Z lotu Marka Jastrzębia Opowiastki z życia nieboszczyka

0
224

Z lotu Marka Jastrzębia


Opowiastki z życia nieboszczyka


jastrzab-marekIle to już razy przymierzałem się do spraw związanych z wychowaniem i ile to razy nic mi z tych przymiarek nie wychodziło, ten tylko stwierdzi, kto na własnej skórze doświadczył, co to jest gadka nerwowego dziadka. Większość potępia profilaktyczne wciry, rózgę, straszenie jej eksploatacją, siłowe namawianie do posłuszeństwa. Większość jest za wytrwałą rozmową, konsekwentną perswazją, benedyktyńskim tłumaczeniem, wyjaśnianiem, dawaniem przykładu, pokazywaniem, jak trzeba iść, by nie wejść w placek.


Czytam swoje stare teksty na tematy pedagogiczne i czuję, że sprawa ta mało kogo obchodzi, oczywiście poza mną i paroma zwolennikami używania wobec dzieci argumentu pydy. A dlaczego, opowiem przytaczając zwierzenia sąsiada z bloku:


Też byłem wyznawcą miłości bez stosowania kar cielesnych, zagorzałym amatorem partnerstwa w rodzinie, lecz przeszło mi, kiedy od własnego syna dostałem drzwiami w nos, gdy dzieciak, z którym chciałem porozmawiać, spokojnie wyłuszczyć mu, co robi niedobrze, zamknął je przede mną z hukiem, a zrobił to z oburzonym trzaśnięciem wzmocnionym ordynarną wiąchą, czym do reszty wyprowadził mnie z równowagi.


Nie wiem, skąd znał te słowa. U nas w domu nie ma zwyczaju przeklinania; lepsza połowa jest małomówna, opanowana, przedkładająca kompromis nad zapiekły jazgot, nigdy nie podnosi głosu, mnie również trudno posądzić o rynsztokową polszczyznę.


Prowadzimy życie skromne, ja pracuję, żona też. We dwójkę udaje się nam powiązać koniec z końcem. Trochę to dziwne, bo u moich rodziców do roboty chodził tylko ojciec. Mama nie, mama siedziała w chałupie jako zdeklarowana kura domowa, dbała o rodzinę i zajmowała się nią w sposób tradycyjny, to znaczy prała, sprzątała, ręce po łokcie urabiała, mimo to przecież, kiedy ojciec przynosił pensję, mogliśmy sobie pozwolić na deczko więcej, na chwilę wytchnienia, oderwania się od powszedniej orki.


Częściej bywaliśmy poza miastem, na łonie przyrody, a jak nie chcieliśmy wyjeżdżać z miasta, to i w botaniku czy w parku.


Teraz zasuwam ja, połowica zapiernicza również, nie mamy chwili wolnej od syzyfowej utyrki, a i tak ledwie starcza na utrzymanie. Wydatków mamy więcej, niż powodów do finansowego zadowolenia, musimy więc korygować zachcianki, pilnować się, by nikt nas nie rąbnął na chudej kasie.  


Nie szarpiemy się na luksusy, toteż ledwie raz w miesiącu stać nas na pójście do teatru czy kupienie książki. Za to mały ma więcej niż my w jego wieku. Robimy, co możemy: chodzi do kina, pozwalamy mu spraszać kumpli do domu, ale woli nie, woli, jak nikt go nie odwiedza, a gdy go pytamy, dlaczego tak i czy ma o coś pretensje, patrzy spode łba i odpowiada, że są z nas życiowe niezguły, że się nas wstydzi, bo niczego się nie dorobiliśmy, podczas gdy reszta z jego klasy dysponuje własnymi pokojami, w których rządzi jak chce, z forsą się nie liczy, reszta ma obrotnych rodziców na opłacalnych stanowiskach i w częstych rozjazdach, rodziców, co to staną w ich obronie i potrafią ustawić do pionu fikającego belfra.


A u nas bryndza, ciasnota, cała trójka na kupie no i muzy nie ma gdzie posłuchać, nie mówiąc o tym, że komputer, to dla niego marzenie. Coraz częściej jest wobec nas bezczelny, arogancki, opryskliwy, zamknięty w sobie, więc ostatnio, na osłodę, kupiliśmy mu komórkę, bo narzekał, że tylko on jej nie ma i że się nabijają, mają go za ubogiego krewnego, za nic nie znaczące popychadło, traktują z góry, z wyżyn swoich smartfonów, laptopów i kieszonkowego.


Lecz komórka nie pomogła. Była co prawda tania, ale ciut nie na czasie, retro i z lekka obciachowa, jak nam wczoraj oznajmił, jak w nas bluznął w chwili paranoicznej złości.


Nawet go rozumiem; uczyliśmy go szacunku, miłości do człowieka, rzetelności, odpowiedzialności za własne czyny, podczas gdy podobne nauki budziły w jego koleżkach pusty śmiech, rechot zastępujący jakiekolwiek argumenty. Nie byliśmy dzisiejsi; wpoiliśmy mu nieaktualne zasady. Wymagaliśmy od niego przestrzegania wczorajszych norm i sensownych praw; wszczepiliśmy w niego te, co obowiązywały nas, co nam wyznaczały miejsce w społecznej hierarchii. Przygotowaliśmy go do istnienia w świecie, którego już nie ma, w którym ojciec, to był wychowawczy autorytet, niekwestionowana głowa rodziny, mama to była mama, kobieta, którą należało czcić, choćby za bezwarunkową czułość objawianą dzieciom.


Ale jak ojciec, czyli ja, nie jest już głową rodziny, tylko łysą pałą i żadna z niego alfa i omega, lecz upierdliwy facet, tak i otaczający go świat sparszywiał  i przeszedł gruntowną metamorfozę: przeobraził się w powierzchowny stek guseł, sztuczek, bajkowych pewników zaczerpniętych z niedouczenia, wyniesionych z podwórek czy ulic, owych jedynych akademii obdarzonych wychowawczą charyzmą, tych ochlokracyjnych uniwersytetów taśmowo fabrykujących autorytety na miarę  aktualnej epoki. Toteż zdezorientowany, pogubiony w nim, nie  bardzo się orientuje, w co ma wierzyć. Przerobiliśmy go na swoje kopyto zapominając, że prawa i wymogi obowiązujące w naszym świecie, w dzisiejszym straciły poprzednią moc, że mu tym samym zaszkodziliśmy.


Po tym przydługim i samokrytycznym zwierzeniu, mój poczciwy sąsiad zwiesił głowę w nadziei, że zacznę mu współczuć, chwalić go za roztropność względem zachowania syna. Wyraźnie oczekiwał, iż przyznam mu rację i oświadczę coś w rodzaju: „słusznieś uczynił, ziomal”. Ale się nie doczekał, ponieważ gdybym tak zrobił, wyszedłbym na durnia. 


Rzekłem mu więc tymi słowy: „chamstwo tępić trzeba, a nie usprawiedliwiać. Nie wolno mu pobłażać, bo jak pobłażasz, to odpuszczasz, automatycznie zgadzasz się z dzieciakiem, a w efekcie wygląda, jakbyś mu pozwalał na wybór postępowania: we wtorek możesz być kanalią, bo idziesz do szkoły, a w środę uczciwym człowiekiem, bo przychodzi babcia. Gnojek powinien mieć określone granice, ma wiedzieć, co mu wolno, a czego nie. Otóż kanalią nie może być ani we wtorek, ani w inny dzień tygodnia. I tak mu klaruj póki masz nieco sił w płuckach. A ty go uczysz niekonsekwencji. Już teraz jest z niego arogant i wulgarysta. Niedługo doczekasz się, że sprawi ci solidne bęcki. I wtedy mów, że go rozumiesz.


Co powiedziałby ci psycholog, profesjonalista z wieloletnią praktyką w zawodzie. O ile zostałby dopuszczony do zabrania głosu. O ile nie zakrzyczałby go jakiś cymbał wykształcony na pedagogicznych nowinkach. Powiedziałby ci też, na czym polega całe to osławione wychowanie bezstresowe i jak ta słuszna koncepcja zamieniła się w karykaturę.


Między innymi toczone są niepotrzebne spory o bicie.  Zdaniem każdego rozsądnego pedagoga nie chodzi w nich o wywoływanie strachu przed sadystycznym katowaniem, ale o klapsa, o napomnienie, zdyscyplinowanie,  zademonstrowanie, że nie aprobuje się aspołecznych działań.


Najdalej w zakresie wzmiankowanej głupoty poszła Szwecja. Doprowadziła do tego, że ojciec i matka boją się własnego dziecka, z czego wynika, że ma ono nieograniczoną władzę nad rodzicami. U nas obserwujemy tego początki w szkole. Widać to choćby po lekturze Kodeksu Ucznia, gdzie  większość z nich powołuje się na długą listę swoich praw, natomiast o obowiązkach nie mówi nic.


Moim (i nie tylko) zdaniem, pomiędzy uczniem a nauczycielem muszą być zachowane normy przestrzegania pełnionych ról. Gimnazjalista, to nie jest kumpel pedagoga i nie uchodzi iść z nim w tango czy mówić do niego per koleś lub zgred. Podobnie pedagog; nie może traktować ucznia jak rówieśnika, tylko jak młodszego partnera, któremu trzeba pokazać, którędy do wiedzy.


I tu wyłania się kolejny problem: władza rodzicielska. Często jest tak, że to rodzica należałoby wpierw wychować, a dopiero potem ucznia.

Dziwi mnie, że choć są to PODSTAWY psychologiczne, nikt ich nie zauważa. Ani szkoła, ani rodzice. 


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko