Jan Stanisław Smalewski – Minął Tydzień

0
110

Jan Stanisław Smalewski

 

Minął Tydzień

 

Maria Wollenberg - Kluza              Moja babcia mawiała zawsze, że wszelka władza pochodzi od Boga. A ja swoim dzieciom mówię, że nie każda. Wbrew tradycji upieram się, że niektórej władzy namaszczenie daje diabeł. A że ten ma równie wielką moc, to i ciężko takowej sprzeciwić się. Bez zaangażowania dobra nie sposób się jej oprzeć, a bez zaangażowania silnej woli nie sposób ją pokonać.

No cóż, w takim świecie przyszło nam żyć i czy tego chcemy czy nie, musimy jak własnej skóry tych prawideł się trzymać. I wszystko byłoby proste, gdyby dało się jednoznacznie określić, które trony, królewskie stolce i pańskie miękko wyścielane siedziska są z nadania boskiego, a które zamiecione diabelskim ogonem.

Na przykład takie banki. Z boskiego przyzwolenia pomnażają majątek, czy też li tylko czart nad nimi czuwa?

Znasz Czytelniku biblijną przypowieść o złotych talarach; wskazanie boskie najwyraźniej kierowało się ku temu, który nie zakopał ich w ziemi w celu przechowania, ale – podkreślmy to mocno! – dla swej majętności: pomnożył.

No i w tym tkwi mój ziemski dylemat. Gdyby mój syn od razu przekonał siostrę, że gromadzone przez nią składki emerytalne należy powierzyć państwowemu bankowi, a nie jakimś tam OFE, dzisiaj – przynajmniej jeszcze przez jakiś czas – rodzina mojej córki mogłaby spać spokojnie.

Napisałem, że przez jakiś czas, bo – jak Czytelnicy już wiedzą – państwowego w bankach to my mamy tyle co kot napłakał. A dzięki Unii Europejskiej dowiedzieliśmy się, kto trzyma całą kasę w Europie i czyje tak naprawdę są te banki.

O!, i w tym miejscu wypadałoby mi wejść na pole minowe kapitału międzynarodowego, ale ja nie będę z wiadomych względów tam wchodził. Po pierwsze: jestem z zawodu saperem i jedynymi znanymi mi skutecznymi metodami oczyszczania takowych połaci jest metoda wybuchowa. A po drugie: każde pole się kiedyś wyjałowi. Albo samo z siebie poprzez pazerną eksploatację, albo wskutek braku kontrahentów, którzy z jego płodów zechcą korzystać.

Snując te myśli wcinałem kanapkę z poświąteczną szynką, gdy do drzwi zadzwonił pracownik z serwisu AGD.

– Dzień dobry, przyszedłem naprawić pralkę – wyjaśnił.

Kierowany w stronę szwankującego sprzętu, najpierw zadał mi dziwne pytanie: Pan jeszcze naprawia psujący się sprzęt?

– A dlaczego miałbym nie naprawiać?

– No bo widzi pan, teraz tacy jak pan, wyrzucają go na złom i kupują nowy. Sprzęt naprawiają tylko biedni.

– Panie, ja jestem emerytem, a nie żadnym bogaczem! – zawołałem z oburzeniem, a on młody człowiek popatrzył uważnie i wyjaśnił: Święta minęły, a pan szynkę wpieprzasz. I dom masz pan swój. A ja, żeby na święta zjeść kawałek szynki, musiałem zapożyczyć się w Prowidencie.

To bardzo nierozsądne – pomyślałem. Oczywiście nie mówiąc mu tego.

-I wiesz pan, co ja myślę, patrząc na pana? – pytał mnie fachowiec od pralek.

Boże, w czym ja mu zawiniłem? Nie wytrzeźwiał gość do końca, czy co!? – pomyślałem z przestrachem. A on najpoważniej w świecie mi wyjaśnił.

– Myślę sobie, że niedługo przyjdzie taki czas, że tacy jak ja będą napadać na takich z kanapkami z szynką jak pan. Bo…

– Nie kończ pan. Zrobię panu kawy. I poczęstuję kanapką. Z szynką. Zostało mi jeszcze kawałek – podskoczyłem do sprawnej jeszcze lodówki. – Jak pan ma na imię? …Wiesiek…

Jak Boga kocham, jeszcze tak zdesperowanego gościa nie widziałem.

Porozmawialiśmy sobie. Wyjaśniliśmy to i owo. On może na razie nie napadnie na nikogo, kto w jego towarzystwie będzie jadł szynkę, ale ja uświadomiłem sobie coś więcej: rewolucja, w której bieda wystąpi przeciwko bogactwu i dostatkowi może przyjść o wiele prędzej, niż komukolwiek z obecnie rządzących by się wydawało.

Ludzie!!! Jak ja poczytałem o zadłużeniach Polaków w naszych bankach, to mi się włos na głowie wyprostował (z natury mam kręcony).

A one poprzez ajentów wciąż atakują, wciąż nienasycone. Otwieram rano pocztę, to muszę najpierw oczyścić ją z natrętnych reklam i ofert naciągających mnie na lokaty i pożyczki. Co któryś telefon to… z banku: Panie Janie mamy dla pana atrakcyjną ofertę…

Nie kłamię, dzisiaj też już miałem taki. Za 36 zł miesięcznie dawny Lukas proponował mi ubezpieczenie się od… „uciążliwości psującego się sprzętu elektrycznego (pralka, lodówka, okap, telewizor, mikrofala, kuchnia)”.

Rzekomo jak zgłoszę im potem, że coś się zepsuło, przyjadą natychmiast i „za darmo” zreperują (Już ja to widzę!? – Nie wierzę psubratom). A w ocenie pana Wiesia, to przecież oferta dla biedaków, bo bogaci sprzętu nie reperują. To już tak nisko zszedł ten… Lukas? Czy najłatwiej naciąga się biednych i emerytów (tych przecież pod dostatkiem)?

Banki chyba jeszcze nie wiedzą, że wśród tych specjalistów, co reperują taki sprzęt, którzy oni chcą ubezpieczać, są tacy jak wspomniany wyżej „pan Wiesiek”, którzy to uważają, że wszyscy mamy takie same żołądki i „kasę trzeba dzielić równo”. Ich kasę także!…

 

– No i co, czyje jest na wierzchu!? – chciałoby się zawołać, patrząc na kolejną prognozę pogody. Tak się cieszyli, tak pokrzykiwali: Zima wasza, wiosna nasza! – A takiego wała, jak Polska cała! Wiosny nie będzie…

No to od kogo władza pochodzi? Diabeł tak kieruje, by wiosny nie było, czy PO – mazańcy boscy mogą się cieszyć, że to ich na wierzchu z woli najwyższego?

A swoją drogą to dobrze, że jej nie ma jeszcze. W życiu bym nie napisał tego felietonu. Siedziałbym sobie teraz w ogródku i siał smagliczkę, albo lawendę i maciejkę, podniecając się niezdrowo ich przyszłymi woniami. Lub też moczyłbym kija na Wicku. W ubiegłym roku o tej porze „pobiłem rekord świata”: 140 płoci za jedno popołudnie. Ale to była frajda! Nie to co prawda, co pisanie felietonu, chociaż pisać też lubię. – Lubię, jak na moich oczach dzieje się historia.

Zima się przeciąga?! No to co? Przynajmniej w obejściu będę miał bardziej elegancko. Ta szopka z boku domu pełna drewna szpeciła tylko i denerwowała. Wprawdzie drewno miało być na ogniska dla wczasowiczów, ale co tam? Jak ich będzie stać, by przyjechali do mnie na wakacje, to i drewno lub jakieś tam brykiety sami sobie kupią.

Kopcę więc sobie w kominku i piszę. A niech mają, skoro tak krzyczeli: Wiosna będzie nasza! Wiosna… Wiosna! – A figa z makiem, nie będzie w tym roku wiosny. Premier i tak 10 kwietnia nie będzie oglądał „rocznicowej parady” pod Belwederem czy na Marszałkowskiej.

A Putin? Niech obejrzy sobie, jak go kochamy, w telewizji. A swoją drogą, znów nieźle namieszał w naszym polskim garnku. Grając przeciwko Ukrainie, „Polaczkom” raz jeszcze pokazał, jaki to z niego dobry wujek. Gaz chce nam puścić przez Polskę. Drugą nitkę olbrzymiego Jamalu. Propagandowo ogłosił to przed dziesiątym kwietnia. Tylko, że nie wziął pod uwagę, że u nas nie działa już komunistyczna propaganda. My teraz mamy swoją propagandę; typowo polską, (PO)komunistyczną.

Na czym ona polega? Ano na tym, że kto pierwszy o czymś się dowie, ten zaraz leci do mediów.

I trudno się dziwić, że nawet premier za tym nie nadąża. A jego ministrowie, jak dzieci w piaskownicy. – Tatusiu! On mi zabrał zabawkę!…

            Wielkie konsorcja grają na wielkie pieniądze. Jak przy pokerze. Grają po cichu, z rozmysłem i chytrze. Najpierw plany, przymiarka, malutki sygnalik do najwyższego rozgrywającego i… czekamy. Ojczulek Putin się zgadza? No to gramy dalej.

            A tu wsypa. GazProm swoje zrobił. EuroPolGaz zrobił. Powstał planik – memorandum na transfer gazu przez Polskę. A nasze polskie PeGeNiGe sprawę olało. Mówi, że to planik bez znaczenia.

Putin zdążył przeanalizować nawet, co by na tym ugrał i przeciwko komu, a naszemu premierowi nawet nikt nie zadzwonił do ucha: Hallo Donek, wujek z Rosji chce nam dogazować Jamalem.

A widzieliście?, jak minister skarbu Mikołaj Budzanowski zakołysał się, jakby po wielkanocnej święconce jeszcze nie wytrzeźwiał. Opowiadał najpierw że nic wie, a potem, że to wszystko bzdety i nawet nie warto nimi zawracać głowy premiera.

Niczego nasi politycy nie potrafią rozegrać. Niczego, co by wymagało większego intelektualnego wysiłku.

 

– Zima nasza, wiosna wasza – powtarzałem sobie w sobotę za kierownicą, wracając z Koszalina trasą w kierunku Gdańska.

– Co ci znowu po głowie chodzi? – zapytała moja nieodłączna połowica.

Nic szczególnego. Tylko myślę sobie, że jednak ta zima mogłaby w końcu sobie odpuścić. Popatrz na te biedne borówki. Ile one miesięcy już marzną.

I wiesz czytelniku co się stało? My też zaczęliśmy się sprzeczać. Nawet…

Żadnej kultury… politycznej! – w pewnym momencie wyrzuciła mi żona.

– O, przepraszam. Tylko nie żadnej. Trochę mi zostało ze starej epoki. Jaką ona była, to była, ale kulturę swoją miała – zaprotestowałem.

A poszło nam nie o wiosnę, nie. Tylko o te borówki. Najpierw żona uparła się, że to żadne borówki, tylko jagódki.

– Jagódki?, to latem, a teraz…

Żona twierdziła, że mówi się na nie jagódki. Kiedyś stały przy leśnych duktach tylko latem.

Skąd mi się wzięły te borówki, nie wiem, ale nie to było najważniejsze. Stały tam w listopadzie i grudniu, stały w styczniu i lutym. W marcu jak przywaliło śniegiem, też nie odpuściły. Nawet mi ich serdecznie było żal.

No i o ten żal też poszło, bo mnie jest żal każdego, kto musi ciężko pracować, a żonie… kojarzyło się to z lekkomyślnością, zagrożeniem, a nawet jakimś draństwem.

A już zupełnie spochmurniała, gdy spodobały mi się ich tęczowe pończochy.

– Ty zobacz, jakie one założyły sobie wiosenne pończochy? Ciepłe i kolorowe. Super! – zauważyłem.

– Kolorowe pończochy prostytutek zauważyłeś, a mojej fryzury, jak się obcięłam, nie! No to może kupisz mi takie? – zapytała naiwnie.

– Tobie, a po co?

– Może czasem skojarzę ci się z jakąś jagódką, czy borówką?, jak twierdzisz.

– O nie! – Przecież powinna wiedzieć, że mnie to nie rusza.

– Nie kupię ci, bo wieczorem przychodzą goście. Będzie pan Mareczek.

– No to co? – pretensjonalnie wzruszyła ramionami.

– Jak to co? On jeździ na tirach…

– Myślisz…?! – i w tym momencie dostałem torebką w łeb. Ale jak za to mnie olśniło?

– Wiem. Już wiem! To tirówki! Niepotrzebnie się sprzeczaliśmy, daj dzioba.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko