Krzysztof Lubczyński rozmawiał z MIECZYSŁAWEM KALENIKIEM

0
54

Krzysztof Lubczyński rozmawiał z MIECZYSŁAWEM KALENIKIEM

Człowiek kameralny

Czy wakacje spędza Pan, jak zwykle, w rodzinnym Międzyrzeczu Podlaskim?

 

– Rodzinnym i ukochanym. Lubię spędzać wakacje w moich rodzinnych stronach.


Skarżył się Pan w którymś z wywiadów, że tamtejsze rzeki utraciły dawną czystość, że nie ma w już w nich raków…

 

– Proszę sobie wyobrazić, że w ostatnich latach się poprawiło, woda jest czystsza, wodna fauna i flora bogatsza. W tamtym roku, chodząc po lesie, spotkałem nawet ciężarną klępę, a łosi w tych stronach już dawno nie widziano. To by świadczyło o tym, że tutejsza natura się odradza.


Pana rodzina związana jest  Podlasiem. Wiem, że jej losy wojenne były dość dramatyczne…

 

– Tak, brat był żołnierzem WiN i z tego powodu dopiero po śmierci Stalina przyjęli mnie do warszawskiej szkoły teatralnej. Ojciec z kolei był żołnierzem AK i uczestnikiem akcji „Burza”, zesłanym na Syberię. Ja z kolei, nie porównując się z nimi oczywiście,  za pomoc żywnościową dla aresztowanych przesiedziałem się z kolegą 24 godziny na UB w Białej Podlaskiej.


Żyje Pan sobie “za pan brat” z przyrodą, ale w kinie, w telewizji Pana nie widać od lat, poza regularnymi powtórkami “Krzyżaków” Aleksandra Forda i kilku innych filmów z Pana udziałem…

 

– Wie Pan, ja już się w życiu nagrałem, więc nie brakuje mi tego. A poza tym, obecnie, żeby trwale istnieć w telewizji, w filmie, trzeba – bywa – należeć do jakiejś grupy, by nie powiedzieć: “kliki”, a mnie to nie interesuje.

 

Znany jest Pan ze skromności, z niechęci do przepychania się, czyli z nietypowej postawa jak na warszawskiego aktora, przedstawiciela środowiska, które z natury lubi być na świeczniku…

– Mnie to nie interesuje. Jestem człowiekiem kameralnym, nie miałem i nie mam potrzeby ciągłego błyszczenia. Nie lubię też rozmaitych imprez zbiorowych, spędów itp. Źle się czuję w takich sytuacjach. Zresztą sławy zasmakowałem jako odtwórca roli Zbyszka z Bogdańca w “Krzyżakach”, i to świeżo po szkole. Przez około 10 lat po premierze byłem jednym z najpopularniejszych, bo “Krzyżaków” obejrzało 170 milionów widzów w 60 krajach świata. Otrzymałem listy z całego globu, nawet z Puerto Rico.

 

Minęło pół wieku  lat od realizacji tego filmu. Zagrał Pan rolę Zbyszka, do której pierwotnie przymierzany był Bogusz Bilewski. Czy marzył Pan o tym kiedyś?

 

– Nawet mi to nie przyszło do głowy, chociaż jako mały chłopiec po przeczytaniu powieści Karola Maya o Winnetou, poznałem twórczość Sienkiewicza i rozkochałem się w niej, w tym w „Krzyżakach”. Pracę na planie rozpoczęliśmy dokładnie 3 sierpnia 1959 roku a ukończyliśmy 1 kwietnia 1960 roku. W niecały rok później była premiera.


Co szczególnie utkwiło Panu w pamięci z tego czasu?


Przede wszystkim mam wrażenie. że było to wczoraj. Utkwiły mi w pamięci wspaniałe plenery pod Starogardem Gdańskim. Miałem poważne perypetie z koniem, który dwukrotnie się pode mną poślizgnął. Za pierwszym razem złamał mi nogę, więc pracowałem w gipsie. Jakiś czas później poślizgnął się drugi raz, przygniótł mi złamaną nogę i skruszył gips. Przeżyłem też emocjonujący moment z niedźwiedziem, w czasie kręcenia sceny polowania. Miałem do wyboru niedźwiedzicę Sabę i samca Muniego. Wybrałem tego ostatniego. W pewnym momencie tak silnie przyłożył mi łapą, że przeleciałem w powietrzu, jak obliczył dokładnie mój kolega Mieczysław Stoor.


Mimo, że jako młody człowiek był pan znany, niczym Zbyszko z Bogdańca, z krzepy fizycznej i podobno kiedyś nawet znokautował pan chuligana za chamskie odezwanie się do kobiety…

 

– Zgadza się, tak było.


Czy spełnił się Pan jako aktor?

– Tak, choć był taki czas, gdy mówiono, że umiałem zagrać tylko Zbyszka z Bogdańca. Ale po tej roli Aleksander Ford, reżyser “Krzyżaków” powierzył mi rolę w filmie “Pierwszy dzień wolności” według sztuki Leona Kruczkowskiego, gdzie zagrałem Ottona, gwałciciela, a była to rola całkowicie odmienna w stylu od Zbyszka. Bardzo lubię tę rolę Spełniłem się więc jako aktor, ale też nigdy nie miałem wymarzonej roli, przysłowiowego Hamleta. Zresztą, po „Krzyżakach”, Ludwik Sempoliński powiedział mi: „Mietek, gdyby to było przed wojną, to nikt by cię nie puścił. Ty byś miał wszystko”.

 

Którą ze swoich ról ceni Pan najbardziej?

 

– Nie mam usposobienia Adama Hanuszkiewicza i nigdy nie byłem zadowolony z żadnej ze swoich ról.

 

Czy wakacje spędza Pan tylko w Międzyrzecu?

 

– Nie tylko. Bywam też w Błotach Karwieńskich nad Bałtykiem. Mój przyjaciel, Jurek Kamas ma tam domek, do którego mnie zaprosił.

 

Jaka jest Pana dewiza życiowa?

 

– Zachować pogodę ducha, radość życia i lubić ludzi, starając się, by ich nie krzywdzić, choć nie zawsze się to udaje.

 

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Lubczyński


Mieczysław Kalenik – ur. 1 stycznia 1933 r. w Międzyrzecu Podlaskim,  świetny aktor filmowy i teatralny. Licencjonowany pilot samolotów i sternik pełnomorski. Żegluje od 1947 roku. Nie posiada natomiast prawa jazdy. Świetny brydżysta, gawędziarz i człowiek o autoironicznym poczuciu humoru. Na deskach scenicznych kreował m.in. Michała Archanioła w słynnych „Dziadach” w reż. Kazimierza Dejmka w 1967/68 roku,   Willego w „Niemcach” L. Kruczkowskiego (1961), Extona w „Ryszardzie II” (1964) i Richmonda w „Ryszardzie III” Szekspira, Bothwella w „Marii Stuart” J. Słowackiego (1981 – gościnnie w Teatrze im. J. Osterwy w Lublinie), Hooka w „Karierze Artura Ui” B. Brechta (1995), Pastora w „Wizycie starszej pani” F. Durrenmatta (1998). W teatrze telewizji m.in. Lennox w „Makbecie” w reż. A. Wajdy (1968).


Jego niektóre ważniejsze role filmowe poza rolą Zbyszka w “Krzyżakach” (1960): bosman w “Skarbie kapitana Martensa” (1957) J. Passendorfera, Jurek w “Smarkuli” (1963) L. Buczkowskiego, Otto w “Pierwszym dniu wolności” (1964) A. Forda, Diederlch w “Stawce większej niż życie” (1967) A. Konica, Janott w “Paryż-Warszawa bez wizy” (1967) H. Przybyła, a także w “Sublokatorze” (1966) J. Majewskiego, “Hrabinie Cosel” (1968) J. Antczaka, “Wszystko na sprzedaż” (1968) A. Wajdy, “Polskich drogach” (1976) J. Morgensterna, Stolnika Horeszko w „Zemście” (2000) A. Wajdy.

 

W tym roku nakładem Wydawnictwa Adam Marszałek w Toruniu ukaże się książka Krzysztofa LubczyńskiegoMieszanka firmowa. Rozmowy i szkice literackie”.

Składać się na nią będą przeprowadzone na przestrzeni 18 lat rozmowy z kilkunastoma znanymi i wybitnymi polskimi (jeden wyjątek – węgierski pisarz Gyorgy Spiro, wszakże zajmujący się problematyką na wskroś polską, autor głośnych „Mesjaszy“) pisarzami i poetami starszego pokolenia, m.in. z R. Bratnym, J. Krasińskim, J. Henem, Z. Safjanem, E. Bryllem, A. Mandalianem, a także nieżyjącymi już J.S. Stawińskim i W. Żukrowskim).

Mieszanka firmowa” zawierać też będzie rozmowy z kilkoma znanymi krytykami i eseistami (m.in. z nieżyjącym już R. Matuszewskim, a także z M. Komarem, W. Sadkowskim czy A. Żurowskim), dwie rozmowy ze światowej renomy myślicielami (Z. Baumanem i A. Walickim) oraz kilka szkiców krytyczno-literackich poświęconych gronu pisarzy i krytyków, zarówno żyjących (m.in. J. Bocheński, T. Konwicki, S. Mrożek, J.M. Rymkiewicz, J. Głowacki, A. Żuławski, E. Niziurski), jak i nieżyjących (m.in. T. Breza, K. Brandys, K. Mętrak, W. Sokorski) .

Zgodnie z tytułem zawierającym słowo „mieszanka”, wspomniany zbiór charakteryzuje się wszechstronną różnorodnością. I to właśnie o nią chodziło autorowi – o różnorodność „ponad podziałami”. Rozmówcy Lubczyńskiego to twórcy najrozmaitszego autoramentu pisarskiego, estetycznego, a także środowiskowego i ideowo-politycznego, można by rzec, twórcy z różnych, nieraz antagonistycznych kręgów literatury polskiej. Dzieli ich niejednokrotnie bardzo, bardzo wiele, ale łączy jedno – każdy z nich pozostawił już swój ważny ślad na szlaku literatury polskiej. Dzięki temu książka ta jest ważnym przyczynkiem do obrazu polskiej literatury od 1945 roku.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko