Jakub Michał Pawłowski – LADY E.

0
28
Maria Wollenberg-Kluza

 Jakubowi Z., Elżbiecie B., Mateuszowi W. , Jarosławowi Ł.

I.

Wspomnienia to więźniowie naszej pamięci: jak bezlitośnie, niemal sadystycznie obchodzimy się z naszymi wspomnieniami, gruntujemy je, wykarmiamy, ba, tuczymy nawet, przechowujemy, nie pozwalamy im się wydostać. Za przechowanie karzemy słono płacić, wyemancypowane wspomnienia kasujemy, niesfornych pamiętanych gilotynujemy, hodowana w niewoli pamięć nie dopuszcza zmiany formuły przechowywania, zasad, kształtów; tak jak zapamiętaliśmy daną rzecz, taką ma być, tak samo, na zawsze, jakbyśmy włączali ten sam film, z tymi samymi aktorami, scenerią i reżyserem; jakbyśmy machali tym samym zdjęciem i wrzeszczeli „to tak wygląda naprawdę, tak!”. Żadnych samoistnych przemieszczeń, czynić zmiany w pamięci możemy tylko my sami, w ten sposób z uczestników zdarzeń stajemy się ich wątpliwymi autorami, w uzurpacji tej nie znamy granic, pamiętani nigdy nie są wolni, nie mogą tak po prostu, tak ot, wydostać się, nie dla nich nowy żywot, z innymi pamiętanymi, w innej pamięci. To właśnie dlatego, gdy uda im się czasem wymknąć przez nieszczelne wrota naszej niedoskonałej pamięci, przybierają tak nierzeczywiste, dziwaczne kształty. Ich monstrualność uzasadnia okrucieństwo naszych odwetów. Ścigamy pamięciowych intruzów, którzy najpewniej przybyli dla zemsty i ubijamy, ubijamy, niczym pałką. W ich miejsce wprowadzamy innych, bardziej spolegliwych i pasujących do szablonu. Uciekinierzy z monopolistycznej krainy naszej pamięci, z jej dyktatury, nie są naszymi przyjaciółmi. Lady E. okrutnie obeszła się Benem Hicksem, tak w życiu, jak i w pamięci.

II.

Już wczesnym rankiem można ją było zobaczyć na tarasie. Lornetką przemierzała świat, przynajmniej ten najbliższy. Lekkie śniadanie, później stare albumy ze zdjęciami ludzi i miejsc i wytężanie, WY – TĘ – ŻA – NIE    PA – MIĘ – CI , tak aż do lunchu. Wszystko w towarzystwie wiernej Karoliny.

Mleko, jezioro mleka, jasność, co rano, blade wody jej pamięci, nieskażone. Wolne koliste ruchy niczym drewnianej łyżki, i opadające w mleko ziarna i cukier, i ciepło, jak deser z mleka i wanilii, w cieple i mleku wykuwają się z wolna, wciąż przywoływane kolistym ruchem, sylwetki mieszkańców krainy pamięci, rozjaśnione, mleczne właśnie. To nie dzień się budził, jest już wszak po śniadaniu, w tej ciepłej jasności budziła się jej pamięć. Snu jeszcze chwilę, chwilę, poczekajcie jeszcze, nie przychodźcie, jeszcze was nie rozeznam, proszę – mamrotała i chowała głowę w wełnianą mufkę. I tak co rano wypływała na wody czystej, nieskażonej pamięci, cała we mgle, jak jej mieszkańcy; nieskażonej, bo wciąż jeszcze niewidocznej, nierozpoznanej. Ciepły budyń lądował w salaterkach. Kaszlała przez chwilę, ziewnęła i roztarła oczy, a teraz ruch, skoro zjawiła się już pamięć, jak czysta tafla, znaczy to, że następował pierwszy akt codziennego tworzenia jaźni, mozolnie, w cierpliwych bólach. Ruch zatem, parę skupionych ucisków głowy pod kapeluszem, przysiady, starcze skoki, jak w grze w klasy, śmiech niebezpieczny, pożerający oddech, ruch na powietrzu i bieg, szalony bieg za piłką do krykieta, w dal, i już jest pamięć i ciało zyskało swą fizyczność. Moja dzielna lady E., powiedziałby doktor – wysportowana, odżywiona, zuch seniorka. A jak pamięć?  Wszystko, wszyściuchno pamiętam panie doktorze, i tabliczkę mnożenia i datę urodzin i drzewo genealogiczne książąt Dorset i nazwy leków i imiona bliskich, wszystko, wszystko… I biegła, biegła za piłką do krykieta, nazbyt daleko, nazbyt długo… Taka ruchliwość ciała, podobnie jak ruchliwość myśli, bywa wszakże zabójcza… A jednak sukces, dzięki ruchowi pamięć dostała rumieńców, zyskała napęd, zatem powrót do wykuwanych w mlecznej mgle mieszkańców krainy pamięci, czas na powitanie… Mieszkańców tych Lady E. strzegła niczym cerber, ani wstępu do nich nie było bez jej zgody, szanse na ucieczkę żadne, może zatem więzienie właśnie… W mlecznej krainie jej pamięci Ben Hicks pływał po jeziorze jak  trup w naftalinie, ona na łodzi niczym lady Shalott, wielkim hakiem wyławiała go co rano na ląd i tak stawał się w pamięci na powrót tamten Ben, niewyraźny, mleczny, jak reszta nieożywiony jeszcze. Tego dnia nim wyłowiła Bena, pojawił się intruz, smok jakiś, którego trzeba było obezwładnić i dźgać lancą w kilku miejscach, teraz już nikt nie zakłóci alchemicznego prawie procesu. Cucony długo Ben ośmielał się posiadać w końcu jakąś twarz, była to twarz Bena, ale nakładała ją co rano w swej pamięci Lady E., niedobudzona jeszcze. Twarz brała z matrycy twarzy swej pamięci, mozolny  proces wyciskania, dopasowywania, jej ciało słabło, młoda wciąż jeszcze świadomość mdlała, wykuwała się pamięć, najwierniejsza z jej potencji. Zaraz, już zaraz nałożą się matryce i Ben, jej Ben znowu będzie Benem z jej pamięci, dokładnie takim, jak go  pamiętała, to praca dalece bardziej wyczerpująca niż rzeźbienie w drewnie, malowanie obrazów, czy pisanie wierszy. Wyłonił się!, tak, jest Ben – apatyczna opadła na fotel, przez taras przebiegły psy, koty i króliki, obudziła się, czas na test pamięci, albumy, daty, fakty, fakciki bardziej nawet, te same, przez kilka godzin. Pragmatyczny Aaron Groose, narzeczony Karoliny, patrzący prawie codziennie na ten proces, tylko z zewnątrz wszakże, zwykł mawiać, że przypomina mu to mieszankę transmisji danych podczas awarii komputera i procesu ludzkiej defekacji. Wróćmy do zdjęć i testu, najpierw przerzucanie tych samych albumów, seans wirujących staroci, mających nas utwierdzić w tym, że rzeczy są, tym czym były, dokładnie tym. Mistrzostwo wspomnieniowego mimesis.

Jak wyglądało Harrogate Mills? Miało cztery wieżyczki na dachu, charakterystyczny, gustowny ryzalit z terakoty od strony południowej, dwadzieścia pięć sypialni, czterometrowy ganek, a słońce najpiękniej pada tam na taras o 3.30 pm – Karolina celowo odpowiadała źle, tak by starsza pani miała poczucie znakomitej kondycji swej pamięci. Ach nie!, źle, Karolino, ach źle, patrz uważnie na zdjęcie…, które Karolina brała do ręki, a Lady E. opisywała bezbłędnie, pięć wieżyczek (po prawdzie Karolina widziała tylko trzy, pomyślała jednak, iż pozostałych nie uwieczniono po prostu na zdjęciu), ryzalit z nieotyknowanej cegły od strony zachodniej, dwadzieścia siedem sypialni, sześciometrowy ganek, najpiękniejsze słońce na tarasie o 1.15 pm. Potem następowało kajanie się, potępianie grzechu własnej niepamięci, skontrastowane z zasłużonymi pochwałami dla staruszki i nagrodami w postaci herbatnika, czy kropelki koniaku. Obyś w moim wielu miała taką pamięć… – kwitowała Lady E.

III.

Wieczory Karolina i Aaron starali się poświęcać Lady E. Wynikało to poniekąd ze szlachetnego charakteru Karoliny, częściowo jednak z niekłamanej wdzięczności, Lemmings Wood było wszak na nią zapisane. Nie okazali się parą niewdzięczników. Grali zatem w trójkę w kalambury, pili herbatę, brandy i rozmawiali. Tak było także tego wieczoru. Ben uwielbiał kalambury – podkreślała Lady E., gdyby nie wyjaśnienia Karoliny, Aaron myślałby, że mężczyzna od kalamburów to jej  dziadek, szacowny markiz Lemmings Wood, o tym jednak nie było żadnych opowieści. Zjadłabym coś – powiedziała Lady E. Teraz?… A na co byś miała ochotę – dopytała Karolina. Na lekko ścięty antrykot podlany brandy – sprecyzowała staruszka. Nie będę budzić kucharki, sama przygotuję ci mięso – Karolina ruszyła do kuchni, Lady E. została sama z Aaronem. Długo patrzyła na niego w milczeniu i uśmiechała się, po czym zamknęła oczy i wyciągnęła przed siebie ręce, przez chwilę wyglądała nawet jakby miała zawał, więc przysiadł się bliżej. Zamykam oczy i od razu wypływam na wody, jak lady Shalott, pomykam we mgle, ja, nie-ja, sama nie wiem… – otworzyła oczy. Oj Aaron, Aaa-ron, bracie Mojżesza, zresztą starszy, złotegoś cielca kleił rękami buntowników, laskę twą oplotło kwiecie, uważaj, bo teraz moja laska oplecie ci gardziel, maklerze z Londynu – przerwała złowrogą mowę, gdy Karolina wnosiła pachnący antrykot.  Lady E. zjadła kolację z nieskrywaną radością. Dziękuję za prawdziwą ucztę, nie będę już wam przeszkadzać – dygnęła jak panienka i poczęła wdrapywać się na schody. Aaron wziął Karolinę za rękę i przeszli na sofę, korzystając z nielicznych momentów, kiedy byli sami. Co właściwie wiesz o jej młodości? – zapytał dość niespodziewanie. Niewiele, rozpoznaję jedynie pewne miejsca i twarze, głównie z jej opowieści albo ze zdjęć. Wychowała się w Harrogate Mills, tam zakochała się dość typowo i banalnie w synu łowczego, nawet wbrew rodzicom, zaręczyła się z nim. Ponoć chłopak ją zdradził, potem ruszył na front, po jego powrocie Lady E. nie było już jednak w majątku, ale dom i kawałek ziemi zostawiła wspaniałomyślnie chłopakowi. W Althorp poznała dziadka i przeniosła się do Lemmings Wood – opowiadała Karolina. Czasem się jej boję – stwierdził narzeczony. Wtem usłyszeli znajomy szelest i kroki, a po nich piskliwy głosik. Koniecznie musicie poznać Bena – stała przed nimi w koszuli nocnej i w podróżnym kapeluszu – jutro wyjeżdżamy, ty będziesz prowadził – powiedziała do Aarona, który nie zdążył nawet zaprotestować. Lady E. zniknęła jak duch. Dobrze, że jutro, bo już myślałem, że wyjmie go z szafy albo spod stołu – żartował Aaron. Posunął się nawet dalej, kiedy Karolina brała kąpiel w wiktoriańskiej łazience, zakradł się pod drzwi i zaczął skrobać paznokciem. Karolina wystraszyła się, w myślach pytając, kto skrobie w drzwi. Otwórz Karolino, to ja  Ben – odparł zmienionym głosem Aaron – przybyłem poigrać z ponętną markizą Lemmings Wood, wpuść mnie. Śmiali się jeszcze w łóżku.

IV.

Nim wyruszyli na dobre, Lady E., ku zaskoczeniu Aarona, oznajmiła, że nie będą wlec się zwykłym samochodem i wezmą limuzynę. Mężczyzna dopytał, czy wobec tego, musi ubrać czapkę i liberię, żart ten nieomal wykluczył go z wyprawy. Kiedy wyjechali za bramę Lady E. poprosiła o mały przystanek w miasteczku, chciała coś kupić dla Bena. Spotkanie po latach domagało się przecież oprawy. Aaron i Karolina myśleli bardziej o pudełku kubańskich cygar albo koniaku, werdykt brzmiał jednak inaczej: koszula i spinki ze stoiska dla dżentelmenów, nr kołnierzyka, wzrost, mankiet, czy Lady E. pamięta takie detale, oczywiście, że pamięta, co to za pytanie, to jasne, że Ben jest wysoki, ma  ponad sześć stóp, kołnierzyk czterdzieści cztery, mankiet standardowy; był, babciu był, ale nawet na zdjęciach nie wygląda na wysokiego; jest, moja droga jest, przecież pamiętam, nie rób z Bena jakiegoś konusa, niewysoki to był twój dziadek, świętej pamięci markiz Lemmings Wood…, a więc wojna tytanów, na łodzi targanej wiatrem na jasnych wodach pamięci Lady E. dwie kobiety siłujące się wiosłem, nieznośna, hałaśliwa, zakłamana teraźniejszość z jej wykolejonym punktem widzenia i szlachetna, rozważna, perfekcyjna przeszłość z jej wizją prawdy, wyczuciem smaku i honorem, szanse teraźniejszości na tych niegościnnych wodach marne, byleby zatopić teraźniejszość, prawdę o przeszłości dzierży przeszłość i inaczej być nie może, co teraźniejszość wie o przeszłości… atak, spięcie, celny cios między oczy, któraś z bohaterek wpadła do wody. Tylko by pasowało do munduru – rzekła dobrotliwie Lady E. Do munduru? Myślałam, że chodzi o zwykłą marynarkę… – dziwiła  się ekspedientka. Nasi chłopcy na wojnie muszą wyglądać porządnie, zwłaszcza oficerowie, nic o tym nie wiesz Karolino, bo Aaron nie służył w armii. Oficer dodaje damie kobiecości, dlatego wszyscy wielcy władcy chadzali w mundurach – wyjaśniła stanowczo Lady E. Proszę pakować… – ratowała sytuację dyplomatyczna Karolina, powstrzymując dalsze pytania skonsternowanej ekspedientki. Więc obok wszystkich innych cnót i przymiotów, Ben był dodatkowo wojskowym, jakiż nijaki wydawał się przy nim Aaron, makler giełdowy z Londynu. W eskorcie konsjerża z domu towarowego, dzierżącego eleganckie pudełko, udały się do limuzyny.

Ruszyli malowniczą drogą hrabstwa Dorset. Wytwornością limuzynie dorównać mogła w tym dniu jedynie sama właścicielka, ubrana w czarny kapelusz z krótką woalką i koronkowe rękawiczki w kolorze sepii, jej wychudzoną szyję zdobił naszyjnik z ametystów. W limuzynie Lady E., Karolinę oraz Aarona naszło natrętne skojarzenie, że wyglądają jak w karawanie, wybuchnęli zatem śmiechem, co zgodnie odebrali jako dobrą wróżbę całej wyprawy. Nie przejechali nawet dziesięciu mil, gdy nagle Lady E. zaczęła otwierać drzwi limuzyny, Aaron zahamował nerwowo, staruszka zwinne wygramoliła się z pojazdu i wbiegła na wrzosowisko, wlokąc za sobą pudełko z prezentami dla Bena. Komentarzy Aarona nie trzeba nawet przytaczać. Dokąd biegnie, nie wiedziała, może tam  na wzgórek, może tam, nie, nie, jednak nad strumyk, po co biegnie, nie wiedziała, byleby, byleby tylko dobiec gdziekolwiek i przystanąć i osiągnąć punkt jakiś, jakikolwiek, jakiś plan zrealizować, co to znaczy plan… najmniejszy choćby… i co dalej, by się nie wywrócić, może dobiegnie do stawu i stanie, może obiegnie drzewo i stanie, obiegła i stanęła, hurra! Potem  zdyszana odwróciła się do biegnącego za nią Aarona i przybrała pozę jak do szekspirowskiego monologu i… nic… i dalej nic… stała. Żaden, absolutnie żaden mężczyzna nie jest wart takiej fatygi i starań. Nowa koszula i te do koszuli, jakże też one się nazywają… ach!… spinki, proszę uprzejmie – tu wrzuciła pudełko do stawu za drzewem – dżentelmen nie zostawia młodej damy samej, nigdy, dżentelmen nigdy, zwłaszcza podczas wojny, tak nie wolno… dżentelmen… w tym kraju nigdy tak nie było – krzyczała dalej, machając górą od pudełka – Anglio, szalona Anglio!, kraino obłąkanych, tchórzy i faryzeuszy… na tonącej łodzi ja sama, ja sama, zupełnie sama, niczego nie wyłowię – krzyk zamieniła w spazmatyczny płacz, wobec którego przerażony Aaron był bezradny, na szczęście z limuzyny dobiegła Karolina z tabletkami i pledem, okryła ją i przytuliła. Dokąd jedziemy, gdzie ja jestem, dlaczego stoję po kostki we wrzosach? – pytała Lady E. Jesteśmy na drodze do Harrogate Mills, mamy tam odwiedzić twoją dawną posiadłość i Bena – wyjaśniała Karolina. Co? Nic podobnego, wypraszam sobie, nie znam żadnego Bena, nigdy nie mieliśmy ziemi w Harrogate Mills, natychmiast proszę mnie odwieźć do domu. Ktoś nadużył  tu chyba mojego zaufania – odrzekła rozstrzęsiona, ale wyniosła Lady E. Mleczną krainę pokrył smolisty kir, spod którego słychać było tylko pojedyncze krzyki, ze dwie, góra trzy niewyraźne postaci usiłowały wydostać się na brzeg. Po dwóch filiżankach herbaty w przydrożnej kafejce Lady E. wróciła pamięć, choć po prawdzie nie wiedzieli z jakiej w istocie krainy przybywa. Smolisty kir zdmuchnięto, uciekinierów przykładnie ukarano, pamięć była ocalona. Nie pytali Lady E. o słowa wykrzykiwane na wrzosowisku, nie dlatego, że uznali je za niegroźny bełkot, wręcz przeciwnie, lękali się ich ukrytego sensu, w jej nieskładnej mowie tkwiła bowiem wyjątkowa determinacja. Zatem, moi drodzy, ruszamy do rodowej siedziby Harrogate Mills – rzekła entuzjastycznie, po czym zapytała Karolinę o pałacowe wieże, ryzalit i ganek.

V.

Dojechali późnym popołudniem, jednak tego dnia pamięć Lady E. nie była jeszcze gotowa, była niedobudzona, było jej jakby pół. Żwawym krokiem obeszła pałac, pokazując palcem detale budowli, niczym doświadczony przewodnik, skonsternowanemu służącemu kazała prowadzić się do Bena. Sir Benjamin pracuje w drewutni, proszę za mną. Sir? Dobre – roześmiała się Lady E. Dość szybko Karolina zorientowała się, że dom nie wyglądał jak w codziennych opowieściach babki, wieże były trzy, ryzalit był jednak z kunsztownej terakoty, a słońce na tarasie dawało najpiękniejsze światło właśnie teraz, kiedy przyjechali. Ben stał w kamizelce i bryczesach przed restaurowanym kredensem, w ręku miał niewielką piłkę do cięcia. Dobrze zadbałeś o mój dom – powiedziała Lady E., Ben odwrócił się, nie krygował, nie udawał, znał ten głos, nigdy go nie zapomni. W samym Benie wszystko było jednak niebenowe i nie chodziło li tylko o robótkę pazura czasu, był po prostu inny. Dobrze, że powierzyłam ci dom – wracała uparcie  do tematu, wystawiając dłoń. Powierzyłaś? – dukał zmieszany. Na twarzy Lady E. pojawił się grymas – mogłam go przecież sprzedać, a tak zrobiłam dobry uczynek, wiem jak lubiłeś to miejsce. Lubiłem, tak owszem… tutaj się wychowałem… ale Elisabeth, ty go przecież sprzedałaś, i to byle komu – wyszeptał – Elisabeth, nie pamiętasz? Sprzedałaś go przecież!… Wojny także nie pamiętasz, tego jak…? Lady E.  żeglowała teraz w milczeniu po mlecznych krainach swojej pamięci, powtarzając: nie utoń, tylko nie utoń, nie teraz, jeszcze nie, walcz, broń prawdy, tylko ty znasz prawdę, Ben z twojej krainy musi zostać tym samym Benem, przecież albumy, zdjęcia, tabletki, gimnastyka… To co ty tu robisz? – pytała wciąż jeszcze zaczepnie, myśląc, że ma przewagę. Ben był tak skonsternowany, że właściwie nie chciał odpowiadać, a jednak, mówił wolno i przez łzy: jak mój mały tartak zaczął przynosić dochody, kupiłem pałac na licytacji, wyremontowałem go – wyjaśniał. Widzę, zburzyłeś dwie wieżyczki – powiedziała. Elisabeth, pałac od zawsze miał trzy wieże – odrzekł Ben. Lady E. milczała, zanurzona bardziej w twarzach ze zdjęć niż żywej twarzy Bena. Dla tej kobiety? – zapytała unisono. Ben wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Aaronem. Jakiej kobiety, Elisabeth? Dla tej, którą widziałam tamtego popołudnia w twoich ramionach, córki administratora Bridgesa, w starym domku łowczego, o tam… – kontynuowała. Elisabeth, przecież już ci to wyjaśniałem w listach, nigdy nie odpisywałaś… mój Boże… w starym domku łowczego widziałaś tamtego popołudnia mojego brata… Posiadłość sprzedałaś, przez co mój ojciec stracił pracę… To nieprawda, nieprawda – płakała, ale traciła już wigor i pewność. Tak?, tak zrobiłam?… ja? – pytała bezradnie, wstępując na schody pałacu, po  prawdzie niczego już nie poznawała, jej własne ręce, oddech, głos, wydawały jej się obce. Tymczasem Ben tonął, tonął w odmętach jej pamięci, sama wpychała go w smolistą już, nie mleczną topiel, wolno opadały jego włosy, palce, lędźwie, na końcu twarz, od której mocowania zaczynała każdy dzień, kto zostanie, kto zostanie, kto, jeśli odejdzie znany jej dotychczas Ben… Szum w uszach, miękkie osuwanie się starczego ciała po schodach rodowego gniazda, jak ptasie piórka lądujące na posadzce. Wieżyczki, ryzality, ganki, cofały się resetowały, odmawiały  posłuszeństwa, pamięć zapadała się, pochłaniając wszystkich jej mieszkańców, na końcu uśpionego podstępem cerbera. Ben sam zaniósł wyczerpane ciało Lady E. do limuzyny, wyglądała jak znaleziona na tarasie jaskółka z przetrąconym skrzydłem albo śpiące dziecko u kresu górskiej wyprawy, łagodna i otępiała. Szeptała tylko z uśmiechem Harrogate Mills, Harrogate Mills… i pozdrawiała wszystkich z samochodu… Biedaczka wszystko pomieszała – powiedział na pożegnanie Ben. Ruszyli do Lemmings Wood, teraz bardziej nawet czuli się jak w karawanie, ale nikt się nie zaśmiał. Z łóżka Lady E. nie wychodziła przez trzy dni, parę godzin po przebudzeniu, zaanonsowano w jej sypialni Bena, nie był to jednak Ben z jej pamięci.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko