Krystyna Habrat – E-MAILOWY CZŁOWIEK

0
222

Krystyna Habrat

E-MAILOWY CZŁOWIEK

 

Filip Wrocławski  Zadziwiłam się sama sobą.  No bo tak: wybieram się niedługo do stolicy i mam okazję spotkać kilka osób, które znam tylko z internetu i nawet zamierzyłam ich poinformować o takiej możliwości, wymienić telefony, terminy, miejsca, ale się tego przestraszyłam i już nie marzę o kontakcie bezpośrednim. Wolę te e-meilowe. Sama sobie się dziwię, ale coś w tym jest.

  W realu musiałabym o określonej godzinie wyruszyć na miasto, żeby się z tym kimś spotkać – najczęściej z miłą koleżanką, ale ja może w tym akurat czasie wolałabym pozostać w domowych pieleszach przy rozmowie w gronie rodzinnym. Może za oknem wiałby wiatr i źle by się szło. Zresztą nie znam za dobrze stolicy. Nie mogę zaryzykować, że przemęczę nogi, że źle dojadę, że ktoś mnie zawiezie i będzie miał trudności z zaparkowaniem.

  W końcu osoba znana tylko z portalu i e-mailowej korespondencji może w realu mieć w sobie coś odpychającego. Jakąś krostę na twarzy, albo niemiły głos? Może lubi się wywyższać i mnie onieśmieli, bo będę zbyt zmęczona wędrówką po mieście, aby jej w tym dorównać? I o czymś trzeba mówić, by choć wstępnie się poznać, bo w e-mailach od razu przystępuje się do rzeczy, pisząc tylko to, co interesuje. Tu należałoby na początek: a gdzie mieszkasz? Jak żyjesz? Albo ona mogłaby być bardziej ode mnie elegancka? Może obie byłybyśmy spięte i rozmowa by się nie kleiła? A gdyby to  był on? Przecież czasem  i z jakimś panem trzeba załatwić jakąś sprawę. Odzwyczaiłam się od rozmów z panami. Co by zresztą powiedział na to mój mąż?

  A gdyby to była grupa znajomych? Jakieś spotkanie portalu pisarskiego? Pewnie piliby piwo, a ja nie. Pewnie nie dopuściliby mnie do grania pierwszych skrzypiec, a ja tylko wtedy czuję się w grupie dobrze. Czasem przyjmuję postawę obserwatora z boku, ale tylko przez chwilę. Inaczej źle się czuję. Zahamowań z powodu nieśmiałości dawno się wyzbyłam. W dużej mierze dzięki internetowi. O tym zresztą za chwilę.

  E, lepiej poprzestańmy na tym co dotąd, na e-mailowej korespondencji o literaturze i wzajemnym  komentowaniu naszych tekstów na portalach literackich.

  Czyżby więc do określeń człowieka, związanych z postawami społecznymi w historii, jak hippis, yuppies, dołączył człowiek schowany w internecie i kontaktujący się ze światem za pomocą e-maili?

  A jednak… Internet wyzwala nas z nieśmiałości, kompleksów, zahamowań. Z jednej strony ma to brzydkie oblicze. Kiedyś  niejeden swą frustrację, złośliwość, kompleksy i agresję wyzwalał, pisząc na płocie, że „Kaśka jest głupia” i tym podobne. Teraz ma szersze pole do popisu, bo zakrada się do różnych portali, by napisać  znowu,  że „Kaśka jest głupia”. Czasem wedrze się taki na portal literacki i tam, gdzie wszyscy przestrzegają jakichś reguł, dobrego tonu i fachowości, wstawia swój komentarza, że dany tekst jest ble, ble. I tyle. Znamy takie komentarze. Nic z nich nie wynika. O niczym nie świadczą, a jedynie o stanie psychicznym i osobowości, tego komentatora, ale widać jemu takie coś potrzebne. Bredzi trzy po trzy i pewnie ma satysfakcję, że jednak komuś dołożył, zrobił przykrość. Najczęściej administratorzy szybko takie komentarze usuwają. Zostawmy je zatem. O innych groźnych aspektach kontaktów internetowych, polegających na zawieraniu złych znajomości nawet nie wspomnę, bo to bywa szeroko komentowane w mediach. Ja się z tym nie spotkałam, jako, że  w te miejsca internetu nie zaglądam. Na szczęście znam jedną parę, która poznała się przez internet i już kilka lat temu zagrano im na organach krakowskiego kościoła Marsz Mendelssohna. Teraz siedzą przy wspólnym już komputerze. Lub przy dwóch na jednym stole.

  Ale warto poruszyć drugi kraniec życia internetowego, gdzie pisze się z pobudek szlachetnych, a przynajmniej poprawnych społecznie. Nie staram się tu robić eseju socjologicznego i obejmować wszystkie takie zjawiska, ale wspomnę o tych, z którymi ja się zetknęłam i zaprzyjaźniłam.

  Trudno, ale będę pisać tu o swoich doświadczeniach. Nieładnie tak o sobie? E, i tak znacie mnie tylko, nawet nie z widzenia, jak w piosence Trubadurów, ale z mojego skromnego pisania. Więc napiszę o sobie.

  Siedziałam już jako tako w internecie, gdy ciągle zadziwiało mnie, że ludzie mają odwagę pisać coś, co cały świat będzie mógł przeczytać. Na próżno sama sobie tłumaczyłam, powołując się na jakiegoś filozofa, że świat nie zważa na małe istnienia. Bałam się dołączyć do piszących i sama coś z siebie wykrzesać. Może ośmieszyć się nieporadną wypowiedzią. Zresztą, jaka by nie była, zawsze, jak zauważyłam, mógł znaleźć się ktoś złośliwy, kto zechce się nad piszącym poznęcać. Widziałam to u innych. Mnie jakoś to w realu omijało, a miałam już za sobą publikacje papierowe w czasopismach literackich i nawet książkę ze zbiorem opowiadań. Przypominam sobie, jak wydrukowano mi pierwsze opowiadanie w tygodniku i czułam się tak zażenowana, jakbym wybiegła goła na ulicę. Wolałam nie myśleć, że nikt złośliwy się mnie nie przyczepia, bo po prostu taki mojej pisaniny nie czyta.

  Wreszcie odważyłam się zalogować na Portalu Pisarskim. Kiedy zobaczyłam tam swoje imię i nazwisko  zaraz poprosiłam o zmianę tego na pseudonim. Nikt nie widział gry emocji na mojej twarzy, gdy czytałam komentarze pod pierwszym moim tekstem, bo pisała to jakaś Sokol, nie ja. Komentarze okazały się wielce kulturalne i życzliwe. Czasem ktoś zarzucił mi nadmiar zaimków lub wyrazu „się”, albo przypadkową bliskość podobnych słów, częściej wpadki interpunkcyjne, ale to było pouczające, bo dotąd zdawałam się w tym na fachową korektę, by poprawiała za mnie. Nauczyłam się z tego kilku nowych zasad pisania, czego nigdy za wiele. Niestety, co do interpunkcji, to pozostaję wyznawcą reguły, iż kto ma dużą  inwencję pisarską, nigdy stuprocentowej poprawności w przecinkach nie osiągnie. Tym pocieszam siebie i innych, choć i inwencja czasem zawodzi.

  Wkrótce poczułam się tak dobrze na owym portalu dla piszących, że zaczęłam ujawniać moje bliższe dane osobowe. Do tego polubiłam komentowanie tekstów innych autorów. Najpierw sądziłam, że to bardzo trudne. Nie jestem przecież fachowcem, bo skończyłam tylko Psychologię na UJ, nie studia polonistyczne. Ale od początku wiedziałam, że wypada innych komentować, żeby wiedzieli, że są czytani i doceniani. Spróbowałam robić to subiektywnie, jako zwykły czytelnik i jakoś się udało. Nawet odbierałam wyrazy zadowolenia, że polubiono moje komentarze, choć głośno się zarzekałam, że się na tym za bardzo nie znam. Pisze się przecież nie tylko dla krytyków, ale przede wszystkim dla zwykłych czytelników, a tych jest dużo więcej. Przynajmniej tak by się chciało. Szybko nabrałam w tym odwagi. Potem rozmachu.

  Sama nie wiem kiedy wyzbyłam dawniejszej nieśmiałości i zahamowań. Łatwiej o to w internecie, gdy nie pokazuje się własnej twarzy, choćby i niebrzydkiej,  gdy nie traci się języka w gębie, bo każde pisane zdanie można przemyśleć. Po drugie, łatwiej nabrać pewności siebie, gdy się człowiek spotyka z życzliwością i eleganckimi manierami, jak na wybranych przeze mnie portalach.

  Lubię komentować teksty  debiutantów, którzy z wielką nieśmiałością wchodzą na portal pisarski i bardzo boją się oceny. Należy ich czymś zachęcić. Wynaleźć w ich pisaniu to, co jest dobre, alby ten trop pociągnęli, nabrali śmiałości. Lubię to i czuję się lubiana.

 

  Może w realu bym taka nie była? Miewam swoje kaprysy i niedoskonałości. Ale ja wyżywam się w internecie, głównie na portalach literackich, ostatnio szczególnie na dwóch: Portal Pisarski  i Pisarze.pl. Do pierwszego piszę opowiadania, daję fragmenty moich powieści z wydanych już książek oraz komentarze do tekstów innych autorów, a do drugiego – najczęściej skromne felietony, bo takich naczelny oczekuje. Internetowe Publixo czy Atrament przy My Books albo Herbatkę u Heleny i PKPzin też miło wspominam.    

   Cała moja działalność literacka sprowadza się więc ostatnio do e-maili.

  Czy czuję się jak ryba w wodzie, jako człowiek e-mailowy? Niekoniecznie. Internet jest jak ocean. Trudno dostrzec na nim niewielką wysepkę jakiegoś portalu, a na nim człowieczka piszącego. Wolałabym też, żeby czytywano i kupowano moje książki w realu, ale ludzie e-mailowi siedzą  najchętniej w rzeczywistości wirtualnej.

  No tak, niby to najlepsze, a ma też ciemne strony. Ale dobre i to. Takie sobie niby istnienie.


Krystyna Habrat.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko