Jan Strękowski – Oblatywanie budyniu (8)

0
297

Jan StrękowskiOblatywanie budyniu (8)

 

Budyń jaki jest..


Rozalia Nowak      … Każdy widzi. Otóż nie każdy i niekoniecznie tak samo. „Oblatywanie budyniu” – tak nazwałem cykl felietonów, z których pierwszy traktował, oczywiście, o oblatywaniu wspomnianej potrawy. Wymogi trzymania się rozsądnej objętości sprawiły, że nie poświęciłem w nim uwagi samemu przedmiotowi oblatywania. A przecież budyń spotkać można wszędzie, nawet w literaturze. Ale po kolei.

Jedni to danie lubią, inni za nim nie przepadają. Jednak budyń to nie tylko słodka mleczna potrawa, którą dobrze znamy, w różnych smakowych odmianach i kolorach. Hiszpanie budyniem nazywają coś w rodzaju krwistej kiszki skrzyżowanej z salcesonem. I taki budyń króluje też w paru innych krajach na zachód od Łaby, w Belgii, czy Francji.

Budyń ten można by pewnie nazwać wersją hard. Nad Wisłą króluje wersja soft. My Słowianie lubim nie tylko sielanki. Nasz budyń gotowany na przyjaznym mleku jest pełen słodyczy. Obcego nie będziemy chwalić, by ktoś nam nie wytknął braku patriotyzmu. Zajmiemy się naszą rodzimą deserową odmianą, która bywa, że służy nie tylko do jedzenia.

Szczepan Rudka, mieszkający we Wrocławiu historyk i badacz tamtejszego niezależnego ruchu wydawniczego lat 70 i 80 ub. wieku zapisał w książce „Poza cenzurą. Wrocławska prasa bezdebitowa”, wydanej w 2001r., heroiczne dokonania budyniu. Chodzi o ciemny prawie jak farba drukarska budyń czekoladowy, który po ugotowaniu na gęsto służył jednej z ekip zajmujących się nielegalnym drukowaniem podziemnej prasy jako… farba drukarska, kiedy nie udawało się zdobyć prawdziwej (a nie było to łatwe!). A przy okazji, jako że drukowanie było morderczą wielogodzinną pracą w izolacji od otoczenia, pomagał mistrzom ramki i wałka lub ramki i rakli, zaspokoić głód.

To czasy Peerelu. Ale i obecnie budyń, bywa, wychodzi ze swej roli budyniu (lecz też szybko do niej wraca) i potrafi zdrowo… namieszać. W październiku ub.r. gdańscy anarchiści z grupy Nic o Nas Bez Nas podczas zebrania puścili w obieg czapkę, a za wrzucone do niej pieniądze wydrukowali ulotki potępiające wyrzucanie przez władze Gdańska lokatorów na bruk. Traf chciał, że na zebraniu był czujny radny PO, poszedł gdzie trzeba i organizator zbiórki stanął przed sądem, a wyrok brzmiał: zwrot zebranej kasy i kara (w sumie 530 zł).

Ale skąd budyń? Stąd, że nie wiedzieć dlaczego prezydent Gdańska Paweł Adamowicz zyskał sobie swojską ksywę Budyń. A jako, że anarchiści widzą w nim swego głównego wroga i wroga sprawy, o którą walczą, po przegranej w sądzie urządzili przed jego siedzibą happening „Daj grosza na budyń”. Czyli zorganizowali kolejną nielegalną zbiórkę pieniędzy, tym razem na… budyń dla prezydenta. Zebrano tylko 98 groszy, ale na budyń (czekoladowy) starczyło. Został zakupiony w pobliskim sklepie i jak czarna polewka wręczony Antoniemu Pawlakowi, rzecznikowi prasowemu prezydenta (w cywilu poecie, niegdyś redaktorowi podziemnego „Pulsu”), który obiecał przekazać prezent swemu pryncypałowi. Po czym uczestnicy zbiórki udali się na pobliską komendę policji i zgłosili przeprowadzenie nielegalnej zbiórki pieniędzy „Na budyń dla Adamowicza”, i to w warunkach recydywy.

Nie wiemy, co sądzi o akcji anarchistów sam rzeczony Budyń. Wiemy natomiast, co prezydent Gdańska sądzi o swojej ksywie, bo napisał o tym jesienią 2010r. Wymienił tam całą listę przezwisk, jakie zyskali politycy (Dudek, Bufetowa, Kondom, Sołtys, Kropek, Drzewko, Niesioł, Prezio, Kostek, Grobelas, Stary, Kura, Szczur i Wasyl) i wyznał, że gdyby miał wybierać, woli być Budyniem.

Prezydent przypuszcza, że może być przez niektórych postrzegany „jako niekształtna, miękka pulpa”, bo nie wydaje mu się zasadnym przekonanie, że ktoś uważa, że on, prezydent Adamowicz „jest słodki” jak budyń. Jednak, nawet jeśli nie jest, to się stara. W tym samym wpisie złożył czytelnikom bloga życzenia z okazji Międzynarodowego Dnia Budyniu, który przypada 31 marca (obok takich dni jak Światowy Dzień Kaca, Dzień Dziwaka, Dzień Bystrzaka, czy Międzynarodowy Dzień Chordofonu Szarpanego).

Wróćmy do pytania, co ma budyń do literatury pięknej (choć bywa piękny)? Ano ma. I jest tu dość mocno reprezentowany. Weźmy przykłady z ostatnich kilku lat. Na pierwszy ogień o. Jacek Salij, znany duszpasterz, kaznodzieja, eseista i felietonista jest autorem zbioru felietonów skierowanych do dzieci „Czy Pan Jezus lubił budyń?: bardzo mądre pytania do Jacka Salija”, wydanego w 2011r. Budyń w tytule ma też książeczka dla dzieci znanej pisarki Anny Onichimowskiej, opublikowana w 2009r. „Piecyk, czapeczka i budyń”, wreszcie coś z fantastyki (czy fantastycznego, to się okaże po przeczytaniu). Tom Holt „Ziemia, powietrze, ogień i …budyń” z 2011r.

Ostatnia z książek, autorstwa bardzo w Polsce popularnego izraelskiego pisarza Etgara Kereta, który zasłynął zbudowaniem w Warszawie najwęższego budynku na świecie nosi tytuł „Nagle pukanie do drzwi” i ukazała się w ubiegłym roku. Nie ma tu, jak widać, budyniu w tytule książki. Ale budyń jest obecny w tytule jednego z opowiadań, które nazywa się właśnie… „Budyń”.

Zanim zaczniemy tonąć w budyniu, jak bohater powieści Holta, przypomnę Państwu to, co kiedyś napisał Stefan Kisielewski w jednym z felietonów. Dotyczyło to PRL i specyficznej logiki, jaka rządziła pisanymi wówczas czy wygłaszanymi sądami. Otóż Kisiel (nie Budyń, ale też deser), podobnie jak ks. Józef Tischner w przypadku prawdy (prawda, tyz prawda i gówno prawda) doszedł do podobnego wniosku. A mianowicie, że można mówić: TAK, można mówić: NIE, a jak nie da się powiedzieć tak, ani nie da się zaprzeczyć, to się mówi: LAMPA.

Otóż po lekturze tych kilku książek dochodzę do podobnego wniosku. Są książki literackie (gorsze lub lepsze, ale jest to literatura). I takie są opowiadania Kereta, w tym opowiadanie „Budyń”, które nie zachwyca, ale trudno mu odmówić wszelkich walorów literackich. Są książki nieliterackie, rządzące się swoją logiką i tu trzeba zaliczyć zbiór felietonów ojca Jacka Salija, drukowanych wcześniej w „Małym Gościu”, a mających pomóc najmłodszemu czytelnikowi uporać się z problemami stawianymi przez prawdy wiary. I jest… budyń.

Na cztery przejrzane przeze mnie pozycje, które miały w temacie budyń, aż dwie, czyli 50% („Ziemia, powietrze, ogień i …budyń” Holta, reklamowana na okładce jako „Błyskotliwa, zabawna i niewyobrażalnie pomysłowa fantastyka” i „Piecyk, czapeczka i budyń” Onichimowskiej, którą powinni „przeczytać zwłaszcza KOLEKCJONERZY”) w pełni kwalifikują się do tej ostatniej kategorii. I choć pierwsza, to rzecz przeznaczona dla dorosłego (może młodzieżowego) czytelnika, druga dla dzieci, obie mają te same cechy. Dawniej mówiło się: groch z kapustą. Oddaje to wartość myślową i zawartość obu tych dzieł, gdzie bez ładu i składu miesza się wszystko ze wszystkim (ludzi z goblinami, budynioprzestrzeń z czarodziejskimi mieczami, współczesną korporację z życiem po życiu – to Holt, trolle z małymi puchatymi stworzeniami, literaturę z cytatami z tekstów pisanych przez bohaterów, budyń z kolekcją płatków śniegu – Onichimowska). A nóż coś z tego da się upichcić?

Udaje się ugotować budyń.

Nic dziwnego, że uczniowie gimnazjum im.Tadeusza Kościuszki w Zawierciu Światowy Dzień Budyniu uczcili… w bibliotece.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko