Andrzej Walter – Duch Resortowy

0
59

Andrzej Walter


Duch Resortowy

 

Zdzisław Beksiński   Czekaliśmy na tę książkę ćwierć wieku. Bałem się jej czytać, choć nie należę do grupy naiwnych, o których wspomina Redakcja Krytyki Literackiej w słowie wstępnym do najnowszego numeru. Bardzo polecam to słowo wstępne, gdyż w ostry, acz rzetelny sposób, oddaje ducha lektury oraz meritum Sprawy.

 

„Samo życie: Resortowe dzieci i pokrewne patologie” – taki tytuł nosi ten lapidarny tekst Krytyki Literackiej i w zasadzie powinniśmy skupić się na pokrewnych patologiach, gdyż książki „Resortowe dzieci” tak naprawdę nie da się recenzować. Po jej przeczytaniu można mieć jedynie refleksje. Smutne, gorzkie, dogłębne bądź złowieszcze. Można mieć refleksje pozytywne bądź negatywne – zależnie od strony zajmowanego stanowiska w światopoglądzie Made In Poland. I wreszcie można machnąć ręką, choć rekruci owej trzeciej, (machającej), opcji są raczej produktem – efektem, niż świadomym pojęciem (i zajęciem) stanowiska. Mniejsza z tym.

 

   Powracając do głównego wątku – nie da się zrecenzować książki będącej czymś na podobieństwo pracy naukowej, lecz nie mającej takich aspiracji, a napisanej tak, li tylko dlatego, aby nie włóczyć się po (przecież) najsprawiedliwszych polskich sądach, będących wyrazem naszej dojmującej nowoczesności i przyjaznego państwa. Może i kpię, ale cóż innego pozostało?

  

   Zatem ta naukowa praca w schemacie : był, żył, a jego rodzice, a jego dziadkowie; z naręczem przypisów, źródeł i odnośników przypomina jakąś marną faktografię z perspektyw – powiedzmy – prawicowych. Szkoda tylko, że pomieszało nam się w głowach i nie wiemy już co znaczy prawica, a co – lewica. A nie wiemy tego dlatego …, gdyż dziś prawica bywa lewicą, bądź odwrotnie, albo są to tylko puste hasełka. Nazwy wytrychy. Dziś liberałowie chcą zmieniać świat i go ulepszać, lewicowcy obniżają podatki, a prawicowcy chcą szastać kasą. Polityka zagmatwała się dramatycznie, a literatowi nie przystoi brudzić się polityką. Jednak nie o politykę tu idzie. Ta książka marną faktografią jednak absolutnie nie jest. Jest bolącą, piekącą raną na tkance tego, co kiedyś nazwaliśmy Polską, a dziś … No właśnie. Dziś …

 

   Dodam, że orientuję się, iż pracę naukową da się recenzować, a nawet się owo dość często czyni, ale ja nie chcę recenzować czegoś co jest w lekturze … uciążliwe. Uciążliwe, acz przerażające. Uciążliwe, suche, acz przez ćwierć wieku przemilczane. Uciążliwe i męczące, acz piekielnie prawdziwe. Powinniśmy wrócić, a w zasadzie zapoznać się z tym przywołanym lapidarium refleksji opublikowanych przez czcigodnych Redaktorów Krytyki Literackiej. Będę przytaczał fragmentami, uzupełnianymi o moje (niezręczne acz szczere) komentarze.

 

   Czy są jeszcze naiwni, którzy wierzą, że kariery w mediach, kulturze, biznesie, polityce, administracji są w Polsce wynikiem nadzwyczajnych zdolności i pracy? Czy są frajerzy twierdzący, że nagrody literackie i artystyczne, ciepłe posadki w zbędnych instytucjach, lukratywne zlecenia, medialny rozgłos i szereg innych korzyści to skutek wiedzy, zasług, talentu? My jesteśmy przekonani, że prawie nie ma takich przypadków. Generalnie, liczą się jedynie układy.

 

   No niestety – drodzy Panowie – są tacy w Polsce. Tacy naiwni. A może należy parafrazując określenie naiwni użyć określenia koniunkturalnie łatwowierny? Sądzę nawet, że symbol trzech małpek: zakrywającej usta, zakrywającej oczy, zatykającej uszy powinien zmienić naszego białego orła. Naszym godłem powinny wkrótce zostać te przywołane trzy małpki. Główne, niezależno-tęczowe media przyklasną temu rozwiązaniu. Naród – (nie mylić z „we, the People”) – sprzed telewizorów to kupi, jak większość materii czy idei, którą się tam obecnie sprzedaje. Ten naród: (These people) nie czyta, nie myśli, nie błądzi. Wie, co dla niego najlepsze. W zdrowym ciele – zdrowe kończyny. Za wyjątkiem mózgu. Ale mózg … ach, mózg, … to głębsza sprawa. Sprawa wagi państwowej. Rzekłbym sprawa narodowa i kółko się zamyka. Wróćmy zatem znów do „Resortowych dzieci”.

 

   Wstrzymywałbym się z określeniem: „dobra książka”. To książka wysoce pracochłonna – zarówno dla trójki piszących, jak i czytającego. To książka wielce ostrożna, acz czas pokaże czy (i kto) poda autorów do sądu o zniesławienie. Jeżeli nikt, książka nasączy się esencją prawdy. Jeżeli tak, ktoś taki się znajdzie … cóż, zobaczymy… Nie za bardzo widzę podstawy pozwu.  Choć osobiście przypuszczam, że książka ta przejdzie bez echa. (czymże jest nasze echo ? … wołaniem na pustyni?). Echo bowiem w naszym pięknym kraju odbija się tylko w Brukseli, albo odbiorniku typu LED, bądź też w głowach samodzielnie myślących, a takich należy wziąć pod ochronę, jako gatunek wymierający. Zatem echo się obraziło i tyle. Zatem książka przejdzie bez echa, gdyż po cóż masowo rozgłaszać o … No właśnie. Zamarło mi słowo przy klawiaturze. Nie napiszę go. Nie chcę.

 

   Przejdźmy do kolejnego cytatu.

Autorzy zajmują się najbardziej znanymi postaciami, co zrozumiałe, bo opisanie historii i karier mniej znacznych czy wręcz prowincjonalnych to niekończąca się historia, ponieważ elitki się rozmnażają i co chwila muszą gdzieś upychać swoje gamoniowate dzieci, czyli znaleźć im jakieś niemęczące i dobrze płatne zajęcie a niekiedy nawet stworzyć całą instytucję, żeby mogły się pobawić w pracę. I tak to powstaje i rozrasta się jak grzyb na ścianie kasta nierobów, pospolitych społecznych pasożytów, których wszyscy znamy, i na których utrzymanie przymusowo płacimy.

 

   Sens powyższych słów nie jest mi obcy. Tak bywa. Obawiam się jednak, że w przypadku wielu z pewnych osób (znanych, że są znani, lecz nie tylko), mamy już do czynienia z doskonale wykształconymi, wymuskanymi i wychuchanymi okazami. Toć już ćwierć wieku minęło. (a właściwie więcej). Kapitał się już zakumulował. Zalegalizował. Teraz już tylko pączkuje, albo lepiej – owocuje. Sami to wszystko sadziliśmy, podlewaliśmy, pielęgnowaliśmy (no zgoda, byli tacy co bardziej, a nawet tacy co toto drukowali i wydawali…) – a dziś nasze ekologiczne ogrodnictwo osiągnęło pułap unijny, z dopłatami do sadownictwa. Dopłaty stymulują rozwój i zabezpieczają bazę. Dają ludziom to, czego ci oczekują. Kogo winimy? Siebie wińmy. Również za głupotę i brak rozeznania. Przecież w latach dziewięćdziesiątych tak bardzo wszyscy wierzyliśmy. Nie wszyscy? A kto ich usłyszał? Tych, którzy jednak nie uwierzyli… Ja chyba nie.

  

   Baza zatem ma się świetnie, a co z … nadbudową? No cóż. Z nią jest trochę jak z mózgiem. Zanika. Tylko że teraz, po latach, zastanawiać się zaczynam, czy ów proces nie zaczął się jednak wcześniej. Kiedy? W 56tym? W 71? W 81? A może w 1968? A może w 1982? Doprawdy. Wargi nam drżały kiedy słuchaliśmy:

 

„Niech zstapi duch Twój i odnowi oblicze ziemi ! – …… Tej Ziemi !!!”

 

   Ciarki na plecach? Były. Duch zstąpił. Odnowił oblicze. Ten duch nadal krąży. Pyta nas dziś:

 

Coście zrobili z waszą wolnością? … Coście z Nią … zrobili…

A inny duch (taki trochę zaprzyjaźniony) uciekł Wyspiańskiemu i szepcze nam: – miałeś chamie złoty róg …

 

Miałeś, chamie, złoty róg,
miałeś, chamie, czapkę z piór:
czapkę wicher niesie,
róg huka po lesie,
ostał ci się ino sznur
ostał ci się ino sznur”

 

   Chochoł patrzy na nas. Nie z ekranu. Nie z ław poselskich. Patrzy na nas z lustra. Czasem z kiszeni. Z ulicy, szkoły, uczelni … A teraz właściwie już nic nie mówi. Tylko patrzy. Ze smutkiem w oczach. Takim wielkim, przeraźliwym, wiercącym, potężnym smutkiem patrzy w nasze jaśkowe oczy i milczy. Wydaje się nam, że go uśmierciliśmy, pochowaliśmy zgodnie z tradycją przodków, zgodnie z zasadami, z prawidłami, potrzebą. Nie. On wciąż jest. Stoi, patrzy, czasem przysiądzie. (…) a my? Nakładamy wciąż nowe czapki. Nawet z ludzkiej skóry. Przecież każdy rodzaj sensacji uatrakcyjni nasze życie. To ma szerszy wymiar. Obłęd czasów przekracza sam siebie. Chochoł pozostaje ten sam.

 

   Krytyka Literacka kończy krótki opis książki „Resortowe dzieci” tak:

Drodzy Czytelnicy i Czytelniczki! Jeśli jeszcze nie wiecie, dlaczego nie macie pracy

(i w ogóle do niczego się nie nadajecie) albo wasz szef to kretyn, płacicie coraz większe podatki, na każdym kroku spotykacie się z rosnącą niekompetencją, obserwujecie szorującą brzuchem po dnie kulturę i rozrywkę, to czas przyjrzeć się tym, którzy są tego stanu sprawcami. Oni nigdy nic nie musieli. Zawsze im „wychodziło”. Zawsze zadowoleni, z gębami pełnymi dobrych rad i frazesów. Motłoch upozowany na elitę, przyssany do tego biednego kraju. Ale pies ich… Też umrą. Jednak póki żyją, i to za nasze pieniądze, warto czasem dać im w pysk. Tak zwyczajnie, po męsku. Bez względu na płeć, bo przecież jesteśmy za równouprawnieniem. Dla własnego zdrowia psychicznego. I żeby im się do końca we łbach nie poprzewracało.

 

   Niestety – drodzy Panowie – im się już w głowach poprzewracało dokumentnie. Stawki były tak wysokie, że aż za wysokie, honoraria za programiki sute, inne profity powalające. Każdemu by sodówka zabuzowała. (nie mylić z zabuzkowaniem, przepraszam, zabukowaniem, zabźukowaniem – aj, nie wiem, wybaczcie – coś mi się język plącze – reakcja obronna organizmu po lekturze „Resortowych”), każdemu by odbiło, nie tylko biednemu, pół wieku gnojonemu Jaśkowi .. Nasze walnięcie w pysk „resortowe dzieci” mają w … , no zresztą wiecie Panowie gdzie Oni to mają. Ich władza jest już stabilna, ugruntowana, twardo osadzona w realiach naszego PRL bis. To taki skrót. Polska Rzeczpospolita Ledowa. Powinno to w zasadzie zabrzmieć PRL plus w miejsce bis. Bardziej medialnie, nie? Nie martwmy się jednak, wkrótce technika i innowacyjność skonsumują swój ogon i wymyślą nowe rozwiązania, nowe skróty. Wtedy właśnie – być może – otrząśniemy się z naszego dojmującego PRLu. Wyklęty lud powstanie z ziemi i wyrzuci piloty (ledowe) –  wyjdzie na ulicę. W zasadzie już tylko żebrać. Jeśli w ogóle ktoś tu zostanie. Emeryci bez emerytur? Bardzo możliwe. Proszę bardzo …

 

   Dobrze, że Krytyka Literacka napisała o „Resortowych dzieciach”. Moje kpiny uzurpują sobie prawo uzupełnienia, ukwiecenia i przyornamentowania jakże  zasadnych wywodów. Lektura tej książki niezmiernie mnie zasmuciła. To chyba jedyne i najwłaściwsze określenie, które przychodzi mi do głowy. Tak najbardziej szczerze. Od serca. Smutek, przygnębienie, żal. Trochę wstrętu, ale już latami oswojonego. Nawet już nie frustracja, gdyż byłem od dawna świadom: manipulacji, układów, cwaniactwa … wszystkiego tego, co Tischner określił kiedyś (mniej lub bardziej świadomie) jako homo sovieticus. Owo homo pogrzebało sovieticus, genetycznie się zmodyfikowało. Uodporniło. Ma teraz poczucie bycia europejczykiem. Homo homo, czyli człowiek ludzki. Grzeczny, ładny i nad wyraz tolerancyjny. Nad … wyraz. Wyraz, któremu kiedyś słowo było na imię. A słowo … spadło na bruk. I na bruku leży. Tylko wszyscy teraz „na salonach”. A bruk? Bruk wyzionął ducha… jak Norwid. Złóżmy go w zbiorowej mogile.

 

   I można by podsumować tak. Właściwie część tej wiedzy już mieliśmy. Stąd i owąd. Z lewej i prawej. Z góry i z dołu. Od króla i od Stańczyka. Nastąpiła jednak – w tej właśnie publikacji – kumulacja wiedzy. Trochę to trwało zanim taka pozycja mogła powstać, mogła się pojawić i zaiskrzyć w przestrzeni publicznej. Tylko czy ta iskra jeszcze jest w stanie coś lub kogoś rozdmuchać? Czy jest w stanie kogoś podpalić, ogrzać, rozniecić płomień tęsknoty za normalnością..? Nie wiem. Wydaje mi się, że nie. Wydaje mi się, że ugrzęźliśmy mocno w bagnie. Właściwie toniemy, tylko To nie zdarzy się tak szybko. To potrwa jeszcze jakiś czas. Dekadę? Dwie? Nie wiem, ale potrwa. Potrwa ewolucyjnie, powoli, jak większość agonii.

 

   Żyjemy w państwie, które:

– umacnia kapitalizm, nie szanując i nie chroniąc przedsiębiorców – pracowników, tak naprawdę też nie chroni, jedynie pozoruje taką (śmieciową) ochronę … żyjemy w państwie, które:

– umacnia tolerancję, narzucając większości rozwiązania mniejszości;

– utrwala idee solidarności europejskiej bez: książek, kultury, bez sztuki;

– umacnia dobrobyt, dla coraz węższej garstki wybrańców;

– umacnia pozycję – tracąc pozycję … i tak dalej i tym podobne. Do tego mamy przecież „tyle sukcesów” … tyle sukcesów… Pomożecie? Pomagamy.

Właśnie w takim państwie żyjemy. A że wielu nie chce tego widzieć, słyszeć, ani o tym otwarcie mówić. Tym gorzej dla nich, tym gorzej i dla nas, i dla następnych pokoleń. Zamienią one Wisłę na: Tamizę, Ren bądź Wołgę. Tak, tak, wkrótce i taka opcja wejdzie w grę. A my tu nad Wisłą? Wystrugamy sobie kijek, nawleczemy żyłkę, usiądziemy łowić.

 

   Jeśli w ogóle jeszcze jakaś ryba zechce tędy popłynąć. Jeśli nie wyskoczy z tej naszej brudnej Wisły i nie poleci … za ocean.  Tak może się zakończyć epopeja pod tytułem: „karp, a sprawa polska”.

… sprawa polska? Czyli jaka? Duch resortu nie przewiduje takiej Sprawy …

 

Andrzej Walter

 

 

 

Dorota Kania, Jerzy Targalski, Maciej Marosz „Resortowe dzieci. Media”, Wydawnictwo Fronda, Warszawa, 2013. ISBN 978-83-64095-09-2, str.430.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko