Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
417

Pył ulicy

Magiczne światło miasta… Rozbłysło. Świeci.

Nowy tom opowiadań Wojciecha Chmielewskiego, dziesięć opowiadań, każde inne. Wspomnienie o nauczycielce, pogrzeb, później rozmowa, „Ona nas uczyła kultury”, Pedro słucha muzyki, Pedro rży, „Pokój nauczycielski ją wykończył”… Stypy nie było. „Pedro, a może skoczymy do burdelu?” I zadziwiająca puenta. Miłosna, może nawet sentymentalna..

Rozmowa w knajpie. „Przy stoliku przy stoliku siedzi mały człowiek […] Rozciągną mi kości, będę miał metr pięćdziesiąt”. Metr pięćdziesiąt… Mój przyjaciel jest tego wzrostu. Pewnie każdy centymetr byłby dla niego ważny. Ale opowiadać o tym? Pocieszenie?

Alkohol. Tak, często. Ale i narkotyki. Smutne życie? Nie, to tylko zewnętrzna powłoka jest smutna. To, co w środku, wcale nie musi być złe. Ktoś kogoś uderza. Ten pierwszy pada na chodnik, odwraca się, teraz on atakuje, kopie, bije ćpuna do nieprzytomności. Zwykły obywatel.

Chmielewski szuka bohaterów, którzy pozornie niczym się nie wyróżniają. Ale czy każdy próbuje psiego żarcia? Ktoś, kto robi wywiad z Zofią Posmysz o jej obozowych przejściach? Auschwitz? Gdyby więźniowie mieli to psie żarcie. A w tle Badurek, który kocha się z jego żoną. Taka mieszanka. Trzy plany, każdy potrafi zwalić człowieka z nóg.

Albo to spotkanie pod szaletem. Tak, był taki szalet w mieście. Już go nie ma. Ale był. Spotkanie po latach. Oni go poznają, on niewiele pamięta. Nawet tego, jak wówczas śpiewał. „Wtedy w klubie ‘Kokon’, pamiętasz, stary, była niezła akcja. Wszyscy się nawalili, a ty z gitarą wyszedłeś na scenę i zacząłeś śpiewać songi Brechta. Skąd ty tak dobrze znałeś tego Brechta? Normalnie wszyscy się zwalili, a ty pieśń za pieśnią”. On, nie on. Wszystko zatarte w pamięci. Jakieś płyty? Brecht? Przecież do tego trzeba dużej kultury literackiej

Dwie przyjaciółki. Grały w duecie. Kiedyś. Jedna wyjechała do Ameryki, a druga wyszła za mąż za oficera. Żołnierz, czemu nie? Miał mocne ramiona. Tylko po co się pchał do tego Afganistanu? Po śmierć? Przecież nie dla zarobku. Przygoda? Boże, jaką cenę trzeba płacić za fantazję. Głupota. „Chłopaki wrócili, to i ja wrócę.” Oni wrócili, a Lena nie będzie miała ojca. Złe decyzje, złe wybory mają swoje konsekwencje. Chodzić, zapomnieć. Jakiś facet w supermarkecie, coś mu kupuje do jedzenia, uśmiecha się do niej, kłania. Każdy ma swoje życie. „Idę na odwyk do Drewnicy”. No tak, zwykli ludzie. Ale serce podchodzi do gardła w przedszkolu, dzieci się zatruły. Nakładają się nieszczęścia, kumulują. „Czy dla Karoliny gorsza do zniesienia od śmierci męża byłaby śmierć córeczki?” Nierozwiązywalne dylematy. Tu na szczęście z dobrym zakończeniem.

Jakaś migawka. Uczciwie mówiąc, zazdroszczę tych obserwacji. Pozornie o niczym. Pies, który obsikuje stare, orzechowe drzewo. Ale przecież to tylko punkt zaczepienia. Bo Chmielewski „czuje miasto”, zapachy obiadu („zupa ziemniaczana, kotlety mielone”), rozmowę zza otwartego okna, malec z psem ryje nogą w ziemi, przez chwilę jest drugi pies, szczeniak. A później znów tylko jeden. Nie dzieje się nic. Ale to przecież pozór. Jak w mrowisku, wszystko jest naładowane, z jakimś podskórnym napięciem, drugim, trzecim dnem.

A na końcu hołd dla Marka. W przeciwieństwie do Chmielewskiego, nigdy nie biegłem aby kupić dla niego kolejną flaszkę. Piłem z Nowakowskim wódkę może dwa, może trzy razy. W „Samsonie”. Ale autor „Magicznego światła miasta” słucha. Przede wszystkim słucha. Alkohol jest dodatkiem, zapomogą. Rozwiązuje języki. Bo świat Marka (przepraszam za tę poufałość, ale byliśmy przez kilkadziesiąt lat na „ty”) nie był światem uniwersyteckiej katedry, salonów, ministerialnych gabinetów. „Marek Nowakowski był w moim mieście odkrywcą tego, co zapomniane, przede wszystkim ludzkich charakterów, postaci, które tak szybko przemijają”.

Chmielewski jest w dobrej formie. Literacko dobrej formie. Bez wątpienia jest w jego pisaniu coś szczególnego, coś co ma niewielu pisarzy. Jakiś rodzaj uwrażliwienia, dostrzegania rzeczywistości. Nie tej wydumanej. To, chciałoby się powiedzieć: pył ulicy. Niewidoczny, ale przecież, gdy się go dotknie, ubrudzi.

Wojciech Chmielewski – Magiczne światło miasta, Arcana, Kraków, 2019, str. 204.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko