieku  inspirowało się tym co wokół niego się działo, w przeciwieństwie do wcześniejszych generacji, oni nie szukali inspiracji w starych XIX wiecznych pieśniach czy balladach, ale sami je tworzyli. Ich wyobraźnia kierowała się na problemy i zagadnienia społeczno polityczne, zarówno w doborze tematów jak i formy. Nie pisali o przeszłości ani o bohaterach sprzed wielu dekad, czy stuleci, ale o teraźniejszości która wywierała na nich ogromny wpływ.  Robili to świadomie nawet gdy kreowali nastroje liryczne w swoich utworach na początku swoich karier skupiając się przeważnie na sobie, na swoich sprawach osobistych.  Warto przypomnieć, że ojciec Johna,  Alfreda „Freddie” Lennon z biografiach syna zostaje pokazany jako niefrasobliwy włóczęga, któremu nie należy współczuć, który z czasem będzie żałował swojego postępowania, ale nigdy nie otrzyma od syna przebaczenia. Ciotka Mimi była pół klasy wyżej na drabinie społecznej niż  rodziny kolegów siostrzeńca, poza progiem ubóstwa nie tak jak koledzy z zespoły, miała swoje mieszkanie, dom.  Jednak to nie ona kupiła gitarę Johnowi ale matka, Mimi była realistką, chciała aby siostrzeniec wziął się za naukę, nauczył zawodu i poszedł do pracy.  Nie popierała jego  brząkania na gitarze mówiąc: „‘the guitar’s all very well, John, but you’ll never make a living out of it”. Także zadawałą sobie sprawe  z niskiego położenia społecznego kolegów i miała zastrzeżenia, co do jego akcentu Scouse ( Liverpool) biednych robotników, mówiąc; chłopcze z takim akcentem daleko nie zajdziesz, na co chłopiec odpowiadał przewrotnie, ciociu właśnie z takim akcentem w robotniczym mieście dam radę. (3)

Ale to co myślała ciotka nie obchodziło Johna ani jego kolegów oni robili swoje. Z czasem zapuszczą włosy, założą białe koszule i garnitury, a swoją muzyką podbiją nie tylko  Wielką Brytanię, Amerykę, ale cały świat. W krótkim czasie pochodzący z robotniczych nizin społecznych chłopcy, otrzymają tytuły szlacheckie, staną się idolami dla milionów młodych ludzi wpatrzonych w nich jak w bogów.  Staną się iskrami rewolty, która podpali świat, chłopcy, którzy kilka lat wcześniej wychodzili bez drugiego śniadania do szkoły, bo rodziców nie było na to stać, będą słuchani i naśladowani przez miliony młodych wielbicieli. Zaangażują się w ruch hippisowski, w społeczny, w walkę o równouprawnienia dla wszystkich dyskryminowanych, w  roku 1964 odmówią występu na stadionie w Gator Bowl w Jacksonville na Florydzie, na którym jak w całej Ameryce była segregacja rasowa. John Lennon był tak wściekły, kiedy dowiedział się o tym, że wydał oświadczenie prasowe mówiąc, że grupa nie zagra, dopóki czarni fani nie będą mogli usiąść tam, gdzie im się podoba. Jednak ich własne korzenie klasa robotnicza z której wyrośli, społeczeństwo w którym się wychowali nie będzie wiele obchodzić, będą starać się jak najszybciej o nich zapomnieć. John Lennon, bóstwo subkultury hippisów,   w pewnym momencie sławy powie że  zespół The Beatles jest popularniejszy od Jezusa Chrystusa, co wywoła falę protestów na całym świecie, w szczególności na południu Stanów Zjednoczonych.  Po porzuceniu żony i zostawienie syna na jej wychowaniu, rozwodzie z  nią i zawarciu małżeństwa z Yoko Ono, narodzinach drugiego syna, którego będzie bardzo kochał, mówiąc kocham go, bowiem został zaplanowany a ten pierwszy nie. Cieszył się życiem jak nigdy wcześniej, znalazł  to czego szukał tak długo, rodzinę i miłość, pieniądze i sławę i gdy się już mu wydawało, że niczego więcej mu nie potrzeba zostanie zastrzelony pięcioma kulami 8 grudnia, 1980 roku w Nowym Jorku przez ochroniarza, (pochodzącego z klasy robotniczej) jednego z hoteli  na Hawajach. W ostatnim dniu pracy w Honolulu, zanim przybył morderca do Nowego Jorku,  podpisał się w pracy na liście obecności jako „John Lennon”. Chciał być jak jego ofiara sławny i bogaty a przede wszystkim miał pretensję do Lennona, że zdradził ludzi takich jak on.

Era lat sześćdziesiątych w historii Ameryki to czas burzliwych zmian na wielu poziomach ówczesnego społeczeństwa, to także podważanie wielu podstawowych  hierarchii, które funkcjonowały wcześniej. To nie tylko walka o nieuczestniczenie w wojnie w Wietnamie, ale walka o prawa dla homoseksualistów, kobiet, o wyrażanie własnych poglądów pokolenia młodych ludzi z wyżu demograficznego, które osiągnęło swoją młodość właśnie w latach sześćdziesiątych. Oni nie  chcieli zaakceptować „ ani poglądów ani kultury starych” nie chcieli żyć zgodnie z ideałami rodziców, którzy skupili się na pracy, nawet mieli obsesję na punkcie pracy i powiększaniu majątków. Oni chcieli być inni i odwrócili się plecami do materializmu, oczywiście nie wszyscy, nie wszystkim się udało, ale tym co się udało osiągnąć sukces przede wszystkim na polu kultury, nie tylko nie odrzucili materializmu, ale go pokochali, przykładem niech będą członkowie zespołów idolów hippisów. Oni do pomnażania swoich majątków zatrudniali fachowców inwestujących za nich w nieruchomości, sztukę, malarstwo współczesne, antyki, turystykę, usługi takie jak restauracje, hotele, w rolnictwo,  hodowle zwierząt, chociaż wielu z nich oficjalnie uważano za wegetarianów, etc. Poznali smak pieniądza i jego siłę, tym co mieli szczęście do dzisiaj żyją z odsetek z hippisowskiej ery.

Muzyka, tysiące anonimowych muzyków, setki zespołów zajmie bardzo dużo uwagi w tej pracy, bo muzyka  była  wszechobecna, zbuntowani młodzi używali różnych kanałów społecznych, aby przekazać swój protest poprzez ubiór, literaturę, sztuki plastyczne,  nowe formy artystyczne, takie jak happening lub performance. Osławione festiwale muzyczne  były źródłami dochodu, wcześniej czy późnej,  jak choćby  Woodstock Music and Art w dniach od 15-18 sierpnia w 1969 roku, (nie przyniósł zysku, od razu, bo wstęp był bezpłatny), ale do dzisiaj organizatorzy zarabiają tysiące dolarów  na prawach autorskich do muzyki i filmów, które w czasie festiwalu powstały.

Era lub „długa dekada” ludzi młodych

Miłosz Europejczyk popadł w chaos amerykański, który próbował zrozumieć poprzez XIX wieczną Rosję. Przyczyną chaosu byli młodzi ludzie, którzy chcieli wziąć odpowiedzialność za państwo i swoje życia oraz  przyszłość Ameryki w swoje ręce. Wbrew swoim rodzicom, nauczycielom oraz władzy, wyszli na ulice szukać zrozumienia poprzez, muzykę, poezję i filozofię Dalekiego Wschodu. Narodzi się subkultura hippisowska, pół nagich studentów chodzący boso na zajęcia, rozruchy murzyńskiej ludności, oglądane jednak z boku przez poetę. To, że młodzi, chcieli grać na gitarach i obwijając swoje ciała w prześcieradła w kolorze białym lub pomarańczy, wiązać brudne tłuste, długi włosy kolorowymi wstążkami, pisać wiersze, to nie było przyczyną rozłamu na dwie Ameryki. Jedną z wielu przyczyń podziału Ameryki lat sześćdziesiątych był „złoty cielec”, od którego młodzi-brodaci chcieli uciec jak najdalej. Inną przyczyną było to, że ich rodziców było stać finansowo na utrzymanie „ dzieciaka hippisa”. Urodzeni przed wojną w okresie wielkiego kryzysu gospodarczego chcieli, aby ich dzieci miały lepiej niż oni. I chyba miały, nastał boom gospodarczy, Ameryka bogaciła się,  dzieci  mogły za pieniądze rodzicieli kupić sobie gitary i marihuanę, kolorowe szklane koraliki na szyję i przeguby rąk, powiedzieć im prosto w oczy, kochana mamo i tato nie chcemy iść do szkoły, by później do końca życia uczestniczyć w wyścigu szczurów. Palec środkowy w górę i krótkie pojedyncze zdanie: Just fuck off and leave me alone America!!! Czy do tego aragońskiego wręcz wulgarnego stwierdzenia był potrzebny Lew Szestow, William Blake oraz Emanuel Swedenborg???Aby to zrozumieć Miłosza, tak, jak najbardziej.

Bardzo „długa dekada” trwała do połowy lat 70,  w niej poza  karierą w armii, czy w sporcie zostają otwarte jeszcze jedne drzwi do kariery, trzecie drzwi do szybkiej sławy i pieniędzy, poprzez kulturę masową. Miłosz to zrozumiał i nawet walczył z subkulturą nazywając ją „wzgardliwą rebelią beatników” a później hippisów ulubione miejsce na skrzyżowaniu ulic Hight and Ashbury hippielandem, ( Widzenia. 109). Był jednak kontent, że poezja staje się bardzo popularna jak nigdy wcześniej, muzyka też, otwierają się drzwi dla ludzi utalentowanych, piszących i grających na instrumentach, a Ameryka, jak napisał w tym samym eseju „dzisiaj zmienia się zapewne w najbardziej poetycki i artystyczny kraj na świecie”.  Płyty sprzedawały się w setkach tysięcy nakładów, poezja i literatura bardzo dobrze, powstawało wiele księgarń i wydawnictw hippisowskich.

Tradycjonaliści i konserwatyści, przeciw krzykliwym studentom domagającym się wielu rzeczy na raz nie robią na poecie większego wrażenia, on wie, czym to wszystko może się skończyć, przynajmniej tak mu się wydaje.  Z miesiąca na miesiąc  autor „Metafizycznej pauzy” staje się bardziej krytyczny, konserwatywny, dopatruje się w poczynaniach młodych zmierzchu amerykańskiego imperium, podziału Ameryki.  Nie przemawia do niego ani poezja, ani muzyka, ballady napisane przez Boba Dylana, stają się protest songami młodzieży, hymnami pokolenia, jemu się nie podobają. Porównuje je, — szuka- odnośników w poezji XIX francuskiej. Takie utwory jak: “Blowin’ in the wind”, “The Times They are a-Changin“, “Visions of Johanna” czy “A Hard Rain’s A-Gonna Fall”, nie robią na mim większego wrażenia. Co o nich tak naprawdę myślał tego nie wiemy? Wiemy natomiast, co napisał w jednym z listów do poety, dziennikarza z Krakowa Marka Skwarnickiego. „Piosenka amerykańska jest ‘straszna‘, rozdzierająca? Kiedy pierwszy raz posłyszałem Boba Dylana, powiedziałem: Baudleaire ‘Les fleurs du mal’. Właściwie skrzyżowanie Baudlearie’a z Proustem. A niedawno jeden z krytyków napisał, że od czasów Marksa nie było tak głębokiej analizy społeczeństwa, jak Bob Dylan.” (Skwarnicki.111) (4) .  Marksa faktycznie Amerykanie uważają go przede wszystkim  za socjologa, a dopiero później za filozofa.  Poeta nie poczuje wspólnoty z tymi młodymi „oberwańcami”, ich owoc dokonań na polu kultury i polityki  nie będzie jego owocem, on nie chce dzielić się z nimi odpowiedzialnością, ani naprawiać skutków chaosu panującego w społeczeństwie. Świat młodych to świat dynamiczny, zmieniający się na wielu płaszczyznach, również na uznawanych już płaszczyznach wartości, które w oczach młodych tracą  na znaczeniu z dnia na dzień. Chaos w świecie wartości coraz bardziej w sensie społecznym zmusza do myślenia o odpowiedzialności nie tylko za swój los, własnej rodziny, ale za los ludzi w innym państwach nawet jeśli nie wiemy  gdzie one są oraz w innych regionach świata. I tutaj raz jeszcze warto jest wrócić do Marksa nie filozofa a socjologa, bo powstaje przepaść między ubogimi i bogatym, ujawnia się brak sprawiedliwości społecznej i solidarności nie tylko wewnątrz pokoleniowej, ale solidarności pomiędzy pokoleniami. Czy Miłosz w ten sposób myśli o beat generation, trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć, jest czuły na niesprawiedliwość społeczną, jestem za tym aby wyrównać szanse i zapewnić dostęp do edukacji i nawet wspólnych dóbr, ale aby takim być, trzeba bez stronniczym, a on takim nie jest. Jest za tym aby tak ukształtować człowieka, aby był zdolny do kontroli nad swoimi nadmiernymi potrzebami, aby myślenie nie było tylko nawykiem, mówił o tym w wielu wywiadach, ale też przyznaje, że zachłanność i chciwość, nie są mu obce. Natomiast ciekawe było by dla nas -Miłosza wiernych czytelników- jakby zareagował na nagrodę Nobla Dylana gdyby ten otrzymał ją jeszcze za życia poety. Trudno jest to sobie dzisiaj wyobrazić jego reakcję, czy słuchając Dylana myślałby o poezji francuskiej.  W San Francisco, Berkeley aż kipiało od „energii młodych”, nastał bardzo trudny okres w życiu przeciętnego Amerykanina, wielu rodziców, często weteranów II wojny światowej, zastanawiało się nad tym, czy jest sens pozwalać swoim synom uczestniczyć w wojnie z Wietnamem, o którym nic nie wiedzieli, którego nie mogli znaleźć na mapie. Czy Miłosz rozumiał młodych i wiedział, o co w tym wszystkim chodzi, co się działo wokół niego, trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć. Wiele razy zastanawiał się nad tym skąd tyle ludzi przybywa znikąd do miasta San Francisco, skąd są ci ludzie, skąd się wzięli? Dlaczego się zbuntowali przeciw własnym rodzicom, co było powodem ich buntu. Powodów było wiele do buntu, i to bardzo dziecinnych głównych był sprzeciw przeciwko na przykład słuchaniu się rodziców, czyli nie chodzeniu w niedzielę do kościoła, albo uczenie się lub odrabianie lekcji. Zakaz picia alkoholu lub brania narkotyków. Zakaz seksu przed małżeńskiego, albo zakaz ubierania się w stare zniszczone ubrania. Zakaz jedzenia byle czego i zdrowe odżywianie się. Chęć bycia wolnym, tworzenie tak zwanych komun hippisowskich, w którym łatwiej dostać było narkotyki niż kanapkę z serem czy pomidorem. Większość tych bardzo młodych ludzi przez cały czas hippisowski była bardzo głodna, po prostu głodowała, żyła w nędzy i wbrew wszelkim warunkom sanitarnym. Przybyli do San Francisco, aby doświadczyć coś, czego nie mogli przeżyć pod rodzinnym dachem, więc przeżywali swoją utopię, wzięcie w swoje ręce odpowiedzialności za siebie i świat. Miłosz o tym wiedział, chciał ocalić Amerykę przed Ameryką jako Europejczyk, czy mu się to udało, dzisiaj trudno jest to stwierdzić jednoznacznie.  Był elitarnym profesorem uczącym na elitarnej uczelni, mieszkał w elitarnym miejscu na ziemi, i studentów też miał elitarnych, bo po wykładach o Dostojewskim, czy Swedenborgu,  po  wykładach o  polskim renesansie czy baroku.  A gdy wracają do swoich mieszkań gdzie pala marihuanę, piją piwo, słuchają muzyki Boba Dylana czy Rolling Stonesów, lub piosenki hymnu hippisów śpiewanego przez  Scotta McKenzi w 1967 roku:

If you’re going to San Francisco
Be sure to wear some flowers in your hair
If you’re going to San Francisco
You’re gonna meet some gentle people there

For those who come to San Francisco
Summertime will be a love-in there
In the streets of San Francisco
Gentle people with flowers in their hair

Miłosz nie wkładał kwiatów we włosy, nie ,musiał się wybierać do San Francisco, mieszkał na jego przedmieściach i codziennie oglądał miasto przez okno na taras. Nie interesował się za bardzo subkulturą hippisów, nie palił marihuany, (jest to duża strata dla polskiej poezji) ale lubił zajrzeć do kieliszka, poza tym nie ma wiele śladów o tych wydarzeniach w jego twórczości, ale jest sporo uwag dotyczących lat sześćdziesiątych w jego prywatnej, bardzo bogatej korespondencji.

Aby zakończyć wątek hippisowski, należy wejść przez  te trzecie drzwi,  warto powołać się na Janis Joplin i jej ostatnią piosenkę a cappella,  nagraną przez nią na trzy dni przed śmiercią. A cappella znaczy bez podkładu muzycznego, aby publiczność mogła skupić się wyłącznie na przekazie, nie będąc rozpraszana przez muzykę. W ten sposób skonstruowany utwór, w połączeniu z acapellą bardzo przypomina ewangelię i duchową pieśń

Jest ona ironiczno-sarkastyczną pt. Mercedes Benz, napisana przez piosenkarkę wraz z poetami Michaelem McClure i Bobem Neuwirthem. Piosenkarka prosi Pana Boga, aby udowodnił swoją miłość do niej, kupując jej Mercedes-Benz, kolorowy telewizor i kilka jeszcze innych rzeczy,( które w tej chwili nie są przedmiotem naszego zainteresowania).  W rzeczywistości piosenka ocieka sarkazmem i ironią. Janis Joplin krytykuje ludzi, którzy wykorzystują modlitwę, by prosić w niej o osobiste korzyści.

Janis nabija się z ludzi, którzy modlą się o materialne luksusy słuchając lub oglądając w telewizji  tzw. ewangelistów( Oh lord won’t you buy me a color tv.), którzy proszę o datki telewidzów zapewniając ich, że Bóg wynagrodzi ich i nie zapomni o nich w ich trudnym finansowych chwilach.

Piosenkarka zanim zaczęła śpiewać, zrobiła małe wprowadzenie:

I’d like to do a song, of great social and political impotence

. It goes like this. Zaśpiewam piosenkę, o wielkim znaczeniu społecznym i politycznym. Tak się ona zaczyna.

W tych kilku słowach Janis spostrzega społeczeństwo jako maszynerię, w której zachodzą wszystkie procesy  z którymi ona nie chce się zgodzić. Wszystko jest podporządkowane zbiorowemu dobrobytowi i zyskowi. W takim systemu, nie ma miejsca na indywidualizm, osobiste potrzeby i wyjątkowe osobiste doświadczenie. W tym przypadku prośba do Boga i mercedesa staję się kpiną z wartości swoich rodziców

Oh lord won’t you buy me a Mercedes Benz.
My friends all drive Porsches, I must make amends.
Worked hard all my lifetime, no help from my friends.
So oh lord won’t you buy me a Mercedes Benz.

Oh lord won’t you buy me a color tv.
Dialing for Dollars is trying to find me.
I wait for delivery each day until 3.
So oh lord won’t you buy me a color tv.

Oh lord won’t you buy me a night on the town.
I’m counting on you lord, please don’t let me down.
Prove that you love me and buy the next round.
Oh lord won’t you buy me a night on the town.

Everybody, Oh lord won’t you buy me a Mercedes Benz.
My friends all drive Porsches, I must make amends.
Worked hard all my lifetime, no help from my friends.
So oh lord won’t you buy me a Mercedes Benz.

Nas interesuje to, że piosenka jest uważana przez jednych za nawoływaniem do materializmu a przez innych uważana jest za sprzeciw materializmowi. Joplin śpiewa, (Worked hard all my lifetime, no help from my friends / Przez całe życie ciężko pracowałam i nie miałam nikogo do pomocy). Chce doświadczyć przyjemności, jakie życie ma do zaoferowania, więc prosi Pana Boga o mercedesa. (So oh lord won’t you buy me a Mercedes Benz).  Motywując swoją prośbę tym, że,  (My friends all drive Porsches, I must make amends) wszyscy moi przyjaciele jeżdżą już porche, muszę to zauważyć. Tak jak wielu innych, też chce być beztroska i szczęśliwa ,wartości materialne są ważniejsze od duchowości. W piosence jest kontrast pomiędzy Goods i God, ale wiadomość przekazywana jest bardzo oczywista. Utrata zainteresowaniem wartościami duchowymi na rzecz wartości materialnych. Duchowość to także relacje ludzkie a zamiast nich ważniejszy jest kult produktów i dóbr. Materializm wygrywa z religią, piosenkarka wyśpiewuje dewaluację chrześcijaństwa jako instytucji społecznej. Bóg nie jest już tak ważny jak mercedes, nie już nie ucieleśnia duchowe wartości, nie  czyni człowieka odpowiedzialnym za swoje czyny i grzechy, teraz najważniejsze jest mieć, bo mieć znaczy być.

Urodzona  w konserwatywnej rodzinie w  Teksasie w średniej klasie społecznej Ameryki, dla niej mercedes, nie był jakimś wielkim luksusem, bo sama jeździła porsche w „psychodelicznych” kolorach. W bogatej, słonecznej Kalifornii artystka niewysokiego wzrostu, pochodząca z bardzo religijnej rodziny stała się gwiazdą subkultury występując z zespołem hippisowskim San Francisco’s Big Brother and the Holding Company do końca roku 1968. Ale odeszła i rozpoczęła karierę solową, nie szło jej najlepiej, dopiero w następnym roku, coś się ruszyło gdy wziął ją pod swoje skrzydła menadżer zespołu „The Door”. Te fakty są dla nas bardzo ważne aby zrozumieć poetę Miłosza, jego postawę wobec młodych, jak on ich rozumiał, co o nich sądził czy myślał. Ale siłą autora „Traktatu poetyckiego” była przeszłość, historia, wyobraźnia, wielka pracowitość, która nie za bardzo pozwalała na coś „innego” niż był zaplanowany czas poety. Poeta przede wszystkim polegał na swojej wyobraźni i pamięci historycznej, one były główną siłą napędową jego  twórczości. W sumie jego wyobraźnia, ogromna i bogata, zamknięta w czterech ścianach domu, pokoju w którym pracował lub sali wykładowej została sprowadzona do zdolności szukania już znanych mu rozwiązań lub wiązanie  różnych elementów z przeszłości. W tym się czuł najlepiej i robił to najlepiej jak tylko umiał. Teraźniejszość interesowała go jak najbardziej, ale nie miał dla niej ani czasu ani zrozumienia, on żył przeszłością. Jakaś pieśniarka typu Janes Joplin, która  znała główne zasadę hippisów – anty-materializm – ale nie była jej obca pogoń wyniesiona z domu  za rzeczami, które hippisi uważali za zbytek lub luksusem niewiele obchodziła go. Wobec amerykańskiej teraźniejszości poeta zastosował taryfę ulgową stając się biernym a nawet pasywnym. Przeszłość o niej tak pisał tak jakby był medium, które same z siebie czerpało siłę i sprawność językową, wewnętrzna prawda poety/twórcy utożsamiała się z nim. Czy wierzył tak samo jak Joplin w iluzoryczną prawdę i szczęśliwość hippisów chyba nie. Piosenkarka wiedziała dobrze, że ani pogoń za „dobrami ziemskimi”, ani umartwianie się nie gwarantuje szczęścia ani spokoju duszy.  A dusza, to język twórcy, aby wyrazić amerykańskie problemy musiałby pisać je językiem angielskim, ale on zamknął się w języku polskim, w tym zaczarowanym kole słowiańszczyzny w którym mógł tylko funkcjonować w dalekiej Kalifornii popadając w stan pustki i samotności, o której tak dobitnie pisał, ale po polsku. Był uważnym obserwatorem teraźniejszości, chociaż jak już zostało powiedziane nie potrafił tak dobrze jak o przeszłości pisać. Rozumiał, że

epoka hippisów powoli się kończyła, kończyły się burzliwe lata sześćdziesiąte, był koniec roku 1970, rozmowy pokojowe  rozpoczęte w 1969 roku w Paryżu pozwoliły Amerykanom z „twarzą”, ale opuszczona głową wycofywać się z Wietnamu. Gdy artystka umierała  we październiku 1970 roku z przedawkowania heroiny jej porsche stało zaparkowane przed hotelem. Nie umarła, jak twierdzą jej biografowie z „ przedawkowania” – tak powszechnie się uważa – ale z „błędu dealera”, który dostarczył tym razem mocniejszy narkotyk. Joplin wzięła swoją dawkę taką jak zawsze, ale jak wykazało śledztwo, nie tylko ona umarła, bo jeszcze innych kilka osób  zaopatrujących się u tego samego dealera w bardzo krótkim czasie umarło z przedawkowania.  Chciała skończyć z  piciem whisky, która powodowała u niej strasznego kaca, a nie  chciała go mieć, bo właśnie w studiu pracowała nad nową płytą. Zastąpiła wódkę heroinę, zmarła miała 27 lat była u szczytu swojej hippisowskiej sławy. Kilkanaście dni wcześniej zmarł Jimmy Hendrix, popijając pastylki nasenne winem.  Syn 17 letniej matki, wychowany przez rodzinę żyjącą na pograniczu biedy i ubóstwa. Gdy umierał był najwięcej zarabiającym muzykiem ery hippisowskiej. Ikoną muzyczną „dzieci kwiatów,  dzisiaj wciąż tyle lat po śmierci pamięć o nim żyje. Dzisiaj można kupić koszulki T- shirt z okazji 75 urodzin muzyka za jedyne 29 dolarów w każdym wymiarze. Uważany za jednego z największych i najbardziej innowacyjnych gitarzystów wszech czasów. W ciągu ostatnich czterech lat swojego życia przekroczył granice i zrewolucjonizował muzykę popularną.

 Powoli schodzili ze sceny amerykańskiego życia społecznego hippisi, wojna w Wietnamie też miała się ku końcowi.  W marcu 1973 r. Południe Wietnamu wciąż było w rękach Amerykanów,   którzy się wycofywali przekazując swój sprzęt armii Południa. Nieoficjalnie, wojna  trwała dwa lata dłużej, bo miliardy dolarów wpompowane przez ZSRR i Chiny w broń, sprzęt wojsko, szkolenia, musiał przynieść jednoznaczne rozstrzygnięcie. Wojska Północy  w przeciągu  dwóch lat  zdobyły  cały Wietnam, a stolica południowej części Sajgon poddała się  komunistycznej Północy praktycznie bez walki.

Dla wracajmy do pana Czesława kosmity, przybysza z innej planety, który za wszelką cenę chcę, z upartością, desperacją, ogromną  siła woli –  mieszkańców innej planety czegoś nauczyć, podzielić się z nimi swoją wiedzą i doświadczeniem, swoją mądrością życiową i obserwacjami świata. Uwierzył w posłannictwo literatury, ale być jej posłańcem trzeba koniecznie zerwać z otaczającym światem, skazać się na samotność, przebywać w pustce, być sam na sam ze swoim językiem polskim i polskimi myślami. Kontakt ze światem zewnętrznym tylko poprzez korespondencję, bo bliskość ludzi rozprasza, zajmuje czas, rozgania myśli, trzeba zgodzić się na separacje od teraźniejszości, od życia i  codziennej rzeczywistości w której nie ma ani czasu ani miejsca na przemyślenia o teraźniejszości. Piosenka Janis Joplin Mercedes Benz powinna mu się podobać, ale nie można mieć stu procentowej pewności. Powinien podobać mu się film z kultowym dzisiaj Jamesem Deanem w filmie „Buntownik bez powodów” (1955) w którym wkraczający w wiek męski chłopak, pytaj ojca: co to znaczy być mężczyzną? Ojciec nie odpowiada, ale dał synowi wszystko to czego potrzebował od rodziców, oprócz wartości, które określają człowieka. Chłopak czuje się wyalienowany, buntuje się nie przeciwko „obcym”, ale przeciwko własnym rodzicom, matce,  która zdominowała ojca. Pisarz ojciec, które twórczość nabiera ciała jak ludzkie, książki powoli wchodzą w krwiobieg, zaczynają żyć własnym życiem, poeta coraz bardziej wchodzi, wgłębia się w  siebie, lata czterdzieste, pięćdziesiąte, sześćdziesiąte stają się historią. Sfrustrowani  młodzi buntownicy buntujący się  przede wszystkim  rodzicom sami zostają rodzicami.  Sprzeciw przeciwko wojnie, przeciw nierówności społecznej przeciw wszystkim, którzy  mieli więcej niż 30 lat życia staje się dla większości bez sensu. Buntowali się, bo nie chcieli mieszkać w identycznych domach na  przedmieściach miast, lub dzielnicach miast podobnych do siebie jak dwie krople wody. Nie chcieli jeździć identycznymi samochodami i oglądać identyczne programy telewizyjne, nie chcieli identyfikować się z rodzinami telewizyjnych seriali. Buntowali się, bo chcieli mieć łatwy dostęp  do narkotyków.  Miłosza przestrzeń literacka nie rozrasta się w ich kierunku, nie obejmuje ich,  ale jako gość zajrzał do „innej przestrzeni” amerykańskiej, jednak szybko się wycofał. To co zostało zapisane w „Widokach znad Zatoką San Francisco” to tylko jeden z poziomów z wielu na jakim zdołał zrozumieć i poznać Amerykę, co nie oznacza, że przestała ona go interesować. Interesuje  go, ale już nie jako pisarza, ale prywatnie, swoje rozmyślenia o niej wyraża w szerokiej korespondencji. Nie chce mówić  publicznie o wszystkim, tylko o tym co go interesuje i na czym najlepiej się zna. Wartości o które walczyli młodzi w Berkeley i całej Ameryce, którzy chcieli być widziani jako ludzie a nie materialistyczne roboty interesują go na zasadzie informacji, nie widzi w tym nic uniwersalnego, co nadawałoby literaturze moc zdolnej życia własnym życiem.  Młodzi, hippisi, dla których były ważne nie tylko wystąpienia przeciwko wszelkim politycznym „zagrywkom starych” stworzyli własną subkulturę, literaturę, poezje, sztuki plastyczne, modę, tzw. kod odzieżowy i oczywiście muzykę. Ona towarzyszyła każdemu strajkowi, każdemu pochodowi,  była na każdy wiecu, słowem wszędzie i na każdym kroku. Młodzie byli przekonani, że muzyka pomaga, rola muzyki była ogromna i nie należy jej lekceważyć, bo ona była narzędziem ekspresji społecznej. A tam gdzie była muzyka, był śpiew, tam gdzie był śpiew byłym piosenki, wiersze i poeci. Czasami pan Czesław patrzył na beatników i hippisów jak na europejską cyganerię artystyczną, porównywał jednych z drugimi, ale hippisi nie byli ani z natury ani ze stylu życia Bohemią paryską. Pisali wiersze, prozę jakże inną na poety z Wilna, dla nich najważniejsze było to, że tworzą poprzez  odrzucenia tradycyjnej formy literackiej i stylu akademickiego. Promowali głównie wolny ,strumień świadomości i traktowali pisanie jako wizjonerskie działanie, które musi narodzić się, pochodzić  z najbardziej wewnętrznego ja. Pracowali nad poprawieniem stylu retorycznego, ponieważ ich wiersze były przede wszystkim przeznaczone od czytania na głos, a nie do publikacji. Oni czytali swoje wiersze w barach, pubach, ulicy, przed kościołem, fabryką, w parku i instytucją państwową. Dla nich najważniejsze było dostosowanie do miarowość mowy do długości oddechu. Nie będąc akademikami czuli się swobodnie w używaniu języka potocznego i nieformalnego i bardzo często także slangu. Największą jednak różnicą pomiędzy poezją beatników i hippisów była sama technika zapisywania wiersza. Oni naśladując Walta Whitmana bardzo często stosowali anaforę, powtórzenia, co miało podkreślać wagę tego co mówią, lub chcieli przekazać. Miłosz tego nie  robił, pomimo tego, że bardzo lubił i wysoko cenił poezję Whitmana poeci beatnicy nie wzbudzili w nim tyle szacunku co sam ojciec poezji amerykańskiej. Hippisi, beatnicy byli zwartą grupą tworzą dla siebie samych, żyjących tym co stworzyli, żyjących chwilą tworzenia. Dla Miłosz proces tworzenia, to była archeologia, dokopywanie się w pamięci i starych kronikach, encyklopediach i żurnalach. Dla nich wiersz, piosenka, ballada było treścią teraźniejszości, dla poety piszącego po polsku książka była drzwiami za którymi była pusta a nawet samotność twórcy. Miłosz jako człowiek nowoczesny, żyjący pod koniec dwudziestego wieku, fizycznie, mentalnie i psychicznie był obywatelem dziewiętnastego wieku podobnie jak Fiodor Dostojewski, na którego tak  często się powołuje. Samotność Miłosza w Kalifornii, Ameryce nie jest dramatyczna, ani żadnym aktem rozpaczy, on po prostu ją wybrał jako twórca i jako człowiek. Mówił głośno poprzez swoją twórczość, ale milczał jako poeta z braku czytelników. Dużo czytał, pisał, medytował nad swoim losem i swoich bohaterów, aby prowadzić taki styl życia potrzebna jest samotność, nawet jeśli ma się rodzinę i jest się nauczycielem akademickim. Jego stosunek do przeczytanych książek jest bardzo osobisty, żywiołowy, on je  wchłania jest to widoczne gołym okiem kiedy czyta się jego napisane teksty wierszy czy esejów.  Być może poeta z Berkeley był ostatnim takim co ocalił swoją tożsamość i swoją mała ojczyznę dzięki samotności, bo dzisiejszy dzień jest pełen niebezpieczeństw cywilizacyjnych do tego stopnia przez nas przyswajanych, że stajemy się szumem medialnym, wrzawą uliczno-polityczną. Co więcej człowiek początku XXI wieku nie odczuwa już potrzeby samotności w ten sposób jak to było możliwe nie tak dawno  temu, bo pół wieku wstecz. Poprzez tłumaczenie poezji, oczywiście, wybranych przez siebie poetów,  a także i swojej twórczości pan Czesław chce podbić umysły mieszkańców – jego studentów –  planety San Francisco Bay Area, a później całej Ameryki i resztę, czyli cały świat. W Ameryce wokół siebie wybudował oazę do której zaprosił swoich studentów, aby z nim pracowali i korzystali z niej.  I tak się stało. Niektórzy z nich zostali tłumaczami nie tylko jego twórczości, ale i polskiej poezji, literatury, próbował ich „zarażać”, swoją pasją gospodarza kultury polskiej w Ameryce. Lista osób, Amerykanów, których zaangażował w sprawę polskiej literatury jest długa, poetów, pisarzy polskich, których przekładał na język angielski jest jeszcze dłuższa. Nie mam zamiaru podawać nazwisk tłumaczy, czy tytułów książek, które dzięki Miłoszowi ukazały się w języku angielskim.  Chwała mu za to, za jego cierpienie z powodu braku miłości i miłość do języka polskiego. Wraz ze swoimi studentami pracował nad przekładami poezji i prozy polskiej. „Zakładał bazy kosmitów” budował mosty z wierszy dla „obcych”, po których zapraszał do odwiedzenia jego planety. I tak powstają dwie bardzo ważne książki, dla wszystkich uczących się literatury-kultury polskiej w anglojęzycznym świecie, antologia wierszy polskich wydana w 1965( Postwar Polish Poetry. An anthology), oraz historia literatury polskiej w 1969 roku ( The History of Polish Literature).  Ten kosmita, tytan pracy, potrafił wyłączyć się ze studencko- wietnamskiej burzy, tkwił w niej na tyle ile musiał, w każdej chwili był gotowy „przejść” do swojego świata i znaleźć spokojne miejsce, „szalonej pracy” w lesie dla kultury polskiej, europejskiej. Drewniany domek na zadrzewionym stromym wzgórzu na „Kurzej Stopce” był jego arką, w której oczekiwał na spokojniejsze i lepsze czasy.

Biedni i emigranci wobec wojny w Wietnamie

Bogaci wysyłali swoich synów do Kanady, jeszcze bogatsi do Europy, aby tam studiowali, lub byli przedstawicielami ich firm handlowych, aby w ten sposób uniknąć powołania do wojska. Na wojnę szli najbiedniejsi pochodzący z najniższych warstw społecznych, najczęściej synowie farmerów i robotników. Na wojnę szli również synowie i wnuki emigrantów, w tym również tysiące Amerykanów polskiego pochodzenia. Wielu z nich odda życie za Amerykę, nazwiska ich znajdziemy na tablicach Vietnam Veterans Memorial Wall. Wielu przeżyje, będą weteranami wojny, otrzymają przywileje, będą pierwsi w otrzymaniu pracy, bezpłatne leczenie czy studia. Tylko niektórzy skorzystają i skończą studia zdobędą zawód a także awans społeczny poprzez naukę. Wojsko w Ameryce (poza sportem) dla wielu emigrantów i rodowitych Amerykanów z klasy robotniczej, dołów społecznych to trampolina do lepszego życia, daje szansę na wygodniejsze, dobrze płatny zawód. Wojsko, armia amerykańska zawsze potrzebuje chętnych a hasło  I want you (Potrzebuję cię) wciąż jest bardzo popularne i aktualne.

W San Francisco z wieloma weteranami się zaprzyjaźniłem, byli to Wietnamczycy z Sajgonu, byli żołnierze i taksówkarze, właściciele restauracji i burdeli, jacyś ciułacze, grosz do grosza, którzy  chcieli na wojnie i Amerykanach dorobić się, którzy razem z nimi uciekli po dojściu komunistów do władzy. Wielu z nich uczyło się języka angielskiego lub zawodu razem ze mną, wielu z nich przeszło przez obozy dla uchodźców w Azji, na wyspach filipińskich zanim przybyli do Ameryki. Byli też amerykańscy Polacy i rodowici Amerykanie. Moim serdecznym przyjacielem był żołnierz – sanitariusz hippis Richard Rehl, (załatwił mi dobrze płatną pracę, wprowadził w świat Tai chi, a gdy poszedłem na studia dziennikarskie na City College of San Francisco, pomagał mi odrabiać lekcje). Po powrocie z Wietnamu na koszt państwa skończył jakiś trzeciorzędny college medycyny daleko wschodniej, ale chyba nigdy w swoim zawodzie nie pracował.  Z czasem stał się tłumaczem mojej poezji na angielski, był synem polskiego żołnierza kampanii wrześniowej, który przybył do Nowego Yorku na początku lat pięćdziesiątych z Niemiec. Polskie nazwisko zmienił na angielskie, aby mieć łatwiejsze życie w kraju redneck. (Obraźliwe określenie robotników rolnych).  Richard pracował, jako apartament manager przez wiele lat, ale do czasu, kiedy to pewna zamożna pani, wdowa po właścicielu osiemnastu sklepów spożywczych w rejonie San Francisco, mieszkanka jego apartamentowca, wynagrodziła go za to, że przez ostatnie lata jej życia nią się zaopiekował, tak dobrze, że nie musiała iść do domu starców. Wdowa, obrażona na własną rodzinę, która się nią nie interesowała zapisała mu pewną sumkę z „sześcioma kołami”, pod warunkiem, że kupi sobie kilka strzelb z długa lufą i coś ze swoim życiem zrobi.  Zostawiła też w spadku dziesiątki złotych zegarków, pierścionków diamentowych, bransoletek złotych, naszyjników z prawdziwych pereł, itd., Gdy się o swoje pieniądze upomniał urząd skarbowy USA, Richard szybko kupił jacht pełnomorski, kilka strzelb i pistoletów, skompletował załogę i powoli bez pośpiechu jak stary żółw popłynął do Meksyku, Puerto Rico, zabawił kilka długich lat na Antylach i Karaibach, a gdy te wydały mu się mało ciekawe, popłynął dalej przez Kanał Panamski aż na Filipiny. Od wielu lat się do mnie nie odzywa, od znajomych słyszałem, że żyje gdzieś pomiędzy wyspami filipińskimi a indonezyjskimi, gdzie, kto to wie, wysp jest tam tysiące.

Wśród rodowitych Amerykanów też miałem sporo przyjaciół byłych żołnierzy tej wojny. Moim przyjacielem jest Neal M Warren, był na wojnie w latach 1966/67. Urodził się na Wschodnim Wybrzeżu w ubogiej rodzinie farmerów, szkoły żadnej nie skończył w wieku 20 lat poszedł na wojnę. Od roku 1969 chorował na Post Traumatic Stress Disorder (Zespół stresu pourazowego,  zaburzenie stresowe pourazowe). Od 1969 do 1983 roku miał ośmiu, dziesięciu terapeutów, żaden z nich mu nie pomógł. Spotkałem go na jednym z wieczorów poezji w Hospitality House w San Francisco, zaczął pisać wiersze, interesować się poezją. Wtedy był włóczęgą wędrującym po całej Ameryce, zatrzymywał się na noclegi w przytułkach dla bezdomnych. Poezja, jako terapia – w przeciągu kilku lat – wyleczył się, pisał przede wszystkim o wojnie i jej okrucieństwach, o tym, co przeżył, czego doświadczył.  Razem w roku 1986 wydaliśmy tomik wierszy pt.” Anteroom Poetry” a niedawno w roku 2017 tom pt. „Old Songs” wiersze po angielsku i niemiecku. Poezja mu pomogła lepiej niż terapia i lekarze, na koszt państwa wyuczył się zawodu, został informatykiem, pracował dla armii amerykańskiej w USA i innych krajach świata.  Młodość przygniotła go wojną i stresem, nędzą i depresją, ale na jesień życia ożenił się z młodą kobietą, Niemką, którą poznał podczas służby w Niemczech. Ta nie tylko została żoną, tłumaczką jego wierszy na angielski, ale cudownym człowiekiem, dała mu ciepło i zrozumienie, radość życia i szczęście. Teraz ma dom, dwa wielkie psy wielkości cielaka każdy, kilka tysięcy dolarów emerytury. Żyć i nie umierać, pisać wiersze. Ale wracajmy do Kalifornii, wojna w Wietnamie jeszcze bardziej pobudziła inspirowała do twórczego życia. Zachodnie Wybrzeże Ameryki – które oprócz bitników i hippisów na dobre zadomowionych w miastach San Francisco, Los Angeles, San Diego – stało się wielką bazą wojskową. Ulice tych miast  wypełniły się młodzieżą idąca na wojnę i protestującej przeciwko wojnie. Takiej „gorączki”, takiego kłębowiska ludzkiego nie widziano tam od czasów odkrycia złota w XIX wieku. Powstały ugrupowania, o których nasz poeta mówiąc ogólnie wiedział, ale z żadnym z nich się nie identyfikował; Antyimperialiści – uznający Stany Zjednoczone za agresywne mocarstwo prowadzące politykę imperialną przeciwko rewolucyjnemu Wietnamowi. Dla nich nie było ważne, że Wietnam „wpadnie” w ręce komunizmu, który zniszczy, zabije, zada ból milionom niewinnych ludzi. Byli też pacyfiści – protestujący przeciwko wojnie, jako takiej, stosujące w protestach taktyki non -violence i nawołujący do natychmiastowego wycofania oddziałów amerykańskich, tych oskarżono o brak patriotyzmu. Wreszcie liberałowie, przedkładający nad wojnę tradycyjne formy politycznego nacisku i nawołujący do negocjacji pokojowych. Ich atutem w ręku było to, że Wietnamczycy właściwie nie wygrali żadnej bitwy z Amerykanami, ale wygrali całą wojnę.

Koniec części pierwszej. Cdn.

Dzierżoniów, grudzień, 2018r.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko