Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
202

Wacław Holewiński


Mebluję głowę książkami


mebluje-glowe



Mały naród na krańcu Europy…

 

gdy-znik-golebieEstonia. Mały kraj gdzieś na uboczu. Większość mieszkańców Europy, tak sadzę, nie zna nazwy jego stolicy, prezydenta, liczby ludności. Co dopiero mówić o historii. A Polacy? Pakt Ribbentrop-Mołotow odebrał nam niepodległość, podzielił Polskę na dwie strefy okupacyjne, odebrał połowę terytorium na zawsze. A Estończykom? Bo przecież nie tylko nas dotyczył.

Sofi Oksanen – pół Finka, pół Estonka napisała książkę rewelacyjną. Tak, nie boję się tych słów, rewelacyjną. Z całą pewnością będzie to jedna z najważniejszych moich tegorocznych lektur. Niełatwa, zmuszająca do refleksji, pogmatwana.

Co tak ważnego, pisząc o historii własnego kraju, może umieścić w powieści młoda, rocznik 1977, pisarka? Przecież nie własne doświadczenie. Więc zapewne opowiedziane przez rodziców, dziadków, bliskich, przez dokumenty. Przez pamięć pokoleń.

Dwadzieścia kilka lat trójki bohaterów – między rokiem 1941 a 1966, między bohaterstwem, podłością, odpowiedzialnością, patriotyzmem, zdradą, zaprzaństwem. W dwu okupacjach. No właśnie, czy w dwu? W roku 1939 ten mały kraj, nie mając wyjścia, żadnej możliwości manewru, godzi się na przyjęcie na swym terytorium dużego kontyngentu armii sowieckiej. Potem jest już tylko gorzej. W 1940 Rosjanie przyłączają Estonię do ZSSR. I zaczynają swoje rządy dokładnie tak, jak na zajętych polskich terenach. Więzienia, bydlęce wagony, płacz tysięcy wywożonych na Syberię, zabór mienia. Skala tych wywózek, represji, złych doświadczeń jest ogromna, dotyka dziesiątków tysięcy obywateli. A potem przychodzi wojna niemiecko-sowiecka. Kim są Niemcy zajmujący Estonię? Obiecujący reaktywację niepodległego państwa? Wyzwolicielami? Okupantami? Tu nie ma dylematów. Przynajmniej dla większości społeczeństwa. Refleksja przychodzi później, gdy liczy się tylko dobro Rzeszy, a państwa – jak nie było, tak nie ma.

W tym anturażu umieszcza Oksanen trójkę swoich bohaterów: kuzynów Edgara Partsa i Rolanda Simsona oraz żonę tego pierwszego, Juudit. Kim byliby gdyby nie wojna? Zwykłymi, spokojnymi ludźmi? Być może. A może nie, może wojna tylko uwypukla cechy charakteru? Zwłaszcza te złe?

Parts, świetny fałszerz, już podczas pierwszej okupacji współpracuje z NKWD, nie ma żadnych skrupułów, Roland odwrotnie, angażuje się w ruch oporu. Potem przychodzą Niemcy. Drogi kuzynów rozjeżdżają się jeszcze bardziej. Pierwszy zmienia nazwisko na bardziej niemieckie, drugi organizuje przerzuty zagrożonych ludzi do Szwecji. A Juudit? To, być może, najciekawsza postać tej książki. Odrzucona przez męża już podczas nocy poślubnej – autorka praktycznie wprost mówi o skłonnościach homoseksualnych Partsa – odnajduje swoją wielka miłość. We wrogu? Wyzwolicielu? W Niemcu. Tu nie ma jednoznaczności. Ona jest dla Polaków. Więc jak? Kochać wroga? Pomagać Rolandowi? Wyjechać? Zostać? Walczyć? W która stronę?

A potem przeskok do roku 1963. Parts nie ma już nic wspólnego z Niemcami. Przeżył. Odsiedział swoje w łagrze, stworzył swoją legendę, wrócił, a Partia, a może raczej towarzysze ze służb docenili i charakter, i możliwości. Dali szansę, którą skwapliwie wykorzystał. To nie takie trudne. Wystarczy opanować właściwy język, mieć dostęp do dokumentów, stworzyć historię, której nie było. Z patriotów zrobić bezwzględnych morderców, z bohaterów bandytów. Wystarczy otulić ich w najniższe pobudki. Kanibalizm, ludożerstwo, „obrączki pomordowanych obywateli radzieckich” jako ozdoby choinkowe…

I znów powrót do pierwszej połowy lat czterdziestych. Niemcy wyłapujący gołębie, Niemcy jedzący gołębie… I kawiarnia w latach sześćdziesiątych, spiskujący studenci, KGB…

Wszyscy przeżyli. I wszyscy zachowali pamięć. Zalkoholizowana Juudit w mieszkaniu z mężem. A może wrogiem? Zdrajcą? Przeżyć, przeżyć, przeżyć. Rozwikłać zagadki sprzed lat – „Estonia jest za mała na tajemnice”. Zdobyć pralkę, mieć więcej niż inni, pokazać się. Nic z tego, w tym małżeństwie jest tylko chłód. Gorzej niż chłód. Rezerwa? Jeszcze gorzej. To czysta nienawiść. Obu stron.

Estończycy przez lata walczyli z Sowietami. Mieli swoich Żołnierzy Wyklętych, ale i swoich zdrajców. „Bywało, że Werbowska agenta kosztowała kilka rubli, albo banalną przysługę. Ale zdarzali się i tacy kandydaci, którzy domagali się dużych pieniędzy, zagranicznej podróży lub miejsca na uczelni dla swoich dzieci, lepszej pracy – wszystko to było zrozumiałe.” Buntowali się, trafiali za kratki, ginęli. Mały naród, wielka tragedia. Być z silniejszym? Uwierzyć? Dostosować się, przetrwać. Wolność, wolność, wolność. Za jaką cenę? „Paarts pamiętał także swojego kolegę, który od dzieciństwa mieszkał w Katyniu pod Smoleńskiem. Raz, gdy już dobrze sobie popił, rozmiękłym od bimbru głosem wymamrotał, że oni doskonale wiedzieli, co się stało z Polakami, i zdawali sobie sprawę, że Estończycy pójdą następni.” Historia nie lubi małych narodów. Zwłaszcza, gdy mają wielkich sąsiadów.

Jak w greckiej tragedii, w książce Oksanen, dobro nie ma racji bytu. Przegrywa, bo przegrać musi. Nie ma lepszych rozwiązań, są tylko złe. Juudith w psychuszce, Roland odnaleziony, węszący niczym pies myśliwski Edgar, triumfujący.

Przygnębiająca, wstrząsająca to historia, która powinna być nam tak bliska. A nie jest. Nie może być? Nie może, Polacy nie zmienią swego stosunku do Niemców czasu wojny. Ale może warto próbować zrozumieć?

 

Sofi Oksanen – Gdy zniknęły gołębie, przełożył Sebastian Musielak, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015, str. 368.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko