Andrzej Walter – Nie bijmy głową w mur

0
235
Andrzej Walter

Andrzej Walter

 

 

Nie bijmy głową w mur

 

 

andrzej-walterBądź też uderzajmy w niego ile sił, póki mamy jeszcze na to czas…

 

   W opowiadaniu Jean Paul Sartre’a mur jest twardy, nieustępliwy. Jest symbolem determinacji istnienia oraz bariery nie do przejścia. Nasza śmiertelność dopełnia się, a jej nieuchronność wnika przecież w mur.

 

   Moje życie kiełkowało wzdłuż muru. Nie wierzyłem, tak do końca, że może upaść. Nie spodziewałem się, tak naprawdę, że go zburzą. Nie mogłem wiedzieć, jak potoczy się ta historia, historia XX i XXI wieku, historia muru. I nadal nie wiem. Urodziłem się, bowiem, za murem. W krainie absurdu, która była bliska, wobec krainy nieznanego, która była daleka. Mur stanowił rzeczywistość stałą, stabilną i rozpoznaną. Choć nie do końca. Reguły gry były, zdawało się,  jasne i czytelne. Nie całkiem.

 

   Sześć lat temu reżyser Bartosz Konopka (rocznik 1972) nakręcił film „Królik po berlińsku”. Historia (ale tylko pozornie) muru berlińskiego, w którego martwą przestrzeń weszło sielskie życie królików. Ten totalitarny absurd sprawił, że ich egzystencja ułożyła się nader lekko i wygodnie. Stało się to ostoją spokoju i bezpieczeństwa. Wszystko, co niezbędne do życia, było na wyciągnięcie łapek. Problem pojawił się, kiedy ludzie zburzyli mur. Wolność stała się zagładą tego specjalnego gatunku królika – królika po berlińsku.

 

   A jak jest dziś z naszą wolnością? Czy nie jesteśmy przypadkiem jak owe króliki (jakże mało doświadczalne), dla których „Nieszczęsny dar wolności” jest brzemieniem nie do udźwignięcia? Zaczerpnijmy z Józefa Tischnera (1992, Tygodnik Powszechny) …

 

Czy nie stajemy się dziś ofiarami nowego, nieznanego nam dotąd lęku – lęku przed wolnością? Jeszcze nie tak dawno potwierdzaliśmy dzielnie naszą tożsamość w oporze przeciw gwałtowi, a dziś – odnoszę wrażenie – nie potrafimy spojrzeć w głąb odzyskanej wolności. Czyżby to, o co tak długo walczyliśmy, było dla nas zapowiedzią samego tylko piekła?

 

Gdy mówimy o niebezpieczeństwach konsumpcjonizmu, obwiniamy wolność. Gdy wskazujemy na aborcję, obwiniamy wolność. Gdy szukamy źródeł pornografii, podejrzewamy wolność. To wolność sprawia, że „wszędzie panoszą się komuniści”, że „są obrażane uczucia ludzi wierzących”, że niektórzy posuwają się nawet do podważania autorytetu Ojca św. Powoli, niepostrzeżenie wina wolności staje się większa niż wina komunizmu. Czas zamazuje wspomnienia, a wyobraźnia ekscytuje się wizją apokalipsy. Może się mylę, ale często – bardzo często – widzę, jak nasz lęk przed wolnością staje się większy niż lęk przed przemocą.

 

   Nadeszły czasy troskliwego pochylania się nad wartościami Sacrum. Nie wszystkich przekonałem. Dziś widzę to wyraźnie. Padają groźne oskarżenia pod adresem myśli współczesnej. Skąd się biorą? Nie z wiary! Przy bliższym wejrzeniu okazuje się, że ich źródłem jest szczególny styl myślenia – czasami przedstawiany jako tomistyczny, którego ideą wiodącą jest… wyrzucanie za drzwi. Wyrzuca się za drzwi pytanie, potem wyrzuca się pytającego, w końcu wyrzuca się za drzwi całą współczesność z jej przeklętą wolnością.

 

Czy trzeba mnożyć przykłady? Rozpasanie, to wolność… Korupcja, to wolność… Spory wśród polityków, to wolność… Straszna jest ta wolność. Pamiętamy, jak pisał Erich Fromm: ludzie uciekają od wolności i sami, bez przymusu, wybierają sobie Hitlera. Kiedy przed laty czytaliśmy tę książkę, mówiliśmy sobie: nie my; my, Polacy umieraliśmy za wolność. No tak, ale czy wiedzieliśmy wtedy, czym jest wolność? Jeszcze dosadniej niż Fromm pisał o tym Dostojewski w Legendzie o Wielkim Inkwizytorze: „Ale skończy się na tym, że przyniosą nam swoją wolność do naszych nóg i powiedzą: »weźcie nas raczej w niewolę i dajcie nam jeść…«”. I dalej: „Powiadam Ci, zaiste najbardziej męczącą troską człowieka jest to: znaleźć kogoś, komu można by oddać dar wolności, z którym ta nieszczęsna istota się rodzi…”

 

   Jakże aktualne są słowa Józefa Tischnera napisane ponad dwadzieścia lat temu? Jak genialnie wpisują się w naszą obserwowalną dziś rzeczywistość i naszą coraz bardziej powikłaną realność bytu? Jak to się stało, że symbolem pokonania komunizmu, odzyskania tej wyśnionej wolności, jest dziś na świecie mur berliński, a nie polski znaczek Solidarności? Te pytania nie wymagają natychmiastowych odpowiedzi, ale warto je sobie stawiać i poddawać dialogowi.

 

   Czy nie szukamy sobie na gwałt nowego Hitlera? Albo na przykład nie obsadzamy kogoś w tej roli? Te nasze śmiałe próby … wyrzucania za drzwi. Wyrzucania: pytań, idei, skrupułów, nawet sumień …

 

   Możemy tu, znowu, śmiało powrócić do symboliki muru. W roku 1979 brytyjska grupa rockowa Pink Floyd nagrała znakomity album (nazwany dziś rock operą) „The Wall”. The Wall miał być protestem przeciw wyobcowaniu artysty rockowego oraz metaforycznemu murowi, który odizolował go od publiczności. W trakcie pisania tekstów i komponowania muzyki temat rozwinął się i muzyka powiedziała znacznie więcej. The Wall jest oparty w dużej części na wątkach autobiograficznych Rogera Watersa. Historia opowiada o życiu rockowego muzyka o pseudonimie Pink (od nazwiska Pinkerton). Utwór Mother ukazuje dzieciństwo chłopca wychowywanego przez samotną, nadopiekuńczą matkę; ojciec, którego Pink nigdy nie znał, zginął na wojnie we Włoszech (podobnie jak ojciec Watersa) (utwór „Another Brick in the Wall, Part 1” – „Kolejna cegła w murze”). „Another Brick in the Wall, Part 2”, opowiada o zimnej, nieludzkiej i nieprzyjaznej szkole, w której uczniowie maszerują sztywno podobni do robotów-androidów. Stał się on jednym z najpotężniejszych i najbardziej znanych protest songów rockowych. O zwodniczym poczuciu siły, jaką daje młodość i rock’n’roll opowiada „Young Lust”; o nieudanych, kalekich uczuciowo związkach małżeńskich oraz obyczajowych ekscesach – „One of My Turns”; o utracie młodzieńczych ideałów – „GoodbyeBlueSky”. Kolejne utwory opowiadają o rosnącym, cegła za cegłą, murze odgradzającym muzyka od świata. Waters porównuje całe to życie do chodzenia po cienkim lodzie – „The Thin Ice”, gdzie każdy krok może spowodować załamanie. Pierwsza część albumu kończy się piosenką „Goodbye Cruel World” („Żegnaj, okrutny świecie”), która jest deklaracją ucieczki od pustego życia, aż do samobójstwa.

 

   Drugą płytę albumu otwiera ballada„ HeyYou”,w której bohater opowieści śpiewa do samego siebie, tego z drugiej strony muru. Jest to, bowiem, jego powrót do życia, a jednocześnie do koszmaru, jaki szykuje mu jego wyobraźnia – powrót do makabrycznej fantasmagorii, w której Pink, niczym bohater Kafki ,poddawany jest koszmarowi procesu jaki szykuje mu jego własne szaleństwo. Druga płyta zawiera kilka utworów zasługujących na szczególną uwagę: obok „HeyYou”, jest to „Comfortably Numb”, zawierający spektakularne solo gitarowe Gilmoura, oraz „Run Like Hell”, który jest ostatnią próbą wyrwania się bohatera z matni ogarniającego go szaleństwa. W finałowej scenie Pink zostaje skazany na zburzenie muru z taką pieczołowitością budowanego i powrót do życia.

 

   Mimo wszystko The Wall kończy się optymistycznym akcentem. Co prawda świat bohatera zostaje pogrzebany odłamkami walącej się ściany, lecz jednak okazuje się, że poza nią toczy się normalne życie. Ten optymizm jest jednak połowiczny. W ostatnich sekundach Outside the Wall słychać „isn’t it where… (czy to nie tu…), natomiast, na początku albumu, w pierwszych sekundach „In the Flesh?” można usłyszeć „…we came in” (…zaczęliśmy). Obrazuje to cykliczność albumu, ukazanie niezniszczalności muru – raz zburzony – będzie nadal rósł.

 

   Tak oto muzyka poprowadziła nas w nieuchwytny wymiar muru. W wymiar naszego kalectwa, nadopiekuńczości matek i całego tego świata – ze swoją higieną, prawami człowieka i pozorną demokracją. Mury są materialne i mentalne. Są prawdziwe i wirtualne. Przyjrzyjmy się teraz murowi jak najbardziej prawdziwemu.

 

Jak zakończyła się II wojna światowa – każdy wie. Niemcy zostały pokonane, a nad Berlinem zawisły cztery mocarstwa: USA, Wielka Brytania, Francja i ZSRR. Oficjalny podział Berlina na strefę wschodnią i zachodnią nastąpił we wrześniu 1948 roku, ale to rok później powstały dwa państwa. 13 sierpnia 1961 roku rozpoczęto budowę muru berlińskiego, betonowej granicy kraju. Mur o długości 155 km, wysoki na prawie 4 metry, naszpikowany drutami kolczastymi niemal z dnia na dzień oddzielił komunizm od kapitalizmu, przy okazji rozdzielając wiele rodzin. Wzdłuż granicy wzniesiono 302 wieże wartownicze, na których zainstalowano reflektory, zresztą całe przedmurze było porządnie oświetlone. Wszystkie te fortyfikacje „otulał” zaminowany pas ziemi, zwany strefą śmierci. Dla władz reżimu był to „mur ochronny”, dla reszty świata stał się symbolem represji i miejscem śmierci ponad 130 osób…

 

   Ten mur, albo może inaczej, taki mur, stał faktycznie przez trzydzieści lat w Berlinie. A teraz Węgrzy chcą postawić mur nowy, mur, oddzielający ich od Serbii, albo, tak naprawdę, od problemu nielegalnych emigrantów. Nasze mury są zatem niezniszczalne. Przed śmiercią też czeka na nas mur. Mur nieuchronności. Bohater opowiadania Jean Paul Sartre’a przed egzekucją wypowiada takie słowa:

 

„- Myślę, że wtedy będę chciał wniknąć w mur, że z całej siły plecami będę się w niego wpierał, ale mur nie ustąpi, tak jak to we śnie bywa.”

 

   Moja pierwsza podróż do Berlina nastąpiła w roku 1991. Większość Muru jeszcze stała. Widziałem te dwa światy. Dwa oblicza państw. Jedno szare, brudne i smutne, drugie rozświetlone, mieniące się i czyste. Bogate i inne, jakże odmienne. Ponoć wolne. Zachodnie. Dziś już wiem, jaką cenę ma ta wolność. I podejrzewam, drogi czytelniku, że ty też już wiesz. To cena zmieniającego się świata, który nadaje nam nowy rytm życia w dopracowanym do perfekcji systemie materii. Materii, która wyparła ducha. Zastąpiła go seansem na kozetce naszej nowej wolności. Wolności pełnej murów.

 

   Kiedy dotykam dziś tamtego berlińskiego Muru, wiem, że powstanie wiele nowych murów; wiem, że zbudujemy je równie ochoczo jak tamten; wiem, że mur – jest jakby naszą drugą naturą, że on musi powstawać, aby można go było wciąż od nowa burzyć, aby ten proces był swoistym mechanizmem nieodłącznie wpisanym w nasz byt – tak jak są weń wpisane: życie i jak jest wpisana śmierć.

 

   Dzisiejszy mur jest jakby codziennością. Człowiek go stawia dla uzasadnienia swojej pustki, dla wytrzymania swojej sterylności, czy dla zniesienia swojej zaprogramowanej samotności. Staliśmy się niewolnikami form i niepisanych praw. Stanowimy je bezwiednie, mnożymy – paradoksalnie – bariery i obostrzenia, aby nazwać ten świat – bardziej przyjaznym. A potem zaskakuje nas tunezyjski zamachowiec, pukanie do drzwi niespodziewanego gościa, czy też zbłąkany wędrowiec. Postawiliśmy, bowiem, mur nowych zasad wbrew żywiołowi świata i witalizmowi człowieka – pełnych praw odwiecznych, nie dających się nagiąć do każdej naszej nowej fantasmagorii. A nasza iście marksistowska chęć naprawy świata i człowieka skazana jest od zarania na klęskę. Tylko jeszcze do tego nie doszliśmy.

 

   W moim pokoleniu Mur – zarówno ten realny jak i ten mentalny – naznaczył nas bardzo mocno. Tan mur jest w nas. Fascynuje i inspiruje.

 

   Wyrazem tego jest bardzo ciekawa polska autorka beletrystyki – świetnie napisanej – Magdalena Parys (rocznik 1971). Przeczytałem dwie jej książki. Debiutancki „Tunel” oraz powieść najnowszą – „Magik”.

 

   Magdalena Parys urodziła się w Gdańsku. Jako dziecko wyemigrowała z rodziną do Berlina Zachodniego. Jest absolwentką pedagogiki i polonistyki na Uniwersytecie Humboldtów. Przez kilka lat zajmowała się pracą naukową z dziedziny studiów porównawczych, którą zarzuciła na rzecz pisania. Jej debiutancka powieść “Tunel” z 2011 roku otrzymała w Austrii literacką nagrodę Złotej Sowy. Autorka mieszka z rodziną w Berlinie. Tak, Berlin spina klamrą istotę Muru i wszelkich innych murów. Stał się miastem świata. Odrodził się na nowo ze swej klaustrofobii, ksenofobii i z odmętów historii. Aspirując dziś do roli stolicy świata. To miasto, które pokonało samo siebie. Wznosząc się i niszcząc zamiennie. Powstając na nowo jak Feniks z popiołów. Staje się symbolem naszej miejskości i symbolem życia.

 

   „Tunel” znakomicie pokazuje podzielone murem miasto. Pokazuje, że ludzka aktywność jest tą inną stroną natury, która żadnych murów nie uznaje. Pokazuje, że sam fakt zbudowania muru natychmiast sprowokował rycie pod nim tuneli. Ucieczka naziemna była szaleństwem. (Albo samobójstwem). Inspiracją do tej historii jest tunel najsłynniejszy – „Tunel 29”. Nazwany tak od liczby osób, które nim uciekły. Podkreślić tu należy, że sam fakt budowy tunelu, na terenie ogarniętej totalitarną i pełną permanentnej inwigilacji NRD było zadaniem arcytrudnym. Kretami byli ludzie młodzi, głównie studenci. Akcję tunelu „29” zleciła zachodnia telewizja NBC. Była to akcja iście propagandowa, sfilmowana i mająca pełne poparcie Zachodu. Książka wiedzie narrację przez niuanse szpiegowskie, przez opis żmudnych prac, ich organizacji, ludzkich lęków, słabości, ale i bohaterstwa w żądzy wolności. Książka jest znakomita. Zapewniam. Idealna na lekturę wakacyjną. Jej kontynuacja – „Magik” jest chyba jeszcze lepsza.

 

   Parys ma dar filmowego wręcz prowadzenia scen przy jednoczesnym patrzeniu w oczy swoich bohaterów. „Magik” to powieść obyczajowa z wątkiem sensacyjnym, historia ucieczek z komunistycznego “raju”, zabójstw na granicy, znikających akt Stasi i tajemnic z przeszłości, które mogą zburzyć spokój nowych niemieckich elit polityczno-gospodarczych… „Magik” to pierwsza część trylogii berlińskiej. Berlin, rok 2011. W opuszczonej, zamieszkanej nielegalnie przez Romów kamienicy, policja odnajduje zmasakrowane zwłoki pracownika Urzędu Do Spraw Akt Stasi. W tym samym czasie w Sofii, w tajemniczych okolicznościach ginie niemiecki dziennikarz i fotoreporter – Gerhard Samuel. Dochodzenie przejmuje Policja Federalna oraz służby specjalne. Szybko okazuje się, że jedynym celem ich pracy jest wyłącznie zatuszowanie sprawy i “zneutralizowanie” niewygodnych świadków. Komisarz Kowalski zostaje odsunięty od śledztwa a następnie zawieszony czasowo w pracy w policji pod pretekstem pijaństwa i niesubordynacji. Prowadzić będzie jednak dochodzenie na własną rękę. Pomaga mu w tym pasierbica Samuela, znana niemiecka dziennikarka telewizyjna, Dagmara Bosch. Odkrywają, że zamordowani – urzędnik i dziennikarz – zbierali materiały, dotyczące przeszłości czołowego polityka zjednoczonych Niemiec… Oficjalne śledztwo wykazuje, że polityk jest od dłuższego czasu szantażowany. Kim jest ta trzecia osoba, która zna kompromitujące karty..?

Wiele postaci z „Magika” istniało naprawdę. Niektóre będą tę książkę czytać…

 

   Prawdy nie da się, bowiem, podzielić murem. Prawdę można jedynie odkrywać. Warstwa po warstwie – jak w książkach Parys. Wszystkie nasze lęki – te z wielkich i ważnych pytań Sartre’a, z dylematów wolności Tischnera, z parnasu współczesnej muzyki rozrywkowej czy też z przygodowych wątków prozy Pani Parys – to jedynie podwaliny murów. Opcja na ich wytworzenie, zbudowanie i wznoszenie. Sugestia do przyjrzenia się im. Zaczyn do ich analizy, oceny i w końcu ostatecznego demontażu.

 

   Demontaż ten nastąpi nieuchronnie. Prędzej czy później. Mur kruszeje siłą czasu i siłą woli człowieka. Nawet ten chiński. I z całej jego mentalnej symboliki pozostaje jedynie zabytek. Mur nie ma duszy. Jest siłą przeciwieństw. Siłą, którą zawsze da się pokonać inną siłą. Siłą zwycięstwa.

 

   Przeskoczmy każdy mur. To nasza rola. I puenta sensu naszego tu istnienia.

Z literackim pozdrowieniem, aby jednak uderzać głową w każdy mur, życzę Państwu miłych i rozczytanych wakacji.

 

Andrzej Walter


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko