Wiesław Łuka – Wiesław Łuka o bardzo smutnych, ale zachwycających opowieściach przeniesionych mistrzowsko na scenę

0
151
Wiesław Łuka

Rejwach w języku jidysz znaczy rozgardiasz, zamieszanie, zgiełk, harmider. Moja mama siedemdziesiąt lat temu, gdy dostawałem, niby zabawowy, niezbyt groźny cios w głowę i kopnięcie w tyłek od ciut starszego brata w domu na przedmieściu Siedlec, uspokajała nas podniesionym głosem: chłopcy, dosyć tego rejwachu… Żydowskie słówko zagnieździło się w podlaskiej polszczyźnie; nie tylko ono jedno i nie tylko na Podlasiu.

KSIĄŻKA

Tomik krótkich opowieści Rejwach* wydał Mikołaj Grynberg w połowie zeszłego roku. Przedstawienie Rejwach na podstawie tomiku wyreżyserował Andrzej Krakowski w warszawskim Teatrze Żydowskim parę tygodni temu. Z czterech słownikowych znaczeń rejwachu dla wersji książkowej najodpowiedniejsze jest polskie zamieszanie, a dla teatralnej dochodzi również zgiełk, choć zamieszanie także świetnie pasuje. Zamieszanie u Grynberga ma głęboki treściowo wymiar obyczajowo – społeczno – historyczny, osiągnięty w bogatym w podteksty i metafory języku. U Krakowskiego dochodzi również sceniczny zgiełk, bo przedstawienie zachwyca dynamiką, ruchem, tempem i aktorską werwą.

Dlaczego zamieszanie w krótkich opowieściach Grynberga? Każde z nich przeważnie nie ma akcji w rozumieniu tradycyjnie powieściowym. Autor nie opowiada, co się wydarzyło tu lub tam, teraz lub w określonej przeszłości. Co się wydarzyło – to wydarzyło się gdzieś w Polsce; tylko czasami wiemy, gdzie i kiedy, czasami, że niedawno. Nie śledzimy akcji bieżących wydarzeń lub wydarzeń w retrospekcji. Nie poznajemy ich bohaterów. Jesteśmy natomiast wciągnięci w akcję opisów, opinii, ocen, rozważań, komentarzy. Wszystko opowiedziane jest klarownie, językiem skrzącym się od licznych i zaskakujących wieloznacznością spostrzeżeń, sentencji, aforyzmów i puent w tonacji molowej, ale często także durowej – weselszej, humorystycznej, autoironicznej, nawet sarkastycznej; krótko mówiąc różnorodnej.

Już w pierwszym opowiadaniu, Niepotrzebne kłopoty autor wprowadza czytelnika w atmosferę zamieszania;rozmawia sam ze sobą tak, jakby fikcyjny narrator rozmawiał z autorem, Grynbergiem:„… Swoją drogą, to wszystko normalnemu człowiekowi w głowie się nie mieści. Trochę pan tam nawymyślał tych historii, co? Pewnie z połowa jest wymyślona, to znaczy, że pozostałe są prawdziwe, tak?…Pan mi powie, co w was, Żydach, jest takiego, że wszystko o was można powiedzieć, ale nie że to jest neutralny temat?… Wy musicie najpierw wszystkich oszukać, potem wszystkich nastraszyć, a na koniec zadziwić, a jeszcze na sam koniec umrzeć i zostawić bajzel. Pan rozumie, o czym mówię? Może trochę tak po bałaganiarsku – żeby nie powiedzieć po żydowsku – się do tego zabieram…”

Autoironii w tych opowiadankach nie brakuje, ale pod ich zewnętrzną warstwą narracyjno – językową, kryją się głębokie pokłady poruszających myśli dotyczących historycznych i współczesnych sytuacji Żydów polskich.

W tytułowym „kawałku” Rejwach narratorowi się wydaje, że „….łatwiejsze od bycia Żydem jest niebycie Żydem…”. Jego bohater, Mironek, urodzony z ojca Izaaka i matki Nehumy, miał przed laty dużo trudniejszy start i bieg młodzieńczego życia niż każdy rówieśnik polskich rodziców; na przykład jakichś – Stanisława i Jadwigi. Mironkowi dużo trudniej było, mimo zdolności, wykształcić się na lekarza, bo wielu urodzonych, zadziornych Antków i Tadeuszków stawiało mu szlaban już przed wejściem na uczelnię, a gdy go wpuścili, to kazali siadać w auli wykładowej na „żydowskiej ławce”. Tak naprawdę to Mironek nie chciał być Żydem. Choć wiedział, że w tym kraju nie znalazł się przypadkowo, że jego pra- praprzodkowie, skorzystali z królewskiego, kazimierzowskiego zaproszenia sprzed wieków, że od kilkuset lat tu żyli i pracowali na rzecz Rzeczypospolitej. Dawno zapracowali na równe w niej traktowanie i życie z przekonaniem, „że się jest u siebie”. Ale, niestety, miliony Mironkowi   podobnych padły ofiarą niemieckiej Zagłady… Choć Mironek cudem ją przeżył i po wojnie zmienił imię, został Jerzym, to po parunastu kolejnych latach jednak wytknięto mu jego żydostwo; przegrał wojaczkę „na żydowskiej wojnie” w 1968 roku. Mimo wszystko stąd nie wyjechał . Do dziś bije się ze swoimi myślami, a głównie z tą myślą i uczuciem, że „nie jest u siebie”.

Z innej opowieści, z Gorzkiej czekolady, dowiadujemy się, że ciężar życia jej bohaterów, samotność ojca z dwójką dzieci (w tym narratora), po śmierci żony i matki mało nie doprowadziły wdowca do zabójstwa sierot i jego samobójstwa. Dlaczego? Bo kilka lat wcześniej rodziny ojca i matki, czyli dziadków, wujków i cioć zostały „przetrzebione” w pożodze Holokaustu, albo tuż po nim w aktach samobójczych. Samotny, milczący przez lata wdowiec, podczas bożonarodzeniowej kolacji zdradził dorosłemu już synowi, że chciał jego i siostrę zabić, a zaraz potem zabić siebie; bo „samobójstwo jest dziedziczne”.

Refleksja Grynberga: śmierć przyszła i „kosiła” zbiorowo, zaplanowana przez tych, co urządzali świat po swojemu; wtedy życie ulatniało się przez kominy krematoriów. Ale narratorka Wyśnionych przyjaciół przekonuje, że śmierć jest najtrudniejsza do zniesienia, gdy dopada we śnie. Przyjaciele narratorki umierali na jej oczach –„…zanim umarli (należy się domyślać w latach Holokaustu; WŁ) ) przeżywali tygodnie i miesiące strachu, poniżenia, bólu i głodu…”. Narratorka „…budzi się bardzo smutna, bo widziała siebie czekającą na śmierć…”.

W przypowieści Koniec czasu narratorka daje receptę na życie spełnione: „…Pędzić po tym kruchym lodzie, ile sił w nogach, bo przecież wiadomo, jaki będzie koniec… Trzeba gnać, bo tyko ruch zapewnia istnienie. Staniesz, zginiesz, a przecież chcesz żyć…”

Niedawno poznałem podobną receptę na życie spełnione w książce Olgi Tokarczuk, Bieguni; to tylko takie przypomnienie na marginesie. Tokarczuk pisze na okładce Rejwachu: „Te małe, przenikliwe prozy poruszają i niepokoją jednocześnie. Jeżeli diagnoza, jaką stawiają, jest słuszna, to mamy w Polsce wielki problem”. Ano mamy! Problem pogarsza fakt, nie z niesłychanym trudem się do tego czasami przyznajemy.

TEATR

Powtórzę: … trzeba gnać… staniesz, zginiesz … Dlatego reżyser   Krakowski wywołał na scenie atmosferę zgiełku; w ruchu aktorów, w języku ich ciał, w ich rozmaitych figurach i przy tym wypowiadanych kwestiach – o charakterze informacji albo myśli, albo komentarzy. Powtórzmy – prozaik Grynberg opowiada, opisuje, podrzuca czytelnikowi piękne zdania i akapity do przemyśleń, często sam komentuje; jak to w bogatej prozie często bywa. Natomiast aktorzy Krakowskiego pamiętają, że „tylko ruch zapewnia istnienie”, również zaistnienie w przedstawianiu i w jego odbiorze przez widownię. Dlatego na dechach sceny bardzo dużo zgiełku. Nie ma na niej snucia się, przekomarzania, rozgadywania. Reżyser i zarazem scenarzysta wybrał z opowiadań przeważnie krótkie zdania; powtórzę – często o charakterze oraz sile maksym, aforyzmów, sentencji.

Akcja rozgrywa się w poczekalni – kawiarni dworcowej. Co kilka minut słyszymy bardzo donośny głos z megafonu – komunikaty o odjeździe kolejnych pociągów do różnych stacji krajowych i zagranicznych, o ich opóźnieniach lub zmianie peronów ich przyjazdu i odjazdu. W tych sekundach kolejnych komunikatów czekający podróżni nerwowo, jak na komendę, podrywają się z ławek i krzeseł poczekalni, odwracają się w stronę megafonu, jakby właśnie ich wszystkich naraz wzywano do odjazdu. Czy ten ruch, ten nagły obrót w stronę źródła głosu, ta nieskrywana nerwowość nie mają w zamyśle reżyserskim przypomnieć widowni o losie „Żyda, wiecznego tułacza?” Zawsze gotowego do zmiany swego miejsca pod słońcem? Czy to nie przypomnienie także warszawskiego Dworca Gdańskiego, z którego pociągi do Wiednia zabierały Żydów -„syjonistów” z nakazami (paszportami w jedną stronę. WŁ) opuszczenia Polski w marcu 1968 roku?

Między kolejnymi komunikatami z mikrofonu dzieje się akcja przedstawienia; nie ma w niej jednoznacznie podanego miejsca i odczuwanego upływu czasu. Jest to mozaika (by nie posłużyć się autorskim określeniem: bałaganiarsko podanych )krótkich informacji historycznych, strzępów wspomnień, traumatycznych przeżyć osobistych i rodzinnych – odleglejszych i całkiem nieodległych w czasie. Jest w nich atmosfera neutralności, ale chyba więcej historycznego żalu, pretensji, strachu -Żydów, którym ciągle niespokojnie żyje się w Polsce.

Słyszymy retoryczne pytanie dotyczące bardzo odległych wydarzeń: Kto was tu przyjął, gdy parę wieków temu nigdzie was nie chcieli (w zachodniej Europie? WŁ) ? Słyszymy wspomnienie o latach tuż powojennych i już następnej dekady, kiedy mieliśmy przysłaną z sowieckiego wschodu nad reprezentację żydowskich „budowniczych” i okrutnych stróżów komunistycznego ładu w Polsce, od 1944 roku poczynając. Jakaś gojka czy nie-gojka pyta retorycznie: „Kto rządził nami w 44- tym ?”. Przygnębiony tata, wdowiec, wyraża żal i żałobę po straconej w Zagładzie matce i niedługo potem zmarłej żonie (to ten, który w książce przyznaje się dzieciom, że chciał ich i siebie zabić). Ktoś chce zaświadczenie w urzędzie, że nie jest Żydem, bo się boi wygnania w 1968 roku. Niektórzy wyzywają od Żydów szefów firm tylko dlatego, że firmy dobrze prosperują. Ktoś ze zdziwieniem rzuca pytanie: Czy chcemy przekonywać, że Żydzi byli Polakami? Kolega do kolegi z żalem i zarazem z sarkazmem zauważa: „Jeśli ci się coś w Polsce udało, to na pewno jesteś Żydem”. Roztańczony, a może dotknięty epilepsją, młodzieniec ma dosyć tych wrzasków, czasami z domieszką polskiej zawiści woła: „Nic, tylko – Żydzi, Żydzi, Żydzi…” I znów wracają lata Holokaustu: wspomnienie dziewięćdziesięciolatki, która do 2016 roku ukrywała swoje żydowskie pochodzenie. A inna podczas wojny spała z przechowującym ją Polakiem i trzykrotnie musiała przerywać ciążę; potem przez lata też z lęku ukrywała swoje pochodzenie. Tymczasem gojka, nauczycielka historii radzi innym: „Jeśli chcecie tu mieszkać, to trzeba pogodzić się z rzeczywistością”.

Za chwilę nauczycielka biega od jednej osoby do drugiej. Przeprasza, że może kogoś skrzywdziła swoimi słowami. Chyba rzeczywiście skrzywdziła, bo wszyscy, oczekujący na swoje pociągi, dość szybko, ale pojedynczo wychodzą. Głos z megafonu nakazuje wszystkim opuszczenie lokalu; „i temu panu w czarnym kapeluszu” . To jakby ton kolejnego wypędzania Żydów ?

Scena pustoszeje.

Niektórzy bohaterowie przedstawienia, ale również książki, często nie wiedzą, kim są – jeszcze Żydami, czy już Polakami. Te strzępy zdań, te urywki wspomnień, te opinie wyrażane w skrajnych emocjach, również w nieco epileptycznych zachowaniach, nie układają się chronologicznie. Są utrzymane raczej w poetyce patchworku. To potęguje nastrój rozgardiaszu zgiełku. Dlatego właśnie reżyser Krakowski przeniósł z książki na scenę tytuł Rejwach. W jednym z wywiadów, poza przedstawieniem, dziwi się, że niektórzy mają kłopot z własną identyfikacją w naszym kraju. On – jak oświadcza – „wygnany z Polski w 1968 roku nie ma z tym problemu”.

Pogodzić się z rzeczywistością? Czyli z jaką? Skąd ten lęk ciągle trwający, kilkadziesiąt lat od czasu Zagłady? Od ostatniego pogromu Żydów na naszej ziemi – pogromu kieleckiego także minęło kilka dekad. A wielu Żydów się boi. Aby przynajmniej w małym stopniu przyczynić się do wyciszania żydowsko-polskich lęków, przywołam twierdzenie Zygmunta Rolata (to częstochowianin z urodzenia, liczy sobie 88 lat, amerykański biznesmen, prezydent Światowego Związku Żydów, miłośnik sztuki szczodrze wspierający także finansowo jej rozwój w kraju swego pochodzenia). Ten hojny ofiarodawca zapewniał podczas rozmowy w trakcie dorocznego, warszawskiego Festiwalu Warszawa Singera: W krajach zachodnich Żydzi z dużo większym niż w Polsce lękiem udają się do synagog na cotygodniowe modły szabasowe i z okazji dorocznych świąt. Synagogi są ochraniane przez patrole miejscowej policji i wojska (sam to widziałem nie tak dawno w Barcelonie; WŁ). Zatem te lęki w naszych miastach to przesada? Że one mają wyłącznie charakter literacko – publicystyczny? Chyba nie. Jednak nie brakuje i u nas przejawów podskórnego i „nadskórnego” antysemityzmu, gdy, między innymi, pali się kukłę Żyda, gdy maże się ściany od strony ulic hasłami: „Żydzi do gazu”, „Każdy Żyd to ch…”, gdy w rozmaitych manifestacjach krzyczy się: „Polska tylko dla Polaków”; itd. To dlatego reżyser Krakowski po premierze przedstawienia twierdzi w wywiadzie, że dedykuje swoją sztukę „milionom ludzi, którzy żyją strachem…”; milionom, bo nie tyko Żydom z pochodzenia. W książce Grynberga twórca przedstawienia dostrzegł   walor „niesłychanej aktualności i uniwersalności”. Mówi teraz: „ … Jak długo istnieje ksenofobia, brak empatii i refleksji, tak długo proza Grynberga będzie nas zaskakiwała i kłuła. To chciałem zachować w sztuce…” A dyrektorka Teatru Żydowskiego, Gołda Tencer powiedziała: „… Jestem przekonana, że ze spotkania tych dwóch twórców powstanie ważny, poruszający i zmuszający do refleksji spektakl…” Powstał.

  • Mikołaj Grynberg, REJWACHNisza, Warszawa, 2017 r.

Wiesław Łuka

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko