Andrzej Walter – Kapelusz pełen królików

0
162

Andrzej Walter

 

 

Kapelusz pełen królików

 

 

kroliki   Ludzkość, stwierdził Nietzsche, jest chora. Dzieje się tak wtedy, kiedy największe wartości tracą wartość. A przecież miarą naszego człowieczeństwa był, jest i pozostanie – inny człowiek. Kiedy i on straci swą wartość nie pozostanie nam już chyba nic …

 

   Pragnę przybliżyć czytelnikom dwie ostatnio wydane książki. Przy czym lojalnie uprzedzam, nie będą to lektury łatwe, miłe i przyjemne. Będą to lektury dojmujące, przejmujące, raniące i zdawałoby się traumatyczne. Będą to lektury szokujące, a ich wspólne zestawienie jest tyleż dziełem przypadku, ile możemy pojęciem przypadku obłaskawić i wyjaśnić zaobserwowaną rzeczywistość. Ich wspólne zestawienie może też wydawać się czynem świętokradczym dla utartych schematów postrzegania tejże rzeczywistości, czy też dla zakorzenionych społecznie mitów. Proszę mi to wybaczyć, skojarzenia bowiem, to przekleństwo, a lektury te – wchłonięte jedna po drugiej – odcisnęły we mnie swój ślad. Daję gwarancję, że was również nie pozostawią obojętnymi.

 

   Pierwszą z zaanonsowanych książek jest historia opowiedziana przez Grzegorza Kozerę, która wydarza się w roku 1945 na terenach pokonanych Niemiec. Druga książka dzieje się dziś, we współcześnie oglądanym Krakowie. Kozera w „Królikach Pana Boga” roztacza przed nami wizję apokalipsy człowieczeństwa polegającą na walce o przetrwanie w świecie bez żadnych zasad. Piotr Leśniak w „Półpełnym” zaprasza nas w gąszcz krakowskiej dusznej atmosfery studenckiej, w której dominuje poczucie beznadziejności, degrengolady i upadku wszelkich ludzkich wartości. Czy można porównać te pozycje literackie? Jeżeli przyjąć nietzscheańską zasadę „śmierci Boga” – wydaje się, że jak najbardziej.

 

   Rzecz oczywista wszyscy już na wstępie ustalmy, iż znamy ogromną przepaść, jakie dzieli obydwie opowiedziane historie. To przepaść, albo wręcz rozdźwięk: czasów, epoki, wydarzeń i miejsc, jak również prawa wyboru swojego losu. To dysonans hekatomby wojennej z łatwymi wydawałoby się czasami pokoju i przeogromnych możliwości – to światy odległe tak bardzo, że aż nietaktem jest ich porównywanie. Czy jednak na pewno? Czy są może, w tej całej burzy różnic, jakieś ostaje ciszy zbliżenia, synonimów i porównań, podobieństwa atmosfery i wydźwięku?

 

   Otóż ja je znajduję. Począwszy od banalnych, czy wręcz nie na miejscu, że obie książki wydano w kwietniu tego roku, a skończywszy na już poważniejszych, że w obydwu bohaterami są bardzo młodzi ludzie, wkraczający w dorosłość, którzy jednakowoż utracili wiarę w sens i jakąkolwiek nadzieję … w szansę na cokolwiek. Usiłują już tylko przetrwać. Od czegoś uciekają. O coś jakby mało przekonani walczą. A właściwie miotają się. Choć należy podkreślić, że Adam (z „Królików…”) kieruje się motywami wielce szlachetnymi w odróżnieniu od Leszka (Półpełnego). Ta zasadnicza różnica nie wpływa jednak na kontekst całości. Zbliżmy się do głównych postaci tych dramatów.

 

   Kończy się wojna, na terenie Niemiec praktycznie nie funkcjonują żadne prawa, Adam przedziera się przez tę nieludzką w owym czasie krainę z umierającym Honzą do jego matki, do Cieszyna. Są brudni, głodni, wycieńczeni. Adam uciekł z wywózki na roboty, Honza jest wyzwoleńcem jednego z obozów (niemieckich obozów) – umiera na gruźlicę. Pomaga im była więźniarka innego obozu – Halina. (przeżyła prostytuując się) To, co wszyscy bohaterowie przeszli jest tak odrażające, że aż trudno w to uwierzyć. W powieści dominuje nastrój fatalizmu. Kumuluje on przeszłość i teraźniejszość w mroczną przyszłość. Bo “Króliki Pana Boga” to smutna opowieść o tym, że bycie wolnym nie jest powodem do radości. Że nic już nie będzie takie, jak kiedyś. Co więcej, nic prawdopodobnie się już nie ułoży, albowiem chaos i okrucieństwo trwają nadal, gdy wojna staje się przeszłością.

 

   Pytaniem zasadniczym w tej książce drogi jest czy uda im się w ogóle dotrzeć do Cieszyna z jeszcze żywym Honzą. Wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, że cała podróż nie jest powrotem, tylko działaniem dla jednego, ostatniego spojrzenia w oczy matki i syna, co do którego i tak nie pewności, że w ogóle nastąpi. Zdają też sobie sprawę, na co się porywają opuszczając względnie bezpieczny obszar zajęty przez Amerykanów i wkraczając na terytoria opanowane przez zdziczałych i wynaturzonych Sowietów. Dzieje się bardzo źle. Opowieści o Armii Czerwonej nie dorównują rzeczywistości. Upodlenie, upokorzenie, odarcie z wszelkiej ludzkiej godności … przecież to już znają z czasu ostatnich pięciu lat III Rzeszy – a jednak jest to wpadnięcie z deszczu pod rynnę. Koszmar zdaje się nie mieć końca. Linia życia może się urwać w każdej chwili. W końcu udało się. Jest to jednak pyrrusowe zwycięstwo. Honza umiera na rękach matki, Halina zostaje śmiertelnie ranna, a nad Adamem krąży widmo kompletnej beznadziei … Atmosfera katastrofizmu, końca świata i utraty wszelkiego sensu – a co ważniejsze – wszelkiej wiary w człowieka stanowi puentę tej opowieści. To jak strzał między oczy. I koniec. Lecz być może za tym końcem żarzy się pytanie – kim jest człowiek w obliczu zmiany ładu świata.

 

   Króliki Pana Boga są z krwi i kości. Ich ducha jednak zniszczono. Odarto w wszystkiego. Zutylizowano całkowicie do tego stopnia, że nic nie da się już odbudować.

 

   Tymczasem do Krakowa Anno domini 2015 – 70 lat później … przyjeżdża z Warszawy pewien student prawa. Jest Rafałem, Piotrem, Leszkiem … jest wynaturzonym tworem współczesności. Wewnętrznie pustym. Zepsutym. Jego Odyseja wiedzie przez wszelkie nocne kluby, wszelkie kółka wzajemnej adoracji, stada i grupy. Alkohol leje się strumieniami, seks jest sportową rekreacją, człowiek jest przedmiotem, rzeczą, narzędziem. Kraków – jak sam utrzymuje – to miasto wariatów, a jego decyzja wyjazdu doń jest być może łaknieniem pobudzenia, przygody, ucieczki, kolejnej zachcianki … być może poszukiwaniem kolejnego zwyrodnienia na szlaku życia bez celu, sensu i wizji. Liczy się tylko aktualnie doznana przyjemność, zaspokojenie popędu, rozładowanie napięcia. Ta przerażająca samotność jest tu kluczem do uchwycenia przesłania całości. I choć autor pod koniec sugeruje jakieś „drugie dno” historii Leszka, jakąś tajemniczość jego przeszłości – wydaje się, że to tylko gra konwencją, że to wręcz wyśmianie samego pisarstwa i pisania wraz z jego wymyślanymi pół-bohaterami.

 

   To cyberświat sztucznego kontaktu zakleszcza bohaterów w oparach ułudy. Prawdziwe ludzkie kontakty stają się już tylko kopulacją, słowotokiem bzdur dla pustego rechotu, strojeniem piór, udawaniem kogoś innego – bądź też, nie bójmy się tego powiedzieć – właściwie „czegoś” innego. Człowiek został tu bowiem zredukowany do zera, albo nawet spadł poniżej tej skali. Kontrast tych dwóch historii – historii Adama (powojennego Hioba) z historią Leszka (Hioba z wyboru) sięgnął z kolei zenitu.

 

   Jednak ów kontrast łamie ogólną zasadę (kontrastowości), zasadę poprawności oglądu oraz logicznej rozłączności tych bytów. Łamie poprawność polityczną, historyczną, wreszcie ludzką, tak zwaną wolnościową. Ów kontrast przechodzi w (wyobraźnią pobudzone) podobieństwo. W tożsamy i przywołany na początku nietzscheański nihilizm. Bo czymże jest ów nihilizm? Światem, kiedy najwyższe wartości tracą wartość. Kiedy defraudują się funkcje porządkujące, kiedy przestają obowiązywać, kiedy w nasze życie wkrada się rozpacz. Kiedy nie ma już nic w co można wierzyć, co można czuć i do czego można dążyć. To prawda, że wojna likwiduje nam całkowicie wszelką możliwość wyboru. Zostajemy rzuceni w ocean zła. Tutaj ocean zła stworzyliśmy jednak sami.

 

   Tylko czy ci młodzi ludzie są akurat odpowiedzialni za ten ocean? Czy to oni go stworzyli, wykreowali, powołali do istnienia? Czy też raczej on był, żył i funkcjonował już kiedy się urodzili? Reguły gry już obowiązywały, a im pozostało płynąć z głównym nurtem przemysłu edukacyjnego, aby finalnie zagnieździć się w konsumpcyjnym, ponowoczesnym raju. No cóż, w ramach postępu muszą wystąpić i ofiary. Nie każdy jest zdrowy, młody i bogaty. Zdarzają się … błędy genetyczne. Mutacje. Efemerydy. Nisze.

 

   Leszek ucieka. Wytrwale, z determinacją ucieka od takiego świata w zgrywę, w sztuczność, pozerstwo, w niekończącą się imprezę, w zaspokajanie, w gorączkę bytu z plastiku, w duszną atmosferę ludzi sformatowanych, zniewolonych materią i statusem, ujednoliconych orwellowską wizją, która się spełnia, choć udaje nowoczesną demokrację XXI wieku.

 

   Zgadza się. Stopień przerysowania tej wizji stanowi przestrogę. Być może też jest na pewien sposób szyderstwem z dziejącego się świata? Ale czy nie dotarliśmy do punktu, w którym zapytamy śmiało o stopień przerysowania Adamowej podróży do Cieszyna z umierającym Honzą? Czy nie osiągnęliśmy przyzwolenia na relatywizację wszystkich i wszystkiego? Czy mamy jeszcze poczucie jakiegoś sensu, jakiejś odpowiedzialności za siebie, za świat, za słowa? Te pytania wcale nie są bezzasadne. Te pytania wcale nie są nie na miejscu. Te pytania … po prostu są. I brzmią coraz głośniej.

 

   Czy króliki Pana Boga – to nie są przypadkiem te same, dzisiejsze doświadczalne króliki – ach jakże – nowego Boga na użytek już wyłącznie prywatny? Nowego Boga dostosowanego do naszych potrzeb, lęków, lenistwa duchowego i  związanych z nim oczekiwań. Boga XXI wieku. Pełną gębą. Czy króliki te nie są na swój sposób specyficznie … Półpełne?

 

   Zawsze nie całkiem. Zawsze w połowie. Zawsze w pół kroku. Do pseudo-celu. A i cel wydumany na okoliczność cząstkowych spełnień. Wszystko po to, aby móc się nakręcać, motywować, pobudzać do ciągłej aktywności, dyspozycyjności, transparentności  – najlepiej na potrzeby osiągania zysku. Zysku wielkich korporacji i zysku tego małego, przyziemnego – zysku naszego, na podstawowe potrzeby. Oby ich było jak najwięcej – zwłaszcza często odnawialnych A reszta będzie dla świata. Dla świata, którego już nie ma.

 

   Przywołam tu pewną nietzscheańską analizę dwa lata temu zmarłego profesora Krzysztofa Michalskiego opublikowaną w „Esejach o Bogu i śmierci” (Wydawnictwo Kurhaus, Warszawa 2014) –

 

   „Poszukiwanie ostatecznego celu i wszechobejmującej całości jest zresztą, przekonuje Nietzsche, z góry skazane na niepowodzenie. Świata w jakim żyjemy, nie sposób bowiem zorganizować ze względu na jakiś ostateczny cel. Rzeczy, osoby, zdarzenia myśli nie dadzą się też ułożyć w jedną wszystko obejmującą całość. Kolejne próby, kolejne projekty takiego takiego uporządkowania świata – „chrześcijaństwo” na równi z „wiarą w postęp” czy „socjalizmem” – nieuchronnie zawodzą. W świecie, jaki nas otacza, żadna forma nie jest ostateczna; istnienie do niczego nie zmierza, niczego nie osiąga, powie Nietzsche – a różnorodność form nie da się sprowadzić do żadnego wspólnego mianownika. Świat, który nas otacza, jest światem nieustannej zmiany i nieredukowalnej różnorodności: to świat stawania się.

 

Być może jednak (pyta sam siebie Nietzsche, uprzedzając możliwą obiekcję) ten świat nie jest prawdziwym światem, być może jest to tylko iluzja? …

 

Być może szukaliśmy ostatecznego celu czy wszystko obejmującej całości nie tam, gdzie można je znaleźć? Być może więc „Bóg żyje” – ale nie tu, w pozornym świecie zmiany i różnicy, lecz poza nim, w świecie jaki jest naprawdę …

 

Ale na próżno szukamy innego świata poza otaczającym nas światem stawania się, poza światem, w jakim żyjemy. (…) To sytuacja nie do wytrzymania, sytuacja kryzysu: ostateczne zaostrzenie choroby.”

 

   Czy to – mniej więcej – odkryli, zarówno Grzegorz Kozera, jak i Piotr Leśniak? Czy powielanie tych filozoficznych przesłanek na kartach współczesnych powieści ma zatem jakiś głębszy, terapeutyczny, sens? Wydaje się, że tak. Wydaje się, że dotarliśmy do punktu, w którym historia zdecydowanie przyśpieszyła, a siłą narzucony porządek ostatecznych rozwiązań roku 1945 dawno już legł w gruzach. Przed nami nieznane. Coraz bardziej przerażające. W zanadrzu kapelusz pełen królików. Wyciągane przypadkiem wyglądają bardzo podobnie.

 

   A przecież są zupełnie różne.

 

   Uświadomienie sobie choroby może spowodować postawienie diagnozy. Właściwa, może nas uratować. Być może jednak istnieje świat, w którym „Bóg żyje”, świat, jaki jest naprawdę …

 

Andrzej Walter

 

 

 

Grzegorz Kozera  – Króliki Pana Boga.

Wydawca: Dobra Literatura; ISBN: 978-83-64184-17-8; Data wydania: 14 kwietnia 2015; Liczba stron: 256; Format: 125 x 195 mm; Okładka: miękka.

 

Grzegorz Kozera (ur. 1963) – prozaik, poeta, dziennikarz. Autor powieści Droga do Tarvisio (2012), Berlin, późne lato (2013), Co się zdarzyło w hotelu Gold (2014) i Biały Kafka (2014) opublikowanych przez Wydawnictwo Dobra Literatura, a także zbioru opowiadań Kuracja (2008). W dorobku ma również sześć tomików wierszy, m.in. Sierżant Garcia nie żyje (1998) i Data (2011).  W 2013 roku za swoje osiągnięcia literackie został uhonorowany Świętokrzyską Nagrodą Kultury I stopnia przyznawaną przez marszałka województwa świętokrzyskiego, a w 2014 – Nagrodą I stopnia Miasta Kielce za osiągnięcia w twórczości artystycznej.  

 

 

Piotr Leśniak – Półpełny.

Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA; ISBN: 978-83-7758-912-0; Data wydania: 15 kwietnia 2015; Liczba stron: 224; Format: 130 x 205 mm; Okładka: miękka.

 

Piotr Leśniak (ur. 1991) – debiut

(z opisu w sieci)

Półpełny ma 21 lat, studiuje prawo, przenosi się z Warszawy do Krakowa. Głównie po to, żeby pić i zaliczać kolejne panienki. W wolnych chwilach od czasu do czasu chodzi na wykłady i zaliczenia. Pije na południu, północy, wschodzie i zachodzie. Pije ze śmiertelnie skłóconymi krakowskimi plemionami: dresami, hipsterami, studentami i bananerią.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko