Andrzej Walter – Jastrzębie nad Murem

0
60

Andrzej Walter

Jastrzębie nad Murem

 

  

Foto: Thermos   Początkowo ten felieton miał nosić tytuł – Mur. Jednak doszedłem do wniosku, że my szybujemy nad tym murem. Unosimy się, dryfujemy. Próbujemy zrozumieć tych … tych wszystkich – po obu stronach. Próbujemy lądować bezpiecznie, ale tak  naprawdę bezpiecznie jest, … przysiąść na murze. Oglądać horyzont i zapatrzyć się w dal … Chciałbym być Jastrzębiem.

 

   Mieliśmy burzliwą dyskusję po tekście naszego jastrzębia – Marka Jastrzębia „Szara strefa literatury”. Dramatyczne przesłanie poruszyło pisarzy oraz czytelników. Był to kolejny rozdział lamentacji ogólnej nad stanem i pacjentem (czy kasandryczności)  jak nazywają to ci, którzy wpisali się w jakieś układy bądź koterie. To światek zwany literaturą, albo, jak kto chce, szerzej rozumianą kulturą. A pacjent?

 

   Pacjent – czyli my – musiał przestawić szyki, dostosować krok i tańczyć chocholi taniec ze światem jaki widzi za oknem. Tam rozciąga się wyrafinowany obraz konsumpcji i odezwy – wszystko za pieniądze. Każdy ma swoją cenę. Ten aspekt Markowej rezygnacji i depresji tak poruszył was, moi drodzy. Do dyskusji. Do wypowiedzenia w końcu swoich zdań, że aż miło było patrzeć i czytać. A może nawet tę strunę szarpnął taki oto, bardziej konkretny wyrzut:

Wyznam ze skruchą: jestem zmęczony daremną dreptaniną po klawiaturze. Mam dosyć powtarzania argumentów trafiających panu Bogu w okno. Po zastanowieniu stwierdzam, iż od pewnego czasu moja dotychczasowa histeria w temacie upadek kultury nie ma potwierdzenia w dyskusji, muszę więc sobie odpuścić.

Odnotowałem również, że przytaczane przeze mnie argumenty spotykają się z konsekwentnym i niezrozumiałym brakiem merytorycznych odpowiedzi. Albo w trakcie dyskusji (omijających szerokim łukiem sedno poruszanych spraw) stają się dyplomatycznymi wygibasami adwersarzy, pobłażliwym stekiem bredni o niezłej kondycji naszej kultury, podczas gdy wiadomo, że pikuje na skołowaną mordę. Nie pora szukać winnych tej degrengolady, bo nie w tym rzecz, by przerzucać się oskarżeniami i znaleźć odpowiedniego chłopca do bicia, ale w tym, by wyjść z bagna bez wyciągania się za włosy.

   Wszyscy jesteśmy zmęczeni. Ja również. Pokraczność naszych narzekań w konfrontacji z brutalnymi prawami rynku doskwiera coraz mocniej. Także coraz mocniej irytuje sztuczny zachwyt bądź kontrargumentacja tych niby-oponentów pochylenia się nad pacjentem. Do tego dochodzi dywersyfikacja literackich światów na: małe światki, rozbite grupki i enklawy wzajemnej adoracji. Koń jaki jest każdy widzi. Podział mentalny na swoich i obcych jest być może tylko zasłoną dymną przed liczeniem wymiernej kasy.

 

   I dotarliśmy do czasów, gdy pewien Dyzma wszedłszy w posiadanie zapisków, które na mocy testamentu miał spalić, wydaje je w prywatnym wydawnictwie, a zastępy pożytecznych idiotów utworzą cały chór tej tragedii piejąc – nic się nie stało, kochanie, nic się nie stało. To nie te, to tamte. Te (przecież) zostały spalone, na tych zarabiajmy. Słowem, i zróbmy to – i róbta, co chceta. Słowem, typowa relatywizacja rzeczywistości, mącenie w głowach, ucieczka od nazwania sprawy po imieniu…

 

Pojawia się jednak pytanie, kto z kandydata na Dyzmę zrobił Dyzmę prawdziwego? Kto pozwolił mu na rozwinięcie skrzydeł?…

Jakie są standardy etyczne tego wydawnictwa?

 

   Po cóż pytam. Przecież wiemy, że są to złote żniwa. Przecież żyjemy w wolnym kraju. A argumenty wyżej podniesione trafiają w Mur. Jak skomentowała Krysia Habrat Markowy tekst – No i rozgadaliśmy temat na śmierć. I nic z tego nie wyniknie.

   A może jednak wyniknie? Tylko nie od razu. Przypomina mi się pytanie satrapy – A ile papież ma dywizji? Żadnej? Satrapy już nie ma. Pojawiła się jednak nowa, postępowa satrapia rynku. Technologia mentalna: Co on z tego ma?

 

   Tak pytający stawia się od razu we właściwym świetle. Arystokrata ducha powinien się w miejscu obrócić na pięcie i bez słowa odejść. Jeżeli podejmuje konwersację wchodzi w krąg zła. Jeżeli odchodzi nazwany zostanie chamem. Co robić? Nic nie robić. Odejść. Przyjąć te wszystkie obelgi i robić swoje. Taki właśnie był ów ton refleksji nad Marka Jastrzębia ważnym tekstem. I co z tego?

 

   Otóż ukazał nam się nasz prawdziwy świat. Nasze miejsce na ziemi. To zacisze twórcy, który chce tworzyć. Dziś musi zakładać coraz grubsze pancerze. Pokrywać się coraz gęściejszą warstwą ochronną przed: prostactwem, głupotą i drwiną. Niestety lepiej nie będzie. A pisać i tak będziemy. Szare strefy rozleją się wszem i wobec, spowszechnieją i w innych dziedzinach, branżach, czy stanach. Dzieje się tak i będzie się działo wobec procesów narzucania prawnych rozwiązań ponad rozwiązania tradycyjne i naturalne oraz wobec ubytku myślowego coraz większej masy społeczeństwa. Po prostu ludzie myśleć przestają. Instytucje i przywódcy myślą za nich. Luksus i wygoda. Przecież myślenie nieprzyzwyczajonym szkodzi. W szare strefy wchodzą więc ci, którym to jeszcze nie szkodzi. Tam się odnajdują. Bądź nie odnajdują. Ale tam tkwią. Jedni zbuntowani, inni pokorni. Niejako pragnę podkreślić – na taką szarą strefę jesteśmy po prostu skazani.

 

   Tak jak jesteśmy skazani na ów Mur, który nas coraz bardziej dzieli. Jean Paul Sartre napisał kiedyś opowiadanie Mur. Jeden z bohaterów, którego następnego dnia o świcie czeka egzekucja przez rozstrzelanie, mówi:

 

Myślę, że wtedy będę chciał wniknąć w mur, że z całej siły plecami będę się w niego wpierał, ale mur nie ustąpi, tak jak to we śnie bywa.

  

 

   I pojawia się w zasadzie pytanie – po co to wszystko piszę? Piszę to wszystko, aby wydobyć ziarna nadziei. Aby wyobrazić sobie, że szara strefa jest po coś. Stanowi ochronę przed tym plastikowym, skarlałym światem nowych zasad i reguł gry. Gry bez zasad. Pomimo tego wierzę, że szara strefa przetrwa i się obroni. W ekonomii owa strefa jest wrzodem na tkance działań państwa, ale to państwo musi uwzględniać jej efekty, gdyż w przeciwnym wypadku zbankrutuje. Może też doprowadzić do społecznego przewrotu. Szara strefa zawsze jest w takim aspekcie wentylem bezpieczeństwa czy efektem nieudolności takiego państwa. Natura, życiodajna i rozrastająca się nie zna pojęcia próżni. Państwo nigdy nie wytworzy bogactwa narodu nakładając nań coraz więcej obciążeń i ukrytych wysysaczy własności. Wytworzy jedynie – szarą strefę. Jakoś trzeba przecież przeżyć. Stosując ogląd przez analogię, jeżeli coraz bardziej tępe masy coraz mocniej nas lekceważą, po prostu nie czytając, doprowadzą do stanu łaknienia nowe pokolenia. Fakt. Nie będą one zbytnio wiedziały czego łakną, acz z pewnością nie będzie to ów plastikowy odór serwowany nam przez teleidiotów. Można też wygenerować nową grupkę – infoidiotów. Obydwie one zbytniej przyszłości nie mają, gdyż myśl i słowo zawsze przetrwają i będą się odradzać. Taka ich natura. Natura myśli i słów. Pytanie tylko czy zdarzy się to za naszego życia? Jest taka szansa, że nie. Jednak, kiedy widzę młodych ludzi, bezlitośnie wtłoczonych w korporacyjny etos, i kiedy ci ludzie zaczynają szukać miłości, zaczynają szukać słów, szukać czasu, zaczynają też szukać arystokracji ducha… Niewolnictwo nigdy nie przetrwa. Po nim zawsze nastanie bunt. Już dziś obserwuję potrzebę uspokojenia życia i zredukowania go z tego szaleńczego pędu przez młodych. Ukierunkowanie na mieć, a nie na być. Wzrok pada na doznanie, nie na blichtr. To jedyna szansa. Dzieje się tak coraz częściej, choć fakt, to jeszcze rzadkie i odosobnione przypadki. Ale są.

 

   Póki co mamy jednak Mur. Wije się on w poprzek literackiego świata. Jest dosyć nieszczelny. Zmurszały. Nawet, gdy pewne grupki wznoszą go wciąż wyżej i wyżej, jego fundamenty zostały już naruszone. W pewnych miejscach wystarczy go już tylko popchnąć. Upadnie. Nie wiemy tylko kiedy.

 

   Tych murów jest właściwie więcej. One funkcjonują w (podobno) wolnej Polsce powszechnie. Oddzielają odmienne stany świadomości, różne stany materii, zarówno ciał, jak i ducha. Chronią szarą strefę. My, Polacy, właściwie nauczyliśmy się w tej strefie funkcjonować i w niej budować. Nawet naczelnicy urzędów skarbowych wybierają remoncik własnego mieszkanka z niższą kwotą „bez rachunku”. Czy to naganne? Zapewne tak. Zapewne – to jasne, z jakichś bliżej niesprecyzowanych, nominalnych perspektyw widzenia. Dlaczego jednak nikt nie wchodzi w przyczyny faktyczne, w głębię i genezę, i naturę takiego stanu rzeczy? Bo my już doskonale nauczyliśmy się funkcjonować w dwóch światach, perfekcyjnie potrafimy żyć w hipokryzji, w gąszczu podwójnych wartości, skonfrontowanych standardów.

 

   Zatem to nie szara strefa jest problemem literatury, kultury i sztuki. To coraz mniejsze mózgi naszego ludu. Utylizacja antropologiczna, a z nią należy walczyć zawsze i wszędzie. Tego nie zrobi nikt inny poza poetą czy pisarzem. Tak sądzę Marku i dlatego pozwoliłem sobie zgrzeszyć tym tekstem. Podjąłeś w lapidarny sposób temat ważny. Podniosłeś na forum publiczne swój byt. Dobrze się wszak stało. Burza dyskusyjna, nawet jeśli z pewnymi poglądami się nie zgadzam, daje nowy horyzont do kolejnych działań. Podejmiesz je i Ty, i ja, oraz nasze Koleżanki i Koledzy. Twój byt, czyli twoje pisanie to ważna Sprawa. Wręcz Dziejowa. Tak się to toczyło, toczy i będzie toczyć. Sztorm trwa, i nie wolno się nam poddać. Słowo w nim przetrwa. Między innymi dzięki Tobie Marku.

 

Andrzej Walter

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko