Andrzej Wołosewicz – Refleksje z lektur

0
115

Andrzej Wołosewicz


 

Refleksje z lektur


siedmiopietrowa-gora 


  Trzy refleksje z „Siedmiopiętrowej góry” Thomasa Mertona, jednej z wakacyjnych lektur.

1.Najpierw, gdzieś po 3/4 lektury więc około 400 strony uświadamiam sobie, że koniec książki coraz bliżej a ja chciałbym jej nie kończyć, wcale jednak nie przez zaniechanie czytania, czyli chciałbym czytać, ale chciałbym jednocześnie, by ten koniec się odsuwał. Myślałem, że z tym przeciąganiem czytania to jakaś moja aberracja, gdy znalazłem taką oto wypowiedź Anny Sobolewskiej w jej artykule „Fantastyka między cybernetyką a polityką. Mity polskiej fantastyki” (w bardzo dobrej książce „Obraz literatury w komunikacji społecznej po roku ‘89”, Instytut Badań Literackich PAN, Warszawa 2013, będącej zbiorem prac badawczych kilkunastu autorów): Czytelnik powieści tego typu stara się czytać coraz wolniej, żeby jak najdłużej przebywać w obrębie świata przedstawionego, który jest bardziej fascynujący niż jego codzienność. Można oczywiście trochę oszukać samego siebie zwalniając tempo czytania. Tak robiłem w wypadku „Listów” Rilkego. A teraz trafił mi się ten Merton, którego inne pozycje przecież czytałem wcześniej. Ten Merton i ten Rilke, te dwie książki były dotąd jedynymi wobec których mam to dziwne uczucie, to pragnienie, by czytać a nie kończyć. Teraz sobie uświadamiam, że to koncept Borgesa, koncept o książce, w której nie można znaleźć ostatniej strony, bo gdy wydaje się, że to już, pojawiają się następne.


2.Merton wywołał we mnie wspomnienie Rilkego. Ten Rilke, nie bez powodu użyłem takiego sformułowania, bo on z kolei, Rilke, wywołał we mnie wspomnienie wiersza Krzysztofa Gąsiorowskiego o Rilkem pod wcale nie-Rilkeańskim tytułem “Marksistowska teoria literatury”:

 

Czyta Rilkego, miotając się

w bezsilnej zazdrości. Tego mu brakowało.

Ten Rilke. Mogący już milczeć

Mężczyzna po czterdziestce. Kiedy to

– co wiedzą kobiety – aby być, być należy

bogatym i sławnym. Ba!

 

Schludny, zadbany, o nienagannych manierach

(nie musi, jak Cyprian N., codziennie prać jedynych

białych rękawiczek), wyniosły egotyk, pomiędzy

posilnym śniadaniem a wystawną kolacją przy

świecach spacerujący całymi godzinami

po morskim wybrzeżu, gdzie zamieszkiwał w wieży,

nie płacąc czynszu, nasłuchujący

w ciszach, które otwierają skwir mew

– czy ktoś doń nie zawoła z ordynków anielskich…

 

Czyta Rilkego, myśląc

jednocześnie o tych nieszczęsnych szaleńcach,

co w rozprężeniu zmysłów: narkotyki, alkohol,

kobiety, piękne choroby…, pod przewodem gruźlicy

i kiły w halucynacjach z głodu, bezdomnych

(„… gdy zmierzch zapada, przez otwarte okna słychać,

Jak kolację jedzą obcy ludzie…[1]) – próbują dotrzeć tam,

gdzie ryb niemota uzyskuje brzmienie

niektórych fragmentów z Norwida, poety który wierzył,

że wierszami zasłuży i zarobi na życie,

no i był umarł w przytułku, a to nas już wzrusza,

no i nic nie kosztuje

 

Ten wiersz wart jest przytoczenia także dlatego, ze nie pojawia się w żadnym z tomików Krzysztofa a jedynie na płycie Kanon 2008 i – w nieco innej, krótszej wersji – w książce o Norwidzie właśnie. Krzysztof chciał koniecznie, by ten wiersz rozpoczynał jego „Liryki”, nad którymi pracowaliśmy tuż przed jego śmiercią i które może uda mi się kiedyś wydać (wtedy, 2010, się nie udało).

 

3.Książka Mertona (której jeszcze nie skończyłem, ostrzę sobie jeszcze smak na te końcowe strony) jest napisana językiem niezwykle prostym, nic literacko tu nie zaskakuje choć recenzenci piszą o niej odyseja duszy i opowieść godna podziwu i szacunku. Nie spieram się tutaj z nimi, mówię jedynie o tym, że Merton osiąga te podziwiane przeze mnie zalety i wartości w prosty sposób – operując nad wyraz zwyczajnym językiem. To dopiero coś!

 

 



[1] Cytat Z wiersza Z. Jerzyny

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko