Wojciech Wiercioch – Warto czytać, warto pisać

0
264

Wojciech Wiercioch


Warto czytać, warto pisać

 

Janusz HankowskiTekst wystąpienia Wojciecha Wierciocha w ramach Festiwalu Literatury Niezależnej

Kraków, 2 VI 2012

 

         Szanowni Państwo! Wysocy Literaci, Głębokie Literatki!

Program naszego Festiwalu Literatury Niezależnej w Krakowie uległ pewnym zmianom, a właściwie cały czas się zmieniał. Teraz miały przed Państwem stanąć osoby reprezentujące pewną szkołę pisania, pewną szkołę czytania, osoby pracujące w agencjach literackich, przedstawiciele organizacji pozarządowych rzekomo uczestniczących w społecznych kampaniach reklamowych promujących ponoć wartości duchowe i transcendentne – i niespecjalnie to nam wyszło… (Trudno zrobić festiwal bez dofinansowania, a nasz wniosek został utrącony). Ale nie czas, by teraz analizować te przypadki-wypadki.

         Mieliśmy również podjąć dwa pokrewne tematy: idea Powszechnego Spisu Małopolskich Literatów oraz kontrowersje wokół rankingów pisarzy. Mieliśmy – ale mieliśmy nadzieję, że dyskusja na ten temat poprzedzona będzie jakąś szerszą debatą. Okazało się jednak, że nasz nowatorski pomysł, by zebrać w jednym miejscu wszystkich literatów, którzy mieszkają i tworzą w Małopolsce, i najlepszych z nich ułożyć na liście rankingowej – nie w ogóle zainteresował dziennikarzy. To trochę dziwne, bo informacji np. na temat Powszechnego Spisu Muzyków Małopolski było w prasie sporo. Czyżby muzyka – a priori – była ważniejsza od literatury? Czyżby Kraków przestał być już miastem literatów?

         Warto o tym pomówić… A potem w zadumie pomilczeć…

         Zastanówmy się: CZY LITERATURA W OGÓLE JEST NAM POTRZEBNA?! (Proszę się zastanawiać, a ja tymczasem ucieknę jeszcze w dygresję)…

         Żeby to moje wystąpienie jakoś uatrakcyjnić, miałem przygotować rekwizyty… ale nie zdążyłem… To nic – przecież każdy uczestnik FLN (jako człowiek kochający książki) wyposażony jest w dwa atrybuty umysłu: PAMIĘĆ I FANTAZJĘ. PAMIĘĆ pozwala nam przypomnieć sobie to, co już kiedyś widzieliśmy, FANTAZJA zaś pomaga zobaczyć to w sposób plastyczny, kolorowy… WYOBRAŹMY WIĘC SOBIE, że tutaj stoją nasi bohaterowie: BOCIAN, SŁOŃ, KOŃ, ŻABA (pana Ryszarda Żabę informujemy oficjalnie, że zbieżność nazwisk jest całkowicie przypadkowa, choć… celowa). TAK MIAŁO BYĆ – TAK BEZ REKWIZYTÓW – ALE W KOŃCU ZDECYDOWAŁEM, ŻE WYSTARCZY NAM SŁOŃ, KTÓRY PRZECIEŻ MOŻE GRAĆ ROLĘ KONIA, A NAWET BOCIANA I ŻABY. SKORO W UNII EUROPEJSKIEJ MARCHEWKA JEST OWOCEM, A ŚLIMAK – RYBĄ… NIE MA CO SIĘ ZA BARDZO PRZEJMOWAĆ SŁOWAMI… PRZECIEŻ LITERATURA TO WOLNA GRA SŁÓW…

         A WIĘC TO JEST KOŃ (pokazuję słonia)!!! KOŃ – JAKI JEST – KAŻDY WIDZI (że pozwolę sobie zacytować klasyka)… TERAZ OSTRZEGAM: DO ZWIERZĄTEK WRÓCIMY ZA CHWILĘ, A TYMCZASEM BĘDZIE TROCHĘ PRZYNUDZANIA. ALE SPRAWY NUDNE BYWAJĄ TYMI NAJWAŻNIEJSZYMI.

AD REM, CZYLI: DO RZECZY (I ZWIERZĄT). Literatura to nie hobby. Literatura nie jest rozrywką, choć potrafi umilać życie i bywa ucieczką od szarych i czarnych stron egzystencji. Literatura to sprawa niezwykle istotna – z punktu widzenia zarówno jednostki, jak i całego społeczeństwa. Obecnie trwa WOJNA SŁOWA Z OBRAZKIEM. Wojna ta może się zakończyć nastaniem „elektronicznej epoki kamiennej” – jak to mawiał Stanisław Lem. O tym też pisał kiedyś wybitny pisarz SF – RAFAŁ ZIEMKIEWICZ, rozpoczynając od mocnej tezy: PAN BÓG STWORZYŁ RYCERZA DO BOJU, A CHŁOPA DO GNOJU: „Cywilizacja informatyczna, w którą wkraczamy – pisze niepokorny, niezależny literat – kopie przepaść między Panem a Chamem inaczej: podług zawartości mózgów. Człowiek oczywiście nie odpowiada za to, co ma pod stropem, ale do pewnego stopnia odpowiada za sposób, w jaki sobie to umeblował. Tu właśnie pomylili się mocno twórcy oświeceniowych utopii. Przyjąwszy siebie samych za uniwersalny model człowieka, uznali, że jeśli lud tkwi w ciemnocie i zabobonie, to wyłącznie dlatego, iż nie ma możliwości posiąść wiedzy. Z perspektywy minionego wieku XX widać już, że wcale nie. Że po większej części lud głupi nie jest z braku możliwości, a z braku aspiracji. Dobrze mu w ciemnocie i nie ma zamiaru mądrzeć. […] Rzecz nie w wiedzy, tę można przyswoić z ekranu czy taśmy. Rzecz w sposobie myślenia. Człowiek wychowany na książce myśli inaczej od wychowanego na migających obrazkach, każdy psycholog to potwierdzi. Obcowanie z zapisanymi zdaniami (a przecież mowa pisana to inny zupełnie język od mówionego!) wymusza po prostu myślenie słowami. Bez nich zaś myśli się nieukonkretnionymi stanami ducha, emocjami, którymi byle spec od reklamy manipuluje z największą łatwością” – pisze Ziemkiewicz. I ostro puentuje: „granicą pomiędzy przyszłą arystokracją a plebsem będzie granica pomiędzy kulturą słowa a kulturą obrazków. Nie trzeba zresztą w tym celu nic robić, bo rzecz staje się sama. Masa chce wideo, chce klipów i piktogramów, i niczego więcej, dla siebie i swoich dzieci. Słowo pozostaje dziedziną wybranych. Tak to świat bez żadnej konwulsji, samą tylko pamięcią materiału, wraca do naturalnego kształtu, z jakiego wyrwały go na pewien czas paroksyzmy rewolucji… A swoją drogą, doradzałbym państwu przyuczać dzieci od małego do czytania, choćby trzeba je było zmuszać do tego pasem. Jak dorosną, będą wam za to bardzo dziękować”. Tyle znany twórca fantastyki naukowej. Organizatorzy FLN nie zachęcają do używania pasa jako narzędzia edukacji. Starają się jednak stale powtarzać hasło: WARTO CZYTAĆ. Warto wspierać literaturę. Wartościową.

Zastanówmy się teraz nad pytaniem: CZY WARTO PISAĆ? Odpowiedź jest prosta: warto… jeśli znajdą się ludzie, którzy będą chcieli to czytać. I tu dochodzimy do odwiecznego dylematu – co było pierwsze: JAJKO CZY KURA? Najpierw był czytelnik czy pisarz? Jeśli najpierw był czytelnik, to kto dla niego pisał? Jeśli zaś najpierw był pisarz, to kto był jego czytelnikiem? Zapewne więc pierwszym i jedynym czytelnikiem pierwszego pisarza był on sam… Koko-spoko, problem jest trochę zapętlony, ale może jakoś da się go rozwiązać albo przeciąć. Warto rozważyć ten paradoks tudzież koan.

         Myśląc o kulturze, możemy przyjąć wiele punktów widzenia – na przykład socjologiczny czy psychologiczny.

Patrząc okiem socjologa, można rzec: BEZ KULTURY – A WIĘC I BEZ LITERATURY – NIE MA ROZWOJU. Bezpieczeństwo i bogactwo narodów zależą od potencjału kreatywnego i kapitału intelektualnego społeczeństw. Edukacja, nauka i kultura stanowią o sile państw i komforcie życia ich mieszkańców. To nie są pobożne życzenia czy urojenia pięknoduchów, tylko fakty poparte badaniami naukowymi. Niestety, fakty te nie zawsze docierają do decydentów różnych szczebli. W społeczeństwie – również w jego elitach politycznych i gospodarczych – usadowiło się dyskredytujące przeświadczenie, że literatura to rozrywka, a środki budżetowe powinny być przeznaczane raczej na jakieś bardziej poważne i ważne inwestycje, jak choćby na autostrady i stadiony.

O tych sprawach traktuje książka prof. Richarda Floridy, książka o znamiennym tytule: Narodziny klasy kreatywnej. Autor dowiódł, że Wskaźnik Wysokich Technologii pokrywa się ze Wskaźnikiem Bohemy, czyli pomiarem liczebności artystów, pisarzy i ludzi sceny w danym regionie. Płyną stąd wnioski: siłą napędową wzrostu gospodarczego nie są wyłącznie firmy; wzrost gospodarczy zależy od bardzo subtelnych, niewymiernych czynników. Mówi o tym TEORIA TRZECH „T”; są to: Technologia, Talent i Tolerancja. Są to więc czynniki wysoko skorelowane z niepozornym przedmiotem, którym jest KSIĄŻKA. A więc: KULTURA MA ZNACZENIE.

Richard Florida pisze: „Klasa kreatywna posiada odpowiednią siłę, talent i liczebność, by odegrać wielką rolę w przeobrażaniu naszego świata. Jej członkowie – a de facto całe społeczeństwo – mają teraz okazję przekształcić wewnętrzne poszukiwania własnej duszy w prawdziwą energię prowadzącą do odnowy i transformacji. Jak pokazuje historia, trwałe zmiany społeczne dokonują się nie w czasach boomu gospodarczego, jak to miało miejsce w latach dwudziestych i dziewięćdziesiątych XX wieku, lecz w okresach kryzysu i wątpliwości, takich jak w latach trzydziestych – i obecnie. Naszym zadaniem jest zbudowanie nowych form spójności społecznej, odpowiednich dla nowej ery kreatywnej – jako że stare formy nie sprawdzają się, ponieważ przestały pasować do takiego rodzaju ludzi, jakimi się staliśmy – a potem wypracować wspólną wizję lepszej, bardziej obiecującej przyszłości dla wszystkich”.

Co zrobić, by ten optymizm miał szansę realizacji? R. Florida podpowiada: „Trzeba będzie prawdziwej woli politycznej i wyobraźni, by zjednoczyć naród i wypracować wizję sposobu spożytkowania kreatywnej energii wszystkich obywateli. Każdy kraj, który nie będzie rozbudowywał własnej siły kreatywnej poprzez szerokie wspieranie potencjału twórczego oraz poprzez prowadzenie polityki przyciągania coraz szerszych rzesz obywateli do sektora kreatywnego (zamiast zatrudniania ich poniżej ich kwalifikacji), pod względem gospodarczym musi pozostać w tyle. Kreatywność to nie aktywa materialne, tak jak złoża minerałów, z których można zrobić zapasy, o które można walczyć, czy nawet kupować je lub sprzedawać. Musimy zacząć traktować kreatywność jak wspólne dobro, podobnie jak wolność i bezpieczeństwo. Jest to coś niezbędnego, coś co należy do nas wszystkich, co trzeba stale podsycać, odnawiać i utrzymywać – bo w przeciwnym wypadku wymknie się nam z rąk”.

WNIOSEK jest prosty: WARTO PISAĆ. Warto, gdyż kreatywna klasa artystów, wirtuozów słowa, współtworzy bogactwo materialne i duchowe. To jest odpowiedź na poziomie socjologicznym. Pytanie zaś psychologiczne brzmi: CZY WARTO pisać – w sensie: czy warto BYĆ PISARZEM?

Krótki przerywnik (DYGRESJA TAKA): BOCIAN, SŁOŃ, KOŃ, ŻABA. BOCIAN kopuluje i w następstwie tego aktu rozrasta się jego rodzinka. To rzekomo interesuje czytelników, słuchaczy i widzów. SŁOŃ robi kupę, co dla dziennikarzy jest fascynującym tematem. KOŃ się przewraca – temat na pierwszą stronę gazet. ŻABA zdycha, oj, przepraszam, żaba umiera… WYJAŚNIENIA – ZA CHWILĘ… CIERPLIWOŚCI!

Trzeba zacząć od pytań bardziej ogólnej, filozoficznej natury: KIM WARTO BYĆ? JAK UŁOŻYĆ SWOJE ŻYCIE, BY PRZEŻYĆ JE SZCZĘŚLIWIE? CZY SZCZĘŚCIE JEST WARTOŚCIĄ NAJWYŻSZĄ? KOGO SPOŁECZEŃSTWO DARZY NAJWIĘKSZYM SZACUNKIEM? JAKI JEST PRESTIŻ SPOŁECZNY ARTYSTY, PISARZA?

ALAIN DE BOTTON, błyskotliwy eseista, prawdziwy moralista naszych czasów – autor pachnącej jeszcze farbą drukarską książki pt. Lęk o status – dowodzi, że najbardziej potrzebujemy w życiu miłości we wszelkich jej odcieniach; a więc żyjemy dla przyjaźni, prestiżu, szacunku, sławy. Pisze tak oto: „Kiedy mamy już zapewniony dach nad głową i pożywienie, główny impuls motywujący nasze pragnienie wybicia się w hierarchii społecznej nie wiąże się z dobrami, które moglibyśmy dzięki temu zgromadzić, ani z władzą, jaka mogłaby się stać naszym udziałem, lecz raczej z miłością, którą nam może przynieść wysoka pozycja. […] Pieniądze, sława i wpływy mają wartość jako symbole miłości – jak również środki do jej zdobycia – a nie jako cele same w sobie. […] Niewygody fizyczne można przez długie okresy znosić bez skargi, jeśli nie towarzyszy im upokorzenie – czego dowodzą przykłady żołnierzy i odkrywców, którzy dobrowolnie cierpieli niedogodności bez porównania bardziej dotkliwe od niedoli najuboższych członków społeczeństwa, czerpiąc pociechę ze świadomości, iż są darzeni szacunkiem”. Wniosek: CHCEMY PIENIĘDZY DLA STATUSU, A STATUSU CHCEMY DLA MIŁOŚCI. Jeśli więc nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze. „Owszem – pisze DE BOTTON – w kręgach, powiedzmy, intelektualnych istnieje szacunek dla pisarzy, naukowców jako osób o szlachetniejszej strukturze, którym nawet przystoi ekonomiczna słabość”.

A jak było i jest w Polsce? Ongiś szlachcic na zagrodzie był równy wojewodzie; a pisarz – jeśli był szlachetnym szlachcicem – mógł liczyć na należny mu szacunek społeczny. Po rozbiorach wybitni poeci stawali się wieszczami narodowymi, duchowymi przywódcami narodu, pokrzepicielami udręczonych serc; twórczość wypływała z postawy buntu, walki, niezgody na paradoksalne siły i mroczne moce geopolityki. Okres II Rzeczypospolitej był czasem odrodzenia i entuzjazmu, gwałtownego rozwoju literatury, teraz już mogącej się skupić na słonecznych aspektach życia; pisarze niewątpliwie stanowili integralny składnik elity państwa. Potem wybuchła II wojna światowa – i znów literaci zamieniali maszyny do pisania na karabiny maszynowe albo starali się walczyć piórem i atramentem. I nastała Polska Rzeczypospolita Ludowa – nastał czas, w którym literatura miała niezwykle istotne znaczenie. Z jednej strony ceniona była jako narzędzie komunistycznej indoktrynacji, politycznej propagandy, z drugiej zaś – jako oręż oporu wobec totalitarnej władzy. Jedna strona permanentnego konfliktu nagradzana była pieniędzmi, koncesjami i innymi formami oficjalnego i nieoficjalnego wsparcia, natomiast twórcy znajdujący się po drugiej stronie barykady mogli liczyć na poparcie ze strony szerokich rzesz społecznych, instytucji wolnego świata z Zachodu; także hierarchowie Kościoła katolickiego aktywnie włączali się w różne formy mecenatu artystycznego. Po 1989 roku pozostały tylko niespełnione nadzieje: instytucje kościelne zajęły się swoimi sprawami i sprawkami, politycy zaczęli walczyć o władzę i kasę; modne i zgodne z duchem czasu stało się robienie karier. Wzrósł prestiż biznesmenów, a artyści stali się grupą społecznie niepotrzebną. Dziennikarze szybko wyczuli specyfikę ducha czasu i korzystając z praw wolnego rynku, rozpoczęli walkę o czytelnika, słuchacza i widza, epatując swoich odbiorców coraz to nowymi, coraz atrakcyjniejszymi i coraz głupszymi komunikatami, coraz mniej miejsca poświęcając wiadomościom kulturalnym.

Świadomość społeczna kreowana jest przez bodźce, które ludziom towarzyszą na co dzień. Przeciętny obywatel III RP atakowany jest albo przez reklamy, te wszystkie spoty i billboardy, plakaty i ulotki, albo przez tanią rozrywkę, te rozliczne teleturnieje i telenowele. Obywatel III RP ma dwa podstawowe obowiązki: pracować i bawić się (żeby potem mógł efektywnie pracować, zarabiając jeszcze więcej na jeszcze głupsze rozrywki). I zaczyna to kochać; taki żywot staje się jego najżywotniejszą aspiracją. Obywatel przestaje być patrycjuszem, staje się niewolnikiem. Przypomina to czasy upadku Cesarstwa Rzymskiego, gdy motłoch krzyczał: PANEM ET CIRCENSES – żądał chleba i igrzysk. Podobnie jest dzisiaj, gdy rządzący i rządzeni zdają się zaprzątać sobie głowy tylko jednym: czy na czas zostaną otwarte stadiony; i czy warszawskie Colloseum stanie się areną ciekawych walk współczesnych gladiatorów. Za mocno to powiedziałem? KOKO-SPOKO! Lubię sport i nie jestem jego przeciwnikiem, ale mam do niego stosunek taki, jak ongiś Stefan Kisielewski, zapalony kibic. Słynny Kisiel, wybitny intelektualista, mawiał: SPORT MA BYĆ OBOK, A NIE ZAMIAST. Sport powinien istnieć obok polityki, kultury, nauki czy religii – ale nie może tego wszystkiego zastępować, stając się jakąś nową ateistyczną religią. Jeśli Polacy fascynować się będą tylko sportem i sportowymi celebrytami, nadal pod względem czytelnictwa wyprzedzając w Europie tylko biedną i zacofaną Albanię – czeka nas klęska kulturalna i idąca za tym zapaść cywilizacyjna. Dlaczego cywilizowane narody potrafią osiągać dobre wyniki i w sporcie, i w nauce, i w sztuce? Dlaczego kraje Trzeciego Świata czują się dumne wyłącznie ze zwycięstw swoich piłkarzy? Bo innych sukcesów nie mają. Czy Polska ma być takim państwem Czarnej Afryki?

Wiele się mówi o misji mediów publicznych, z czego ma chyba wynikać, ze media niepubliczne nie muszą kierować się żadną misją i mogą bezkarnie uskuteczniać zmasowaną akcję ogłupiania narodu. Niestety, ta polaryzacja jest bardzo teoretyczna i pozorna, gdyż media publiczne konkurują na rynku z tymi prywatnymi, zatem wszystkie muszą walczyć o odbiorcę, a więc ich repertuar podyktowany jest prawie wyłącznie względami natury marketingowej.

To smutne, że dziennikarze, którzy powinni bawić, ucząc, i uczyć, bawiąc – poprzestali na planie minimum: BAWIĆ, BAWIĄC, i udając, że trzeba uczyć, ogłupiając. W mediach nie jest ważne tylko to, co jest w programie, co jest na łamach gazet. Wiele o naturze mediów można wyczytać między wierszami – analizując to, czego tam nie ma. (Na przykład nie ma informacji o FLN). To teoria i abstrakcja. Teraz kilka przykładów…

„Dziennik Polski” (inne gazety nie są lepsze) donosi: BOCIAN, SŁOŃ, KOŃ I ŻABA to fascynujące tematy! O tym powinni czytać rodacy, żeby Polska była Polską, a Polak – Polakiem.

Oto, proszę Państwa, WAŻNE WIEŚCI Z PRASY LOKALNEJ.

Kiedyś mówiło się: SEZON OGÓRKOWY. Był to czas upałów, letnich wyjazdów, urlopów i ogólnego rozleniwienia. Politycy przycichali, sportowcy się regenerowali i jeśli nie zdarzyła się jakaś klęska żywiołowa – nie było o czym pisać. Więc reporterzy pisali właśnie o ogórkach. I o sznurkach do snopowiązałek tudzież zatruciach salmonellą. A dziś? Dziś FESTIWAL OGÓRKA trwa cały rok! ORKIESTRA GRA! I KAŻDY WIERZY, ŻE TITANIC JEST NIEZATAPIALNY! ŻE POLSKA NIE UTOPI SIĘ W GŁUPOCIE I GŁĘBOKIM KRYZYSIE GOSPODARCZYM… POLACTWO (określenie R.A. Ziemkiewicza) SIĘ BAWI – A DZIENNIKARZE PISZĄ O DUPERELACH.

Posłuchajmy: Co piątek w „Kronice Krakowskiej” czytelnicy znajdą relacje z gniazda bociana Władusia. I słowa dotrzymali – czytelnicy otrzymują „istotne”, formujące informacje: że bocian czeka na młode, że ma już trojaczki, że ma teraz więcej pracy, że w gnieździe jest goło i wesoło, że bocianiątka pałaszują już kurze serduszka (opiekun Władysław podrzuca codziennie Władusiowi trzy kilogramy podrobów).

W naszej prasie trudno o jakiś reportaż z życia pisarza, a przecież w Małopolsce mieszka wielu twórców o fascynujących życiorysach. Dlaczego więc pisze się o bocianach? Bo dziennikarze nie wiedzą, jak wygląda współczesne życie literackie? Na to wygląda. Literatura to nie ich problem ani hobby. A może dziennikarze sądzą, ze ich czytelnicy to jakaś czerń ze wsi, co to ją tylko wiejskie stworzenia zainteresować mogą?

Posłuchajmy: „Słonica Citta z krakowskiego zoo, która ma typować wyniki na Euro 2012, zjadła w poniedziałek piłkę nożną. Wszyscy się teraz martwią, czy nie zaszkodzi ona zwierzęciu. Dyrekcja uspokaja, że Citta czuje się doskonale, ma apetyt i humor. Piłką się jej nie odbija, ale też do wczorajszego popołudnia jej nie wydaliła. Specjaliści są ostrożni w rokowaniach. Radzą bacznie obserwować słonia” – pisze „Dziennik Polski”. Czytamy wypowiedzi znawców tematu. Same autorytety naukowe! Czekają (jak na Godota) na 30 kg kupę słonia! Słonica – ważna persona, przecież ma pracować jako wróżka podczas europejskiego piłkokopania…

Czy w kale była piłka – oto przykład gównianego tematu! Odchody zwierząt dla odpadków dziennikarstwa? Wiem, w prasie mogą, a nawet powinny być ciekawostki. Ale – jak mawiał klasyk: ZNAJ PROPORCJĄ, MOCIUM PANIE? Nadmienię jeszcze, że zdaniem redakcji była to wiadomość na pierwszą stronę, a więc szczególnie interesująca i znacząca.

KOKO-SPOKO! I tak mamy szczęście, że to słoń zjadł piłkę. Czy wyobrażają sobie Państwo, co by się działo… gdyby to piłka zjadła słonia?! Ojojoj, co by się wtedy działo! Och, jakie by wtedy były nagłówki zwykłych gazet! A brukowce i tabloidy żyłyby tym wydarzeniem pewno przez kilka miesięcy!

Posłuchajmy: DOROŻKARSKI KOŃ PADŁ NA UDAR I ZAWAŁ! Udar słoneczny przyczyną zejścia konia z krakowskiego Rynku Głównego. Wielgachne artykuły w prasie i wielominutowe relacje telewizyjne i radiowe!

Zaczarowana dorożka, zaczarowany koń? Nie, zwyczajny konik, pewno bardzo sympatyczny; szkoda go; można o tym napisać – ale jeśli się z tego robi sensację… to niedobrze mi się robi… Dlaczego? Każde opisane wydarzenie jest zrelacjonowane kosztem jakiegoś innego wydarzenia – papier nie jest rozciągliwy jak guma z majtek DODY ELEKTRODY.

JEŚLI SIĘ PISZE O RZECZACH BANALNYCH, POSPOLITYCH – TO POTEM NIE MA MIEJSCA NA SPRAWY NAPRAWDĘ ISTOTNE…

Rozumiem, że los milusiego koniczka obchodzi wrażliwych ludzi; wrażliwość ważna rzecz. Nie rozumiem tylko tego, że dla dziennikarzy los zwierzęcia jest ważniejszy od losu człowieka. Tomasz Gabiś, były redaktor naczelny pisma „Stańczyk”, często powtarzał: KTO ZWIERZĘTA ZACZYNA TRAKTOWAĆ JAK LUDZI, TEN WKRÓTCE LUDZI ZACZNIE TRAKTOWAĆ NICZYM ZWIERZĘTA. Takie zezwierzęcenie może być groźne! Może nieść za sobą poważne konsekwencje społeczne – degenerację człowieczeństwa.

Do czego zmierzam? Wyjaśniam…

Zdechł koń, umarł człowiek – które wydarzenie donioślejsze? Wielu wybitnych krakowian i małopolan umiera i nie mogą liczyć ta takie zainteresowanie mediów.

Przykład: Miesiąc temu zmarł Ryszard Rodzik, poeta, założyciel Grupy Literackiej KAŻDY, animator kultury; jako dziennikarz Radia ALFA zrealizował ponad 800 audycji literackich; przez lata wspólnie z Anną Kajtochową prowadził warsztaty literackie; wydawał almanachy; wspierał początkujących twórców, brał czynny udział w wielu imprezach pełnych liryki i muzyki. Jednym słowem: bardzo zasłużona dla Krakowa postać.

Jak go pożegnał Kraków, rzekomo miasto literatury? Niektórzy pisarze, którzy przypadkowo dowiedzieli się o jego odejściu, mogli mu złożyć hołd na cmentarzu w Wieliczce. A dziennikarze? Potraktowali go gorzej niż konia z Rynku Głównego. Można brutalnie powiedzieć – taki jest przekaz mediów: KOŃ UMARŁ, A RODZIK ZDECHŁ! Oto krakówek! Jakiś obrzydłówek…

O koniu przeczytać można było wszędzie; o Ryśku Rodziku – raczej tylko w internecie…

GUGLAJCIE, A WYGUGLACIE. PROŚCIE O WYGUGLANIE, A DANE BĘDĄ WAM DANE.

INTERNET – WIADOMOŚCI LOKALNE: BISKUPICE, GDÓW, KŁAJ, NIEPOŁOMICE, WIELICZKA. WYKUP DOSTĘP I ZALOGUJ SIĘ. I co my tam mamy? JEST TYLKO KRÓTKA, ZDAWKOWA NOTKA… AMEN.

Minuta zadumy… PAUZA – GARŚĆ PYTAŃ (ze strony internetowej FLN; nikt na nie nie odpowiedział)..

Z jakiego powodu w prasie jest pełno informacji o lokalnych politykach, bandytach, biznesmenach, sportowcach, piosenkarzach i innych celebrytach, a prawie nic o lokalnych pisarzach? Czyżby dziennikarze uciszali pisarską konkurencję? Czemu nawet w „kulturalnych” dodatkach do gazet jest miejsce na prezentowanie i promowanie clubbingu i sztuki… gotowania, a nie ma nic o książkach spoza list bestsellerów i list marketingowych? Z jakiego powodu chętniej dofinansowuje się lewicowe pisma literackie? Dlaczego partie, organizacje i media prawicowe krzyczą, że kultura jest zawłaszczana przez lewicę, a same nie promują twórców niezależnych, kontestujących chorobę politycznej poprawności? Spore sumy pieniędzy idą na tzw. misyjność radia i telewizji, a tam prawie nie ma nic o książkach, o pasji czytania i pisania. Co to za misja?! Co to za „misjonarze” akcji ogłupiania narodu?

         KONIEC DYGRESJI.

W tym miejscu – powracająca fala, nawracające pytanie: WARTO PISAĆ?

Wyobraźmy sobie inteligentnego i ambitnego chłopca, któremu nie udało się zostać piłkarzem. Czy będzie chciał być pisarzem? Czy opłaca mu się zostać drugim Rodzikiem? Cóż, rodzice mogliby usłyszeć taką odpowiedź: – To ja już wolę być koniem!!! Czy taki chłopak, dla którego współczesny pisarz nie jest autorytetem lub kimś, kogo należy naśladować – czy taki chłopak będzie kochał książki? Raczej nie.

Jeśli dojrzewające teraz pokolenie nie będzie czytało – w domyśle: KUPOWAŁO – książek… pisarze przestaną być potrzebni, a Polska straci swą niezależność i niepodległość, swą pamięć i tożsamość. W globalnym świecie niedobitki polskiej inteligencji będą czytały książki chińskich autorów; a pozostali polscy ludzie pracy staną się dla Chińczyków tanią siłą roboczą.

Już teraz musimy wybierać: ALBO NAUCZYMY SIĘ (JAK TO ROBIĄ SKANDYNAWOWIE) PRODUKOWAĆ KSIĄŻKI, KTÓRE BĘDĄ EKRANIZOWANE W POTĘŻNYCH STUDIACH FILMOWYCH W STANACH ZJEDNOCZONYCH, INDIACH, TURCJI CZY BRAZYLII. ALBO TEŻ BĘDZIEMY TYLKO KONSUMENTAMI GŁUPKOWATYCH KOMEDYJEK, TWORZONYCH Z MYŚLĄ O GŁUPICH POLACZKACH…

Przerywnik: ŻABA… „Martwe płazy stały się tzw. faktem medialnym, choć znacznie większa masakra odbywa się każdej nocy na drogach” – emocjonuje się niejaki Grzegorz Tabasz. Bez komentarza.

Kolejny temat dla pismaków i dziennikarzątek. Żabka padła. Och! Ach joł (cytuję słynnego Krecika).

Na szczęście żyje (i dobrze się ma) prawdziwa żaba, wielka żaba – RYSZARD ŻABA, lekarz, pisarz i malarz. Żyje i – niech żyje! Kończę już te zoologiczne refleksje i zapraszam na wernisaż Żaby, Ryszarda Żaby…

Ludzie, bądźmy ludźmi! HOMO SAPIENS – to zobowiązuje. Noblesse oblige!

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko