Zbyszek Ikona – Kresowaty – … Od wieczności do…współcześności

0
209

Zbyszek Ikona – Kresowaty

 



… OD  WIECZNOŚCI DO… WSPÓŁCZESNOŚCI


Zbigniew Kresowaty    Zbiór listów dwóch wytrawnych i znanych twórców – wymienianych przez nich od 1974 do 1992 roku i wydanych niedawno pod tytułem „SCENOPIS OD WIECZNOŚCI” – to książka wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju. Gratka nie lada dla czytelników utworów dramaturga i poety, zdarzająca się raz na jakiś czas, a co najmniej raz na dekadę literacką. Korespondencja Sławomira Mrożka i Józefa Barana to najogólniej mówiąc wspaniały dokument – zapiśnik. Wydana w oficynie ZYSK I S-KA w Poznaniu dostarcza niebywałej wiedzy literacko – kulturowej, a także socjologicznej. Józef Baran wówczas w połowie lat 70., gdy korespondencja się zaczyna, bardzo dobrze zapowiadający się poetą, (co ogłosił wszem i wobec legendarny  krytyk Artur Sandauer),  a dziś znany twórca, mieszkający w Krakowie (choć pochodzący tak jak Mrożek z Borzęcina) – odsłania w słowie wstępnym kulisy narodzin korespondencyjnej znajomości z mistrzem i „ziomkiem”, jak go nazywa. Ten dialog, którego największa intensywność przypada na lata 1974 – 1980 był wymianą myśli i poglądów nie tylko o pisarstwie i sztuce, ale w ogóle o życiu; dyskursem w niektórych partiach listów filozoficznym, choć prowadzonym językiem potocznym, a niekiedy poetyckim. Był zapisem świadomości obydwu interlokutorów, podszytym niekiedy głęboką wiedzą, niekiedy fascynującymi refleksjami, ujętymi nierzadko w formę aforyzmów (w wypadku Mrożka), czy prozy poetyckiej (w wypadku Barana). Ta wymiana myśli twórczej i spostrzeżeń na temat rzeczywistości, w której się obracali, zadziwia niebywałą wyrozumiałością i cierpliwością Mistrza Sławomira, gdy odpowiada on na pytania z najpierwszych listów młodego wówczas poety . Korespondencja  ma rożne fazy, wibracje i natężenia dialogu, pełne odniesień do tamtego czasu, gdy sztuka była zamknięta w „najweselszym” z socjalistycznych „baraków”, jak mawiano o PRL-u. Jednocześnie pojawiają się w tej korespondencji elementy krytyczne wobec tego co się działo na Zachodzie – gdzie przebywał na emigracji autor „Tanga” – a co w kilkadziesiąt lat później dotarło do nas i było owocem transformacji ustrojowej, przemian społecznych i przewartościowań.

 „Scenopis” to także cykl listów nasączonych autoanalizą, noszący znamiona rozpraw i rozrachunków z sobą, nacechowany specyficznym, osobistym stylem, w niektórych akapitach bywającym jakby przed-poezją, zmetaforyzowanymi obrazami i wprawkami poetyckimi, szczególnie dotyczy to Barana…  Poeta rozlicza się z czasem „kurnego” dzieciństwa i wczesnej młodości, konfrontuje swoje intuicje i spostrzeżenia z refleksjami mistrza, niekiedy polemizuje z jego „Małymi listami” publikowanymi wówczas w „Dialogu”. Zaś Mrożek – światowiec i paryżanin – starszy o 17 lat od Józefa Barana, dzieli się z młodym poetą – ziomkiem rozczarowaniami wieku dojrzałego, nie kryje swoich rozterek i wątpliwości, które nie tylko nie znikają wraz z sukcesami literackimi na skalę europejską, ale pogłębiają się. Dokonywanie wszechstronnej szczerej autoanalizy, czasem wręcz spowiedzi duchowej przez Józefa Barana, czyni tę książkę pewnego rodzaju metaforycznym czasownikiem czyli  dokumentem tamtej epoki. Równocześnie ów intelektualny dialog twórców nosi znamiona ponadczasowości i choć wyrasta z tamtego czasu – czas się go jakby nie ima, jest dalej równie aktualny, mimo że minęło trzydzieści czy czterdzieści lat od momentu, gdy te listy powstawały. Dzieje się tak dlatego, że zarówno Mrożek, jak i Baran nie biadolą nad polityką ani nad totalitaryzmem, interesują obydwu problemy wynikające z natury ludzkiej, wolności wewnętrznej, patrzą na człowieka, życie, świat i codzienne przygody, jakie ich spotykają, często z filozoficznego dystansu, niekiedy przez poetycką lunetę czy poetycki mikroskop, zawsze starają się wyjaśniać rozumnie skąd biorą się takie a nie inne przyczyny zachowań własnych i ludzkich … Mówią – piszą także o kształcie i zasadności warsztatu, o autentyzmie pisarskim, o praktyce pisarskiej w danym im czasie.

Bardzo niekiedy szczere wnikanie  w tajniki kuchni pisarskiej a także odwołania się do klasyki współczesnej i dzieł z kanonu literatury europejskiej i klasyków z epok poprzednich – Szekspira, Norwida, Tomasza Manna czy Dostojewskiego – buduje mosty dobrego porozumienia oraz konfrontuje wiedzę podskórnie osobistą… szukając lub ukazując uniwersum ważne dla sztuki każdego czasu.

Zdaję sobie sprawę, że nie jest łatwo utrzymywać przez dłuższy czas w korespondencji owo „napięcie intelektualne”, które nadaje jej specyficzną dramaturgię. Inaczej tworzy się przyjaźń w codziennej praktyce, a inaczej krystalizuje się przyjaźń korespondencyjna, gdzie słowo pisane ma inny wymiar… Notabene wyobrażam sobie jak przyjemnie było otrzymywać listy z Paryża młodemu poecie w podkrakowskiej Skawinie  ale i miło było otrzymywać wieści z Kraju emigrantowi odciętemu od niego żelazną kurtyną. Obydwaj mieli przy tym świadomość, że interesują się sobą i swoją twórczością, i to dodawało zapewne sił twórczych zarówno mistrzowi, jak i uczniowi. Szczególnie dowartościowały te listy, słane jakby „od wieczności” – młodego poetę. Ale i dla Mrożka bywały ważne, choćby dlatego, że jak pisze w posłowiu książki profesor Wojciech Ligęza – Baran stawał się dla niego „wysłannikiem, sprawozdawcą literackim, okiem i uchem dramaturga w Kraju”  ”.

 Dlaczego „Scenopis od wieczności” ? – tytuł zbioru  wymyślony przez Józefa Barana. Otóż w listach Mrożka parę razy pojawia się kluczowe słowo – przeznaczenie. Kapitalny jest jego dłuższy wywód na ten temat zakończony takim zdanie: „Bo ja wierzę, że istnieje jakiś model idealny dla każdego, tylko dla niego jednego, jakby idealny scenopis od całej wieczności napisany i to w najdrobniejszych szczegółach”. Dalej konstatuje, że gdy odczuwał intuicyjnie, iż zbliża się swoim życiem do tego scenopisu – czuł się szczęśliwy, natomiast, gdy się od niego oddalał, odczuwał niepokoje, rozterki i frustracje…

Ale „Scenopis od wieczności” ma też zapewne związek z Borzęcinem. Tam obydwaj pisarze, choć w różnym czasie urodzili się. Jednemu  z nich (Baranowi) przyszło w Borzęcinie spędzić wiele lat, a Sławek jako paroletnie dziecko wyjechał dość szybko z rodzicami do Krakowa. Jednak dla obydwu ten fakt „zapoczątkowania się” na prowincjonalnym uboczu, pod rozgwieżdżonym niebem, skąd bliżej, niż z „rozmienionego na drobne” miasta, do Wieczności – miał duże znaczenie…Właśnie w Borzęcinie  nasączali „tamtejszością” wyobraźnię i wrażliwość, każdy z  osobna, ale jakoś tam połączeni „pędami i pętami” tej miejscowości,  jakby od wnętrza, gdzieś z drzewiej?, Tam zawiązywała się też droga smolna – myślowych realizacji i pragnień osobnej egzystencji… jakby z tej samej Matni, z tej samej ziemi…

 Wchodząc w materię listów czytelnik, który nie posiada dostatecznej wiedzy, choćby z historii sztuki, może nie do końca pojąć o co tak naprawdę merytorycznie w nich idzie… Bo to nie są listy: jak się czujesz Sławek – co u Ciebie Józku świeci słońce?… co robisz? – jak się ma żona?… to ciąg informacji dotyczących kondycji duchowej człowieka naszej epoki. To pewnego rodzaju spowiedzi, czasem wiwisekcje, nicowanie doświadczeń i przeświadczeń –  bywa, że nie są one zbyt przyjemne dla nich samych, ale głęboko szczere, mają swój dalszy bieg… Józef Baran na przykład zapytuje Mrożka o najróżniejsze zagadnienia z jego twórczości,  głównie o te, które niosą duży nawias i margines niedomówień mistrza. Poeta czasem niechcąco metaforycznie prowokuje, dotyka trzonu świadomości artystycznej Mrożka, oczekuje ciekawsko odpowiedzi – dostaje je lub nie. Zbyt wielu listów nie da się tutaj przytoczyć, jedynie fragmenty, gdyż są gęste treściowo i często z ciągiem jakby w stylu wykładu… zachodzi tu wiele spekulacji myślowych, co drugą stronę wprawia w obrót myślowy… Znakomita wymiana i nieprzewidywalne analizy, jakich trudno byłoby się doczytać w wypowiedziach krytyków o tych dwóch osobowościach.  Zwraca uwagę poszukiwanie pełniejszego życia, przynajmniej w wyobraźni i pojawiające się  w listach marzenie o pełniejszym istnieniu.

Jak wspomniałem – któż z nas listów nie otrzymywał? – ale te mają zupełnie inny charakter, nie okolicznościowy i nie na użytek „bieżączki” – pozostawiają nas po lekturze w podświadomej rozterce, rozbudzają apetyt na myślenie, chcielibyśmy, żeby dalej trwała ta wymiana i żeby książka była o wiele grubsza. Przypuszczać należy, że ówczesny młody poeta z taką właśnie niecierpliwością czekał na każdy list od sławnego dramaturga i konfrontował swoje, mniejsze wówczas doświadczenie życiowym i wiedzę z tym… co też mistrz odpowie na te jego sugestie a czasem trudne zapytania, dywagacje czy nawet młodzieńcze prowokacje…Pewnie nie był pewny czy w ogóle otrzyma odpowiedź?…

Trzeba też wspomnieć, że  w dzisiejszych czasach telefonów komórkowych, e-maili, esemesów, skypów, Internetu i zniesienia granic – sztuka pisania listów zanika. Łatwiej jest nam zadzwonić, porozmawiać, nie mamy cierpliwości, by się skupić nad kartka papieru. Pisanie papierowych listów wręcz straciło sens, jaki miało przez całe epoki. Mało kto dziś – jedynie nieliczne osoby przyzwyczajone do rytuału pisania, nie lekceważą  tej formy i trudzą się, by jej sprostać. Poczynię tu pewnego rodzaju auto – dygresję: otrzymywałem także podobne listy pojedyncze i zbiorowe od znanych i wybitnych osób, od koryfeuszy sztuki i ludzi kultury i zawsze  dostarczały mi one wielu uniesień… radości i niosły serce ku górze w dreszczyku gęsiej skórki… Otrzymywałem także cyklicznie listy dotyczące organizowanych przeze mnie „rozmów artystycznych” z artystami, redaktorami czasopism i książki – dziś te listy osobowe, ręcznie pisane od: Henryka Mikołaja Góreckiego, Adama Hanuszkiewicza, Józefa Barana, Ziemowita Fedeckiego, Kiry Gałczyńskiej, Bohdana Loebla, Wojciecha Siemiona, Wiesława Ochmana, Haliny Herbert (siostry poety) , czy Andrzeja Strumiłło, Tomasza Agatowskiego, Marianny Bocian, a także kartki pocztowe, krótkie a treściwe ( np. od Tadeusza Różewicza, Stasysa)… noszą jakby ich indywidualne piętno – niezapomnianych chwil rozmowy, których echo trwa do dziś i wymościło w sercu swoje miejsce… odciskając niekiedy trwały ślad.

       Wracając do estetyki książki – widzimy na twardej obwolucie okładki dwie twarze zbliżone do siebie głowami – odmłodzeni obaj jak w starych dokumentach. Józef Baran i starszy Sławomir Mrożek – zbliżeni do siebie fizyczne i mentalnie, pochyleni nad sobą. Listy poprzedza pisane po latach słowo „starego poety”, scalające tą ciekawą wieloletnią znajomość i ukazujące  szczegóły – w jakiej atmosferze i gdzie dochodziło do ich spotkań, m.in. w Paryżu, gdzie autor „Emigrantów” pomieszkiwał z własnego wyboru, a dokąd Józef Baran odbył swoją pierwszą podróż na Zachód, nie śniąc wtedy jeszcze, że po latach ruszy daleko dalej, poza Europę – do Singapuru, Brazylii, USA, Australii. Ale w latach 70. ubiegłego stulecia trudno było o paszport a wyprawa do Francji wydawała się czymś tak egzotycznym, jak dziś wyprawa na antypody… To był długi czas starań i oczekiwań, żmudne rzeźbienie Wydziału Paszportowego w Krakowie – a jak już wydali go na termin… oczekiwali koniecznie zwrotu.

     Ale do rzeczy! – Pisze Józef Baran w słowie wstępnym: „W trakcie tych paryskich spotkań musiałem mocno wkurzać pisarza emigranta kiepskim rozeznaniem w polityce  – dziś, gdy czytam listy Mrożka do Brandella, rzuca mi się w oczy ówczesny radykalny antykomunizm pisarza, mający swoje głębsze osobiste przyczyny. Wynikał m.in. z faktu, iż dramaturg był w Paryżu inwigilowany i pośrednio szantażowany przez peerelowskich agentów służb specjalnych. Ba włamywano się do jego paryskiego mieszkania, robiono fotokopie fragmentów dziennika i – by mu dokuczyć – wysyłano fotografie dotyczące jego  intymnego życia do dwu najbliższych partnerek, z którymi wówczas był związany”.

   Mrożek natomiast pisząc w tym samym okresie do Józefa Barana ze Szwecji w 1992 roku, wyznaje: : „Opresja była ściśle ograniczona do konkretnego zadania – zrobienia piekła z mojego życia miłosnego” .

W latach 90. Emigracyjny pisarz, po pobytach w różnych miejscach świata ( zwłaszcza po powrocie ze swego rancza w Meksyku) – osiadł na stałe w Krakowie, gdzie w 2002 roku  „uległ afazji, na skutek czego zatraciliśmy kontakt” – pisze Baran, wspominając, że on sam w tym czasie przeszedł półroczną chemioterapię. Natomiast ostatnie lata dramaturga związane są jak wiadomo stałym adresem z Niceą.

      A jak zaczęła się ta niezwykła korespondencja? – W roku 1974 debiutant po wydaniu tomiku wierszy „Nasze najszczersze rozmowy” otrzymuje „list z nieba” czyli list od Mrożka przesłany na adres Wydawnictwa Literackiego z pochwałą tych wierszy i zachętą do korespondencji. Po wymianie paru listów Mrożek poczuł, że ma równego sobie rozmówcę i młodego twórcę obdarzonego prawdziwym talentem, ba, odczuwającego podobnie pewne sprawy. I tak już zostało – zaufał Baranowi. W tym pierwszym liście pisze Mrożek: „Pana wiersze przemówiły do mnie autentyzmem, bo tak właśnie zapamiętałem wieś z dzieciństwa…” – Wczytując się dalej w materię listów okraszonym fotografiami z sepii, dowiadujemy się o upodobaniach estetycznych i „pieśniarskich” Sławka, jako dziecka z tamtego okresu; znalazły się tu też fotografie młodego Mrożka oraz willi pani Rogożowej, jego matki chrzestnej, u której czytywał w czasie okupacji książki. Są i fotografie z późniejszego okresu, np. z ostatniego pobytu pod Wawelem w 2012 r., gdzie na fotografiach, do których pozowali obydwaj, pojawia się także meksykańska żona Mrożka – Suzana…

Te listy jako całość to kawał historii, nie tylko mówiącej o PRLu na odległość, ale i o kondycji psychicznej tych dwóch twórców. Pod listami młodego poety znajdują się przypisy kreślone po wielu latach ręką „starego” poety, a czasem załączniki – nowe wiersze mające z danym listem myślowy związek. Przytoczmy zatem jakiś fragment.  W liście z 21 lutego 1975 roku czytamy: „Serdeczny Sławomirze. Pisanie Twoje, mimo że masz przecież dużo większą sprawność niż ja, powstawało pewnie, podobnie jak moje, nie z prądem Ciebie, lecz pod prąd Ciebie, przeciw Tobie, było to cały czas chytre spiskowanie przeciw sobie, czyli płycie nagrywanej przez życie i naładowanej byle czym, sztampowymi kawałkami, kiczowatymi odgłosami statystycznego głosu ludzkości” (to nawiązanie do przesłanego felietonu Nuda w głowie)…Dalej czytamy: „Inna sprawa. Sprawa optymizmu i pesymizmu jako postawy twórczej i ludzkiej zapewne. Niedawno w „Polityce” czytałem, że w Warszawie Twoje książki okazały się najpoczytniejszymi książkami roku (…) Dlaczego? Raz, że „legenda”. Ale to nie wszystko. Chyba jednak pewien optymizm. Optymizm, który uzyskujesz poprzez Formę czyli mrożkowski styl . Bo treści są tragiczne. Ale Ty ten tragizm przezwyciężasz stylem. I to zapewne pociąga ludzi. Bo widzą, że jednak dajesz sobie jakoś radę ze światem, masz do niego dystans, trzymasz fason…”  

Zbigniew KresowatyAutor listu przekornie posyła Mrożkowi utwór pod tytułem: „Hymn o samym sobie najwierniejszym przyjacielu” oraz wiersze „Przykazania” i „Jak tylko” . Jego listy słane wówczas do mistrza to jak listy do „lepszej” Europy, bo przecież mistrz uznany w świecie stanowi już jakby jej najlepszą część… Zważmy że cały czas tutaj w Polsce po roku 1968 roku i dalej wre walka inteligencji twórczej z cenzurą, trwa opór. Baran przesyła Mrożkowi wieści dotyczące codzienności PRL , przesyła mu również recenzje pisane „tutaj” o sztukach swojego korespondencyjnego przyjaciela. Mrożek dzieli się z kolei odczuciami na temat wierszy Barana, np. w liście Berlina 23 marca 1975 pisze: „Drogi Józku, dziękuję ci za list i za wiersze. Te, które mi przysłałeś, potwierdzają moje wrażenie z lektury poprzednich: że odzywasz się tylko wtedy, kiedy masz coś do powiedzenia. Wydaje się to błahym, ani komplementem. To jest kryterium, które, gdyby stosowane, usunęłoby z naszej literatury, tej uznanej, nie nieobliczalnie wielką jej część…” . W dalszym ciągu tego obszernego listu-eseiku cytuje Rilkego: „Stare przekleństwo poetów, co płaczą, gdy mówić powinni”…i wspomina Gombrowicza: „O Gombrowiczu można by wiele. Znałem go osobiście, co jest niezłym uzupełnieniem do jego książek, które są lekturą podstawową i które też kiedyś trzeba przezwyciężyć. Jet to osobowość tak silna, wymiar tak wielki, że łatwo u niego pozostać w niewoli. Jest to wspaniała kraina i przebywanie w niej najrozkoszniejsze jest i najbardziej pożyteczne, pod warunkiem że nie pozostanie się w niej na zawsze. Jak i w każdej innej zresztą. Bo mnie się coś wydaje, że do śmierci trzeba dokądś iść. Serdecznie pozdrawiam: Sł.”

Cytowany fragment listu dopełnia fotografia pisarza z tego okresu, będąca obecnie własnością Fondation Jan Michalski w Montricher, gdzie znajduje się pośmiertne archiwum dramaturga i gdzie przechowywane były listy Barana, które otrzymał od owej Fundacji. We wstępie jednego z nich czytamy:

„Przyjacielu, Listy twoje sprawiają mi coraz więcej satysfakcji. Nie mówiąc o pochwałach. Cóż, chyba potrzebne one młodemu pisarzowi. Dodają pewności i wiary, są ważnym punktem odniesienie, ważniejszym od recenzji krytyków…”.

Co jeszcze dowiadujemy się z lektury tych listów? Są one nie tylko wymianą refleksji i  doświadczeń ale i charakteryzują się trzeźwym patrzeniem na literaturę rodzimą, ba, mogłyby służyć niekiedy jako podręcznik dla młodego pisarza, który kształtuje dopiero osobowość twórczą.

 Obaj korespondenci wymieniają poufne wiadomości, zawierzają je sobie, wyznają to czego nie powiedzieliby zapewne, gdyby ze sobą rozmawiali na żywo. Czasami znakomity dramaturg uchyla się od odpowiedzi, czasami udziela ich w sposób wyczerpujący, nie cofając się przed autokrytycyzmem: „ Zadajesz mi parę określonych pytań dotyczących tak zwanej mojej sylwetki twórczej. Wierzę, że jesteś szczerze zainteresowany, ale wybacz, nie jestem teraz w stanie o tym myśleć. Wybacz, że odpowiadam Ci tylko na pytanie najprostsze i najbardziej konkretne, Tango napisałem w roku 1964, czyli tuż po wyjeździe z Polski. „ Szczęśliwe wydarzenie” chyba w roku 1972 i jest to sztuczka, której nie lubię, wydaje mi się płaska, konceptualna na siłę, jak wypracowanie na temat Jej postacie nie mają wdzięku, ani głębi, ani koloru. Nie ma w niej poezji żadnej. Jest wysuszona jak kość, w dodatku nie moja. Ten osobnik w okularach z wąsami na okładce to ja , teraz…” – pisze w liście 07.03.1976. Charakter owych zwierzeń mających swój ciąg dalszy  w innych listach – to niejako dowód na zaufanie do młodszego kolegi po piórze i na zażyłość, jaka zrodziła się przez lata korespondencji. Dowiadujemy się o kondycji Sławomira Mrożka, o motywach związanych z  jego wyjazdem z kraju i z ciągłym przemieszczaniem się z miejsca na miejsce…

W żadnym wypadku nie ma w nich biadolenia czy utyskiwania; przebija przez nie wielka mądrość i dystans.

  „Piszesz – szczęście, a rozumiesz zdaje się pod tym – spokój (mnie szczęście kojarzy się raczej z nie-myśleniem, z falą emocji, która zlewa rozsądek). Spokój na dłuższą metę mnie niepokoi, o czym Ci pisałem, niepokoju zaś lękam się, choć lubię drażnić się z nim jak z psem.” – napomyka Baran do Mrożka, załączając poemat  BAJKA O PODRZUTKU  a pod nim dopisek w PS: „ Serdecznie Ci oddany i jak zawsze podziwiający Cię: Józef Baran, niżej: Skawina, 11 stycznia 1977.

Otrzymuje na to od dramaturga dłuższą analizę wiersza, której nie powstydziłby się wybitny krytyk ani psychoanalityk (cytuję zaledwie parę zdań): „Twój wiersz jest bardzo piękny, to znaczy w Twoich własnych, najnaturalniej Tobie właściwych a nie pożyczonych słowach mówi o tym, co chyba jest sednem wszystkich kłopotów, jakie ma ludzka świadomość, o rozszczepieniu i tęsknocie do jedności. Nic innego nie stanowi nie tylko zasadniczego tematu wszelkiej psychiatrii, ale i ośrodka wszelkich poszukiwań mistycznych, czyli Religi w ogóle, w jej pierwotnej czystości. Nic innego nie zdaje się być na dnie wszelkich ideologicznych szałów, jak i szaleństwa ludzkiego po prostu (…)

Zarówno w tym liście, jak i w innych, dyskusja wychodzi od tematów literackich ale zatacza szerokie kręgi i dochodzi do zagadnień psychologicznych, filozoficznych, religijnych czy eschatologicznych. I tak jest w większości z nich, co nie znaczy, że pomijają one sferę prywatną, osobistą, intymną. Wręcz przeciwnie, od niej rozpoczynają taniec myśli…

Zadziwia fakt, że młody poeta po paru wstępnych konwencjonalno-ugrzecznionych listach wszedł  w rolę intelektualnego partnera, inspirował pewne tematy dyskusji a nierzadko moderował,  co w efekcie Mrożkowi służyło i otwierało go i dopingowało; miał dzięki temu równego sobie interlokutora, ba, szermierza, w tym fechtunku sadów i wymianie zdań. I żeby zreasumować można na koniec powiedzieć tak: – zebrane w wyczerpującą całość listy Barana i Mrożka stanowią pewnego rodzaju literackie kompendium wiedzy, dla tych, którym przyszłoby uczyć się dziś o sztuce współczesnej i jej koryfeuszach,  a poza tym jest to jakby aneks dla badaczy kultury… aneks od wieczności… do aktualności.

                                                                   Zbigniew Kresowaty


SCENOPIS OD WIECZNOŚCI (listy), Józef Baran, Wydawnictwo ZYSK i S-KSA 2014 – Poznań, Wyd. I, ISBN 978-83-7785-559-1, Podziękowanie Fundacji Jan Michalski / Archiwum S. Mrożka w Montricher w Szwajcarii za wyrażenie zgody na publikację.

{jcomments off}

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko