Franciszek Czekierda – ADAMA MICKIEWICZA CZUŁA ZNAJOMOŚĆ Z JOANNĄ ZALESKĄ I ROMANS Z KAROLINĄ SOBAŃSKĄ

0
65


Skazani na zesłanie Adam Mickiewicz, Franciszek Malewski i Józef Jeżowski, wyruszyli z Wilna 25 października 1824 roku. Po dwudziestu sześciu dniach podróży przybyli do Petersburga. Miasto zrobiło przytłaczające wrażenie na poecie, który na Litwie żył i przebywał w wiejskich dworkach otoczonych lasami, blisko rzek i jezior. Swoją niechęć do stolicy imperium rosyjskiego przedstawił sugestywnie w wierszu Petersburg wchodzącym w skład III części Dziadów. Trzej filomaci szybko nawiązali kontakt ze spiskującymi przeciw carowi pisarzami: Aleksandrem Bestużewem i Konradem Rylejewem. U Bestużewa spędzili noc sylwestrową. Wzorem dla spiskowców były ideały rewolucji francuskiej z 1789 roku oraz Konstytucja 3 maja i wielcy Polacy, jak Kościuszko, Kołłątaj, Małachowski, czy Niemcewicz, o czym w liście pisał Rylejew do tego ostatniego (Rylejew przełożył na rosyjski balladę Lilie).
Mickiewicz i Malewski zostali skierowani przez władze do pracy w Liceum Richelieu w Odessie. Z Petersburga wyjechali saniami w mroźną zimę 1825 roku. Poeta miał z sobą list polecający od wspomnianych Rosjan do dekabrysty Wasyla Tumańskiego, który obracał się w najwyższych kręgach odeskiej socjety (był krewnym ministra spraw wewnętrznych Wiktora Koczubeja). Na początku lutego stawili się w Kijowie. W tym czasie odbywały się w mieście słynne jarmarki zwane kontraktami, na których można było nabyć ekskluzywne towary niedostępne w innych regionach kraju.
Wieszcz, którego sława już wcześniej dotarła do Rosji, był zapraszany przez arystokratów. Najpierw zaprosił go Herman Hołowiński do swojej posiadłości w Steblowie, w powiecie kaniowskim, bawiąc u niego kilka dni. W imionniku jego żony, Emilii, wpisał wiersz Podróżni, którego pierwsze wersy brzmią następująco:

Błądzącym wśród ciasnego dni naszych przestworza
Życie jest wąską ścieżką łączącą dwa morza –
Wszyscy z przepaści mglistej w przepaść lecim mroczną.

Następnie poeta został zaproszony przez Bonawenturę Zaleskiego do swojego dworu w Pustowarówce niedaleko Kijowa. Jego żoną była Joanna z domu Rybicka (nie znana jest data jej urodzenia, ani śmierci). Zalescy mieszkali również w Odessie w piętrowym domu, gdzie prowadzili salon towarzyski. Tu wieszcz znowu mógł spotykać się z panią Bonawenturową. Musiała być interesującą kobietą, skoro w 1820 roku Włoch, niejaki Antonio Montuocci, wpisał do jej sztambucha wiersz o zefirze znad Cejlonu wydzielającym słodki zapach w jej głosie, anielskim sercu i spojrzeniu. Jednak jej uroda nie przypadła Mickiewiczowi do gustu; w liście do Cypriana Daszkiewicza stwierdził, że podobała mu się „więcej z charakteru i rozumu, bo wcale niepiękna”.
Pewnego kwietniowego popołudnia 1825 roku pani Zaleska, Mickiewicz i Malewski, pijąc dobrą włoską kawę, przeglądali jej sztambuch oprawiony w safianową skórę. W pewnej chwili natrafili na stronicę z wierszem Montoucciego.
– Zefir cosi da Ceilon spira soave odore / Alla tua voce sim ile, e un angelico cuore – Mickiewicz zaczął czytać na głos, po czym szeptem szybko dokończył dalszych sześć strof wiersza. – Całkiem składny, bez ciężkości i wymusu – stwierdził z uznaniem.
– To jeden z moich ulubionych wpisów – Joanna rzekła zadowolona.
– Suponuję, że Italiańczyk podkochiwał się w waćpani – Mickiewicz rzucił ryzykowne stwierdzenie, uśmiechając się życzliwie.
– Być może tak, być może nie… – odrzekła tajemniczo i kokieteryjnie błysnęła oczkami.
– To dzięki niemu pijemy tę kawianą ambrozję? – Malewski był dociekliwy. – W kredensie widziałem paczkę z Florencji.
– Ciekawość to pierwszy stopień do piekła – odparła zniecierpliwionym głosem.
Adam, któremu zależało na sympatycznej rozmowie z panią domu, zirytował się wścibstwem przyjaciela.
– Franciszku! – zgromił go.
Malewski strapił się powstałą sytuacją. „Adamowi można więcej, mnie nie” – pomyślał skonfundowany. Wstał z sofy i ukłonił się przepraszająco pani domu.
– Waćpani pozwoli, że oddalę się do pokoju obok. Nie przeszkadzając nikomu, wpiszę coś do imionnika.
– Świetny koncept – Adam pochwalił przyjaciela.
Pani Joanna wręczyła mu album. Malewski oddalił się do sąsiedniego pokoju. Usiadł przy sekretarzyku i długo ślęczał nad czystą kartą sztambucha.
Tymczasem poeta i Joanna prowadzili pogawędkę. Pani Zaleska rozpływała się nad wierszami Mickiewicza. Pragnęła zdobyć jego sympatię. Jednak poeta czuł, że z tej mąki chleba nie będzie. Był uprzejmy, ale wstrzemięźliwy w słowach i gestach. Malewskiego długo nie było.
– Męczy się, biedaczyna, nad wpisem – Adam zażartował, spoglądając na drzwi pokoju, w którym przebywał filomata.
– Dufam, że i ty, panie Adamie, zostawisz w imionniku jakoweś memoriam ingressum.
– Natchnioną podnietę dał mi już signor Antonio pisząc o anielskim sercu waszmościny.
– Będę zaszczycona, jeśli owa podnieta skropli się na papierze.
Mickiewicz zamyślił się chwilę, po czym rzekł energicznie, niemal rozkazująco:
– Zasiądź, pani Joanno, do klawikordu. Wydobądź, proszę, kilka zgrabnych nutek do słów, które splotę z niemi, sunąc chyżo barką przeciw falom i wichrom.
Zaleska usiadła przy klawiaturze. Zagrała kilka taktów, by rozruszać palce. Mickiewicz przymknął powieki, na twarzy pojawiło się skupienie. Oparł się mocno na krześle, po czym zaczął śpiewnie recytować. Joanna akompaniowała mu niepełnymi akordami w neutralnym nastroju, nie zagłuszając czystego, choć nie mocnego głosu poety.

Ilekroć ujrzysz, jak zhukana fala
Po głębiach barką przerzuca tułaczą:
Niech się anielskie serce nie użala
Nad płynącego trwogą i rozpaczą.

Tę barkę wicher odbił od okrętu,
Na którym żeglarz swe nadzieje złożył;
Jeżeli wszystko jest pastwą odmętu,
Czegoż by płakał, o co by się trwożył?

Lepiej mu pośród żywiołów bezrządu
Walczyć co chwila z nowymi przygody,
Niż gdyby wybrnął i z cichego lądu
Patrzył na morze, i liczył swe szkody.

Po zakończonej melorecytacji Joanna nie odzywała się. Delektowała się przynależną wierszowi i poecie ciszą. Niestety przerwał ją Malewski, który niezauważony pojawił się przed nimi z albumem w ręku.
– Daleki od rodziny przechodzień wśród obcych krajów i ludzi zapomina wyrazów tchnących swobodą i pokojem duszy – przeczytał triumfalnie swój wpis.
– Dziękuję za te słowa, panie Franciszku. Doprawdy są przejmujące – Zaleska powiedziała z udawaną uprzejmością, mając wciąż w pamięci i uszach brzmienie recytacji Mickiewicza. „Obiecał wykorzystać «anielskie serce» z Antonia i to uczynił – zamyśliła się uszczęśliwiona. – Powiadają o nim jeniusz. W istocie tak jest”.
– Może przejmujące, ale nie tak, jak adamowe wersy, których słyszałem końcowe akordy. Jakiż tytuł? – skierował wzrok w stronę przyjaciela.
Żeglarz. Wpiszę go zaraz do imionnika.
– Toć przecie Żeglarza napisałeś parę lat temu – Malewski zdziwił się.
– Ten sam tytuł, ale inny wiersz. Łączy ich miesiąc powstania, tamten napisałem też w kwietniu, tylko bodaj cztery lata temu – odrzekł poeta.
Pani Joanna była wpatrzona w jego natchnioną twarz. Nieustannie myślała o wierszu, który właśnie wpisywał do sztambucha.
– Prosisz mnie pan, drogi Adamie, abym nie użalała się nad dolą tułacza – wskazała palcem na świeżo wpisany wiersz. – Ale jak mam tego nie czynić, kiedy żal ściska moje serce – powiedziała przejęta.
– Prawda. To sprzeczność – zauważył Malewski. – Ale my, wygnańcy, jeszcze bardziej doświadczamy sprzeczności: kochamy wolną ojczyznę, której nie mamy i chcemy żyć w kraju, z któregośmy zostali wygnani.
– Swój żal trzeba przemóc – Mickiewicz rzucił sentencjonalną myśl, patrząc zadumany na panią domu.
– Trudno to zrobić, kiedy aporie wpisane są w człowieczą naturę, jak na przykład niewzajemna miłość – Zaleska odrzekła aluzyjnie, patrząc mu głęboko w oczy, jakby szukała w nich dla siebie nadziei.
Adam, nie wytrzymując jej spojrzenia, przymknął powieki. „Bystra osóbka – pomyślał – wszystko widzi, wszystko czuje, a jednak wbrew nadziei napiera.
Goszcząc u Zaleskich Joanna zadurzyła się w wieszczu, choć nie dał jej po temu żadnego powodu, jak zwierzył się później w liście Daszkiewiczowi.

W Odessie Mickiewicz z Jeżowskim mieszkali w gmachu liceum. Mieli sporo wolnego czasu, ponieważ tuż przed przyjazdem władze zmieniły decyzję, zabraniając im nauczania szkolnej młodzieży na południu. Wieszcz był chętnie zapraszany do salonów towarzyskich prowadzonych przez polską arystokrację. Jednym z nich był salon hrabiny Karoliny Sobańskiej.
Urodzona w 1795 roku w magnackiej rodzinie Rzewuskich w Pohrebyszczu w powiecie winnickim, była młodszą siostrą pisarza, Henryka Rzewuskiego i starszą Eweliny, po mężu Hańskiej, po drugim de Balzac. Sobańska była oficjalną kochanką generała hrabiego Jana Witta. Pełnił on wiele funkcji; był gubernatorem, adiutantem cara, dowódcą wojsk południowej Rosji, szefem tajnej policji i regionalnym nadzorcą oświaty. Hrabina, z przekonania wierna poddana cara, była tajną współpracownicą swojego mocodawcy. Bez skrupułów wykonywała zlecenia, realizując je często w swojej (i nie tylko swojej) sypialni.  
Pewnego wieczoru, gdy wieszcz gościł u niej już po raz kolejny, Sobańska usiadła przy nim, dotykając go biodrem. Poeta ukłonił się uprzejmie, zwracając się oficjalnie: pani hrabino.
– Adamie, proszę, mów mi po imieniu – podała mu wiotką dłoń.
Mickiewicz ujął ją oburącz i delikatnie pocałował.
– Nie omieszkam, pani hrabino – po chwili poprawił się: – Karolino.
– Przykro mi, że rozporządzenie w sprawie zatrudnienia w liceum zostało zmienione.
– Takoż i jestem bez przydziału – rzekł boleściwie. – Ale nie składam broni, dobijam się teraz o wstąpienie do Moskiewskiego Archiwum Spraw Zagranicznych.
– Poniechaj tego, Adamie. Suponuję starać się o miejsce w kancelarii generał-gubernatora w Moskwie.
– Przyjmę każdą twoję sugestię – szczerze się ucieszył, wiedząc, że przez Witta miała duże możliwości załatwienia ważnych spraw. – Co mam tedy czynić?
– Najprzód napisz do kuratora podanie, że wyrażasz życzenie pełnienia służby w kancelarii gubernatora moskiewskiego. Po otrzymaniu zgody, która zapewne przyjdzie w przeciągu kilku dni, oficjalnie wystąp z wnioskiem do generał-gubernatora. I nie zapomnij w drugim podaniu prosić kuratora o przyznanie zapomogi z najwyższej łaski cara.
– Wielka jest twoja łaskawość, Karolino – uścisnął mocno jej dłonie. – Jego twarz  zajaśniała radością. Cieszył się z szansy na zapomogę, bo w ostatnich dniach groszem nie pachniał, a pieniądze za wydane tomiki wciąż nie nadchodziły.
– Dajmy już pokój sprawom urzędowym. To takie nudne – Sobańska zniechęcona machnęła ręką. ­– Ciekawsze dla mnie są sprawy dziejące się na niwie twoich pegazowych zatrudnień.
– Też są nudne. Ostatnimi czasy bezustannie ślizgam się po rymach wpisywanych do imionników.
– A jeśli ja poproszę o wpis, będzie to równie nudne zajęcie?
– Mniemam, że najsłodsze ze wszystkich.
– Miło słyszeć. Poproszę cię zatem o to, Adamie. A co się tycze inszej twórczości… Leży odłogiem? – zaciekawiła się.
– Robię jakieś szkice, notatki, układam wierszowane gawędy.
– Jeśli nie sprawi to tobie żadnej mitręgi, rada bym rzucić na nie okiem, bo processum powstawania utworu jest dla mnie rzeczą fascynującą.
– Zapewne nadarzy się po temu okazja.

Pewnego popołudnia Sobańska odwiedziła Mickiewicza w jego pokoju. Byli już wówczas na takiej stopie zażyłości, że za milczącym przyzwoleniem czytała jego brudnopisy wierszy. Jednak poeta, widząc jej wścibskość, ukrył niektóre zapiski. Hrabina sądziła, że znajdzie notatki wskazujące na jakikolwiek ślad współpracy z Dekabrystami, lecz nie znalazła niczego podejrzanego. Zapewne pod jej wpływem generał Witt donosił o filomatach carowi Aleksandrowi I (25 sierpnia 1825): „Uważałem za swój obowiązek ustalić nad nimi tajny nadzór. Zachowanie się ich okazało się bez zarzutu”.
Leżąc z sobą w łóżku, poeta zapytał Joannę o losy jego podania do generała.
– Wcześniej nie chciałam tego mówić, by nie sprawiać tobie przykrości, ale teraz muszę to uczynić, jeśli sprawa ma przybrać pomyślny obrót – rzekła niepewnym głosem, gładząc go po gęstych włosach.
– Coś się stało? – Adam zląkł się.
– Nie traktuj tego, jako admonicji…
– Mów śmiało a szczerze – ponaglał ją.
– Ostatnio, gdyś był u nas na przyjęciu i pił kawę…
– Jak każdy – wszedł jej w słowo. – Moja była z tłustą śmietanką i grubym kożuszkiem. ­ Przepyszna – rzekł zadowolony.
– Pozwól dokończyć. Otóż pustą filiżankę oddałeś generałowi, jak służącemu – dokończyła nachmurzona.
– Mówiono mi o tem po przyjęciu, że ponoć była to najprzedniejsza anegdotka wieczora – poeta był zmieszany.
– Daruj, ale na przyszłość nie rób tego. Tobie, owszem, przystoi czynić daleko więcej, niźli innym i zawsze będzie ci to wybaczone, lecz pamiętaj, że twój los, jako zesłańca, leży w jego rękach.
– Kurator mię lubi, generał szanuje, gubernator ceni… – wyliczał żartobliwie funkcje Witta.
– On co prawda przyjął to jako figiel, który jednak ciu-ciut go zabolał.
Adam spuścił oczy, niczym skrzywdzone dziecko.
– Od tej pory będę pełzał milczkiem po waszych pokojach – odrzekł z obolałym wyrazem twarzy.
– Po moich pokojach – poprawiła go. – Ale nie pełzaj i nie popadaj w krańcowe nastroje, Adamie. Przecie to savoir vivre. Musisz tylko…
– Nic nie muszę! – podniósł głos. – Nie chcę być motylem, któren swobodą świeci, a gdy wy go złowicie, ciskacie. Lecz on chce dalej lecieć… – patrzył w dal, jakby nieobecny.
Po męczącej pauzie hrabina ucałowała go w skroń.
– Mam drugą, lepszą nowinę. Pod koniec sierpnia przedsiębierzemy ekskurs w doborowym towarzystwie na Krym. Skorzystasz z zaproszenia?
– Henryk będzie? – zapytał tonem, jakby uzależniał swoją zgodę od pozytywnej odpowiedzi.
– Pojedziesz, obaczysz – odparła enigmatycznie. – Przyrzekam tobie, żałować nie będziesz.

Mickiewicz skorzystał z zaproszenia. Na ponad dwumiesięczną wycieczkę wybrali się, oprócz Adama i Karoliny, jej mąż Hieronim (ponad trzydzieści lat od niej starszy), brat Henryk Rzewuski, generał Jan Witt, jego agent i rzekomy entomolog, Boszniak oraz imć pan Kałusowski, dzierżawca majątków Sobańskich. Rzewuski był znawcą szlacheckich obyczajów, duszą towarzystwa i niedoścignionym gawędziarzem, którego poeta słuchał z zapartym tchem. Jego opowieści złożyły się na wydane znacznie później dwie książki Pamiątki JPana Seweryna Soplicy, cześnika parnawskiego i Pamiętniki starego szlachcica litewskiego, spisane pod namową Mickiewicza. Gawędy te stały się dla niego jedną z inspiracji Pana Tadeusza i cennym źródłem wiedzy, którą wykorzystał w epopei. (W późniejszych latach Rzewuski zaliczał się do grona najbardziej ugodowych, wręcz służalczych, przedstawicieli polskich elit kulturalnych). Wycieczka przypłynęła do Sewastopola, skąd dotarła na północ do Eupatorii. Tu pozostali Sobańska i generał Witt, natomiast Mickiewicz, Rzewuski, Kałusowski i Boszniak wyruszyli konno w głąb półwyspu. Zwiedzili m.in. płaskowyż Czatyrdah, skałę Ajudah i znajdującą się u jego stóp samotnię polskiego hrabiego Gustawa Olizara. Zakochany w pięknej córce rosyjskiego generała, po odrzuceniu oświadczyn przez jej ojca, zrozpaczony wybudował dla siebie pustelnię. Goście przebywali u niego kilka dni. Mickiewicz po raz pierwszy spotkał się z orientalną kulturą, która natchnęła go do napisania kilku utworów. Podczas wycieczki Boszniak był jednym z wykonawców owego „tajnego nadzoru” nad filomatami. Jako oficer śledczy węszył spisek dekabrystów na południu Rosji. Później jego działania przyczyniły się do ich ujęcia.

Pobyt Adama Mickiewicza na półwyspie zaowocował wspaniałymi sonetami krymskimi i odeskimi, wydanymi w tomiku w 1826 roku w Moskwie. Sonety krymskie są pierwszymi w polskiej poezji utworami orientalnymi, w których „egzotyka tworzyła konieczny dla romantyka dystans między nim a światem, do którego przedtem przynależał, przeciw któremu buntował się jak Byron” (Maria Dernałowicz, Adam Mickiewicz). Natomiast sonety odeskie, jako erotyki, były całkowicie nowym tonem w polskiej poezji; to „liryka pieszczoty” (Juliusz Kleiner, Mickiewicz), a także „ukazanie klęski sentymentalnego bohatera i narodzin romantycznego” (M. Dernałowicz, op. cit.).
Istnieje przypuszczenie, że w trakcie krymskiej wycieczki doszło do zatargu między Mickiewiczem a Sobańską.
– Do kogo w końcu należysz? – poetę poniosły nerwy.
– Do Hieronima. Wszak jestem jego żoną – odpowiedziała spokojnym tonem.
– Ażem się zapłonił – odparł ironicznie.
– Czyż rozminęłam się z prawdą? – posmutniała.
– Przez grzeczność nie wspomnę o genera…
– Nie bądź karczemny! – przerwała mu. – To nie przystoi poecie, który z alcejskiego bardonu wydobywa najsubtelniejsze dźwięki.
– Pragnę mieć cię tylko dla siebie – rzekł rozpłomieniony błagalnym głosem. – A tyś niewierna. – Po chwili zadumał się: „Nie chcę być jednym z wielu jej trofeów. Chcę za to mieć pewność, że jestem kochany. Pewność? Cały jestem niepewnością. Namiętność zaćmiewa me lice. Głupiec ze mnie. Niech mię potępi świętoszek, rozpustnik wyśmieje…” – zakończył samokrytyczne myśli.
Hrabina spojrzała na niego litościwym wzrokiem. „Luby, ale naiwny lirnik – pomyślała cynicznie. – Chce mieć mię na wyłączność, jak młodzieniaszek nie widzący życiowych komplikacyj i tysiąca różnorodnych spraw, a przecie nie wie i wiedzieć nie może, że mam insze cele. Przyjaźń – tak, pieszczoty – tak, nawet miłośne rozkosze, ale wyłączność? – Ne jamais”.
– Pokażesz mi swoje zapiski? – zapytała słodko, zmieniając temat.
– Jużem ci udostępnił.
– Tylko wiersze. Pamiętasz, jakeś mi obiecał pokazać notacje i szkice. Wiesz przecie, że interesuję się twoją twórczością, może nawet bardziej in statu nascendi, niźli zakończoną. Każda twoja kreska w brulionie ma dla mnie bezcenną wartość – zrobiła krótką przerwę, zastanawiając się, jak go przekonać. – A Henryk twierdzi, że słowa twe żyć będą wieki – powołała się dodatkowo na brata, którego Adam lubił.
– Pokażę ci rysunki krymskich krajobrazów i tatarskich strojów – rzekł z ledwo dostrzegalną ironią, nie chcąc udostępniać jej wszystkich swoich materiałów.
– Z rozkoszą je obejrzę, ale chciałabym zerknąć także na pozostałe zapiski – musnęła jego policzek wilgotnymi ustami.
Mickiewicz pozostał niewzruszony.
– Dla ciebie życia bym nie poskąpił, ale daruj, najmilsza Karolino… Nie mam nic więcej ponad to, co widziałaś – skłamał.
– Nie dotrzymujesz słowa. Niewdzięczny! – podniosła głos, a jej miła twarz w ciągu sekundy przybrała cierpki wyraz.

W połowie października poeta, wraz z innymi towarzyszami wycieczki, wrócił do Odessy. Po kilku dniach odpoczynku spotkał się z Joanną Zaleską.
– Przełożyłam kilka twoich wierszy na francuski – pokazała mu swoje rękopisy.
Mickiewicz czytał je skupiony, zaznaczając paznokciem kciuka parę nie podobających mu się wersów.
– Praca twoja bezcenna – odrzekł bez entuzjazmu. – Ale może nad kilkoma sformułowaniami należy jeszcze pomedytować, by lepiej oddać istotę oryginału – stwierdził dydaktycznym tonem.
Joannie zwilgotniały oczy. „Nawet nie podziękował” – pomyślała zasmucona.
– Doszły mię wieści, że miło spędzałeś czas z panią Karoliną Hieronimową – odrzekła zaczepnym tonem, by odwrócić uwagę od bólu, który uczuła po jego uwadze.
Adam był zaskoczony jej słowami, ponieważ nigdy nie wspominała o Sobańskiej, choć z pewnością wcześniej wiedziała, że się z nią spotykał.
– Miło spędzałem czas ze wszystkimi towarzyszami podróży – podkreślił ostatnie trzy słowa. Starał się mówić spokojnie, aby nie zauważyła jego irytacji. – Była to fascynująca ekskursja, która dała mi tak różnofarbny przestwór wrażeń, że nie wiem, czy podołam je wszystkie przekuć na odpowiednie słowa.
– Nie pojmuję? Ty, mistrz nad mistrze…
Poeta był rad, że udało mu się odwrócić jej uwagę od Sobańskiej.
– Bo pióru mojemu tak dalece nie ufam.
– Adamie, tu raczej nie dowierzam twej nieufności. Wierzę zaś, że mógłbyś mnie wesprzeć dobrą radą odnośnie do pewnych francuskich zwrotów, które harmonizowałyby akuratniej z twojemi – w tym momencie dotknęła jego przedramienia.
– Możemy umówić się, by wspólnie zasiąść nad twoją translacją – ucałował jej dłoń.
Joanna była wniebowzięta.
– Kiedyż? – zapytała z nadzieją.
Mickiewicz strapił się. Nie chciał jej wprost odmówić.
 – Teraz czas mnie pili. Muszę ukropić ostatnie sonety i żywo zająć się porządkowaniem spraw przed podróżą do Moskwy.
– Już nas opuszczasz? – w mgnienia oku zmarkotniała.
– Decyzje zapadły. Będę stale nosił cię w sercu. Stamtąd przyszlę ci adres.
Zaleska ze łzami w oczach rzuciła się ku niemu, całując go w policzek. Poeta objął ją, czyniąc to bardziej z litości, niż z przekonania.
– Spotkamy się zatem w Moskwie – otarła chusteczką łzy.
Mickiewicz był zaskoczony jej propozycją, jednak nic nie powiedział. Dwunastego listopada 1825 roku wyjechał do Moskwy.

Franciszek Czekierda

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko