Teatr Wybrzeże w formie. Alina Kietrys o premierach Teatru Wybrzeże w tym sezonie:

0
60
Na zdj. scena z „Upiorów”, fot. Natalia Kabanow/Teatr Wybrzeże

Dawno nie pisałam w Yoricku, więc mam trochę zaległości, które chciałabym uporządkować. Teatr Wybrzeże przeżywa ogromny kapitalny remont budynku głównego, ale działają trzy mniejsze sceny: w Gdańsku Malarnia i Stara Apteka, a w Sopocie, również w remoncie, ale już wpuszczający widzów Teatr Kameralny im. Joanny Bogackiej przy ulicy Bohaterów Monte Cassino. To scena dobrze znana i z tradycjami. Remontowe „peregrynacje” nie przeszkadzają jednak artystycznym poczynaniom.

„Resztki” w Gdańsku

Ewelina Marciniak miała i ma swoje zasłużone miejsce także w Teatrze Wybrzeże, co prawda już nie na etacie, ale w jej reżyserii jest aktualnie w repertuarze rzecz firmowana nazwiskiem Jarosława Murawskiego zatytułowana „Resztki”. Jest to adaptacja wątków zaczerpniętych z „Stramera” Michała Łozińskiego i dwóch epizodów z „Wyjechali” W. G. Sebalda – niemieckiego wybitnego prozaika. O literackich zapożyczeniach do sztuki „Resztki” widzowie przeczytają w programie do spektaklu. A więc Jarosław Murawski, zgodnie z obecną praktyką dramaturgiczną, na kanwie utworów innych autorów tworzy własne dzieło. Mam do tego typu praktyk ambiwalentny stosunek, choć doceniam inne dramaturgiczne zmagania autora sztuki „Na Boga” czy adaptatora „Morfiny” Szczepana Twardocha i rozumiem, że od jakiegoś czasu Ewelina Marciniak współpracuje właśnie z tym dramaturgiem.

O czym więc jest spektakl Eweliny Marciniak? O zatrzymywaniu czasu i osób w pamięci i na fotografii, o zapisywaniu (opisywaniu) wędrówek, które odbywają się z przymusu. Oba teksty literackie, które stanowią kanwę sztuki „Resztki”, nawiązują do tułaczki i zagłady Żydów. Murawski idzie więc tropem ludzi skazanych na wygnanie, wymazanie, unicestwienie, o których nie wolno zapomnieć. Fotografie są częścią uświadamiania, że oni też tu byli, zapisywaniem w pamięci losów i utrwalaniem śladów obecności. Marciniak tworzy tym spektaklem swoistą przypowieść o „pogubionych losach”, jak sama mówi. Główną postacią tego spektaklu jest Róża (Dorota Kolak) – siedmioletnia dziewczynka, kiedy wybucha wojna, a w chwilę potem dojrzała kobieta, która wiedzie wszystkich przez ten nieoczywisty, zmieciony świat. Tymi wszystkimi są postacie z cienia, takie jak Ferber (sugestywny Krzysztof Matuszewski), czy bezradny i jakby z innego świata Rudek (Piotr Biedroń). Róża wiedzie ich ku ocaleniu… w pamięci. Kolak króluje na scenie w czarnym kostiumie, wydobywa słowa wolno, słowa ze świata zaprzeszłego, ważąc ich moc, a po chwili przyspiesza, jakby czas się kończył. Jest przejmująca w tym rządzeniu przeszłością innych. A postacie z dramatu, w kolorowych perukach i jaskrawych kostiumach snują się jakby w nierzeczywistych przestrzeniach, które współtworzy też przejmująca muzyka na żywo znakomitego Wacława Wimpla, który w spektaklu jest nauczycielem, Paulem-saksofonistą. Bohaterowie tej scenicznej opowieści Eweliny Marciniak szukają resztek życia w różnych miejscach, także w oczach widzów. Szukają resztek ze znanych sobie światów, szukają resztek w ludziach, którzy jeszcze są.

Przejmujący to spektakl i wymagający od widza wpisania się w teatralną grę Marciniak, która świadomie kiczowatym scenograficznym klimatem wytrąca stereotypy z przypowieści o holokauście i zagładzie. Prowokuje? Raczej w nadmiarze sztucznej teatralizacji topi własne zagubienie, bo jak dzisiaj łamać standardy i rozkruszać obojętność, jak tworzyć teatr budowany z resztek choćby własnego świata.

Proza udramatyzowana

Debiutancka powieść „Nieczułość” Martyny Bundy narobiła kilka lat temu sporo zamieszania. Pisano: „brawurowa proza” w hołdzie kobiecej solidarności, wzruszająca saga o wojnie, rozpaczy, miłości i zdradzie. Losy Gerty, Trudy i Ildy – trzech sióstr i ich matki Rozeli wpisane zostały w wielką dziejową zawieruchę, która przetoczyła się przez Dziewiczą Górę – ich wieś na Kaszubach. Dom wybudowany za pieniądze z ubezpieczenia po tragicznej śmierci męża i ojca będzie ostoją i nadzieją wszystkich kobiet, nawet tych odchodzących z konieczności. Wojenne pożogi, domowa tresura nauczyły kaszubskie kobiety zamykać się w sobie, obojętność niczym skorupa miała chronić ich przed złem. Nieczułość stała się życiową dewizą, choć nie wszystkim udało się ją osiągnąć. Nieczułość ułatwiała przetrwanie, ale to nie znaczy, że pomagała w życiu.

Inscenizację powieści „Nieczułość” przygotowała w Teatrze Wybrzeże reżyserka Lena Frankiewicz razem z autorką adaptacji i dramaturgii Zuzanną Bojdą. I choć teatralna wersja „Nieczułości” nieco odeszła od literackiego pierwowzoru, to zostały umiejętnie rozpisane napięcia i emocje, choć nadmiar ekspresji aktorskiej na scenie bywa czasami drażniący. Ciekawie oddane zostały charaktery sióstr: Gerty (Justyna Bartoszewicz), Trudy (Agata Bykowska) i Ildy (Dorota Androsz – zdecydowanie najlepsza), każda z nich miała swój czas krótkiej radości, a potem przetrwania i upokorzenia. A Rozela jako matka ogarniała nieszczęścia i broniła rodzinę przed złem i upodleniem. Zamknięta i surowa z nieczułością dziedziczoną, niczym z genetyczną rysą, ale i z nieczułością wszczepioną przez doświadczenia, określaną jako kaszubska nieufność i zamknięcie.

Spektakl jest opowieścią retrospektywną. Niczym w hamaku, w wielkiej chuście buja się piewczyni – narratorka, zaczepia widzów własną opowieścią. Marzena Nieczuja-Urbańska zagra w tym spektaklu cztery epizodyczne role – każdą inną. Szczególnie trudna i wymagająca od aktorki odpowiedzialnego spokoju, będzie rola świnki, którą szlachtują w trakcie świniobicia. Ciało aktorki niczym świńskie mięso będzie poddawane „rzeźnickiemu rytuałowi”. 

Spektakl rozpoczyna się w ciemności. Rozchichotana grupa dziewczyn wchodzi w przestrzeń sceny, potyka się o podesty, które za chwilę okażą się słynnym domem w Dziewiczej Górze. Te rozbawione dziewczyny będą wiodły opowieść z przeszłości, wspominając swoje krewne: babcie, ciotki, kuzynki, a równocześnie będą nimi, bowiem pokrewieństwo zobowiązuje. Sześć aktorek (także Magdalena Boć) stworzą rzeczywiście zbiorowe widowisko, świadomie bawiąc się i odgrywając różne role. I to największa siła tego spektaklu. Dla podkreślenia literackiego pierwowzoru i umiejscowienia regionalnego pojawiają się w spektaklu kaszubskie pieśni, niestety niezrozumiałe dla wielu dzisiejszych widzów. Jest też muzykant ze słynnymi diabelskim skrzypcami. Warstwa muzyczna – dzieło jazzmana Ola Walickiego to walor tego przedstawienia. „Nieczułość” jako opowieść o losie kobiet porusza. Aktorskie doświadczenie reżyserki, co widać w sposobie pracy, muzyczna wiedza i wrażliwość tworzą rodzaj polifonii scenicznej, czyli gdy trzeba prowadzi niezależnie losy bohaterek, ale również jednoczy je we wspólnocie, która pozwoliła zbudować spójny spektakl.  

Oskar Wilde na nowo

W styczniu tego roku na scenie Teatru Wybrzeże pojawiła się znana komedia w nowym tłumaczeniu. „Bunbury. Komedia dla ludzi bez poczucia humoru” Oskara Wilde’a to nowa wersja „Brata marnotrawnego”. Tym razem prowokacyjny tytuł, podobnie jak i cała inscenizacja to dzieło Kuby Kowalskiego, reżysera, który już po raz trzeci pracuje z zespołem wybrzeżowego teatru. Inscenizację przygotowano na sopockiej scenie. Sztukę de facto z epoki wiktoriańskiej, z której Wilde drwi na całego, przeniesiono w czas współczesny. Opowieść to dowcipna i przewrotna, a autor i reżyser prowokują odbiorcę do zadania kilku pytań: jak kreujemy siebie, czy przywiązujemy wagę do wyznaczonych nam ról społecznych, czy każdy może być tym, kim by chciał? Kowalski przyznaje za Wilde’em, że „Bunbury” jest tekstem wolnym od logiki i sensu, błahym, pozbawionym głębi, ale z zabawnymi absurdalnymi sytuacjami i bez taniego moralizowania. Reżyser oczywiście uwspółcześnia intrygę Wilde’a. Zaczyna od nowego tłumaczenia, które zrobił na jego prośbę i dyrekcji teatru Maciej Stroiński. Tekst brzmi naprawdę rześko i dobrze. Banburzyć to znaczy tyle, co „kreować siebie i rzeczywistość wokół, a także „swobodnie na nielegalu romansować z kim się chce i po prostu żyć po swojemu” – powiedział Kuba Kowalski. I takie zrobił przedstawienie, podążając też metroseksualnym tropem Wilde’a, a więc grą płci i burzeniem wyobrażeń na temat męskości czy kobiecości bohaterów. Scenografia bardzo jednoznaczna jest pomysłu Kamili Dzikowskiej. Na scenie króluje wielki, nie do zdobycia szczyt o kształtach ogromnego fioletowo-niebiesko-różowego fallusa. Będą się nań wdrapywać postacie komedii. Ruch i potrzeba stałego przemieszczania się są cechą swoistego ADHD bohaterów w tym spektaklu, stąd bieganie między ogromnym fallusem a podestami rozstawionymi po przeciwnej stronie sceny. Nad choreograficzną sprawnością aktorów czuwał Oskar Malinowski. A fabuła – oczywista. Dwaj bogaci młodzieńcy, jeden bardziej męski, choć młodzieńczo zagubiony to John Worthing (stonowany Robert Ciszewski) i drugi bardziej delikatny i przerysowany, w ostrym damskim makijażu to Algernon Moncrieff (Marcin Miodek) prowadzą swoją grę z losem. Tworzą postać wyimaginowanego Ernesta, który będzie przydatny w umizgach do córki Lady Augusty – Gwendaleny (nijaka, choć się starała błyszczeć wdziękiem Magdalena Gorzelańczyk) i do Cecylii (trochę zagubionej Agaty Woźnickiej). Rolę Lady Augusty z wdziękiem, w niebieskiej krynolinie i cudownym kapeluszu z woalką zabawnie spełnia Robert Ninkiewicz, aktor z dużym dorobkiem, niezapomniany Broniewski w jednym z najlepszych spektakli tego teatru za dyrekcji Adama Orzechowskiego. Ninkiewicz umie z dystansem bawić publiczność. Zamiana płci w „Bunbury” pojawia się jeszcze raz. Romans wiejskiej nauczycielki i księdza (chyba nie katolickiego sądząc po szatach) wychodzi na jaw, więc nagle nauczycielka (Anna Kociarz) staje się księdzem. A Marek Trynda – wcześniej duchowny drepcze w szpilkach.  A tak serio – ironia reżyserska Kuby Kowalskiego rozbrajająco podziałała na aktorów.  Pofolgowali sobie, dając upust nazbyt tandetnej zabawie, choć przyznaję, że wykazali się ogromną sprawnością fizyczną.

„Sceny z egzekucji” Howarda Barkera

Marzec jest iście teatralnym miesiącem w Teatrze Wybrzeże nie tylko z powodu Międzynarodowego Dnia Teatru, nagród marszałka województwa i prezydenta miasta Gdańska dla artystów i twórców, ale również dzięki dwóm premierom. Dramat Howarda Barkera porusza ważne tematy: jaki wpływ na zmianę społecznej świadomości ma sztuka, czy artysta kształtuje rzeczywistość, na ile mocodawcy zmieniają twórców. Kiedy przygotowywano „Sceny z egzekucji” w reżyserii Adama Orzechowskiego, mówiono, że spektakl będzie towarzyszył walce krakowskiego Teatru im. Słowackiego z restrykcjami państwowego mecenasa i wyakcentuje skutki nieszczęsnego mariażu polityki ze sztuką. W dniu premiery trwała już wojna na Ukrainie, więc nagle „Sceny z egzekucji” nabrały innego wymiaru, czemu artyści dali wyraz na zakończenie spektaklu, trzymając w ręku żółte tulipany z niebieskimi wstążkami na scenie podświetlonej w barwach narodowych Ukrainy.

Adam Orzechowski poza tekstem Howarda Barkera wykorzystał fragmenty tragedii Simone Weil „Wenecja ocalona”, które wpisał w spektakl dramaturg Teatru Wybrzeże Radosław Paczocha. Morska bitwa pod Lepanto w 1571 roku była jedną z najkrwawszych w tamtym czasie. Starcie wojsk chrześcijańskich z państwem Osmańskim zapewniło siłom chrześcijańskim zwycięstwo, którego niestety nie wykorzystali. Rządzący Wenecją postanowili jednak z tego wydarzenia zbudować własną opowieść polityczną, która powinna przynieść chwałę aktualnie rządzącym, szczególnie admirałowi Sufficci (Cezary Rybiński), bratu bogatego i bezwzględnego weneckiego doży Urgentino (świetna rola Grzegorza Gzyla). To on zamawia dzieło o morskiej masakrze u zdolnej, ale zbuntowanej malarki Galactii, która wiedzie dość niezależne i bogate (erotycznie) życie. Spektakl rozpoczyna się w ciemności, w której głos kobiecy domaga się światła. To krzyczy Galactia – Agata Bykowska.  Ona będzie namiętna i okrutna, zarówno wobec Prado – weterana bitwy (Paweł Pogorzałek), który jest jej modelem – poniewieranym i dręczonym. Źle też traktuje kochanka – malarza Carpeta. W tej roli Janek Napieralski dumnie prezentujący męskie wdzięki. Reżyser Adam Orzechowski uznał, że ciała aktorów w tej części spektaklu pełnią szczególną rolę. Z erotycznych uniesień, seksualnych uzależnień i swoistej tortury (scena powieszenia aktora za nogę na kilkanaście minut) buduje pierwszą część przedstawienia, która jest niestety rozwlekła i dość nudna. I nie dodają dramaturgii także sceny z Riverą (Magdalena Boć) – nagą kochanką dodży, która siedzi w głębi sceny obok swego pana i władcy. W późniejszych sekwencjach, odziana już Rivera stanie się krytyczką sztuki i to będzie znaczące. Bo gdański spektakl „Sceny z egzekucji” rozpoczyna się naprawdę jako interesujące przedstawienie od wejścia na scenę kardynała Ostensible – wyrazistego i ironicznego, władczego i bezwzględnego. To bardzo dobra rola Jarosława Tyrańskiego, który jasno określa kardynalskie potrzeby, preferencje i wymagania. Razem z weneckim dożą Urgentino wyznaczają miejsce, które powinna zajmować artystka w bogatej Wenecji. To oni uwikłają Carpeta, kochanka malarki, w zemstę nie tylko artystyczną. Doża wtrąci Galactię do więzienia, ale nie zrobi z niej ofiary, tylko udowodni, że obraz jaki ona ma namalować, musi spełnić jego oczekiwania. Grzegorz Gzyl jest w roli doży perfekcyjnie przebiegły, daje upust złości, opanowuje władczy krzyk, a każde słowo, którym kontruje artystyczne mrzonki z rzeczywistością, wypowiada twardo i jednoznacznie. On wie, jak tworzyć i rozpowszechniać mity potrzebne władzy. I dlatego warto obejrzeć to przedstawienie w gdańskim Teatrze Wybrzeże, szczególnie że scenografia Magdaleny Gajewskiej jest pomysłowa i bardzo wenecka w klimacie. A lustra, w których odbijają się światła i świat bohaterów, tworzą naprawdę dobre tło.

Współczesne „Upiory”

Jak uwspółcześnić Ibsena? Sposób znalazła Olga Grzelak, młoda reżyserka, która w marcu przygotowała premierę „Upiorów” na scenie Starej Apteki w Gdańsku. Jest to jej spektakl dyplomowy, bowiem kończy Akademię Teatralną w Krakowie. Wybrała „Upiory” za namową teatru, który w repertuarze ma już „Norę” Ibsena i dokonała dobrych skrótów oraz bohaterom przypisała nowe działania. Do współpracy namówiła Annę Oramus, scenografkę, która na niewielkiej scenie zawiesiła efektowną białą, rzeźbiarską formą przestrzenną o kształtach tajemniczego drzewa albo rośliny. W centralnym punkcie ustawiła duże akwarium wypełnione wodą z dziwnymi, poruszającymi się stworkami. Bardzo efektowna wizualizacja Natana Berkowicza. Te wodne żyjątka to stułbie płowe, o czym widzowie dowiedzą się w trakcie mini prezentacji wpisanej w spektakl. Tymi stułbiami miałaby się zajmować fundacja Heleny Alving, która tworzy to przedsięwzięcie ku chwale swego nieżyjącego od lat męża. A dziwny to akt upamiętnienia, bowiem mąż Heleny był pijakiem i zdradzał ją przy lada okazji. Jednak w domu o tym się nie mówiło, bo był syn – Osvald, którego matka wysłała do Paryża, by tam stał się artystą. 

Spektakl rozpoczyna kilkunastominutowy popis ćwiczeń na karimacie w wykonaniu Reginy Engstrand, która przebywa w domu Heleny i jest osobą do towarzystwa, a nie pokojówką jak u Ibsena. Oswald (Grzegorz Otrębski), który przyjeżdża do domu na otwarcie działań fundacji, zakochuje się w Reginie. Dobry  w spektaklu jest pomysł pokazania narastającego uczucia Reginy i Osvalda w sugestywnym tańcu. Ale i tak za chwilę obudzą się rodzinne upiory.

U Ibsena to traumy, koszmary, uwikłania, które kiedyś dopadają bohaterów i których trudno się pozbyć. Za popełnione czyny i dokonane wybory trzeba zapłacić. Helena znosiła zdrady męża i upokorzenia ponoć dla dobra syna, a kiedy chciała już uciec z toksycznego związku, do powrotu namówił ją przyjaciel – pastor Manders.  Osvald, kiedy poznaje rodzinne tajemnice, uświadamia sobie, że nie może zostać w domu, chce wyjechać z Reginą, ale to okazuje się niemożliwe. W domu Heleny jest jeszcze ojciec Reginy – stolarz Engstrand, który przyniesie najgorszą wiadomość i wszystko jeszcze bardziej się skomplikuje…

Mało obsadowa sztuka wymaga aktorskich dyspozycji, bo każda z postaci w reżyserskim zamyśle Olgi Grzelak ma swój czas. Helena w interpretacji Małgorzaty Brajner jest pozornie spokojna, bo doświadczona życiowo wie, jakie upiory ma już za sobą, ale nie dodaje głębi psychologicznej swojej bohaterce.  Oswaldowi w interpretacji Grzegorza Otrębskiego zabrakło wiarygodności w scenach buntu, jego motywacja jest nazbyt teatralna, Regina wydaje się przy nim dużo bardziej dojrzała i świadoma ryzyka, w które została wplatana. Agata Woźnicka interpretuje tę rolę z wyczuciem, podobnie jak Jacek Labijak – stolarz

Engstrand. Jego prostota przekazu, niepokój i lęk są cenne. Również Maciej Konopiński w roli księdza Mandersa umiejętnie psychologicznie uzasadnia zachowanie swojego bohatera nie nadużywając ekspresji.

Takie „Upiory” mogą przekonać młodego widza do Ibsena i dramatu z antycznymi konotacjami. Jest bowiem w tym spektaklu współczesność i nasze upiory, trafnie zdiagnozowane przez Olgę Grzelak.

Alina Kietrys

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko