Wiktor Gołuszko – Geniusz i paryskie reminiscencje

0
110
Ryszard Tomczyk

Artystyczny geniusz można zdefiniować jako umiejętność przejawienia Ducha w materii, jako dar uświęcania materii. W manifeście „Kosmiczna Misja Sztuki” [1] tak pisałem o świadomym swojej roli artyście przyszłości: „Jest on tym, który wynosi doświadczenie mistyczne na pierwszy plan swego istnienia i swoich działań. Oczywiście nie w słownych deklaracjach, lecz jako opokę i podwalinę wszelkiego aktu twórczego. Obudziwszy w sobie uprzednio to szersze, wszechogarniające ja, staje się on alchemikiem, hierofantem, który katalizuje swym dziełem komunię z Duszą. Wzniósłszy się na szczyty samopoznania, potrafi złożyć swe doświadczenie w dzieło sztuki, by mogło ono – jak kuty w doskonałości talizman – służyć transfiguracji tego, który je kontempluje, pozwolić mu odczuć jego szersze, większe, potężniejsze ja”.

Nie użyłem wówczas słowa: geniusz, gdyż zakładam, że genialność artysty przyszłości będzie jego „wyposażeniem standardowym”, normą. Będąca owocem jego twórczości Sztuka stanie się narzędziem edukacji, środkiem wyzwalającym ludzko-boski potencjał. Praktykowana zgodnie ze swoim przeznaczeniem, Sztuka znajdzie się na czele cywilizacyjnej praxis jako katalizator szczytowych stanów świadomości, jako medium pozwalające na dostęp do uczuć wyższych (skalibrował uczucia i przedstawił w swoich publikacjach dr David R. Hawkins [2]). Kontemplowanie Sztuki będzie drogą do osobistej transformacji, z gruntu której w sposób organiczny wyłoni się osadzony w Duchu nowy świat wartości oraz potrzeba życia etycznego.

Nasuwa się pytanie: gdzie znajdujemy się teraz, jakie obecnie jest miejsce sztuki? Uważam, że uległa ona degradacji do rangi chlebo-igrzyskowej rozrywki; stała się kolejnym, przeznaczonym dla konsumentów produktem dekadenckiej, staczającej się w otchłań materializmu cywilizacji. Artyści w galeriach i na scenach albo wypróżniają śmietniki swojej psyche, albo też prezentują rumowiska aseptycznych form wyrosłych z jałowej ziemi intelektu. Trzeba przyznać, że niekiedy tacy schyłkowi kulturyści sztuki potrafią osiągać daleko ponadprzeciętną mechaniczną sprawność, jednakże ich wykonawstwo jest jak ziejąca pustką rama obrazu, forma wyzuta z treści. Atoli życie odwiecznie dąży do pełni i przez zabunkrowaną ekspresję kulturowego status quo przebijają się z coraz większym wigorem kwiaty geniuszu i Piękna – wątek, który podejmowałem nie raz w innych felietonach [1].

Sięga sedna problematyki współczesnej sztuki Eckhart Tolle [3], pisząc: „Ponieważ żyjemy w kulturze bez reszty zdominowanej przez umysł, prawie cała nasza sztuka, architektura, muzyka i literatura – z bardzo nielicznymi wyjątkami – wyprana jest z piękna i z wewnętrznej esencji. Dzieje się tak dlatego, że sami twórcy ani na chwilę nie potrafią się wyzwolić spod władzy umysłu. Nigdy więc nie docierają do tego miejsca we własnym wnętrzu, z którego płynie wszelka prawdziwa twórczość i piękno. Umysł pozostawiony samemu sobie płodzi potwory – nie tylko z rodzaju tych, które trafiają potem do galerii sztuki. Wystarczy spojrzeć na nasze miejskie krajobrazy i wysypiska przemysłowe. Żadna cywilizacja nie stworzyła aż tyle brzydoty.

Twórczość wszystkich prawdziwych artystów – niezależnie od tego, czy oni sami o tym wiedzą – powstaje za stanu, w którym umysł znika, z wewnętrznej nieruchomej ciszy. Dopiero potem umysł nadaje kształt twórczemu impulsowi lub przebłyskowi natchnienia”.

Na szczęście w czasach masowego otępiania rozrywką, asfaltowania trywialnością i miernotą byli i są artyści, którzy niosą przez ciemność pochodnię Ducha. Pozostawili po sobie wiekopomne dzieła, zachowały się też opisy, świadectwa na temat ich interpretacji. O transcendentnym kunszcie wykonawczym Fryderyka Chopina, Franciszka Liszta, Henryka Wieniawskiego, Nicolo Paganiniego, Wacława Niżyńskiego, Rudolfa Nuriejewa, Izadory Duncan, Marii Callas, Sergiusza Rachmaninowa, Fiodora Szalapina, Ignacego Jana Paderewskiego, Vladimira Horowitza krążyły i krążą legendy. Niektórzy z nich byli świadomi swojego duchowego posłannictwa. Na przykład tancerka Isadora Duncan [4] twierdziła, że taniec jest ruchem  wszechświata skoncentrowanym w jednostce. Ciało tancerza było dla niej świetlistą manifestacją Duszy. Ruchowi tanecznemu przypisywała duchowe i boskie znaczenie. Inni – dzielili się po prostu swoim niepowtarzalnym geniuszem.

Poniżej przytaczam kilka takich świadectw w tym moje własne; oprócz ostatniego, które jest w formie wiersza, wszystkie są opisowe. Dla większej czytelności oddzielam poszczególne wypowiedzi linią kropkowaną.

…………………..

Polski kompozytor i pedagog Tadeusz Szeligowski [5] tak pisze o grze wielkiego pianisty Ignacego Jana Paderewskiego:

„Nagle słyszę, że fortepian zmienia dźwięk. Dźwięk ten odmaterializowuje się, przestaje być zabarwiony fortepianowo. Zaczynam rozumieć śmieszność pretensji o jakieś tam ritenuta, czy szczegóły techniczne. Czuję, że w tej chwili dzieją się rzeczy ważniejsze, aniżeli wymagania pianistyki. Czuje wyraźnie, że to nie pianista, to człowiek, który gra: wszystko jedno, co robi na tym fortepianie, bo posiada możność wprowadzenia muzyką słuchacza w ekstazę, w inne rejony, o których się nie da pisać…” 

…………………..

Na koncertach Vladimira Horowitza byłem niejednokrotnie. Pierwszy raz usłyszałem go w paryskim Théâtre des Champs-Élysées w 1985 roku. Wystąpił wtedy po przeszło trzydziestu latach nieobecności na salach koncertowych Europy (wcześniej zawitał jedynie do Londynu). Potem usłyszałem go jeszcze raz w tymże Théâtre i rok później amsterdamskim Concertgebouw. Gdy wszedł na scenę widownia zerwała się i przywitała Artystę huraganowymi oklaskami. Atmosfera na sali, bijąca z ludzkich serc energia była gęsta, niemal namacalna, owacjom nie było końca. Aż zasiadł do fortepianu i usłyszałem ten diamentowy dźwięk – nie z nagrań, a na sali koncertowej. Horowitz potrafił kształtować tkankę dźwiękową jak nikt inny i miał swój dźwięk – unikalny, rozpoznawalny pośród wszystkich. Pod jego palcami fortepian zaczynał brzmieć jak nieznany, pozaziemski instrument, dobywał z niego jakąś drogocenną dźwiękową rudę, majestatyczny klangor złotych dzwonów, zew przestrzeni, który trafiał bezpośrednio do serca, do Duszy, rozmawiał z nią, przypominał o tym, kim w istocie jestem. Słuchanie jego gry było i jest dla mnie doświadczeniem mistycznym, spotkaniem z Nieskończonością, powrotem do Domu.

Słyszałem „na żywo” cały szereg znakomitych pianistów, że wymienię choćby takie nazwiska jak Witold Małcużyński, Krystian Zimerman, Rafał Blechacz, Maurizio Pollini, Rudolf Serkin, Światosław Richter, Martha Argerich, Lazar Berman, Jorge Bolet, Claudio Arrau, Ivo Pogorelich, Arcadi Volodos, Vladimir Aszkenazy, Mitsuko Uchida, Khatia Buniatishvili, Mieczysław Horszowski, Evgeny Kissin, Shura Cherkassky. Wspaniałe, wielkie talenty, fenomenalni muzycy, których uwielbiam słuchać. Jednakże tylko Horowitz potrafi zaledwie kilkoma dotknięciami klawiszy wprowadzić słuchacza w muzykę sfer, w Świat Ognisty.

Maksym Gorki zapewniał (cytuję jego wypowiedź in extenso poniżej), że poszedłby słuchać Szalapina, jeśli ten nawet przez cały wieczór by śpiewał tylko i wyłącznie »Gospodi pomiłuj!«. Zetknąłem się z podobnymi wypowiedziami na temat Horowitza. Wielu by poszło na jego koncert nawet gdyby grał przez cały wieczór wyłącznie gamy. Byłbym na pewno jednym z nich.

…………………..

Brandon Bays w swojej przejmującej autobiografii [6] będącej relacją z jej podróży do uzdrowienia tak przedstawia sylwetkę i sztukę Rudolfa Nuriejewa:

„Mieliśmy bilety do Metropolitan Opera House, gdzie chcieliśmy zobaczyć Rudolfa Nuriejewa w balecie Romeo i Julia. Nuriejew już wtedy był legendą. Znów przydarzyła się chwila, w której czas zadawał się stanąć w miejscu. To było tak, jakby Nuriejew sięgnął do głębi swojej duszy – do geniuszu w czystej postaci. Wyskoczył w powietrze, jego nogi rozwarły się do pełnego szpagatu i wtedy, na jedną chwilę, wydawało się, że wzniósł się jeszcze wyżej – jakby dosłownie płynął w powietrzu. Tym razem również cała publiczność wstrzymała oddech, jeden oddech, jedno serce.

Fale bezinteresownej radości rozlały się po cały teatrze. Tak, jakby w tamtej chwili, gdy Nuriejew dostał się do swojego wewnętrznego geniuszu, ta sama rzecz stała się w każdym z nas, natychmiast się rozpoznała. Nasza własna wielkość wyskoczyła naprzód. Zobaczyliśmy swoje ja niczym w lustrze. Nie da się tego wyjaśnić, ale było to ewidentne, niezaprzeczalne. Każdy doświadczył tego w tym samym czasie. Rozpoznał swoje ja.

Gdy na koniec spektaklu Nuriejew wyszedł się ukłonić, wszyscy po prostu zerwaliśmy się na nogi. Płynęły łzy, a dłonie klaskały, klaskały i klaskały. Nie wiedzieliśmy jak dziękować temu człowiekowi. Wychodził z powrotem na scenę jeszcze przez czterdzieści trzy minuty, w zalewie owacji i wiwatów. Wiem dokładnie, bo przepadła nam rezerwacja w restauracji! Całe dłonie miałam sine, a i tak nie mogłam przestać bić brawa. Byłam tak bardzo wdzięczna za to, że ten mężczyzna dostał się do swojej duszy, a przede wszystkim za to, że przypomniał o geniuszu, który jest wewnątrz mnie”.

…………………..

Nadieżda Salina [7] ewokuje próbę z Fiodorem Szalapinem:

„Nagle na generalnej próbie zdumiał nas wszystkich wykonaniem klątwy w ostatnim akcie. Klątwa ta zawsze brzmiała tęskną, wyszukaną melodią i to, co zrobił Szalapin, było zadziwiające, niepojęte. Jakby z chaosu, z którego powstał świat, wzniósł się wicher poezji, a klątwa zabrzmiała w nim grozą i zuchwalstwem, Szalapin śpiewał, skandując każde słowo w jakimś szalonym tempie, i w miarę jak śpiewał, my wszyscy na scenie zamarliśmy oszołomieni, a orkiestra, wciąż grając, podniosła się jak jeden mąż, patrząc nań ze zdumieniem i zachwytem. Kiedy skończył, uniesieni jednym porywem zaczęliśmy krzyczeć i bić brawo, muzycy tupali nogami i stukali smyczkami o instrumenty, i wszystko to się zlało w szaloną owację, jako dań zachwytu dla jego talentu”.

…………………..

Wspomniany Maksym Gorki [8] pisze w liście do przyjaciela o geniuszu Szalapina:

„Dopóki nie usłyszałem go – nie wierzyłem w jego talent. Ty wiesz – nie cierpię opery, nie rozumiem muzyki. On mnie wcale nie zmusił do zmiany stanowiska, ale pójdę go słuchać, jeśli nawet przez cały wieczór będzie śpiewać tylko jedno »Gospodi pomiłuj!«  Zapewniam cię – on może tak zaśpiewać te słowa, że Bóg niezawodnie je usłyszy jeśli istnieje – i albo natychmiast zmiłuje się nad wszystkim i wszystkimi albo w niwecz obróci całą ziemię – to już zależy od Szaliapina, od tego, co chce włożyć w te dwa słowa”.

…………………..

Sam Fiodor Szalapin [8] o swoim doświadczeniu muzyki wypowiada się następująco:

„Raptem poczułem, że stało się ze mną coś niezwykłego. Wyczułem w tej dziwnej muzyce (Borys Godunow) coś zadziwiająco rodzimego, znanego mi od dawna. Wydawało mi się, że całe moje zahukane, niedorzeczne życie kroczyło właśnie w takt tej oto muzyki, że zawsze mi ona towarzyszyła, żyła we mnie w mojej duszy, a nawet więcej – że ona jest wszędzie, w całym poznanym przeze mnie świecie. Oczywiście określam to tak teraz, ale wówczas wprost poczułem pełne czci zespolenie tęsknoty i radości. Chciało mi się jednocześnie płakać i śmiać. Wtenczas po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że muzyka – to głos duszy wszechświata, jego pieśń bez słów”.

…………………..

W 1998 lub 1999 roku – dziś już dokładnie nie pomnę – dnia 26 listopada leciałem z Paryża do Stambułu. Już będąc w samolocie, przeczytałem bodaj w pokładowym czasopiśmie, iż w 1855 roku, właśnie tego dnia Adam Mickiewicz zmarł w Konstantynopolu – w owym czasie taką nazwę nosiło miasto. Wiedziałem, że tam dokonał żywota, lecz nie znałem dokładnej daty jego śmierci. Odkąd pamiętam odczuwałem zawsze we mnie obecną więź z poetą i, tak jak Chopin czy Norwid, zajmował on w moim sercu miejsce poczesne. Pierwsze kroki na emigracji w Paryżu skierowałem przeto spontanicznie na cmentarz w Montmorency, gdzie obydwaj poeci są pochowani, by złożyć im cześć i podziękować za perły myśli, które pozostawili. Częstokroć też, gdy znajdowałem się w okolicach Place de l’Alma, spędzałem chwile zadumy pod strzelistym pomnikiem Mickiewicza [9], dziełem Antoine Bourdelle’a.

Ta przeczytana w przestworzach wiadomość poruszyła mnie w sposób szczególny, trudny do przełożenia na słowa – tak jakby wieczność złożyła wizytę chwili i sam Mickiewicz ciszą usiadł obok mnie, jak ocean spokoju, jak serdeczny przyjaciel, jak niosący pokrzepienie druh… Tam, wysoko nad Ziemią wszystko wydaje się bardziej eteryczne, jakby zasłona materii nieco się podnosiła i człowiek wnikał w wymiar duchowy, ciągle jeszcze niewidzialny, ale już intensywniej wyczuwalny…

Myślę, że wiersz poety zatytułowany: „Widzenie” jest również rodzajem relacji z doświadczenia komunii z Duchem, z wizyty w przestrzeni jedności, z doświadczenia szczytowego – jakbyśmy to dziś ujęli.

WIDZENIE

Dźwięk mię uderzył… Nagle moje ciało,
Jak ów kwiat polny, otoczony puchem,
Prysło, zerwane anioła podmuchem,
I ziarno duszy nagie pozostało…
I zdaje mi się, żem się nagle zbudził
Ze snu strasznego, co mnie długo trudził.

I jak zbudzony ociera pot z czoła,
Tak ocierałem moje przeszłe czyny,
Które wisiały przy mnie jak łupiny
Wokoło świeżo rozkwitłego zioła.
Ziemia i cały świat, co mię otaczał,
Gdzie dawniej dla mnie tyle było ciemnic,
Tyle zagadek i tyle tajemnic,
I nad któremi jam dawniej rozpaczał:
Już w nim ujrzałem wszystko w głębi, na dnie,
Jak w ciemnej wodzie, na którą blask padnie.
Teraz widziałem całe wielkie morze,
Płynące z środka, jak ze źródła, z Boga.
A w niem rozlana była światłość błoga
I mogłem latać po całym przestworze,
Biegać jak promień przy boskim promieniu
Mądrości bożej; i w dziwnem widzeniu
I światłem byłem i źrenicą razem.
I w pierwszym, jednym rozlałem się błysku,
Nad przyrodzenia całego obrazem:
W każdy punkt moje rzuciłem promienie,
A w środku siebie, jakoby w ognisku,
Czułem od razu całe przyrodzenie.
Stałem się osią w nieskończonem kole:
Sam nieruchomy, czułem jego ruchy;
Byłem w pierwotnych żywiołów żywiole,
W miejscu, skąd wszystkie rozchodzą się duchy
Świat ruszające, same nieruchome,
Jako promienie, co ze środka słońca
Leją potoki blasku i gorąca,
A słońce w środku stoi niewidome.
I byłem razem na okręgu koła,
Które się wiecznie rozszerza bez końca
I nigdy bóstwa ogarnąć nie zdoła.
I dusza moja, krąg napełniająca,

Czułem, że wiecznie będzie się rozżarzać,
I wiecznie będzie ognia jej przybywać;
Będzie się wiecznie rozwijać, rozpływać,
Rosnąć, rozjaśniać, rozlewać się, stwarzać,
I coraz mocniej kochać swe stworzenie
I tem powiększać coraz swe zbawienie.

Przeszedłem ludzkie ciała, jak przebiega
Promień przez wodę, ale nie przylega
Do żadnej kropli: wszystkie nawskroś zmaca
I wiecznie czysty przybywa i wraca,
I uczy wodę, skąd się światło leje,
I słońcu mówi, co się w wodzie dzieje.

Stały otworem ludzkich serc podwoje.
Patrzyłem w czaszki, jak alchemik w słoje.
Widziałem, jakie człek żądze zapalał,
Jakie i kiedy myśli sobie nalał,
Jakie lekarstwa, jakie trucizn wary
Gotował skrycie. A dokoła stali
Duchowie czarni, aniołowie biali,
Nieprzyjaciele i obrońcy duszni,
Skrzydłami studząc albo niecąc żary,
Śmiejąc się, płacząc, a zawsze posłuszni
Temu, którego trzymali w objęciu,
Jak jest posłuszna piastunka dziecięciu,
Które jej ojciec, pan wielki, poruczy,
Choć ta na dobre, a ta na złe uczy.
…………………………………….

Moim zdaniem tego typu świadectwa są bezcenną informacją źródłową, pozwalającą głębiej uprzytomnić sobie fundamentalne miejsce Sztuki, jej rolę w poszerzaniu świadomości, w wydobywaniu z nas wrodzonego geniuszu i pełni Człowieczeństwa.
Wrocław, październik 2022
…………………………………………………………………………..
[1] Wiktor Gołuszko, Klucze Suwerenności
[2] David R. Hawkins, Przekraczanie poziomów świadomości
…………………………………………………………………………..
Dr Hawkins skalibrował stany świadomości w sposób następujący:
Wstyd, upokorzenie – 20
Poczucie winy, obwinianie – 30
Rozpacz, apatia – 50
Żal, cierpienie, smutek – 75
Strach, lęk – 100
Gniew, nienawiść – 150
…………………………………….
Wiara, zaufanie – 250
Optymizm, ochota – 310
Przebaczenie, akceptacja – 350
Miłość, cześć – 500
Radość, zachwyt, pogoda ducha – 540
Błogość, szczęście, pokój – 600
Oświecenie, niewysłowione – od 700 do 1000
…………………………………………………………………………..
[3] Eckhart Tolle, Potęga Teraźniejszości
[4] Isadora Duncan, Moje życie
[5] Materiał znaleziony w sieci, przypuszczam pochodzący ze „Studiów i wspomnień” Szeligowskiego.
[6] Brandon Bays, The Journey (w polskim wydaniu zachowano ten angielski tytuł)
[7] Надежда Васильевна Салина, Н.В. Жизнь и сцена, 1941
[8] Fiodor Szalapin,Wspomnienia z mojego życia
[9] Wikipedia, Monument d’Adam Mickiewicz


Wiktor Gołuszko jest poetą, pisarzem, publicystą, kompozytorem, prelegentem, blogerem (Blog Wiktora Go). Wydał tomik prozy: “Ulisses” oraz zbiór felietonów: “Klucze Suwerenności”. Publikował w następujących czasopismach literackich i społeczno-kulturalnych: „Zeszyty Literackie”, „Nieregularne Pismo Kulturalne Kwartalnik”, „Neurokultura”, „Magazyn Literacki Minotauryda”, „Eprawda”, „Wakat”, “Obszary przepisane”, “Helikopter”, “Krytyka Literacka”, “Afront”, “Magazyn Twórczy POLSKA CANADA”. Jego wiersz: “Ostatnia Wieczerza” wszedł w skład antologii poezji polskiej poświęconej Beethovenowi, która znalazła się w biografii kompozytora zatytułowanej: “Beethoven – Próba Portretu Duchowego”. Obecnie artysta pracuje nad realizacją swojego misterium: “Hieros Gamos, czyli Święte Gody” – sztuki z pogranicza poezji i teatru, do której skomponował również muzykę.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko