Andrzej Gronczewski – Pierścień na dnie śmietnika

0
203

Andrzej  Gronczewski

 

 

Pierścień na dnie śmietnika

 

              Kiedy  jechałem  z  Bielan  na  Groty  i  skręciłem  w  lewo, mijając  Cmentarz  Wawrzyszewski, ukryty  poza  nowymi  blokami, zobaczyłem nagle ten  napis. Wielkie, czerwoną  farbą  krzyczące litery  pokrywały  ścianę  budki  o  zamkniętych  okiennicach, chyba  budki  z  warzywami. „Boże, jak  pięknie” – napisała  nieznana  ręka.

              Było  szaro, pusto, cierpko. Pomyślałem, że  to  naiwne  wyznanie  urąga  mojemu  zmęczeniu, myślom  przygasłym  i  gorzkim. Szybko  się  jednak  zawstydziłem. Dlaczego  sądzę, że  napisał  to  człowiek  naiwny ? Czy  nie  podejrzewam, że  naiwność  jest  formą  mądrości  szczególnie  cenną ? Jej  odmianą  chemicznie  czystą ? Wolną  od  lęku ? Mądrość  nie  musi  być uzbrojona, pyszna. Nie  musi błyszczeć  złotem  terminologii  i haftem  kosztownej składni. Może  być  prosta, mimowolna, jak  gest, oddech, zaczerpnięcie  powietrza  na  spacerze – o późnej  godzinie  nocy. Mądrość  może  kryć  się  w  darze  czystego  uśmiechu.

              Kto  napisał  to  zdanie? Kiedy  mógł  je  napisać? Nie  było  to przecież  łatwe. O  wiele  łatwiej  autorowi  tego  zdania  przyszłoby  wymalować  jakiś  protest  przeciwko  partiom  lub  ich  programom. Przeciwko  osobom  lub  ich  urzędom. Mógłby  szydzić, złorzeczyć, opluwać. Takie  hasło  mógłby  ujawnić  o  każdej porze, niemal bezkarnie, jak  ta  staruszka, która – w  samo  południe, obojętna  wobec  tłumu  przechodniów – cierpliwie, flegmatycznie  pisała  na  murze  kościoła  św. Aleksandra, wolno  przesuwając  wiaderko  z  farbą.

              Ale  ten  ktoś  napisał: „Boże, jak  pięknie”. Jestem  pewien, że  nie  zrobił  tego w  świetle  dnia. Domyślam  się, że  nie  potrafiłby  pokonać  wstydu, lęku. Nie  mógłby  znieść  własnego  piekła, czyli  wzroku  innych, ironicznego, złośliwego, obojętnego. Więc  napisał  to  nocą, wolny  od  spojrzeń, od  cudzej, surowej  źrenicy.

              Jak  to  się  stało, że  szedł  nocą, z  farbami ? Chyba  szedł  sam. Wątpię, by  towarzyszyła  mu  dziewczyna. Czy  chodzi  się  nocą  po  ulicach  opustoszałych  i  ciemnych – z  tubą  sprężonej farby  w  kieszeni ?

              Nie  pisze  się  takiego  zdania  w  marszu, w  biegu, wśród  ulicznego tłoku. Wśród  zmęczenia  na  przystanku. Musiał  więc  nagle  stanąć, spojrzeć. Zatrzymać  się – nie  tylko  w  realnym, dosłownym  znaczeniu, lecz  w  znaczeniu  duchowym. W  tej  chwili  stanęła  dlań  cała  karuzela  dnia, karuzela  wszystkich  udręk, jakich  imiona  dobrze  znacie. Karuzela  Boscha  i  Bruegla.

              Udręki  te  nie  omijały  naszego  autora. Zatrzymał  się  jednak, stanął, spojrzał  prawdziwie. Zrzucił  z  siebie  brudne  pyły – jednym  strzepnięciem – jak  zrzuca  się  piasek  na  plaży, gdy  wieje  silny  wiatr. Zatrzymał  się  i  zatańczył – w  sobie – gestem nieważkiej  radości, niby  stary Grek  ze  słynnego filmu.

              André Malraux, śmiejąc  się, stwierdził  kiedyś, że  temu Grekowi, tańczącemu  w  słońcu  i  złocie  plaży, zawdzięcza  więcej  niż  wszystkim  filozofom  XX  wieku.

              Oto  znowu  udała  się  komuś  ta  sztuka, pomyślałem. Może  stanął po    raz  pierwszy  w  życiu, a  stanął  i „zatańczył” dlatego, że  odkrył  zachwyt, siłę  zachwycenia ? Wolę  piękna, którą  utożsamił  tak  zwięźle  ze  szczęśliwością  trudną  i  skuteczną  jak  lekarstwo ? Był  zapewne  młody, więc  w  formule „jak  pięknie” odcisnęła  się  cała  jego  młodość, gotowość  do  szczęścia, jego  tożsamość  świata  i  młodości. Wszelkie  trucizny  zewnętrzne  osłabiły  w  niej  swą  moc  niszczącą. Ciężary  dnia  okazały  się  lekkie  i  mało  warte  pamięci.

              Może  kryje  się  w  tym  zdaniu  wielka  tajemnica ? Przyznaję, dawno  nie  czytałem  zdania  tak  lekkiego  i  zdania  tak  wysoko  unoszącego – dzięki  swej  czystości  niewinnie  młodej, prostodusznej  i śmiałej.

              Nie  wolno  zatracić  w  sobie  tego  daru. Trzeba  pokochać – według  sugestii  Jaques’a  de  Burbon – Busseta – elementarną  „głębię  powierzchni”. Trzeba  stale  wyprzęgać  się  z  rytmów  obowiązku – na  rzecz  tego  drugiego  rytmu  i  obowiązku. Na  rzecz   zachwytu, miłości, wdzięczności. Za  łaskę  i  dobro istnienia, nawet  pośród  wielu  cierpień  dnia, jednostkowego i zbiorowego.

              Stanąć, spojrzeć, ogarnąć. Co  on  ogarnął  w  środku  nocy ? Może  spojrzał  na gwiazdy, nagłe,  jaskrawe nocą  pogodną  i  klarowną ? Może odnalazł – jak  to  powiada  Jerzy  Stempowski – swój „pierścień  na  dnie  śmietnika” ? Pierścień, jaki  znaleźć  można  na  dnie  wszystkich  śmietników ?

              Jechałem  dalej  pustymi  ulicami, martwą, wietrzną  płytą  dawnego  lotniska. Pulsowało  we  mnie  zdanie, pamiętne  dzięki  jednej  z  figur  Szekspirowskiego  Ryszarda III : „Rany  się  goją  i  kończy  się  zamęt…”

              Gdybym  spotkał  tego  młodego  poetę, który  nie  pisze  chyba  wierszy – nie  musi  ich  składać –  nie  zapytałbym, co  pojmuje  przez  piękno, które  każe  mu  zatrzymać  się, spojrzeć, zachwycić. Nie  mógłbym  zadać  mu  tych  zimnych  pytań  o  istotę  i „kierunek”  piękna. Mało  kto  potrafi zresztą  na  nie odpowiedzieć. Ważniejszy  jest  sam  zachwyt, który  każe  człowiekowi  stanąć  nagle  w  ciszy  miasta. Liczy  się  bardziej  zachwyt, który  uczynnia, napełnia   wilgocią  to, co  pozornie  suche  i  jałowe. Piękniejsza  jest bezsłowność  piękna.  Wieloimienna  i  wieloforemna. Gotowa  do  wdzięczności, do podziwu, do  zdumienia.

              Tak  mało  wdzięczności, tak  mało  dla  niej  czasu  i miejsca. Tak  mało  do  niej  talentu  wśród  ludzi-drapieżników, o  których  mówiła  Katia  z  powieści  Turgieniewa. Nie dziwi  mnie  więc, że  ów  polotny  znak  westchnienia  i  okrzyku  kieruje  się  w  górę, ku  sprawcy  gwiazd, ludzi  i  rzeczy. Lub  sprowadza  Go  raczej  w  dół, ściąga  do  poziomu  dłoni  i  wzroku. I  że Jemu  właśnie  powierza  trudną  bezsłowność  piękna, zachwytu  i  wdzięczności.

              Kogo bowiem  uczynić  można  odbiorcą, powiernikiem tej wdzięczności ? Przed  kim  odsłonić  trzeba  daremną  nagość  własnego  zachwytu ?

              Wątpię, by  anonimowy  autor  napisu  na  budce  warzywnej  czytał  książki  Tomasza  Manna. By  miał  w  ręku  jego  studium  Jak  powstał „Doktor  Faustus”. A  przecież  bywa  i  tak, że  naiwne  zdanie  spotyka  się  serdecznie  ze  zdaniem  trudnym, pełnym  bólu, napięcia, mądrości, wiary.

              Tomasz  Mann  wyznał  mianowicie, że  trudne dzieło  sztuki, podobnie  jak bitwa, choroba, stan zagrożenia, lęku, miłości, śmierci i zachwytu – przybliża  nas  ku Bogu. Apeluje  do  łaski  spełnienia  i  osiągania. Anonimowy  autor  napisu „Boże, jak  pięknie” przeczuł  zapewne  ową  trudność, tajemnicę  piękna  czynnego i sycącego, koniecznego  jak  pokarm. Na  skórze  świata  dostrzegł  rozproszone, czytelne, ważne  stemple, drogowskazy i bilety.

              Stań, zatrzymaj  się, powiedziałem  do  siebie. Odkryj  w  sobie, w  każdej kropli  czasu, na  przekór  barwom  ciemnym, jałowym, na  przekór  zmęczeniu, które  cię  trapi, odkryj  inne, bezcenne  zmęczenie  i  utrudzenie. Zmęczenie  zachwytem  i  pięknem. Tylko  ono  uczyni  z  ciebie  właściciela  rzadkich, kosztownych  pierścieni, znalezionych  na  dnie  śmietnika.

              I  pomyślałem  jeszcze, że  nie  powinniśmy  być  skąpymi, smutnymi  ciułaczami  takich  pierścieni. Że  nie  możemy  ich  ukrywać  w  szczelnych  fałdach  naszych  wierszy, próz, esejów. Że  ich poezjotwórcze  światło  musi lśnić  bardziej  szczodrze, naiwnie  i  naocznie, niż  najcenniejszy  okaz  biżuterii – na  wystawie  drogiego jubilera.

 

 Andrzej  Gronczewski 

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko