Aleksandra Sołtysiak – wiersze

0
135
Aleksandra Sołtysiak. Zdjęcie z Archiwum Autorki


DUSZA

Pełna oddania
potokiem ciszy
skrzydła rozprowadza

Znak z głębi kontinuum…

na przecięciu przestrzeni
westchnienia słabości

unosi wieko prawdy
w godzinie głodu

wyostrzona w błysku
aż po wyżyny galerii

wszechświata


* * *

Siadła na latawcu
w drodze
towarzyszka prostoty
puls aktów

DUSZA

szybuje wyżej
ponad gładkością morza

… mów do mnie jeszcze
w tej stanowczej chwili
mów…

Światłość latarnią źródła
zmierza do pełni


CREDO

Wyobraźnia zawodzi niesytością

W środku materii linie graniczne

źródła przebudzenia

Wewnątrz misterium życia ruch

Sprzeciw wyrósł ze stopni próby

Morze Martwe ujściem łez

Nieokreśloność Ciebie – Słowo

Poza czasem

Poza schematami myślenia

Nie pobrzmiewa requiem na

Paschę
 

“Do niedawna”


Skurczył się przytulny świat piękna

Gwiazda przywdziała szlafrok

Odeszła aureola z motylami

Prowokuje kurczak w puszce

Idylla opróżniona

Wylała czerń z domysłów na pokaz 

Na szczycie biała gorączka


PAMIĘCI MĘCZENNIKA

Syk zjadliwych języków
siewcą strachu

ostatnia kropla Twojego potu
przelała czarę goryczy

charczące oddechy
w półmroku

smugi  krwi przecięły
linię horyzontu

stuła gwałtownie falowała
na wietrze

na ostatek zawisła
na drzewie sumienia

aureola uwita z cierni
na wargach Twe imię

spojrzeniem pełnym łagodności
dodajesz nam zapału
do upominania się

o sprawiedliwość


Onemu

Nie musiałeś sięgać po kamerton,
wiatr o brzasku smagał łzy poranka, 
o latarnie brzękał.
Wyrwany ze snu chłodnej glorii,
biłeś jeszcze pianę dreszczy w uścisku
dwóch towarzyszek: rozpusty i śmierci.
Obydwie usłużne, obydwie nienasycone.
Skarżąc się pochwyconemu jakiemuś Ikarowi
na byt człowieczy, zapomniałeś o wszczepionych
czarnych cyprysach.


* * *

Tama jego fal napuszonych 
większych niż w jej ustach ziarna wody,
zatrzasnęły bramy morza namiętności.
Uścisk okrzykiem słońca  zauroczonego
pejzażem barwionym pocałunkami.
U schyłku dnia milkną wargi, snem
oddycha ziemia niczym zalotnik
rozkładający szeroko ramiona.
W zmienności dni poszukiwane
milczenie sensu – sens milczenia.


Szkic mistrza

Którędy przywołasz mnie do siebie?
Odległe rozwidnienie, oddech spija chłód natury.
Błądzę zawieszony pomiędzy jawą i snem.
I z nagiego ciała chciałbym wydobyć
wszechobecną kruchość.
Ech! Wadziłaś się  z Kupidynem o czarę dionizyjską
wśród gwiazd.
Teraz przy pierwszym ocknięciu dociągam linie
szkicu do końca.

A ty mamisz zaklęta!


* * *
 
Splatał kosmyki szeptów
po odejściu na drugi krąg.
Odurzony grą powidoku,
nie czuł ucieczki serca.

W rozmyślaniu o istnieniu 
nie potrzebował kolorytu,
punktem zwrotnym doniosłości
była ta jedyna.

Nieświadomi jedności aury
przyciągali swe odbicia
ponaglani na przemian
mistyką gestów.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko