Jan Tulik – Nie nadejdzie już zło

0
222

Jan Tulik


Nie nadejdzie już zło

 

fwroclawski035 


We wstępie do zbioru wierszy „Drzwi” Aleksandry J. Starosteckiej Mirosław Welz zaznacza: „Wybór dobra jest tu tożsamy z wiernością zasadom Dekalogu. To nazywanie od nowa tego, co już za nami.” Oto inicjujący wiersz Starosteckiej:


nie jesteśmy gotowi

na zło

 

nigdy

 

zawsze jest zdziwieniem


Jest to poetycka odpowiedź na dwuwersową sentencją Welza – poetka użyła go jako motto – który brzmi: jesteśmy gotowi na zło / zaskakuje nas dobro.


To zbliżona do idealnego zapisu synteza myśli, która z jednej strony polemizuje, czy też językiem filozofa obala tezę poety, z drugiej jest to lustrzane odbicie tej myśli, odwrotna strona medalu. Ciekawe, że poetka – sądząc po przeżyciach jej podmiotu lirycznego – pragnie zło mieć zawsze w odwodzie, liczy na jego niejako doraźność, na jego niepowtarzalność. To motyw niezwykle ważki.


Nie przypadkiem Czesław Miłosz stawiał dramatyczne pytanie: „unde malum” – skąd, właśnie: skąd zło? Czy jest na pewno drugim rewersem dobra? Niezwykłą „diagnozę” istnienia zła zasugerował w wierszu Unde malum? Tadeusz Różewicz, dziwiąc się naszym wahaniom, przecież zło – poeta niemal twierdzi –  pochodzi: z człowieka / zawsze z człowieka  / i tylko z człowieka, dodając jednocześnie, że sam człowiek jest ze swymi niedoskonałościami swego rodzaju błędem natury.


Powracając, w kontekście utworów poetki, do ontologicznego pytania: czy zło jest mocą szatańską, godną egzorcyzmowania, czy też zaprogramowaną częścią wszelkiego stworzenia? Zapewne to tajemnica, i to Tajemnica podkreślana dużą literą, skoro najmędrsi jak dotąd nie dali nam zadowalającej odpowiedzi. Człowiek pragnący dobra, i sam z zasady dobro czyniący, rzeczywiście będzie zdziwiony złem, bo to naturalne – używając Wańkowiczowego terminu – chciejstwo szczęścia? Zwłaszcza, gdy nie miało się pogodnych doświadczeń.


Pewnie dlatego powstał ten tomik, osobliwy liryczny protest song. Dramatyczna sytuacja pojawia się już w następnym wierszu „rodzina”. Oto wyliczone wszelkie zakątki domu, od sufitu, ścian, podłóg, poprzez poszczególne pomieszczenia – od strychu po piwnice – zasiedliła się rodzina łez. Największy kłopot w tym, że zadomowiła się i rozmnaża się / bezustannie / szybko // kawałek po kawałku /rozpada się dom /tylu łez nie udźwignie / nawet zasmucony deszcz. Akwatyczna cząstka przestrzeni w postaci deszczu, również zyskała przymiot chandry, smutku…


Podążajmy za poetką dalej: jesteś z Wenus / inni z marsa / a on / z planety spirytus („fiołki”). Ten z planety spirytus pastwi się nad dzieckiem, zabierze lalkę i książkę, najlepsze, co w chwili zagrożenia może dziecko zrobić, to ukryć się w piwnicy / za ziemniakami / najlepiej w ścianie. Dramat dziecka i jego tragiczny los zamyka się w słowie wypowiedzianym w trybie rozkazującym: zniknij. Nastąpi cisza, nawet nie słychać, że łkają fiołki na okiennym parapecie.


Kiedy bezlitośnie rządzi władca / o władzy absolutnej, kiedy już nie pamięta się, że umie się  mówić („niema), jest się niemą – nie z wyboru przecież – wtedy pozostaje odejście, niemal dosłownie, odejście fizyczne. Albo metafizyczne odejście prosto w ramiona / ciekawskiego księżyca („ostatni”). Eskapizm zupełny – ucieczka z własnego kąta? Śmierć? Kto temu winien? Czy ten, który

umarł na wódkę

nie na serce

nie na miłość

a szatańska moc czuwała, by tak się stało; bo diabeł czuwał („troskliwość”). Podmiot liryczny wprawdzie nie wskazuje na sprawcę jako osobę konkretną, lecz czytelnik może domyślać się biegu dramatu. Tomik zresztą został tak skonstruowany, że uważny odbiorca dostrzeże pewną historię, osobliwy los – tutaj dziewczyny, potem chyba dojrzałej już kobiety. Trauma nie ginie, nie „ściera” się jak często używany przedmiot. Trauma zawsze trąca w struny pamięci, przywołuje blizny, a właściwie chyba niezagojone wiecznie rany. Odnosi się wrażenie, że cykl ten musiał powstać dla swoistego oczyszczenia, rozliczenia się z Czasem i z Losem. Pewnie „spowiedź”, w tym i wyznanie niezawinionego bólu, skutkuje ulgą, następuje absolucja.  Bo ileż może trwać stan wiecznej niepewności, czy nie powrócą w środku nocy / niepostrzeżenie / żywe wspomnienia? I nie będą się rozłazić niczym małe złośliwe / ale wierne / robaki? I jak długo jeszcze ma to trwać? Ów stan, że teraz obrasta murem wczoraj? („wierność”).


Strach, bezsilność, lęk – oto kamienie na sercu i wszelkich zmysłach człowieka z wierszy Satrosteckiej. To one – owe lęki – powodują, że popada się w abulię. Tępo spogląda się w okno niczego nie dostrzegając, bo:


gdyby cię zapytać co widzisz

nie wiesz

bezimienna przestrzeń

bezimienne obrazy

ty bezimienna

niczyja


Straszne to wyrazić, ale to – na swój sposób – koniec człowieka; koniec ludzkiego życia. Nawet jeśli dostrzega się „skrawek nieba” (tytuł wiersza), pozostaje się w bezrozumnym trwaniu. Próby połączenia się z życiem pozostają w sferze projektu, który już w chwili jego narodzin zostaje spalony na panewce.


Czy dziecięca trauma przeminęła? Nie wiemy, ale bohaterka tej części wierszy wyznaje, że wbita w podłogę nie rozumiała swej sytuacji. Lecz teraz może wyznać: dziś wiem // nóż jest po to / by kroić nim chleb. Przyjmujące wyznanie. Nastąpiło coś, co można nazwać – katharsis? Lecz czy to oczyszczenie manifestuje się jednocześnie wybaczeniem dręczycielowi? Czy człowiek / nikt /wypełniony strachem („karanie”) potrafi wybaczyć?


I wielki żal, że wtedy nie było Boga / nie było przebaczenia / nie ma. Jednak bohaterka wierszy nie utraciła wiary w Najwyższego, jakkolwiek Go nazywać. Tylko nieliczne słowo w tym tomiku zapisano z dużej litery. W tym właśnie Bóg,  Mały Książę, Zawrat i – Ciebie. Bo „a jeśli” (także tytuł wiersza) jutra nie będzie /i Ciebie nie ma, to sens nadziei na nowe życie – życie bez przeszłości przepadnie; drzewem wyrosnę / przy górskim szlaku – wyznaje strapiona autorka tych słów. Lecz mądre, choć niby wytarte już powiedzenie, że nadzieja umiera ostatnia, tu jakby znów się sprawdzało. Ostatni – nomen omen – wiersz w tym tomiku, tercyna bez tytułu, brzmi:


może jutro pojutrze

na pustej drodze

ukaże się prawda


Jeremiady niczego nie zmienią. Póki człowiek trwa, jego jestestwo nawiedza promień nadziei. W przypadku zbioru „drzwi” Aleksandry J. Starosteckiej ową nadzieją jest zazwyczaj kreacja nieokreślonej przyszłości, manifestująca się wyobraźnią o czasie dobrym, marzeniami, które w końcu sprowadzą do serca bohaterki wierszy złocistej słoneczności. Otóż tak: oczami pełnymi słońca / dłońmi pełnymi miłości / dotykasz mnie. Piękne życzenie. Jedynie życzenie, gdyż tak naprawdę wpatrzona w bliskiego jej człowieka okrytego pogodnym snem nie ma – przecież nas nie ma – konstatuje realnie bohaterka.


Trzeba cieszyć się choćby dobrym snem, on także jest odmianą nadziei. Nawet podróż oniryczna w czas niezapamiętany – więc lepszy niż czający się wciąż w pamięci – trzeba wędrować poszukiwać – niechby Małego Księcia; może – aż! Małego Księcia („z gwiazdami”).


Wyobrażanie sobie dobrych chwil, życzliwości świata, to niezastąpiona terapia. Ważna jest przy tym zracjonalizowana forma tęsknot – by najpiękniejsze wyobrażone nie rozczarowało. Podmiot liryczny wierszy Starosteckiej w utworze „spojrzenie” mówi:


wymyśliłam sobie miłość

taką zwyczajną niecodzienną

a ty z fotela wstałeś


Wymyślone szczęście jest jakby „kontrolowane”. Wykreowana miłość jest zwyczajnie niezwyczajną a obiekt adoracji ulatuje – znika. Lecz mówiąca te słowa nie odczuwa cierpienia, wszak wie, że to marzenie, że nie jest to świat realny, przy czym – dobry.


Przybywa zwolna świadomość, że dobre chwile pomagają odróżnić dwa czasy / dwa światy od siebie. Mroczny miniony świat i ten, który następuje, powoli wsącza się w żyły łagodnym strumieniem („nie po tej stronie”). W tym nowym świecie błękitnieje niebo, przybywa jakiś anioł wszystkowiedzący („obok”), pojawiają się uroki pór roku, narasta górska cisza, a „tamto” z chmurami mija, wraca na tamten – gorzki – brzeg. Mirosław Welz we wstępie pisał: „Przyroda jest dla niej katharsis na czarną stronę życia i cienie wspomnień, które bolą”.


Zatem pojawia się spłachetek jasnego nieba, abulia w końcu rozpada się – powraca wola życia. Nocą jaśnieje księżyc, goszczą wzruszenia. I podróże w istotę Natury. Lato pachnące szarlotką, połoniny, bukowy las. Obłoki na Zawracie są dotykalne, słychać dźwięk skrzypiec, który cichnie, nadzieja zostaje. Należy ufać, że pozostaje na wciąż. Bo nie nadejdzie już zło.


Trafną syntezę określającą walory liryki Starosteckiej w obszarze „drzwi” dał Ryszard Krupiński: „to liryczna wędrówka przez krainę smutku, samotności i nadziei, dobra i zła, niepewności, odrzucenia i tęsknoty, poszukiwania miłości i wiary w ludzi”.


Już o poprzednim zbiorze „Pod powiekami” (poprzednie tomiki Starosteckiej: „Moja woda” 2011, „Jeszcze raz” 2012, „Pod powiekami” 2014) Andrzej Żmuda pisał: „Rzadko się zdarza taka konsekwencja w kreowaniu najbliższego sobie świta. Tego intymnego, w którym od czasu do czasu zawiruje łza, westchnienie czy tęsknota.” Ten rodzaj konsekwencji wystąpił tutaj z jeszcze większą konsekwencją, powstała jednorodna bryła emocji, wola kreacji nowych, własnych światów. To bryła – kruszec.


Jan Tulik

……………………….

*) „drzwi” Aleksandra J. Starostecka, Wydawnictwo Psychoskok, Konin 2016, ilustracje i projekt okładki Maria Kuczara, ss. 72


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko