Franciszek Czekierda – NAŁKOWSKA I ŻANDARM CZYLI NIEDOBRA MIŁOŚĆ

1
93

Poznali się na początku lipca 1916 roku w salonie pisarza Gustawa Daniłowskiego. Zofia Nałkowska spóźniła się, więc gospodarz posadził ją na jedynym wolnym miejscu obok nieznanego jej mężczyzny, którym okazał się Jan Gorzechowski, legionista noszący pseudonim Jur. Spojrzeli na siebie z zainteresowaniem i coś między nimi zaiskrzyło. Choć pani Zofia była już znaną autorką kilku powieści i nowel, Jur nic o niej nie wiedział. Nałkowska po usłyszeniu jego nazwiska nie skojarzyła go z bohaterską akcją, którą dowodził w 1906 roku, uwalniając z Pawiaka dziesięciu więźniów.
– Z pisania da się żyć? – Gorzechowski próbował niezdarnie nawiązać konwersację, gdy usłyszał, że jest pisarką.
 – Dla ludzi z pasją nie jest to najważniejsze – starała się być uprzejma, choć pytanie od razu uświadomiło jej, że ma do czynienia z osobą nie rozumiejącą ludzi pióra i literatury.
– Nie bardzo rozumiem – przyznał szczerze.
– Podam przykład. Trwa wojna. Nasi walczą w Legionach…
– Jestem legionistą – wszedł jej w zdanie.
– O właśnie. To tak, jakbym pana zapytała, czy opłaca się walczyć o wolność, czy da się z tego żyć?
– Jest to materia zupełnie innej rangi. Walki o Polskę nie można porównywać do skrobania piórem po papierze – Gorzechowski odpowiedział mało sympatycznie.
– Owszem inna materia, bo pasje ludzkie dotyczą różnorodnych spraw – Nałkowska przeszła nad jego nietaktem do porządku dziennego. – Dlatego pytania: czy da się z tego żyć?, czy to się opłaca?, nie powinny być zadawane komuś pochłoniętemu ważną ideą.
– Walkę o wolność stawiam bezwarunkowo na pierwszym miejscu i w obecnych czasach żadna inna aktywność nie jest w stanie jej dorównać – rzekł tonem nie znoszącym sprzeciwu.
– Zatem proszę mi trochę opowiedzieć o swojej aktywności na tym polu – pani Zofia była ciekawa, czym zajmuje się jej nowy znajomy. Tym samym zmieniła temat, który mógł wywołać różnicę zdań.
– Nie mam się czym chwalić, bo od kwietnia stałem się biurokratą w komendzie POW.
– A wcześniej?
– Rok temu w Zamościu wojskowe władze austriackie aresztowały mnie i zażądały usunięcia z Legionów za działalność werbunkową do oddziałów legionowych. Austriacki idiotyzm, zgodzono się na polskie wojsko, ale bez zasilania go rekrutem – oburzył się.
W tej chwili podszedł do nich Daniłowski.
– Jak miło, że pan porucznik wprowadza naszą znakomitą pisarkę w arkana roboty niepodległościowej – uśmiechnął się życzliwie.
– Guciu, na to trzeba by poświęcić przy wódce kilka dni i nocy – zażartował Jur.
– Skoro dotarliście do czasów współczesnych rozumiem, że opowiedziałeś już pani Zofii o swoich dawniejszych osiągnięciach?
– Wiesz, że nie lubię się chwalić – rzekł z nutą kokieterii.
 – O jakich osiągnięciach mowa, jeśli mogę zapytać – Nałkowska zainteresowała się.
Gorzechowski machnął ręką na znak protestu.
– Janek nie wspomniał pani o dziesięciu z Pawiaka?  – Pan Gustaw spojrzał na Zofię i zauważył, że informacja ta wywołała na niej wrażenie.
– Ta historia jest mi znana, ale… że ma coś wspólnego z moim szanownym rozmówcą,  nie miałam pojęcia.
– Pani Zofio, Jan dowodził tą zuchwałą akcją – Daniłowski powiedział triumfalnie.
– Guciu, proszę cię, daj pokój. Liczy się aktualna chwila. Nie chcę żyć przeszłością, choć ona też jest ważna.
– Koniecznie musi mi pan o tym opowiedzieć – Nałkowska rzekła podekscytowana. – Przecież to kawałek naszej historii.
– Opowiedz – Gustaw zachęcał go. – Tymczasem, wybaczcie, zostawiam was. Bawcie się dobrze. Za chwilę zostaną podane słodkości.
Zofia i Jan zostali we dwoje.
– Proszę wybaczyć, może innym razem – Gorzechowski powiedział skonsternowany.
– Nie nalegam, choć mam nadzieję, że ten inny raz kiedyś nastąpi… – Nałkowska powiedziała zachęcająco. I od razu zestrofowała się w myślach, że się narzuca, co nie było zgodne z jej sztuką zdobywania męskich serc.

Kilka dni później Jan Gorzechowski pojawił się u Nałkowskiej w letnim domku w Górkach koło Wołomina. Postąpił jak wojownik, podbił ją i zdobył bez długotrwałego oblegania fortecy. Pani Zofia poddała mu się z przyjemnością wyznając starodawną zasadę, że kobieta jest nagrodą dla wojownika, któremu wolno być nawet nieokrzesanym brutalem. W Górkach Jur był dwa dni. Opowiedział Zofii o znanej wszystkim patriotom akcji „Dziesięciu z Pawiaka”. W kwietniu 1906 roku podszywając się pod carskiego kapitana żandarmerii, barona Andrieja von Budberga, rozkazał naczelnikowi więzienia wydanie grupy uwięzionych Polaków w celu przewiezienia ich do warszawskiej cytadeli. Ryzykowne przedsięwzięcie zakończyło się powodzeniem i bez wystrzału. Po trzech miesiącach Gorzechowski przeprowadził pod Celestynowem bojową akcję na pociąg pocztowy, z którego zrabowano 15 tysięcy rubli na cele konspiracyjne. W 1907 roku aresztowano go, na szczęście nie został zidentyfikowany. Skazano go na pobyt w Jakucji, po roku przyjechał do Lwowa, gdzie znowu zaangażował się w działalność niepodległościową w ramach Związku Walki Czynnej i Związku Strzeleckiego.
– A ty, Zosieńko, w jakich akcjach brałaś udział – zażartował Jan, gdy po spędzonej nocy pili poranną kawę.
– Moją życiową akcją, podzieloną na wielobarwne i frapujące etapy, jest pisanie.
– Ach ta twoja literatura… – rzekł znudzony. – Po co komu fikcja? Liczy się tylko czyn, konkret, nie zaś bujanie w obłokach.
– Janku, kiedyś cię przekonam, że w słowie pisanym, nawet jeśli jest ono czystą kreacją, może zawierać się więcej wartości i prawdy, niż w działaniu – rzekła z przekonaniem.
– Nie przekonasz. Bojowiec nie zmienia przekonań, bo łatwo straciłby wiarę w osiągnięcie celu.
Nałkowska widząc, że na tym polu nie ma z nim porozumienia, zmieniła temat rozmowy.
– Powiedz mi coś o sobie, bo słyszałam, że kawalerem nie jesteś – zaryzykowała pytanie.
– Och… – westchnął głęboko. ­– Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem u spowiedzi…
– Nie traktuj tego w ten sposób – próbowała załagodzić lekkie napięcie. – Ale jeśli nie chcesz…
– Mam dwunastoletnią córeczkę i dwóch starszych synów – rzekł dumnie.  – O ślubnej nie chcę mówić, bo ta sprawa jest zakończona. Niestety nie rozwodem. Prawie dwadzieścia lat temu zrobiłem dyplom w szkole Kronenberga. I to już jest cały mój prywatny życiorys. O zesłaniu w głąb Rosji… może kiedy indziej.
– Ja jestem „panną” po perypetiach małżeńskich – zaśmiała się autoironicznie. – Małżeństwo rozpadło mi się siedem lat temu i też jeszcze nie zdążyłam przeprowadzić rozwodu.
– W tym punkcie jesteśmy do siebie podobni – Jan stwierdził z satysfakcją. – I z pewnością też nie chcesz o tym mówić.

Po wyjeździe Gorzechowskiego z Górek Nałkowska bez trudu rozszyfrowała jego naturę, a wspólne upojne chwile nie wpłynęły na ostrość jej postrzegania. Dotykając jego rasowych rąk wiedziała, że miał duszę prostą i surową, choć łaknącą tkliwości. Dostrzegła także jego obcość. Wszyscy jej dotychczasowi adoratorzy –  nie wspominając o mężu, poecie Leonie Rygierze (z którym pobrała się w 1904 roku) – a więc prawnik i żołnierz Edmund Szalit, lekarz Józef Szper, właściciel i dyrektor szkoły technicznej Władysław Piotrowski, młody poeta Jakub Appenszlak, krytyk Ignacy Matuszewski, czy publicysta Jan Lorentowicz mieli kulturę osobistą równą lub bliską jej poziomowi. Jur był wyjątkiem oddalonym lata świetlne od jej intelektu. Jednak z pełną świadomością poddała się jego prymitywnej sile uczucia. W latach 1916 i 1917 Nałkowska notowała w dzienniku, że jest kochana miłością zaborczą, jak nigdy dotąd, że zaprzedała mu myśli, przyjaźnie i wspomnienia, oddając także inicjatywę uczucia. Zofia wyznała mu historię awansów jej ostatnich adoratorów, Lorentowicza i Piotrowskiego, on zaś wymusił na niej obietnicę zerwania z nimi wszystkich więzów.
Pisarka przeżywała uczuciową euforię i jednocześnie doznawała cierpień. Gdy poznała jego lekkomyślność, życiową niedbałość, lekceważenie jej twórczości – bo dla Jura liczyła się tylko walka o polską sprawę – ogarnął ją pesymizm co do ich ewentualnego wspólnego życia. Po trwającej prawie dwa lata szaleńczej miłości Jan wciąż nie potrafił zaakceptować jej pisarstwa. Pewnego dnia, gdy byli w Górkach, wszedł do jej pokoiku. Nałkowska nerwowym ruchem schowała do szuflady stołu kajet, w którym przed sekundą coś notowała.
– Zosiu, po co ty to piszesz? – Gorzechowski starał się być miły, choć przez jego słowa przebijała pretensja.
– Odgrodziłeś mnie murem od reszty świata. Pozwól chociaż, żebym miała dla siebie tę drobną rzecz, którą są notatki. Zresztą już ci to tłumaczyłam.
– Jesteś moja i tylko moja – mówił emocjonalnie. – Pragnę cię mieć na wyłączność. Poznałem twoją przeszłość. Błagam cię więc, Zosieńko, nie oddalaj się ode mnie pisaniem, bo wtedy czuję się opuszczony, nawet zdradzany.
– Nie opuszczam cię, ani nie zdradzam. Nie możesz w ten sposób myśleć. Pisarstwo jest moim krwioobiegiem, podtrzymuje mnie przy życiu, wzbogaca. To pióro – wyjęła z kałamarza obsadkę ze stalówką, unosząc ją w górę – nie jest wymierzone przeciwko tobie, zrozum, kochanie.
– Kompletnie mnie nie rozumiesz. Gdy trzymam cię w ramionach, ty bez przerwy myślisz o swoich bohaterach, o wyimaginowanych sytuacjach. Nawet, gdy cię całuję czuję, jak mi się wymykasz. Jesteś obecna ciałem, nie duszą, jakbyś nie była moja i nie przeżywała ze mną wspólnych chwil – podniósł głos.
– Nieprawda – zapłakała. – Zabroniłeś mi się spotykać z przyjaciółmi i znajomymi, żebym nie uległa rzekomym pokusom, nie wolno mi samej wyjeżdżać do Warszawy, ograniczasz mnie w pisaniu. Przez solidarność serca poddałam się tobie choć wiesz, że odcięta od świata nie czuję się komfortowo.
– Pragnę twojego dobra.
– Swoją miłością spętałeś mnie mocno, zbyt mocno. Janek, nie widzisz tego?
– Nie, nie! – zachrypiał przejmująco. – Chcę cię mieć taką, jaką byłaś nie tak dawno, oddana, ale nie spętana, akceptująca mnie takim, jakim jestem. A jestem człowiekiem czynu, nie gryzipiórkiem. Zgodziłaś się na to.
– Objąłeś mnie silnymi rękami tak mocno, że nie mogę oddychać. Powiem ci szczerze: duszę się.
W sierpniu 1917 roku Gorzechowski wyjechał na dłużej do Warszawy. Zofia, będąc sama, „odzyskała siebie”. Ten czas wykorzystała na pisanie Charakterów, które drukowała w tygodniku ilustrowanym Świat. Zachłannie czytała sprowadzone książki, doskonaliła język francuski, doglądała ogrodu. Po kilku miesiącach samotności zaczęła dojmująco odczuwać nieobecność kochanka. Tęskniła. Pod koniec listopada ona, siostra i matka przeprowadziły się do obszernego warszawskiego mieszkania na ulicy Marszałkowskiej 4. Na początku grudnia Gorzechowski odwiedził ją w nowym mieszkaniu. Kochali się namiętnie, czemu Jan dał wyraz w jej dzienniku zapisując swoim charakterem pisma, że „strasznie kocha”. Więcej ich łączyło, niż dzieliło.

Trwająca wojna oraz wzrastające uczucie spowodowały, że styl Nałkowskiej stał się prostszy i bardziej zwięzły. W tym czasie wyszedł spod jej pióra zbiór nowel Tajemnice krwi (1917), w czasopiśmie Świat drukowała cykl nowel Charaktery, a na warsztacie miała powieść Hrabia Emil. Pierwowzorem legionowej części życia Emila był Jur-Gorzechowski. Bohater kieruje się instynktem, zrzuca też z siebie odpowiedzialność „żyjąc na cudzy rachunek moralny”.
W połowie 1918 roku panią Zofię odwiedziła w nowym mieszkaniu jej imienniczka Villaume-Zahrtowa, przyjaciółka z czasów młodości. Zosia Villaume na bieżąco śledziła losy miłości przyjaciółki i Gorzechowskiego.
– Po ostatnich zgryzotach widzę, że jesteś kwitnąca – Zofia Villaume stwierdziła z radością.
– Kocham go i wciąż o niego drżę, bo czasy są takie niespokojne – Nałkowska powiedziała zatroskanym głosem.
– Nie obawiasz się jego dzikości, o której tyle mi opowiadałaś.
– Oczywiście, że lękam się jego ostrych cech charakteru, lecz uczucie góruje nad wadami. Janek jest pełen dobra i… – zawahała się – zła.
– Oby tylko te jego drugie tony nie zagłuszyły pierwszych – Zosia zaniepokoiła się.
– Zgadzam się z tobą i ufam, że te pierwsze zabrzmią radosną symfonią.
– Zofijko, a może to będzie marsz Mendelssohna? – jej oczy zabłysły wesoło.
– Nie wybiegaj za daleko, bo sama nie wiem, co przyniesie jutro. Niedawno ktoś bliski powiedział o nas „narzeczeni”, zaśmiałam się w duchu, bo jesteśmy wciąż związani swoimi starymi węzłami małżeńskimi.
– Chyba już czas, żebyś załatwiła formalności rozwodowe – Villaume rzekła dydaktycznym głosem.
– Racja, wreszcie muszę się do tego zabrać. Nieistniejące małżeństwo jest mi kulą u nogi.
Pod koniec ostatniego roku wojny Zofia Nałkowska uzyskała rozwód z Leonem Rygierem, choć małżeństwo po pięciu latach faktycznie przestało istnieć.

Nocą z 4 na 5 stycznia 1919 roku, niespełna dwa miesiące po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, pułkownik Marian Januszajtis usiłował dokonać zamachu w celu obalenia lewicowego rządu Jędrzeja Moraczewskiego. Jur-Gorzechowski stawiał silny opór puczystom, którzy po strzelaninie aresztowali go. Był bliski śmierci. Nałkowska mocno przeżywała te wypadki. Dzięki bohaterskiej postawie Jan Gorzechowski wiele zyskał w oczach Józefa Piłsudskiego. Pisarka obserwując te wydarzenia oraz mając informacje z pierwszej ręki o innych sytuacjach dziejących się na szczytach władzy, dobrze poznała kulisy polityki. Wiedza ta posłużyła jej przy pisaniu powieści i opowiadań, w których rozgrywały się wątki wojskowe i polityczne.
W tym czasie pozycja Zofii Nałkowskiej w kręgach towarzyskich i literackich znacznie wzrosła. W połowie maja 1920 roku podczas trwania założycielskiego Zjazdu Literatów zasiadała w prezydium obrad obok Jana Kasprowicza, Stefana Żeromskiego, Gustawa Daniłowskiego i Juliana Tuwima. Wybrano ją do zarządu tworzonego Związku Zawodowego Literatów Polskich obok m.in. Andrzeja Struga. Dwa miesiące później, na skutek zagrożenia ze strony Armii Czerwonej stojącej na przedpolach Warszawy, Nałkowska wraz z innymi literatami włączyła się w rządową akcję propagandową w celu zmobilizowania społeczeństwa i wycofujących się polskich oddziałów.
Pomimo głębokich różnic istniejących między Nałkowską i Gorzechowskim zakochani  pobrali się 25 czerwca 1922 roku. Ślub odbył się w obrządku ewangelicko-reformowanym w Warszawie. W tym czasie Jur dowodził Żandarmerią Wojskową w Wilnie. Pisarka zamieszkała z nim we wsi Zameczek odległej 10 km od miasta. Choć Jan nie był entuzjastą jej aktywności literackiej, musiał ją zaakceptować. W stołecznym „Świecie” i krakowskim „Czasie” Nałkowska drukowała w odcinkach Romans i powieść, w 1922 roku wydała Na torfowiskach (pierwszą wersję Domu nad łąkami), a w grudniu 1923 roku Powieść dzisiejszą (z datą 1924).
Pod koniec 1922 roku małżonkowie przeprowadzili się do Grodna na ulicę Kirchową 13, ponieważ do tego miasta przeniesiona została z Wilna jednostka wojskowa. Krótko po ślubie despotyczna natura Gorzechowskiego dała znać o sobie. Wobec małżonki stał się grubiański, co rzucało się w oczy nawet zaproszonym gościom. Znajoma Nałkowskiej, Andzia O’Brien de Lacy (późniejsza pisarka podpisująca się jako Nadzieja Drucka), mieszkająca w pobliskim majątku Augustówek, często odwiedzała ich dom. Po latach wspominała, że Jur karcił Zofię za drobne rzeczy, na przykład za opóźnienie obiadu. Równocześnie Nadzieja potrafiła dostrzec wielki czar osobisty pułkownika, który potrafił świetnie bawić się z jej dziećmi i ze zwierzętami.
– Moje szczęście płynie wąską strużką poza życiem – Zofia żaliła się Andzi, gdy na chwilę zostały same, Jan zaś biegał z jej dziećmi i psami po żwirowych alejkach.
– Zauważyłam, że przy nim jesteś zgaszona, prawie zlękniona – przyjaciółka współczuła jej.
– Te nieliczne kropelki szczęścia spijam, gdy jestem blisko natury, gdy głaszczę wyżlicę, a nade wszystko, gdy czytam i piszę – Nałkowska kontynuowała swoją myśl smutnym głosem. – Niestety nie spijam ich ze stosunku z człowiekiem.
– Kiedyś było inaczej…
– Ach, kiedyś… – zamyśliła się. – Radość czerpałam pełnymi garściami z kontaktów z ludźmi. Teraz mogę ją znajdować tylko w sobie.
– To przykre, co mówisz, Zofijko.
– Nie chcę i nie mogę go oceniać jednoznacznie. Jan nauczył mnie wnikliwiej patrzeć na naturę, na przykład spacery z nim są po prostu inicjacyjne. Albo wycieczki bryczką, czy polowania, które tak uwielbia… Dla mnie są to nowe światy doznań. Wiesz, Andziu, że dzięki Jurowi zupełnie inaczej czytam teraz Pana Tadeusza. 

Wiosną 1923 roku Nałkowska kurowała się miesiąc w Inowrocławiu, gdzie pisała powieść Romans Teresy Hennert. W czerwcu następnego roku przyjechała na kilka dni do Warszawy na ślub młodszej siostry Hani z Maksymilianem Bickiem, filozofem z wykształcenia, urzędnikiem monopolu tytoniowego z zawodu. Podczas przyjęcia weselnego siostry zamknęły się same w małym pokoju.
– Wyszłam za człowieka, którego miłość dla mnie jest jakimś nieporozumieniem – Zofia zwierzyła się dramatycznym głosem.
– To straszne, Zosieńko – Hanna zmartwiła się.
– Narzucił mi swoje warunki, a ja je wszystkie przyjęłam. Z wyjątkiem pisania.
– Tego też ci zabraniał? – zdumiała się.
­- Mimo jego niezadowolenia piszę, bo literatura jest dla mnie tlenem.
– Ważne, że cię kocha – młodsza siostra pocieszała ją.
– Już nie wiem, czy to jest najważniejsze – Zofia powątpiewała.
– Co ty mówisz? Żyjemy, by kochać – zdziwiła się jej sceptycyzmem. – Zawsze mi to powtarzałaś.
– Jego uczucie jest okrutne, zawistne i nie potrafiące zrozumieć drugiej strony. Czy taka miłość może być dobra, jeśli kochanek obejmuje cię żelaznym uściskiem.
– Dusisz się… – Hanna dopowiedziała zasmucona.
– Otóż to. Właściwie on mnie dusi swoim zaborczym uczuciem. Jeśli afirmuję siebie, jestem mu niemiła. Moje sukcesy pisarskie wywołują w nim dezaprobatę. Jeśli wyjeżdżam gdzieś sama, spala go zazdrość. Jeżeli działam społecznie, na przykład na rzecz poprawy warunków bytowych i zdrowotnych więźniów, jest nieżyczliwy, smaga mnie wzrokiem żandarma.
– To jest krańcowy egoizm, nie miłość – Hanna była zaskoczona.
– Wciąż się nad tym zastanawiam.
– Zosiu, chcesz z nim być? – zaryzykowała pytanie.
– Haneczko, nie zadawaj takich pytań – oburzyła się. – Bezwarunkowo tak. Nie po to wychodziłam drugi raz za mąż, aby teraz dopuszczać do siebie wątpliwości. To, że ci się żalę nie oznacza, że stawiam sobie takie pytanie.
– Przepraszam. W takim razie powinnaś poszerzyć świat swoich doznań, bo literatura to za mało, abyś mogła być usatysfakcjonowana.
– Wiesz, że chyba intuicyjnie to robię. Wspomniałam ci o mojej pracy na rzecz więźniów. Wyobraź sobie, że te okratowane mury są teraz moim skarbem moralnym, zostałam wybrana na więziennego kuratora. Poza tym zapisałam się do Koła Ziemianek.
– Cieszę się, że to ci pomaga.
– Wybacz Haniu, że przy okazji twojego ślubu mówię ci o moich kłopotach. Musiałam ci się zwierzyć…
– Nie martw się o to. Nic nie jest w stanie umniejszyć mojego szczęścia. Los obdarował mnie człowiekiem pełnym zalet umysłu i charakteru.
– Twoja radość jest moją radością.
Faktycznie małżeństwo Hanny z Maksymilianem Bickiem było udane, mąż wspierał rzeźbiarską karierę Hanny Nałkowskiej, która u jego boku osiągała sukcesy artystyczne.

W lutym 1925 roku Nałkowska i Gorzechowski wyjechali do szwajcarskiego kurortu Leysin-Feydey w związku ze stwierdzoną u niego gruźlicą kręgu szyjnego. Z jej powodu miał silne bóle ramienia. W kurorcie przebywali trzy miesiące. Pobyt w naturalnym otoczeniu wpłynął korzystnie na ich stosunki. W tym czasie, po ukończeniu przez pisarkę czterdziestego roku życia, opanowały ją egzystencjalne refleksje na temat zbliżającej się starości. Ze smutkiem, a nawet z pewnym obrzydzeniem zanotowała w Dziennikach (13 III 1925): „(…) mnie po prostu straszliwie wstyd być starą. Mój odwieczny stosunek do siebie jest bankructwem. (…) Jakże mi wstyd, że nie jestem szczupła. (…) Młodość nie jest stanem, jest wartością dodaną do wszystkiego innego. A starość jest odjęciem tej wartości od wszystkiego”. Po powrocie do Polski pani Zofia zderzyła się z chorobą matki, która po udanej operacji powoli powracała do zdrowia. Rekonwalescentka kilka tygodni przebywała w Grodnie u córki.

29 i 30 sierpnia 1925 roku w domu Jana i Zofii Gorzechowskich gościł marszałek Józef Piłsudski. Jur był jego młodszym legionowym druhem. Fascynował ją ten człowiek, którego obecność spowodowała, iż doznała „chwil zupełnego upojenia, doskonałej rozkoszy obcowania z potęgą ludzkiej natury”. Bezpośredni kontakt z nim wzbogacił ją również pod względem pisarskim. Swoje obserwacje wykorzystała do konstrukcji postaci Komendanta w powieści Węzły życia.
W drugim dniu wizyty, gdy Jan Gorzechowski wyprowadził na spacer dwa wyżły, Nałkowska piła poranną herbatę z Piłsudskim.
– Piękne te wyżły – zauważył marszałek.
–  A każdy inny, mimo że z jednej matki, jeden spokojny, drugi energiczny.
– Ja jestem jak ten drugi: żywy i szalony – Piłsudski, ku zaskoczeniu gospodyni, zszedł na tematy osobiste. – O górnym węchu…
– Nie bardzo rozumiem – zmieszała się.
– Obwąchiwałem wszystko, co się działo wokoło, co się tyczyło polskich spraw. I rzucałem się często na oślep, zanim odnalazłem wreszcie to, o co szło.
– Intuicyjnie? – Nałkowska zapytała niepewnie.
– Przedziwny instynkt wyprzedzał moją świadomość, intuicja była forpocztą logicznego rozumowania – zamyślił się, marszcząc krzaczaste brwi. – Może działałem jak dzikie stworzenia kierujące się niezawodnym instynktem zachowania gatunku?
– A propos, przepraszam, że zapytam o rzecz intymną. Czy wszystkie te aktywności nie odbywały się kosztem… – zawahała się przez chwilę – życia erotycznego? Pytam jako pisarka – dodała usprawiedliwiającym tonem.
– Nie miałem okazji z nikim o tym rozmawiać – uśmiechnął się dyskretnie. ­ – Z panią chętnie podzielę się refleksją, której nie mógłbym zanotować w swoich pismach, bo by mnie obsobaczyli, opluli, albo i gorzej – zaśmiał się wesoło ze szczyptą autoironii.
– Mali ludzie nienawidzą większych od siebie, szczególnie gardzą wybitnymi jednostkami – pochlebiła mu.
– Za ich wyjątkowymi czynami stoi najczęściej płeć. Otóż cała moja działalność jest pracowaniem płcią.
– Od dawna myślę o powieści, w której energia erotyczna postaci będzie na usługach ich myśli, działań i twórczości.
– Powiedziała pani to samo, co ja, tylko innymi słowami.
– Jestem rada, że w tej materii myślę podobnie, jak pan, panie marszałku.
– Pani Zofio, tylko bez tego marszałka, skoro dysputa zeszła na płeć – rzekł wesoło.
– Historia nam mówi, że władcy często podejmowali decyzje pod wpływem porywów serca, porad żon lub podszeptów kochanek.
– Jestem już stary, więc wyznam pani szczerze, nie chwaląc się, że byłem tęgim kochankiem. Proszę to zachować w sekrecie – przyłożył wskazujący palec do ust pod wąsami.
Zofia Nałkowska nie spodziewała się tak intymnego wyznania. Nie wiedziała jak zareagować. Zdziwiona patrzyła na jego szlachetną twarz z wyrazem szacunku.
– Widzę, że wciąż bije od pana potężna energia. Bez przesady z tą starością – rzekła pewnie.
– Co prawda nazywają mnie Dziadkiem, lecz nawet pochlebcy, nie mówiąc o wrogach, nie wiedzą że moja entelechia wciąż mocno pulsuje i dzięki niej dopiję jeszcze – tu uniósł szklankę z mocną herbatą – gorzkie treści.
– Jak mówił Mickiewicz: z chińskich ziół ciągnione treści – Nałkowska zacytowała fragment Zimy miejskiej Mickiewicza nie rozumiejąc, co marszałek miał na myśli.
– Tu akurat dobrze wpisuje się pan Adam, lecz ja bardziej cenię twórczość pana Juliusza.
– Słyszałam.
Oda do wolności Słowackiego zawsze świeciła dla mnie jaśniej, niż Oda do młodości. A ta niedopita szklanka – wskazał na nią wzrokiem – jest moją niedokończoną robotą. I muszę ją sfinalizować, by w kraju działo się lepiej.
Zofia Nałkowska nie potrafiła odgadnąć, co się kryło za tymi słowami. Dopiero po zamachu majowym zrozumiała, że przenośnia o gorzkich treściach dopijanej herbaty tyczyła się konieczności uzdrowienia Polski według jego wyobrażeń. Natomiast ona odnosiła tę przenośnię do ofiar zamachu i niezadowolonej części społeczeństwa z zastosowanych przez niego metod.

W maju 1925 roku „Wiadomości Literackie” ogłosiły pierwszą ankietę wśród czytelników z pytaniem: Kogo wybralibyśmy do Akademii Literatury Polskiej? Najwięcej głosów wśród pisarek otrzymała Zofia Nałkowska. Przeżywając męki związane z dzieleniem wspólnego losu z partnerem, pisarka z wielką radością przyjęła tę wiadomość, która osładzała jej przykry smak „zesłania” na kresy. Zadowolona zanotowała w Dziennikach pod datą 1 listopada 1925 roku: „(…) jestem w tej chwili pierwszą pisarką polską”. Wybiegając w przyszłość należy uzupełnić, iż w 1933 roku powołana została Polska Akademia Literatury składająca się z piętnastu członków. Zofia Nałkowska była jedyną kobieta w tym gronie.

W końcu kwietnia 1926 roku Nałkowska wyjechała z Grodna do Warszawy „w stanie ostatecznej życiowej przegranej”. Właściwie uciekła od męża, który „deptał ją grubymi butami po palcach, gdy ona czepiała się brzegu, tonąc” – jak zanotowała w Dziennikach 24 lipca tegoż roku. Uciekła od „zmory męki i upokorzenia”. Cztery lata małżeństwa z grubianinem (mimo wykształcenia i piastowania wysokich urzędów wojskowych) zdezorganizowały jej życie. Dodatkową przyczyną decyzji były podejrzenia, że miał kochankę, co po pewnym czasie się potwierdziło. Jednak najpoważniejszymi powodami rozpadu związku były według Hanny Kirchner (Nałkowska albo życie pisane, 2011): „Obcość duchowa, przemoc fizyczna, odarcie z tożsamości i odwartościowanie jej, wreszcie niemożność utrzymania spójni ideowej”. W mieszkaniu na Marszałkowskiej pani Zofia leczyła duchowe rany wspierana przez matkę i Zosię Villaume-Zahrtową. Po dwóch miesiącach wyjechała do Górek, by w wiejskiej ciszy kontynuować kurację. Odwiedziła ją Zosia Villaume-Zhart.
– Nie masz pojęcia, Zosiu, jak się cieszę akceptacją ludzi podzielających moje zainteresowania – Nałkowska zwierzała się przyjaciółce.
– Bo przyjmują cię taką, jaką jesteś – uzupełniła Zhartowa. – Łącznie z drobnymi wadami.
– Powiedziałabym: przede wszystkim z wadami. Bo człowieka z zaletami każdy polubi i zaakceptuje – sprostowała pani Zofia.
– Teraz nie musisz się kłopotać, że swemu panu nie podałaś na czas posiłku, albo że na przykład nie powiedziałaś mu o wyjeździe do więźniów.
– Co za ulga, że wyzwoliłam się spod jego dyktatorskiej kurateli. Czepiał się najmniejszych rzeczy, wytykał jakieś głupie drobiazgi – w Nałkowskiej wciąż siedział nieutulony żal.
– Według mnie ludzie nazbyt drobiazgowi często są małostkowi.
– Święta prawda, Zosiu. Muszę to sobie zapisać. Ale poza drobiazgami były z jego strony także grubsze rzeczy. Wyobraź sobie, że niemal w każdą niedzielę zażywał rozrywek tylko dla panów, ja zaś w domu bezsilna płakałam.

Po czteroletniej izolacji od środowiska literackiego Zofia Nałkowska z łatwością potwierdziła swoją pozycję w kulturze. Poza aktywnością pisarską włączyła się w działalność PEN Clubu, którego została wiceprezesem. Brała udział w Międzynarodowym Kongresie Prawa Autorskiego oraz organizowała protest w sprawie więźniów politycznych. W 1927 roku, gdy Tomasz Mann przybył z wizytą do Polski, Nałkowska kilkakrotnie z nim się spotkała, mając doskonałe porozumienie. Od września tego roku otworzyła w swoim obszernym mieszkaniu salon literacki; były to „fajfy”, na które raz w tygodniu zapraszała pisarzy.
W tym samym miesiącu w Górkach pojawił się u pisarki Gorzechowski, przywożąc z Brześcia, gdzie stacjonował, sukę Dianę i smakołyki. Czynił zabiegi naprawienia stosunków. Do Brześcia został oddelegowany w związku z aferą moralnego i fizycznego znęcania się przez żandarmerię nad generałami Włodzimierzem Zagórskim i Tadeuszem Rozwadowskim, przeciwnikami zamachu majowego. Sprawa ta została ujawniona później, więc Nałkowska o niej nie wiedziała.
Przed świętami Bożego Narodzenia 1927 roku pani Zofia uległa jego namowom i z matką spędziła w Brześciu trzy tygodnie. Następnego roku Jur został skierowany do służby w Warszawie w Komendzie Miasta. Zamieszkał w domu Bez Kantów przy ulicy Królewskiej 2. Wigilię spędzili razem w jego służbowym czteropokojowym mieszkaniu. Namawiał żonę, by z nim zamieszkała. Jej empatia i litość przeważyły; dała się nakłonić do powrotu. Jan w tym czasie poważnie chorował, ona zaś pielęgnowała go, mimo czynionych przez niego awantur. Po pewnym czasie dowiedziała się, że ma kochankę.
– Ja okazuję ci współczucie i opiekuję się tobą w chorobie po to, żebyś ty był na tyle zdrów, aby mieć kogoś na boku – Nałkowska nie wytrzymała, gdy znowu oskarżał ją o jakąś nieistotną sprawę.
– Powtarzasz jakieś idiotyczne plotki? – jego marsowe oblicze raptownie przyoblekło się w twarz facecika przyłapanego in flagranti.
– Obcy ludzie już o tym wiedzą, tylko ja, najbardziej zainteresowana, dowiaduję się ostatnia. Myślałam, że takie rzeczy zdarzają się tylko w kiepskich sztuczydłach.
Gorzechowski milczał zbity z tropu.
– Do czego potrzebna jest ci ta gra? Namawiałeś mnie do powrotu i równocześnie miałeś inną. Czy ja po to zajmowałam się tobą, niańczyłam, byś zaraz – gdy się lepiej poczułeś – leciał do tamtej? Aha, rozumiem, właśnie dlatego chciałeś mojej opieki, byś dla niej był zdrów. O Boże, jaka ja jestem głupia – zapłakała.
– To wszystko było nie tak! – krzyknął dramatycznym głosem.
– Człowieku, oszczędź mi tego „jak było”, oszczędź mi kłamstw – szlochała. – Masz natychmiast zerwać tę znajomość! – zażądała.
– Żaden cywil nie będzie mi rozkazywał, co mam robić – wrzasnął.
– A więc potwierdzasz to.
Jan nie odpowiadał. Był skonsternowany i zarazem wściekły. Patrzył na nią oczami dzikiego zwierzęcia złapanego w potrzask.
– Całe życie miałam do czynienia z kulturalnymi, dobrymi ludźmi, a tu… Brak mi słów – wciąż płakała. – Chyba zostałam pokarana takim człowiekiem.
– Ale… – zaczął mówić zduszonym głosem.
– Zamilcz! – Nałkowska wrzasnęła, co jej się nigdy nie zdarzało. – I żadnych odtąd kontaktów.
Pomimo to nie rozstali się. Małżonkowie wciąż uczestniczyli w oficjalnych spotkaniach i prywatnych przyjęciach. Pani Zofia nie potrafiła go opuścić, wybrała upokarzające trwanie w martwym związku.

Anna, matka pisarki, widząc co się dzieje z Zofią, któregoś letniego dnia 1929 roku podjechała meblowozem pod mieszkanie przy ulicy Królewskiej. Z robotnikami weszła do córki i kategorycznym tonem kazała jej się spakować, a pracownikom firmy przewozowej poleciła zabrać należące do niej meble i inne rzeczy. Zaskoczona pisarka z uczuciem ulgi zastosowała się do poleceń matki. Po kilku godzinach, gdy robotnicy ustawili ostatnie meble w mieszkaniu na Marszałkowskiej, pani Zofia usiadła zmęczona w fotelu w salonie i pomyślała: „Kochana mama. Nareszcie jestem wolna”.
Tydzień później pisarkę odwiedziła Andzia O’Brien de Lacy.
– Nie wiesz, jak się cieszę, że po tylu latach wyrwałaś się z tej niewoli – Nadzieja przytrzymała z czułością jej dłoń.
– Nigdy źle nie mówiłam ani o swoim pierwszym mężu, ani o partnerach, ale o tym człowieku nie potrafię inaczej powiedzieć niż to, że był… – zaczerpnęła głęboko powietrza –…że nie był dobry.
– Z tego, co kiedyś mi powiedziałaś wnioskuję, że miał w głowie tylko wojsko i ten jednowymiarowy świat przenosił na życie cywilne.
– Był żandarmem w każdym calu nawet wtedy, gdy jeździliśmy bryczką na wycieczki, albo rozmawialiśmy o przyrodzie. Ulegałam mu we wszystkim, dawałam się terroryzować.
– Zofijko, wytłumacz mi dlaczego tak się działo? Przecież zawsze miałaś właściwe  psychologiczne postrzeganie ludzi, czemu dawałaś i wciąż dajesz wyraz w swojej twórczości – Andzia dziwiła się.
– Nie wiem. On mnie paraliżował. Poza tym sama wiesz, że łatwiej jest przeprowadzić analizę czyjejś duszy, niż swojej – Nałkowska powiedziała sentencjonalnie.
– Paradoks – skonstatowała.
– Może zabrzmi to dziwnie, ale wydaje mi się, że moje życie to zlepek paradoksów.
– Zawsze rozumiałaś racje innych, a twoja wrażliwość – przypuszczam – skierowana była na szukanie winy w sobie.
– To mój wielki błąd. Przez lata powtarzałam go, tkwiąc w fatalnym związku.
– Kiedyś Jan szaleńczo cię kochał.
– Jego uczucie zaślepiło mnie. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że jego miłość miała rewers patologii; chorobliwa zazdrość, obezwładniająca zaborczość… – Nałkowskiej z wrażenia zaschło w gardle, sięgnęła po filiżankę, by wziąć łyk herbaty.
– W anormalnej sytuacji trudno jest się odnaleźć, a jeszcze trudniej ją okiełznać…
– Za to cię cenię, Andziu, że podobnie widzisz rzeczywistość. Najgorsze z tego wszystkiego jest, że ja, osoba na pewnym poziomie, kobieta wyemancypowana uległam całkowicie władzy prymitywnego człowieczka.
– Bo te stereotypy wciąż trwają w naszej świadomości
– Czy kiedyś się z nich wyzwolimy?

Zanim doszło do zerwania wszystkich więzów z Jurem, Zofia Nałkowska wydała w listopadzie 1928 roku Niedobrą miłość, za którą otrzymała w maju 1929 roku nagrodę miasta Łodzi. Powieść przedstawia nieszczęśliwych małżonków, Agnieszkę i Pawła Blizborów, za którymi kryli się Zofia i Jan. Wszystkie pieniądze z nagrody przeznaczyła na urządzenie mieszkania przy ulicy Królewskiej w nadziei, że rozpocznie z mężem nowy lepszy rozdział życia. Po „ewakuacji” stamtąd żaliła się w Górkach matce:
– Na jaką mękę, na jakie pośmiewisko roztrwoniłam te pieniądze.
– Dobrze, że chociaż odzyskałaś swoje meble – matka pocieszała ją. – Odzyskałyśmy – poprawiła się podkreślając swój udział w przeprowadzonej akcji.
– Oto moje kolejne życiowe paradoksy: świat mi się walił, a ja z uporem głupca przeprowadzałam jego rekonstrukcję licząc, że w nowym locum wszystko jakoś się ułoży – Zofia mówiła smutnym tonem. – Za pieniądze z książki o tytule odzwierciedlającym moje uczucie dostałam, o ironio, nagrodę. A gdy tylko skończyłam urządzanie mieszkania, natychmiast je opuściłam.
– Nie ty je opuściłaś, córeczko, tylko ja cię zabrałam – poprawiła ją matka. – Tkwiłabyś tam jeszcze nie wiadomo jak długo.
– Mamo, nie chcę być dla ciebie zgryzotą – pisarka rzekła strapiona. – Powinnam być ci pomocą.
– Podźwigniesz się jeszcze, zobaczysz – matka ją pocieszała. – Będziesz na nowo radować się życiem i naturą – wskazała dłonią na rosnące za oknami domku kwiaty i drzewa. – I kto wie, czy twoje ostatnie przejścia nie staną się dla ciebie tworzywem.
– Mamo, zapomniałaś, za co otrzymałam łódzką nagrodę? Nieustannie to robię, przekuwam przeżyte zło na coś wartościowego.
– Jak u Goethego. Chyba w Fauście występuje cząstka siły, która zawsze pragnie zła, lecz w konsekwencji sprawia dobro.
– Paradoksy chyba nigdy mnie nie opuszczą – Zofia, na pół zafrasowana, na pół zadowolona, zaśmiała się przez łzy.

Dzięki traumatycznym przeżyciom ostatnich lat Zofia Nałkowska jeszcze bardziej stała się niezależna, samodzielna i niestety samotna. Rozstała się definitywnie z Janem, choć formalnie rozwodu nigdy nie przeprowadziła. Mimo, iż Gorzechowski zdruzgotał jej prywatny świat, fundując ogrom cierpień, pozostawił jednak pozytywny ślad w książkach pisarki; jego modelowa postać mocnego mężczyzny była przez nią wykorzystywana do konstruowania bohaterów w kilku powieściach.

Małżeństwo Zofii Nałkowskiej z Janem Gorzechowskim miało wszelkie znamiona związku patologicznego. Zaledwie po kilku tygodniach po bliższym poznaniu się pisarka zanotowała w Dziennikach: „(…) Psychicznie jest taka przepaść, że jej najtkliwsza miłość nie zapełni” (30 VII 1916). Pani Zofia stosunkowo szybko poznała jego charakter: lekkomyślność, „rozprzężenie życiowe”, obcesowość, chorobliwą zazdrość, zaborczość i brak zrozumienia innych. Mimo to zdecydowała się na zawarcie z nim małżeństwa. Zresztą miała tendencję do wikłania się w niekonwencjonalne, trudne związki uczuciowe. Młodszy od niej o dwadzieścia lat pisarz, Michał Choromański, „pragnął złamać jej życie” – jak to określił – i w jakimś sensie mu się to udało: „Jego urok erotyczny jest tak silny, że przebywanie z nim nie może być bezkarne” – zapisała pod datą 23 III 1931 roku. Trzeba przyznać, że pani Zofia musiała promieniować wyjątkowym czarem – a była już mocno po czterdziestce – skoro Choromański wybrał ją, odrzuciwszy awanse ładnej Marusi Kasprowiczowej, młodszej od pisarki. Poza tym pani Zofia przeżywała rozterki serca związane z nieodwzajemnioną miłością do Karola Szymanowskiego, wybitnego kompozytora (po pewnym czasie dotarło do niej, że nie był on wrażliwy na uroki płci przeciwnej). Kolejnymi obiektami jej miłosnych uniesień byli Miroslav Krleža, chorwacki pisarz, Bruno Schulz, Milutin Čekić, serbski reżyser i Bogusław Kuczyński, pisarz, młodszy od niej o dwadzieścia trzy lata, z którym związana była do połowy września 1939 roku.
Nie wspominając o licznych wcześniejszych romansach i sympatiach Zofii Nałkowskiej należy stwierdzić, że nie miała łatwego życia uczuciowego. Jej wybory serca najczęściej zawierały w sobie ładunek wybuchowy, który po pewnym czasie eksplodował, raniąc ją dotkliwie. Stwierdzenie z jej listu do Choromańskiego: „Nie mam w sobie zgody na siebie” potwierdza hipotezę, że jej życie uczuciowe wypełnione było paradoksami i sprzecznościami.

Franciszek Czekierda

Reklama

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko