Paweł Jaszczuk – Mały

1
209

Lodowaty wiatr podrywał z ziemi zeszłoroczne liście, gdy za oknem mojej przyczepy pojawił się mały chłopak, prowadzący psa na smyczy. Chłopak był chytry, chytrością dziecka i udawał tylko, jak inni, że mój dom na końcu parkingu pod lasem wcale go nie interesuje. Kluczył wokół ujęcia wody za ogrodzeniem z siatki. Wspiął się na skarpę obsadzoną jarzębinami, oglądał wypasione wille po drugiej stronie ulicy z widokiem na jezioro, a w końcu zrobił to, czego się obawiałem: podszedł do mojej przyczepy i zastukał w szybę.

   Jestem samotnikiem, więc zrozumiałe, że nie mam ochoty nikomu otwierać. To moja przyczepa, tylko moja i nikogo więcej. Wystarczy mi moje własne towarzystwo, które i tak bywa cholernie uciążliwe. Na dodatek jestem uprzedzony do takich ciekawskich szczeniaków. Kilka razy już mnie w przeszłości nachodzili. Nagryzmolili na ścianach wredne napisy, które nie dały się zmyć i musiałem je zamalować. Wyzywali od wariatów, rzucali nawet kamieniami i właśnie dlatego nie zamierzałem temu gówniarzowi otwierać. Wiadomo, wprosi się taki do środka, potem stanie się coś, czego nie można przewidzieć i nawet nie zdążę się nikomu wytłumaczyć. A ludzie są mściwi. Wiem coś o tym. Donieśliby zaraz, gdzie trzeba. Zrobili ze mnie zboczeńca, spalili przyczepę albo nawet powiesiliby na drzewie. Udałem więc, że mnie nie ma, ale chłopak był wyjątkowo uparty. Stawał na palcach i zaglądał do środka przez plastikową szybę, a jego łaciata suka na krzywych łapach, popiskiwała i dygotała z zimna. I to właśnie ten cholerny psiak sprawił, że w końcu się nad nimi ulitowałem. Otworzyłem drzwi przyczepy i powiedziałem spokojnie, by chłopaka nie wystraszyć, że jak tylko się ogrzeją, mają iść i nie wracać, chyba że sam im na to zezwolę. Taka była umowa, na którą wtedy, nierozważnie, się zgodziłem.

    Suka, nie przejmując się niczym, wdrapała się pierwsza do środka. Obwąchała moje nogi i legła, a chłopak wszedł za nią. Wcale nie był wystraszony. Ledwie przekroczył próg, stanął w rozkroku i się rozejrzał ciekawsko. Jego wzrok wędrował po niezaścielonym pościeli i brudnych naczyniach, których nienawidzę myć. Zatrzymał się na wiszących na ścianie akwarelkach, które kiedyś namalowałem, zanim jeszcze  wyprowadziłam się z domu. Najdłużej oglądał moje zdjęciach z dzieciństwa, przylepione taśmą do szafki kuchennej, a kiedy się już do woli napatrzył, zdjął czapkę wełnianą, rozpiął cieniutką kurtkę z ortalionu i odgarnął rude, kędzierzawe włosy, przylepione do czoła.

   Nie uśmiechał się. Kącik jego ust drgał nerwowo, jakby podrażniony prądem. Jego zielone oczy myszkowały po wnętrzu przyczepy, a uszy wsłuchiwały się w dźwięki dobiegające z radia, stojącego na lodówce, którego prawie nigdy nie wyłączam. Zaproponowałem mu kawałek czekolady, którą od razu włożył do ust. Pokazałem mu banana, nie pierwszej świeżości, którego bez słowa wtrząchnął, jakby nic od rana nie jadł.

   – Co to jest? – zapytał niespodziewanie, wskazując palcem na półkę z książkami.

   Nie bardzo wiedziałem, o co mu chodzi, więc wymieniem tytuły książek oraz autorów, ale nic z tego nie rozumiał.

   – To są książki – odpowiedziałem. – Zapisane są w niej postępki ludzkie, te dobre i te złe. W nich jest zamknięty świat, którego naprawdę nie ma.

   Zdziwiony wziął do ręki moją ulubioną powieść, z którą się nigdy nie rozstawałem, „Nędzników”, Wiktora Hugo. Obrócił ją do góry nogami, odgrywając przede mną jakąś komedię. Udawał. Musiał udawać, gdyż dziecko w jego wieku, a miał na oko osiem-dziewięć lat, z pewnością wie, do czego służą książki. Nie mieszkał przecież w odciętej od świata wiosce, tylko w tętniącym życiem dwustutysięcznym mieście.

   – Jaki świat? Dlaczego, jak go nie ma, to jest zamknięty? – pytał naiwnie.

   Dalej nic nie rozumiał, więc uznając, że „Nędznicy” to zbyt trudna dla niego lektura, wyjąłem z półki powieść Antoine’a de Saint-Exupery’ego o księciu, który przyleciał na ziemię z asteroidy B-612, bo innych książek dla dzieci nie miałem, i podałem mu.

   Oglądał ją jak jakiś przedmiot. Poślinił palce, czego nie znoszę, i przekartkował, zatrzymując wzrok na rysunkach, wykonanych przez francuskiego pilota. Zaciekawił go pękaty klaun stojący na kuli ziemskiej, w otoczeniu gwiazd pomalowanych na żółto i oszczędny rysunek przedstawiający spotkanie Małego Księcia ze ślimakiem. Nagle oderwał wzrok od ilustracji i spojrzał na mnie pytająco, a wtedy zachęciłem go, by przeczytał króciutki fragment, ale on wzruszył ramionami. Byłem zdumiony, gdyż nie wiedział, o co go proszę.

   – Nie umiesz czytać? – zapytałem z niedowierzaniem.

   Pokręcił przecząco głową, uciekając wzrokiem pod stół, gdzie gromadziłem brudne butelki po tanim winie i piwie.

   – Ile masz lat?

   – Chyba osiem, albo…

   – Albo?

   – Skąd mogę wiedzieć? Czego się pan mnie czepia? – odpowiedział zirytowany.

   – Rodzice ci nie mówili?

   – Ja nie mam rodziców.

   – A rodzeństwo?

   Wzruszył ramionami, a mi zrobiło mi się głupio, gdyż poczułem, że swymi pytaniami przeholowałem.

   – Przepraszam, nie wiedziałem – dodałem i zaraz, żeby zmienić temat, zaproponowałem mu ugodowo, że jeśli zechce, mogę go nauczyć czytać. – Spójrz, to bardzo łatwe. To jest litera A, a ta z dwoma brzuszkami, to B, rozumiesz?

   – Nie mam czasu. Muszę już iść, proszę pana! – podniósł się gwałtownie, nie dając mi dokończyć lekcji.

   Suka zdziwiona uniosła łeb i szczeknęła, obserwując nas czujnie. Nie wierzyła, że mają wyjść na ziąb, ale gdy chłopak zaciągnął zamek błyskawiczny w kurtce i nałożył czapkę, podniosła się leniwie i, stukając pazurami o zdarte linoleum, wykolebała się na dwór.

   – Jak się nazywasz? – zawołałem, gdy chłopak skierował się w stronę ścieżki rowerowej przy jeziorze.

   – Dziadek woła na mnie „Mały” – odkrzyknął z jakąś dumą dziecięcą. – A suka nazywa się „Żaba”. Pan też może tak na nią wołać – dodał wspaniałomyślnie.

   – Mały, przyjdź do mnie jutro, ze swoją Żabą. Będę na was czekał! – zawołałem, ale chłopak nie odpowiedział, gdyż lodowaty wiatr zagłuszał moje słowa.

*

    Od tych niespodziewanych odwiedzin minęły dwa zimne marcowe dni, w czasie których nic ciekawego u mnie się nie działo. Zdążyłem wyrzucić małego gościa z pamięci i piłem, jak zwykle, ale mój umysł był wystarczająco trzeźwy, by ocenić bieżącą sytuację. Męczył mnie trochę nad ranem kac, więc wyszedłem z przyczepy zaczerpnąć świeżego powietrza. Akurat wyjrzało słońce i zrobiło się cieplej. Postanowiłem się wykąpać w jeziorze, chociaż woda była lodowata. Wróciłem po ręcznik, a potem wybrałem się aż na cypel, by z dala od ludzi się odświeżyć.

   W porze obiadu na mój parking zajechało granatowe subaru z warszawską rejestracją. Brzuchaty facet z długonogą laską pokręcili się po okolicy, a potem zamknęli w samochodzie i ulżywszy sobie, gdzieś odjechali. Nie na takie rzeczy można się tutaj napatrzeć. Przyjeżdżają różni załatwiać ciemne interesy. Handlują narkotykami, lewym paliwem, palą gumy, a ja udaję, że tego nie widzę, bo nie chcę nikomu podpaść. Z reguły zaraz na początku parkują młodzi biegacze albo starsi spacerowicze z kijkami do nordic walking. Ci dyskretnie zaglądają do mojej przyczepy, ale ja się tym nie przejmuję. Niektórzy biorą ze sobą psy, których generalnie nie znoszę. Dookoła mojej przyczepy ludzie urządzili sobie psią sralnię i muszę uważać, by w coś nie wdepnąć, a większość właścicieli nie ma najmniejszej chęci sprzątać po swych ulubieńcach.

   Około piętnastej, gdy ruch na ulicy się zwiększył, na pojedynczy świerk na wprost mojej przyczepy przyleciała sroka i rozdarła dziób. Odchyliłem firankę. Zastanawiałem się, czy to nie ta sama cwaniara, co przerwała budowę gniazda w zeszłym roku? Wyraźnie szło ku wiośnie, a dowodem na to był rozbudzony cytrynek, który, przysiadł na wycieraczce porzuconego forda mondeo, by się ogrzać na słońcu.

   Cały dzień nudziłem się jak mops i żeby zabić tę nudę, włączyłem w końcu telewizor. Znowu pokazywali szczura z Kremla, który najechał na Ukrainę. Widziałem matki uciekające z dziećmi przed bombami i walące się domy.  Rakiety spadały na dzielnice mieszkalne i płonęły ruskie czołgi. Otworzyłem ostatnią butelkę browaru i wtedy, gdy wypiłem pierwszy łyk, usłyszałem delikatne pukanie w szybę. Odchyliłem firankę, nie mogłem uwierzyć, to był Mały. Ciągnął ze sobą swoją śmierdzącą sukę, po której długo wietrzyłem przyczepę. Otworzyłem mu drzwi i wpuściłem do środka, bo byłem ciekaw, po co tym razem przyszedł.

   Chłopak siadł w moim fotelu przy stoliku, zdjął czapkę, a Żaba odpięta ze smyczy, ułożyła się natychmiast przy moich nogach. Kiedy ochłonął nieco, zaczął się gapić na włączony telewizor, jakby pierwszy raz widział wiadomości.

   – Co oni robią? – zapytał, obserwując doniesienia z wojny na Ukrainie.

   – Ci ludzie uciekają, bo tam jest wojna.

   – Wojna? A co to jest wojna?

   Nie chciało mi się wierzyć, że tego nie wie.

   – Nigdy nie bawiłeś się w wojnę?

   – Nie, my nie mamy telewizora. Co to jest wojna? – wydusił ze złością, strzepując palcami krzywo obciętą grzywkę. – Czemu nie chce mi pan powiedzieć?

   Wiedziałem, że jeśli będę się dalej droczyć, to odejdzie obrażony i pewnie już nie wróci. Nie miałem wprawy w rozmowach z małymi dziećmi, więc odetchnąłem ciężko.

   – Jak by ci to wyjaśnić… – zacząłem. – Wojna to okrucieństwo wymyślone przez dorosłych, na przykład wtedy, gdy jedno państwo napada na drugie, bo chce mu narzucić swoją władzę i zabrać ziemię. Teraz wojnę zaczęła Rosja, choć ma tyle ziemi, że inne państwa mogą o tym marzyć.

   – A po co im ta ukradziona ziemia? – zapytał, nie potrafiąc oderwać wzroku od płonących miast i matek z płaczącymi dziećmi na rękach, uciekających przed bombami.

   – Bo Rosja chce mieć jej jeszcze więcej.

   – A jak ci, co się bronią, nie zechcą oddać im swojej ziemi, to co będzie?

   – To wtedy oni ich zabijają.

   – Jak to zabiją? Na śmierć?

   – Tak, na śmierć. Ludzie uciekają ze swoich domów i mieszkają w schronach albo w piwnicach, bo się boją, że stracą życie! – wyjaśniłem. – Nie powinieneś tego, Mały, oglądać – zadecydowałem i wyłączyłem telewizor, w którym pokazywali leżące na ulicach zwłoki.
   – Dlaczego nie mogę patrzeć?
   – Bo ja jestem dorosły, a ty nie i tobie nie pozwalam.
   – Ja też jestem dorosły! – zaperzył się.

   Przyznam, że wolałem opowiedzieć mu jakąś bajkę, ale ja nigdy w życiu nie opowiadałem bajek, nawet swoim dzieciom, które nie wiedzą, gdzie jest teraz ich ojciec. Po tej wymianie zdań Mały rozparł się w moim fotelu i nie zamierzał się ruszać. Myślał o czymś, co jakiś czas rzucając mi pytające spojrzenie. Żaba położyła pysk na krzywych łapach i zapadła w czujny sen, głośno pomrukując. Niepostrzeżenie jej właściciel również zasnął. Przekrzywił głowę i spuścił ręce za oparcie fotela. Kimał z dobrą godzinę, a ja nie zamierzałem go budzić i na spokojnie wysuszyłem resztkę chmielowego trunku.

   Obudził się przerażony. Spojrzał na zegarek i poderwał się na równe nogi.

   – Spałem?

   – Tak.

   – Długo?

   – Ponad godzinę.

   – To dlaczego mnie pan nie obudził?

   – Bo mnie o to nie prosiłeś, a ja nie mam w zwyczaju przerywać komuś snu. Nie bój się, nic ci u mnie nie grozi. Tutaj jesteś bezpieczny – dodałem i zapytałem go, gdzie mieszka, ale on nie miał ochoty odpowiadać. Wzruszył tylko ramionami, jakby chciał powiedzieć, że to nie moja sprawa i wtedy zadał mi to jedno pytanie, którego nienawidzę, dlaczego mieszkam w przyczepie na parkingu.

   – To mój wybór. Jeśli ci się nie podoba mój dom, to możesz zaraz stąd wyjść! – odpowiedziałem wzburzony, tak jak wszystkim tym, którzy wtrącali się w moje życie. Mały nie przejął się moją odpowiedzią, tylko zadał kolejne pytanie, jeszcze bardziej bolesne.

   – A kiedy wróci pan do swego prawdziwego domu?

   Myślałem, że go uduszę za to gołymi rękami. Dobrze, że byłem po kilku piwach i świat wydawał mi się nie do końca taki zły, jaki był naprawdę.

   – Ma pan dzieci? – Zastrzelił mnie kolejnym pytaniem, którego nigdy nie lubiłem. Tego było za wiele. Pokazałem mu drzwi, a on obrażony zawołał Żabę i bez pożegnania wyszedł.

*

Następnego dnia czekałem na Małego do popołudnia, lecz się nie pojawił, więc machnąłem na niego ręką. Nie było mi go specjalnie żal, ale coś uwierało mnie w środku i nie umiałem o nim zapomnieć. Czułem, że powiedziałem mu o jedno słowo za dużo. Słowo, którego nie dało się już cofnąć, więc dla spokoju sumienia wyszedłem ze swojej przyczepy, by go poszukać.

   Pytałem napotkanych ludzi, czy nie widzieli przypadkiem małego chłopca w szarej kurtce i granatowej czapce, z suczką, która nazywa się Żaba, ale nikt nie potrafił mi pomóc. Po powrocie do mojej przystani życiowej pomyślałem, że chyba to i dobrze, że odczepił się ode mnie i gdzieś sobie poszedł. Dywagowałem nawet, że może wcale go nie było i wszystko mi się tylko przywidziało? W przeszłości miałem już takie dziwne przypadki. Wydawało mi się, że ktoś do mnie przychodził, a potem znikał nagle, szczególnie wtedy, kiedy sobie za nieźle wypiłem, ale teraz zachowuję w tych sprawach umiar.

   Ledwie o tym pomyślałem, gdy usłyszałem ciche pukanie do okna. To był on, bez wątpienia. Otworzyłem drzwi na całą szerokość. Mały nie wszedł jednak do środka, tylko przystanął na schodkach, jakby sprawdzał teren. Był dzisiaj jakiś bardziej zaniedbany. Rzucały się w oczy nieuczesane włosy, brudne paznokcie oraz poplamiona czymś kurtka. Chyba wstydził się swego wyglądu, bo widząc, że mu się przyglądam, spuścił wzrok. Gdyby ktoś na mnie spojrzał, mógłby mi też zarzucić degrengoladę. No, ale ja to co innego. Jestem dorosły. Nie ścinam włosów, tylko zawiązuję je gumką, a nie golę się, bo oszczędzam wodę, więc może i wyglądam na lumpa, ale to moja świadoma decyzja, a nie ewidentne zaniedbanie, jak u niego.
   – Pożyczy mi pan dwadzieścia złotych? – Zapytał, przerywając moje rozmyślania nad jego higieną osobistą. Zastanowiło mnie, po co mu te pieniądze, ale zaraz pomyślałem, że dwadzieścia złotych to przecież nie majątek, więc odmawiając sobie kilku browarów, sięgnąłem do portmonetki i wręczyłem mu banknot z Bolesławem Chrobrym.

   – Trzymaj.

   – Dzięki, oddam jak zarobię – odpowiedział, jakoś dojrzale i zanim zdążyłem go zapytać, kiedy zwróci kasę, zamknął za sobą drzwi. Obserwowałem go przez okno. Ciągnął swoją Żabę na smyczy, kierując się w stronę nieczynnej wypożyczalni nart wodnych z pretensjonalną nazwą Nice Bay.
   Coś było w jego zachowanie nie tak. Pomyślałem, że dzieciak sam tej pożyczki nie wymyślił i że zrobił to pewnie dla jakiegoś cwaniaczka, który będzie się niedługo bawił moim kosztem. Postanowiłem to wyjaśnić. Złapałem kurtkę, włożyłem buty i wyszedłem, zamykając przyczepę na klucz.

   W odległości około stu pięćdziesięciu metrów przede mną przesuwała się mała sylwetka w stalowej kurtce i granatowej czapce na głowie, prowadząca psa.  Zachowując bezpieczną odległość, doszedłem do sklepiku osiedlowego, w którym na chwilę zniknął. Czekałem za wiatą na śmieci. Widziałem, jak wyszedł z reklamówką, odwiązał sukę od stojaka na rowery i ruszył w stronę stacji benzynowej, niedaleko torów kolejowych. Oglądał się za siebie, jakby się bał, że ktoś go śledzi, ale na szczęście nie zauważył mnie, gdyż w porę chowałem się za drzewa, rosnące na poboczu starej drogi, prowadzącej do zamkniętego przejazdu kolejowego. Kiedyś właśnie na tym przejeździe autobus pełen ludzi uderzył rano w pociąg towarowy. Było wielu zabitych i rannych, no, ale to się zdarzyło wtedy, kiedy ja byłem sam w wieku Małego. Kiedy rozmyślałem o tym wypadku, chłopak zapadł się pod ziemię. Rozejrzałem się uważnie po okolicy i doszedłem w do wniosku, że pewnie zszedł kamiennymi schodkami w stronę domku nastawniczego, bo nigdzie indziej nie było go widać.

   Zatrzymałem się niezdecydowany. Wahałem się, czy warto za nim dalej iść. Obawiałem się, że jeśli mnie zobaczy i da znać swojemu starszemu koledze, co było prawdopodobne, może to się dla mnie różnie skończyć, ale ciekawość zwyciężyła. W razie czego postanowiłem udawać, że szukam nowego, taniego lokum.

   Zszedłem po kamiennych schodkach, uważając, by się nie poślizgnąć na stopniach porośniętych mchem. Stary kolejarski budynek ledwo było widać z drogi. Krył się za zapuszczonym sadem oraz gęstymi krzewami agrestu i porzeczek. Doszedłem do zmurszałego drewnianego ogrodzenia i otworzyłem furtkę zamykaną na zardzewiałą sprężynę. Wtedy omal nie wpadłem, gdy zza walącej się szopy wyskoczyła na mnie Żaba. Na szczęście nie szczekała, a ja kucnąłem i wyciągnąłem do niej rękę.

   – Dobry piesek, pamiętasz mnie? – szepnąłem, a suka zamerdała ogonem. Wiedziałem już, że chłopak jest w pobliżu. – Żaba, prowadź do swego pana, gdzie twój pan? – zapytałem. Suka, jakby mnie zrozumiała, bo odwróciła się i ruszyła przodem, a ja za nią.

   Drzwi na ganku były uchylone. Otworzyłem je szerzej i wślizgnąłem się za czteronożną przewodniczką do sieni. Skradałem się, ostrożnie stawiając kroki, ale w półmroku potknąłem się o stojące buty i wtedy wszystko się wydało. Na ten niespodziewany hałas, chłopak wybiegł na korytarz.

   – Kto to?

   – To tylko ja! – odpowiedziałem zawstydzony.

   – To pan? Jak pan się tu znalazł? – patrzył z niedowierzaniem.

   – Przepraszam, nie musisz się mnie bać. Szukam…

   – Szpieguje mnie pan? – nie dał mi dokończyć.

   Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, gdyż nie miałem żadnego sensownego wytłumaczenia swojego najścia. Rozglądałem się z obawą za jego starszym kolegą, lecz nigdzie nie było go widać.

   – Dobrze, niech pan już wejdzie do pokoju – powiedział jakimś dorosłym tonem. – Teraz jestem zajęty, za chwilę pogadamy.

   Kiwnąłem głową i wszedłem do ponurego ciemnego pomieszczenia, przy którym moja przyczepa na parkingu wydawać się mogła luksusem. Poczułem zaduch i charakterystyczną woń starego ciała. W półmroku dostrzegłem stół zastawiony naczyniami, dwa krzesła, deskę do prasowania ze stojącym na niej żelazkiem, a dalej pod oknem żelazne łóżko i leżącego na nim mężczyznę. Powiedziałem „dzień dobry”, ale stary człowiek w pościeli nie zareagował. Leżał z odchyloną głową i niewidzącym wzrokiem wpatrywał się w sufit. Może odpoczywał? Był przeraźliwie chudy. Jego blada skóra zdawała się być naciągnięta na czaszkę, a rzadkie, siwe włosy spadały na poduszkę. Miałem wrażenie, że mnie słyszy, i że jest nie mniej, jak ja, zaskoczony tym spotkaniem i szuka właściwych słów, by coś powiedzieć. Jego kościste dłonie pokryte plamami spoczywały na kołdrze.

   Suka, widząc moje zainteresowanie chorym, polizała jego rękę, a potem zadowolona, położyła się pod stołem w kłębek. Przysiadłem na krześle. Milczałem. Męczącą ciszę przerwał nagle wiszący na ścianie zegar, który wybił pełną godzinę z przeraźliwym dudnieniem mechanizmu sprężynowego. Po dłuższej chwili pojawił się chłopak z kubkiem w ręku i łyżeczką. Nie zwracał na mnie uwagi. Przysiadł na brzegu łóżka i odchylił głowę starcowi.

   – Dziadku, zrobiłem ci owsiankę na mleku. Musisz jeść, żeby wyzdrowieć – powiedział akcentując każde słowo i powoli, wprawnymi ruchami, dawkował mu pożywienie łyżeczką.

   Milczeliśmy. Różne myśli przebiegały mi przez głowę. Chłopak nie wytrzymał milczenia i odezwał się pierwszy.

   – Dziadek powiedział mi, że jeśli umrze, to zabiorą mnie do domu dziecka. Ja nie chcę tam iść, rozumie pan? Siedzę przy nim i się nim opiekuję. Wie pan co, on myśli, że jest małym chłopczykiem i boi się zostać sam – objaśnił z dziecięcą szczerością. – Dlatego wychodzę z Żabą na dłuższy spacer wtedy, kiedy zasypia.

    – A twoi rodzice?
    – Rodzice? Zawsze byłem z dziadkiem, a rodziców nie pamiętam. On mówił mi, że nie ma co ich żałować.
    – Od dawna tak leży? – zapytałem.
    – Dość długo, ale jeszcze w zeszłe wakacje wstawał sam do ubikacji przy balkoniku, a teraz muszę wszystko przy nim robić, wie pan, o co mi chodzi?

   – Wiem.

   – Miałem iść do szkoły, gdy dziadek zachorował.

   Zrobiło mi się głupio, gdyż dałem mu tylko dwadzieścia złotych i nie zapytałem, po co mu są te pieniądze potrzebne. Podejrzewałem, że odda je starszemu koledze, którego wymyśliłem. Chciałem jednego, by zostawił mnie w spokoju, by sobie poszedł z mojej przyczepy, choć jego wygląd i zachowanie świadczyły, że traci to, co dla dziecka najcenniejsze, szczęśliwe dzieciństwo. Dotarło do mnie, że źle go oceniłem. Nie umiał czytać, to fakt, ale mimo swoich ośmiu, a może nawet dziewięciu lat, zachowywał się jak dorosły. Pomyślałem, że jego życie trzeba zmienić, że to właśnie ja powinienem to zrobić i przekazać mu to tak, by nie urazić jego chłopięcej dumy. Nie chciałem, by jego życie było tak samo popieprzone, jak moje.
   – Mógłbym wam pomóc – powiedziałem i zaraz się poprawiłem. – Pomogę wam, jeśli mi na to pozwolisz? Zgadzasz się, Mały?
   Milczał. Chyba mi nie dowierzał, a może sądził, że mam do niego pretensję o to, że gdy pierwszy raz do mnie przyszedł, nie powiedział mi prawdy. Pomyślałem wtedy, że w tym czasie, kiedy dorośli toczą swoje wielkie wojny, on toczy tu samotnie swoją walkę, nieustępliwą walkę o życie chorego dziadka, łudząc się, że doprowadzi ona do zwycięstwa.

   – Pozwolisz mi, pomóc, Mały? – Powtórzyłem głośniej, a on wytarł ukradkiem łzy spływające do oczu i delikatnie kiwnął głową.

Olsztyn, marzec 2022

Reklama

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko