Stanisław Grabowski – Bez pudru i lakieru

0
218

STANISŁAW GRABOWSKI


 

BEZ PUDRU I LAKIERU

 

Kazimierz Andrzej Hałajkiewicz                Ludzie książki piszą. To dobrze, bo do stwierdzenia, iż więcej mamy piszących niż czytających jest ciągle daleko. Źle, kiedy nie zapoznając się z pisarskim warsztatem, niewiele lub zgoła nic nie mając do powiedzenia, próbują zajmować się literaturą, tą z dużej litery L. Mira Modelska-Creech, autorka książki wspomnieniowej pt. Zapiski bez cenzury tego błędu nie popełnia. Pisze zwyczajnie, od serca, dzieląc się z nami refleksjami ze swego życia, na dodatek nie ma ambicji, by wyłożyć nam jak na tacy cały swój życiorys. Po prostu wybiera z niego to, co jej zdaniem, może być ciekawe dla Czytelnika, co jeszcze po latach budzi emocje w niej samej, przymusza do ocen.

                Autorka urodziła się bezpośrednio po wojnie, w Warszawie całkowicie zrujnowanej po niemieckim najeździe, na dodatek opanowanej przez nowych okupantów, tych, którzy rzekomo przynieśli nam „wolność”, a za nią więzienia dla AK-owców i żołnierzy innych ugrupowań walczących z „władzą ludową”, brutalne śledztwa, tortury i potajemne rozstrzeliwania, sfałszowane referendum w 1946 roku, stachanowskie metody pracy, indoktrynację w szkole, w prasie i wielu innych miejscach… Długo by o tym.

                Jako potomkinię przedwojennej warszawskiej burżuazji, której korzenie to kresowa szlachta, od urodzenia czekała ją raczej degradacja niż jakaś kariera, czego najwyraźniejszym sygnałem było aresztowanie przez UB jej ojca, z tego tylko powodu, iż jego brat był generałem „sanacyjnego” Wojska Polskiego.

                Po jego uwięzieniu, w mieszkaniu, z którego nieustannie trzeba było wynosić co bardziej cenne przedmioty, by opłacić nimi np. kilkanaście kilogramów opałowego węgla, pozostała maleńka dziewczynka, zapracowana ponad siły matka i… babcia-instytucja, babcia-opoka, babcia-skarb, wzór do naśladowania, o czym autorka pisze dużo i z wyraźną miłością do starszej pani. To ona, Stanisława z Musiałowiczów Pudelewicz była zwornikiem tego domu, jego ostoją.

                Później Autorka i jej siostrzyczka, kiedy po 1945 roku historia, nie bacząc na koszty, tak potwornie przyspieszyła, były jeśli nie jej uczestniczkami to na pewno świadkami, i to z pewnością bystrymi i wrażliwymi. Na dodatek miejsce ich zamieszkania na warszawskim Mokotowie, na ulicy „Rakowieckiej róg Kazimierzowskiej” sytuowało je blisko takich instytucji jak mokotowskie więzienie, bloki dla nowych dygnitarzy państwowych, b. szpital zakaźny na ul. Wiśniowej, gdzie skoszarowano Korpus Kadetów im. gen. Karola Świerczewskiego czy sklepy za żółtymi firankami.

                W tym wszystkim musiały się jakoś odnaleźć zdane przez cały dzień tylko na siebie. Gdyż mama z babcią od wczesnych rannych godzin do późnego wieczoru pracowały z dala od domu, a ojciec, jak już wiemy, został osadzony w więzieniu.

                Warszawa lat pięćdziesiątych to był wielki plac budowy, powstawały nowe arterie komunikacyjne jak trasa W-Z, nowe osiedla mieszkaniowe jak MDM, wreszcie budowano Pałac Kultury imienia wiadomo kogo, powstawała też huta na obrzeżach miasta, wreszcie FSO na Żeraniu. Nie brakowało państwowych świąt pod dyktando nowych władz, jak światowy festiwal młodzieży i studentów, czy święta pierwszomajowe, 22 lipca… Były też takie, które wymykały się spod kontroli partii i rządu, jak strajki w zakładach pracy, śmierć Bieruta czy wreszcie milionowy wiec na Placu Defilad w październiku 1956 roku. Jednak autorka ostentacyjnie pomija ich obecność w swoim dziecięcym życiu, poza śmiercią generalissimusa Stalina.            Bardziej interesuje ją pierwsze spotkanie ze szkołą, poprzedzone mszą świętą, koledzy i koleżanki, panie nauczycielki, wreszcie zakupy w sklepie papierniczym czy na warszawskich bazarach. Z tego wszystkiego rodzi się własny, tylko jej, obraz stołecznego miasta daleki od laurkowych opisów obecnych na łamach ówczesnej prasy, w Kronice Filmowej, której lektorem był nie byle kto, bo Andrzej Łapicki, czy w ówczesnych szkolnych czytankach i lekturach dla dzieci.

                Dziecko urodzone po wojnie nie mogło nie wysłuchiwać choćby przypadkowych rozmów poświęconych latom okupacji, Powstaniu Warszawskiemu, rzezi Polaków na Kresach przez oddziały UPA, wreszcie tułaczemu życiu na Syberii… I te podsłuchane rozmowy także stały się udziałem narratorki książki. Należały przecież do żelaznego repertuaru Polaków, ich uczestnicy i świadkowie musieli przecież jakoś odreagować dni niewoli i podwójnej okupacji. Były to chwile gorzkie, tragiczne, ale czasami ocierały się o elementy tragifarsowe, kiedy np. młodziutki żołnierz AK Zdzisiek Kwieciński, krewny Autorki, uciekając przed Niemcami ukrył się w łóżku „córki brata matki” – Grażyny, przebrawszy się w jej koszulę nocną, w ten sposób ocalając życie, które nie było mu jednak sądzone. Następnego dnia Grażyna znalazła jego nazwisko… na liście rozstrzelanych przez Niemców. 

                A puenta Autorki jest taka: „To ten dzieciak-żołnierz, Zdzisiek i setki tysięcy jemu podobnych, wywalczyły Polskę, po której łażą teraz prymitywne pawiany, z niczym niezmąconym wyobrażeniem o własnej wyższości”.

                To stały leitmotiv tej książki. Wpierw mamy anegdotę z życia wziętą, a później autorską refleksję niepozbawioną goryczy i trafnego osądu. 

                M. Modelska-Creech posiada zresztą dar krótkiego i dosadnego pisania, kiedy np. komentuje życie jednej z krewnych, przedwojennej starościny Baranowicz, która „zaledwie 15 lub 20 lat wcześniej była wielką damą, matką chrzestną teatrów i szpitali. Teraz gotowała swemu kaszubskiemu zięciowi kartoflankę i gniotła na stolnicy knedle ze śliwkami”.

                Mijają pierwsze lata szkolne małej Mirki, w tym czasie umiera generalissimus Stalin, w szkole „echem” jego śmierci była torba krówek dla każdego dziecka, nad którymi autorka długo przemyśliwała, co też zrobić z tym niespodziewanym „szczęściem”. Ta torba krówek robi wrażenie, podobnie jak sceny z jej przyjaciółką Krysią Graf, córką stalinowskich dygnitarzy. Już to Modelska miała, jak mówią młodzi, tzw. farta do ludzi, chciałoby się rzec – diabolicznych. Tak było także później, kiedy miała takie koleżanki jak: Tamarę, córkę zastępcy więzienia przy ul. Racławickiej por. Mońki, czy Joannę Matwiejszyn, której ojciec w czasach gomułkowskich był w Polsce naczelnym rabinem. A podczas uniwersyteckich studiów poznała wybitnego artystę-rzeźbiarza Mariana Owczarskiego, o którego sławie mogła się przekonać, kiedy znalazła się w USA.

                Nasze zaciekawienie budzi także jej pierwszy wyjazd za granicę, do Anglii, zetknięcie z innym rytmem życia, z innymi problemami. W tym wszystkim młoda wrażliwa dziewczyna musi się przecież jakoś odnaleźć. Na szczęście jej mentorem zostaje wówczas brat ojca – Tadeusz Modelski. W galerii postaci, które przewijają się przez tą książkę to postać znacząca dla jej rozwoju, chciałoby się napisać intelektualnego. Inni, o których Autorka ciepło wspomina to np.: prof. Jerzy Dowkontt, Maria Fieldorf-Czarska, Andrzej Konwerski, Anatol Leński, Maria Loryś, dr Stefania Reszke, Anna Danuta Staniszkis czy Paweł Zalewski.

                Jako że zapiski nie mają charakteru chronologicznego warto przypomnieć rozmowę M. Modelskiej właśnie z Pawłem Zalewskim, byłym osobistym sekretarzem Stanisława Mikołajczyka, który podczas spotkania z nią w Waszyngtonie tzw. transformację po 1989 roku określił, jako jeszcze bardziej bezwzględny rabunek niż ten, który miał miejsce po 1945 roku. Cały majątek Polski staje się własnością multinarodowych koncernów, stwierdził wówczas p. Zalewski, co oznacza, że w sensie gospodarczym Polski nie ma, a demokracja u nas nie oznacza suwerenności politycznej i ekonomicznej, lecz wprost przeciwnie, to jest nowy i bezwzględny zabór gospodarczy…

                To była bolesna rozmowa, która kazała Autorce raz jeszcze spojrzeć na polskie problemy po 1989 roku, kiedy to niby odzyskaliśmy wolność i mogliśmy odbudowywać demokrację, tworzyć nową, bogatą i szczęśliwą Polskę. W tym momencie autorka ze smutkiem konstatuje, że polska naiwność, polski zapał i… polskie finanse zostały wykorzystane i to w sposób bezwzględny przez globalne koncerny i instytucje, które nie mają ani twarzy, ani imion, a ich głównym hasłem, jest powiększanie, za wszelką ceną, fortun pojedynczych, potężnych rodów.

                Autorka opisuje nam też swoją chorobę, z której cudem wyszła, gdyż powrót do zdrowia zawdzięczała swojej „końsko-byczej genetyce”, jak to określił szkocki lekarz.

                A zdrowie było jej potrzebne, kiedy po wyjeździe do Ameryki na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku nagle umarł jej mąż i została dosłownie sama z dzieckiem przy piersi. Musiała być twarda, jak przystało na potomkinię kresowego rodu, i dać sobie radę w nieprzyjaznym amerykańskim świecie. I radzi sobie. Studiuje, zdobywa doktorat, opanowuje kilka języków na tyle, że w latach 80. i 90. ubiegłego wieku pracowała, jako tłumacz w Białym Domu i Departamencie Stanu, także dla Biblioteki Kongresu, Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego, ONZ i NASA. Pisze także książki, pracuje społecznie, jednym słowem żyje twórczo, z rozmachem, a że jest ciekawa życia, ciekawa ludzi przeżywa dostatecznie dużo, by mieć się czym dzielić z Czytelnikami. Wszystko to zapewne znajdziemy w tomie drugim Zapisków bez cenzury, na który czekamy z niecierpliwością; gdyż są to zapiski bez pudru i lakieru, na koniec polecam z nich także lekturę fragmentu o plackach ziemniaczanych. Palce lizać!

 

Mira Modelska-Creech, Zapiski bez cenzury, Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Warszawa 2015.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko