Paweł Jaszczuk – DREWNIANY RÓŻANIEC

0
160

Wojciechowi Altmajerowi

Andrzej Derc żył od urodzenia w starym poniemieckim domu, który wciąż wymagał remontów. Latem wymienił dachówkę, wstawił nowe okna od frontu oraz pomalował drzwi wejściowe, a teraz przyszła kolej na prace wewnątrz. W środę po porannej kawie naszła go ochota, by zrobić to, co odkładał od kilku tygodni. Odsunął metalowe łóżko oraz stół i zabrał się za naprawę desek podłogowych, które zapadły się w sypialni pod oknem.

   To była stara sosnowa podłoga z widocznymi szparami zbierającymi kurz. Już dawno zamierzał ją zreperować, ale zawsze znajdował coś ważniejszego do roboty. Zastanawiał się, co jest przyczyną zapadnięcia się desek pod oknem. Spróchniałe legary, a może woda, która wniknęła przez podmurówkę kamienną po wiosennych roztopach? To byłoby prawdziwe nieszczęście.

   Przyniósł narzędzia ze składziku, rozłożył je na podłodze i uklęknął. Z wyczuciem podważył pierwszy gwóźdź stępionym dłutem, a potem schwycił żelazną łapkę i wyrwał go, słysząc jęk, jaki wydaje zwierzę, próbujące walczyć o swoje życie. Z drugim i trzecim gwoździem poszło mu łatwiej. Zajęty usuwaniem desek przypomniał sobie dawną właścicielkę tego domu, Helgę Thomaszewską, która czterdzieści lat po wojnie przyjechała z Niemiec obejrzeć swoją starą posiadłość. Zaproponował jej nocleg właśnie w tym pokoju, ale stara Warmiaczka wzbraniała się i powiedziała, że nigdy nie będzie w nim spać. Kiedy zapytał dlaczego, w jej szarych, zapadniętych oczach pojawiły się łzy.

   Thomaszewska była wdową. Jej mąż Hans, który parał się stolarką, zginął śmiercią żołnierza w bitwie na Łuku Kurskim, za co został odznaczony pośmiertnie krzyżem żelaznym. Posiwiała i chuda Helga, opowiadała, że Hans był zawsze pierwszy do roboty i chyba do śmierci też. Swoje wspomnienia snuła, przysiadując na drewnianej ławeczce niedaleko świerka, którego sama za młodu posadziła. Powtarzała, że to przez nią jej córka, Irma, nie żyje. To była jej ukochana córeczka, której podarowała swój różaniec otrzymany od swojej babki, mający ochronić od zła wszelkiego.

   Helga twierdziła, że wystarczy żarliwie odmawiać modlitwy, by otrzymać łaskę pańską. To ona wbiła do głowy małej, że Matka Boska będzie nad nią czuwać w chwilach próby, lecz kiedy „to” się stało, miała do siebie ogromny żal, ale jeszcze większy do Pana Boga, że pozwolił odebrać jej jedyny skarb. A może Irma sama była sobie winna, że zabarykadowała się w pokoju z tym rudym Francuzem, który smalił do niej cholewki? Helga opowiadała jeszcze, że chciała się rudzielca pozbyć, ale się zawahała, a przecież wystarczyłoby szepnąć słowo któremuś żandarmowi, kwaterującemu w Wuttrienen[1], że francuski wiezień przysłany na roboty do Tysiącletniej Rzeszy bałamuci jej córkę i byłoby po sprawie. Postawiliby go pod ścianą albo powiesili na gałęzi i może to, co miało się później zdarzyć, nigdy by się nie zdarzyło.

   Przypominając sobie tragiczną opowieść Helgi, Andrzej Derc wyrwał z podłogi ostatniego gwoździa i zdjął zapadnięte deski. Śladów wody nie dostrzegł, co go ucieszyło, ale poczuł charaktersytyczną woń i splunął ze wstrętem na widok szczurzych bobków, wyglądających jak przypalona, rozsypana kasza. Teraz nie miał już żadnych wątpliwości, że winne defektu podłogi były gryzonie, które się pod nią zagnieździły. Czasem w nocy słyszał dobiegające z tego pokoju skrobania i piski. Próbował walczyć z niechcianymi lokatorami, lecz były zbyt inteligentne, by dać się złapać w pułapkę, którą ustawiał przy szafie i, tym bardziej, nie miały ochoty na trutkę, jaką wykładał im w przedpokoju za kredensem. Nawet łowny kot Jowisz nie mógł sobie z nimi poradzić, tyle ich było.

   Mężczyzna z zainteresowaniem oglądał szczurze gniazdo. Dostrzegł poszatkowane gazety niemieckie z czasów wojny, nadgryzioną siódemkę trefl, która wpadła komuś między szpary w podłodze oraz igłę do maszyny Singer, jaka zachowała się w idealnym stanie, i na której robił czasem poprawki swojej garderoby.

   Derc chciał wypoziomować legary, ale zauważył coś jeszcze pod samym oknem, coś, co go zastanowiło – zakurzony, drewniany różaniec. Być może ten sam, o którym wspominała mu Thomaszewska. Zaciekawiony schował igłę do blaszanego pudełka z narzędziami, a różaniec podniósł pod światło, by mu się przyjrzeć.

   To był zwyczajny drewniany różaniec ze śladami wytarcia od rozmodlonych palców, do którego była przymocowana tandetna, jeśli można tak w ogóle powiedzieć, Matka Boska na zardzewiałym medaliku. Na koralikach powiązanych szarą nicią widać było w kilku miejscach rdzawe plamki. Mógł to być zaciek po wylanej kawie, woda z doniczki albo, równie dobrze, czyjaś krew. Brzydził się trochę pokrytego kurzem znaleziska, jakby czuł, że to pamiątka po kimś, której on, obcy, nie powinien nigdy dotykać.

   Był zdziwiony, że przy różańcu nie ma krzyżyka. Zajrzał głębiej między legary. Poświęcił latarką, ale krucyfiksu nie znalazł. Początkowo chciał wyrzucić znalezisko do śmietnika, lecz w końcu zostawił je na parapecie obok wyschniętej paprotki i zajął się naprawą legarów. Jednak coś nie dawało mu spokoju. Odłożył piłę i ponownie wziął do ręki koraliki, próbując sobie przypomnieć modlitwy zapamiętane w dzieciństwie.

   Kiedyś z babcią Malwiną, która sprowadziła się na Warmię spod Wilna, chodził do kościoła do odległych o pięć kilometrów Butryn. Odmawiali razem Ojcze nasz na dużych paciorkach, potem chwałę Ojcu na końcu każdej dziesiątki, zaś na małych paciorkach Zdrowaś Mario. Na zakończenie, przy krzyżyku recytowali Wierzę w Boga Ojca. Tak uczyła go babcia Malwina, której ręce i fartuch pachniały ziołami oraz czosnkiem. Babka odmawiała modlitwy mechanicznie, jakby wpadała w trans i przekraczała niewidzialną granicę, za którą widać już było skrawek upragnionego nieba. Trzymała różaniec przy wąskich ustach i czule go całowała. Chyba wtedy zwyczajny świat – z dziadkiem Michałem, gdaczącymi kurami oraz łaciatą krową Adelą, która została nad Wilią – dla niej nie istniał.

   Derc odłożył znalezisko na etażerkę i zabrał się do roboty. Do południa wyregulował legary i przybił ostatnią deskę. Następnie zamiótł podłogę i przesunął łóżko oraz stół na poprzednie miejsce i wtedy, gdy planował usmażyć sobie jajecznicę z czterech jajek na boczku, na którą niewątpliwie zasłużył, usłyszał znajomy dźwięk terenówki. To przyjechała Łucja, z którą wiązał plany na przyszłość, i o której mówił „moja pani”.

   Łucja, starsza od niego o trzy lata tleniona blondynka ze śladami dawnej urody, przyjechała z Warszawy bez zawiadomienia, jak to miała w zwyczaju, gdyż uważała, że ktoś taki jak ona ma swoje prawa i nie musi swojego przejazdu telefonicznie anonsować. Andrzej lubił ją za to, a może bardziej doceniał, niż lubił. Ona jedna ze znanych mu dotychczas kobiet nie zadawała mu pytań o przeszłość i brała go takim, jakim był. Miał za sobą rozwód, pijaństwo, zatargi z sąsiadami. Nie był więc grzecznym facetem i nie chciał za takiego na siłę uchodzić. Dlatego, na zasadzie niepisanego porozumienia, starał się również zostawić jej przeszłość w spokoju, uważając, że przyjdzie jeszcze na to kiedyś czas. Poza tym nie był już młodzieniaszkiem. Broda, którą zapuścił, z siwymi odrostami, bardziej go postarzała, niż dodawała uroku. Do tego lekko się garbił, ale wciąż czuł siłę w swoich rękach i potrafił przejść kilkanaście kilometrów po lesie bez zadyszki. Intrygowała go złożoność psychiki Łucji. Szanował jej zdanie i dociekliwość, jaką dawała poznać w swoich ciętych felietonach publikowanych w „Wyborczej”. Co miał jej do zaoferowania w zamian? Wspaniałą bibliotekę, kolekcję obrazów, zebrane przez lata artefakty, to jasne, ale jeszcze coś o wiele ważniejszego: plejadę artystów, naukowców, skupionych wokół niego, którzy przyjeżdżali do jego domu regularnie w każdą pierwszą sobotę miesiąca, by przekazać dobrą energię. Był swoistym kaduceuszem, a może zaczynem czegoś, co mogło spotęgować proces twórczy oraz dać schronienie niezależnym ideom i wszelkim tradycjom, które goście składali w jego starym warmińskim domu, jak na ołtarzu sztuki.

   Tergo dnia Andrzej Derc cieszył się, że zdążył naprawić podłogę w sypialni. Wierzył, że po miesięcznym rozstaniu, przekona Łucję, by wyprowadziła się ze stolicy i zamieszkała razem z nim na wsi, gdzie znalazłaby wytchnienie od stresującej pracy w redakcji, w której, jak dowcipkowała, ambicje zjadają dziennikarski światek, niczym ona smakowitą bezę z kremem orzechowym.
   Na widok potencjalnej życiowej partnerki Andrzej otrzepał ubranie, wymył ręce pod zlewem i wyszedł się przywitać. Był dobrej myśli. Spróbował objąć Łucję, ale się wyślizgnęła. Niezrażony schwycił jej neseser i zaniósł do pokoju sypialnego, lecz Łucja okazała demonstracyjnie niechęć. Nalegała, by odstąpił jej swój pokój, gdyż w tym, który jej zaproponował, czuła się nieswojo. Mówiła, że nigdy nie lubiła pokoju z oknem wychodzącym na stary sad i dwa zmurszałe krzyże, stojące obok przekrzywionej gruszy, ale po jego argumentach, że specjalnie dla niej wyremontował podłogę, w końcu się zgodziła.

   Kolację zjedli w salonie przy zapalonym kominku. Nie rozmawiali zbyt wiele, gdyż „jego pani” była zbyt zmęczona podróżą. Skarżyła się, że stała w korkach na przebudowywanej drodze, że jazda krętą trasą, pełną tirów była ponad jej siły. Nie miała ochoty na jedzenie. Skubnęła tylko sielawę, którą kupił od rybaków i uwędził w domowej wędzarni, ugryzła pomidora z jego ogródka i przełknęła kilka łyków herbaty. Powtarzała, że oczy same jej się kleją i że marzy tylko, by przyłożyć głowę do poduszki.

   Kiedy wyszła z łazienki, Andrzej odprowadził ją do sypialni. Łucja rozejrzała się, ziewając szeroko. Pierwszą rzeczą, na którą zwróciła uwagę, wcale nie była wyremontowana podłoga, lecz drewniany różaniec, leżący na etażerce. Nie zdążył go schować i to był jego błąd. Kiedy rzuciła mu pytające spojrzenie, powiedział o znalezisku, które należało do poprzedniej właścicielki domu i to, co od niej słyszał.
   – Helga opowiedziała mi pewną historię, związaną z tą pamiątką – zaczął.

   – Jaką?

   – To dłuższa opowieść,

   – Nie lubię jak zaczynasz i nie kończysz! – zrugała go.

   – Dobrze więc – poprawił się. – Opowiedziała mi, że pod koniec stycznia czterdziestego piątego, w poniedziałek około południa dostrzegła przez okno w kuchni dwie skulone postaci biegnące po zamarzniętym jeziorze w stronę jej domu. Kilkaset metrów dalej kilkanaście sylwetek z bronią posuwało się szybko tyralierą w kierunku trzech domów stojących za murowaną kapliczką na rozstaju dróg. Za piechotą jechały czołgi i ciężarówki. To byli Sowieci. Pomyślała, że teraz wszystko jest w rękach Boga.

   – Żałosne. Jak długo ludzie będą wierzyć w takie bzdury? – podsumowała kąśliwie, szykując się do snu.

   Derc, choć go korciło, powstrzymał się z odpowiedzią. Patrzył w milczeniu, jak ściąga przy nim spódnicę, biustonosz oraz majtki, i naga wkłada nocną koszulę. Kiedy położyła się do łóżka i przykryła kołdrą, dalej ciągnął usłyszaną opowieść.

   – Helga mówiła, że gdy weszli Ruscy, na ucieczkę było za późno, że przeżegnała się i kazała córce Irmie oraz Danielowi, pracownikowi przymusowemu z Francji, zabarykadować się w sypialni i nikomu nie otwierać, gdyby nie wiem, co się działo. Rozczochrała włosy, posmarowała policzki sadzą z komina, a potem wyjęła z piekarnika jeszcze ciepły chleb, a z komody butelkę wódki i czekała na pobieditieli proklatoj Germanii.

   – Co było dalej? – zapytała Łucja, ziewając.

   – Wkrótce miała u siebie dwóch sołdatów. Zmarzniętych, śmierdzących machorką i zarośniętych. Gapili się na nią, jakby miała się na nich rzucić i udusić gołymi rękami. Już w sieni poczuli zapach świeżego chleba, który upiekła. Więc, żeby odwrócić ich uwagę, dała im jeszcze ciepły bochenek i zaprosiła do kuchni, mówiąc kommen, kommen, ale żołnierze, którym dopiero sypał się wąs, chociaż głodni, zgodnie z rozkazem sprawdzili jej dom od piwnicy aż po strych. Nic podejrzanego nie znaleźli. Kazali na koniec otworzyć jeszcze pokój sypialny, ale ona przysięgała, że nic tam ciekawego nie ma. Wyciągnęła jeszcze jedną butelkę wódki, żeby się napili i właśnie wtedy zrobili się podejrzliwi. Helga skłamała, że nie ma klucza, że jej mąż pojechał do miasta i że zabrał go ze sobą. Wtedy jeden z nich, który nazywał się Wasia uderzył ją kolbą w brzuch, aż potoczyła się do sieni i wyrżnęła głową o framugę. Drugi krasnoarmiejec kopał do drzwi sypialni, ale były czymś zastawione, więc obaj naparli na nie. Kiedy zamek ustąpił, Helga dostrzegła przez szparę w drzwiach nóż do bicia świni, a potem głowę Daniela, jej parobka pochodzącego z Francji. Żołnierze się nie patyczkowali. Wasia posłał do środka serię z automatu, a wtedy zraniony robotnik zaczął do nich krzyczeć: Je suis un ami, ne tuez pas![2], sądząc, że może to go uratuje. Ruscy nie chcieli jednak ustąpić, a Helga nie mogła nic zrobić, tylko się przyglądać, leżąc w sieni zalana krwią i ze złamaną ręką. Wiedziała, że jeśli wejdą do pokoju, to będzie koniec dla wszystkich. Koniec jej córki, Irmy, oraz Daniela. Koniec jej samej.

   Francuz okazał się naiwnym bohaterem. Zasłaniał jej córkę swoim ciałem i wrzeszczał: Laisse-la tranquille!Laisse-la tranquille![3], więc dostał od drugiego sołdata bagnetem pod pachę i było po sprawie.

   Helga opowiadała, że gdy się podczołgała do otwartych drzwi, rudzielec leżał przy piecu z roztrzaskaną głową, a z rany pod pachą sączyła się krew. Irma stała w kącie blada i trzęsła się ze strachu. Recytowała modlitwę, trzymając w palcach drewniany różaniec. Przez jakiś czas sołdaty naradzali się, co z nią robić. Raptem, jak zmówieni, złapali ją pod ręce i rzucili na stół. Darła się i opierała. Helga również krzyczała, ale jej nie słuchali, tylko jeszcze kazali jej patrzeć na to, co robią. Kiedy było po wszystkim, potraktowali Irmę tak jak chłopaka i wyrzucili przez okno do sadu, na głęboki śnieg. Helga widziała, jak Wasia wdeptał butem różaniec leżący na podłodze między deski podłogi. Śmiali się. Wypili butelkę wódki i zabrali barometr, stojący na szafce, sądząc, że to zegarek. Wtedy skorzystała z okazji i uciekła z domu, a oni puścili za nią serię i pognali do swoich. Helga opowiadała jeszcze, że następnego dnia w nocy wróciła do domu i pochowała córkę oraz Daniela w ogrodzie. Mówiła, że ile razy przypomniała sobie tamtą tragedię, zawsze się pytała Pana Boga, dlaczego ją to spotkało.

   Andrzej nie dokończył opowieści Helgi, bo „jego pani” już spała. On też zmęczony całym dniem udał się do swego łóżka na spoczynek.

*

W nocy obudził go krzyk dobiegający z sypialni. Wydawało mu się, że to zły sen, ale to była jawa. Głos wydobywający się z kobiecego gardła był tak przeraźliwy, że Andrzej nie wiedział, co się dzieje. Zerwał się z łóżka i ruszył pędem do sypialni Łucji. Otworzył drzwi. Światło nocnej lampki oświetlało pokój. Łucja leżała skurczona na łóżku i cała dygotała. Przysiadł w jej nogach, ale patrzyła na niego, jakby go nie poznawała. Spróbował ją przytulić, lecz odepchnęła go ze złością.

   – Dlaczego krzyczysz? – Zapytał, jak umiał łagodnie. – Jestem przy tobie. Nic ci, Łucjo, nie grozi.
   – To nie ja krzyczałam! – odpowiedziała, odwracając głowę, by go nie widzieć. – To ona.
    – Jaka ona? O kim ty mówisz?
    – Dobrze wiesz, nie udawaj! – dodała ze złością. – Ta, o której opowiadałeś mi wczoraj przed zaśnięciem. 
   Zmroziły go słowa Łucji. Najwyraźniej była w szoku. Uciekała wzrokiem po ścianach. Wczoraj zmęczona podróżą poszła spać zaraz po kolacji. Niepotrzebnie opowiedział jej przed snem usłyszaną od Helgi historię.
   – Powiedz, co się stało – poprosił spokojnie. – Co ci się śniło, kochanie?
   Łucja przełknęła ślinę.
    – To nie był sen, Andrzeju. Widziałam ją naprawdę – wyszeptała, jakby się bała, że ktoś może ją usłyszeć.
    – Kogo?
    – Widziałam ją, tę dziewczynę, która kiedyś mieszkała w tym pokoju, zanim ją, no wiesz…
   – Irmę?
   Łucja skinęła głową.
   – Poczułam ciężar na swoich nogach i wtedy się obudziłam. Myślałam, że to ty przyszedłeś do mnie, ale to była ona. Siedziała w moich nogach i trzymała w rękach różaniec.
   – Wiesz dobrze, że to niemożliwe – wyszeptał. – To tylko zły sen. Byłaś zmęczona podróżą. Przepraszam, że opowiedziałem ci tę historię. Zapewniam cię, że nikogo prócz nas w tym domu nie ma.
   Mówiąc to, nie był pewien swoich słów. Sam wiele razy słyszał czyjeś kroki dobiegające z tego pokoju i szept, jakby ukryta za niewidzialną zasłoną osoba odmawiała modlitwę. Przyzwyczaił się do tego. Może nawet polubił tę, niewytłumaczalną, czyjąś obecność. Przypomniał sobie o różańcu, znalezionym poprzedniego dnia pod podłogą i rozejrzał się nerwowo. Pamiętał, że położył go na etażerce. Wstał, by go zabrać, ale na starym regale nie zauważył go. Na stole również go nie było.
   – Czego szukasz?
   – Różańca. Nie widziałaś go?

   – Ja go nie ruszałam.
   – Położyłem go wczoraj na etażerce, ale tam go nie ma. Dziwne.
 Nie dokończył, zaaferowany, gdyż w kącie pokoju, przy piecu dostrzegł kilka rozsypanych paciorków.
   – Oszalałeś? – Łucja nie przebierała w słowach. – Ja się dla ciebie nie liczę?
   Nie reagował. Znalazł rozerwany różaniec na podłodze pod stołem. Odchylił lniany obrus, wszedł na czworakach pod blat i zaczął zapamiętale zbierać rozsypane, drewniane koraliki.

   Wiedział, że rano „jego pani” wyjedzie i nigdy już do niego nie wróci.


[1] miejscowość niedaleko Olsztyna, obecna nazwa Butryny

[2] Jestem przyjacielem, nie zabijajcie! Fr.

[3] Zostawcie ją w spokoju! Zostawcie ją w spokoju! Fr.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko