Franciszek Czekierda – ROMANS MŁODEJ MARII DĄBROWSKIEJ

1
165

Pisarka w 1916 roku przebywała w Lublinie. Jej mąż Marian (zwany Dzitkiem lub Mirkiem), z którym była w związku od 1911 roku, pozostał w Piotrkowie Trybunalskim działając w Polskiej Organizacji Niepodległościowej, później w Legionach Piłsudskiego. Maria już podczas studiów w Brukseli w pierwszych latach XX wieku należała do organizacji Filarecja, a od 1911 roku w Warszawie była aktywistką ruchu ludowego i spółdzielczego oraz pisała w postępowej prasie. Od początku pierwszej wojny światowej podejmowała się różnych zadań konspiracyjnych m.in. przewożąc tajne rozkazy z Warszawy do Częstochowy i z Piotrkowa Trybunalskiego do Warszawy.
W pierwszych dniach stycznia 1916 roku wyruszyła do Lublina w ramach zadań związanych z ruchem niepodległościowym; zasiliła redakcję „Polski Ludowej”, dla której pisała artykuły i organizowała prenumeratę wespół z Aleksandrem Bogusławskim i Jerzym Kuncewiczem, późniejszym mężem pisarki Marii Kuncewiczowej. Zamieszkała w wynajmowanym pokoju w domu doktorostwa Staniszewskich przy ulicy Szpitalnej 9. Za pokój płaciła 30 koron miesięcznie. Obiady jadła u pani Kiesewatterowej, która prowadziła stołówkę dla niepodległościowców, jeden kosztował koronę. Stołowali się tam również Witold Jodko-Narkiewicz, jeden z czterech polskich sygnatariuszy Traktatu Wersalskiego, Marian Kukiel, historyk wojskowości i późniejszy generał oraz Wacław Kostek-Biernacki, dowódca żandarmerii w Legionach, późniejszy wojewoda nowogródzki i poleski. Poza pisaniem artykułów i udzielaniem odpowiedzi od redakcji, Dąbrowska robiła korektę „Polski Ludowej”, oceniała nadsyłane rękopisy, pełniła dyżury w drukarni podczas wydawania gazety oraz prowadziła negocjacje z austriacką cenzurą. Otrzymywała za to 150 koron miesięcznie, z czego – poza utrzymaniem – wystarczało jej jeszcze na wysyłanie bratu Bogusławowi paczek na front. W nowo powstałym Centralnym Komitecie Narodowym współpracowała z Juliuszem Poniatowskim (późniejszym wielokrotnym ministrem rolnictwa), którego żoną była Zofia (Zońka) zaprzyjaźniona z pisarką. Maria w ramach pracy społecznej działała w lidze kobiet oraz prowadziła odczyty o spółdzielczości. W wolnych chwilach, których nie miała zbyt wiele, studiowała w bibliotece im. Łopacińskiego historię i literaturę.

Pewnego marcowego popołudnia na rynku w Piotrkowie Marian spotkał się przypadkowo ze Stefanią Minkiewiczową, swoją pierwszą miłością. Nie widzieli się dziewięć lat. Po krótkiej rozmowie umówili się na randez vous, a potem na następne. Dąbrowski będąc lojalnym mężem napisał o niej Marii. Po otrzymaniu listu zazdrosna żona pojechała do Piotrkowa obawiając się, że czułe stosunki z panią Minkiewiczową mogłyby się posunąć za daleko. Ku zaskoczeniu Dąbrowskiej mąż był wciąż w niej rozkochany. Nie bacząc jednak na małżeńskie dowody miłości, Maria zażądała szczerego przedstawienia relacji łączących go z panią M., jak ją nazywała.
– Nic mnie z nią nie łączy – Marian zapewniał. – Byliśmy tylko na kilku spacerach.
– Jesteś niekonsekwentny. Napisałeś w liście, że czułe stosunki z nią posunęły się za daleko.
 Dąbrowski przetarł dłonią twarz, chcąc ukryć zmieszanie.
– Rubikonu nie przekroczyłem – odparł stanowczo.
– Czyli do jego brzegu dotarłeś – Maria wnioskowała logicznie.
– Maryjko, czy chcesz, abym ci opowiadał w detalach, że na przykład spojrzałem jej w oczy, albo że włożyła mi rękę pod łokieć lub dotknąłem jej dłoni? Zresztą zawsze nosiła rękawiczki – oburzył się.
– Chcę znać prawdę.
– Powiem ci nieprzyjemną rzecz, o której nie chciałem ci pisać.
Maria pobladła.
– Ona chciała, żebym się z nią ożenił – kilka razy chrząknął ze zdenerwowania. – I zażądała rozejścia się z tobą. Postawiła to jako warunek zaryzykowania swojej cnoty, jak się wyraziła.
– Cooo!? – Maria zapiszczała przerażona. – Niewiarygodne.
– Byliśmy wtedy na spacerze. Gdy to usłyszałem, osłupiałem i z wrażenia oparłem się o jakąś młodą brzózkę, która prawie się złamała. W odpowiedzi zaproponowałem jej spotkanie, na które nie przyszła. Na to była zanadto drobnomieszczańska, mimo wszystkie swoje heroizmy.
– Dlaczego po tym bezczelnym żądaniu zaproponowałeś jej schadzkę?
– Chcesz poznać fakty, czy zamierzasz teraz badać moje ówczesne intencje? – Marian zdenerwował się.
 – Mów – powiedziała z trudem.
– Właściwie na tym zakończyliśmy powtórkę młodzieńczego romansu – Dąbrowski rzekł z ulgą.
– Dzitek, nie byłeś w porządku – podsumowała oskarżycielskim tonem. – Ona postąpiła tak jak powinna, zgodnie ze swym heroizmem, jak to dziwnie nazwałeś.
– Zachowałem się jak najbardziej w porządku. Nic między nami nie było – powtórzył dobitnie.
– Już mnie o tym zapewniałeś – rzekła kąśliwie.
– Propozycja spotkania z nią była wybadaniem jej intencji… – próbował się usprawiedliwić.
– Proszę cię, nie pogrążaj się – wyczuła jego kłamstewko.
– Koniecznie chcesz mnie obrazić – zdenerwował się.
– Skończmy już tę rozmowę. Wierzę w twoje główne zapewnienie, a szczegóły mnie nie interesują – była zła. Odwracając od niego głowę pomyślała: „Owszem interesowałyby mnie, czy na przykład ją całowałeś, ale jestem ponad to. Polegam na tym, coś mi powiedział i o nic więcej nie zapytam, bo nie pozwala mi na to godność. Choć z drugiej strony babska ciekawość mnie świerzbi… Dość!”.
 Kilka dni później Maria Dąbrowska na jakimś raucie przypadkowo spotkała Stefanię Minkiewiczową. Wiedziała, że słynęła z urody i gdy zobaczyła ją z bliska, zachwyciła się jej wyglądem. Pani M. miała subtelne rysy twarzy z niewielką ilością piegów, jasnopopielate włosy, całkiem zielone oczy i kształtne, choć nieduże usta (w młodości Walery Sławek, późniejszy dwukrotny premier, kochał się w niej). Pani Maria taksując ją wzrokiem pomyślała o sobie z zadowoleniem, że potrafi patrzeć na ludzi obiektywnie, mimo braku sympatii tych osób wobec niej. Kobiety znalazły się blisko siebie, Dąbrowska była zmieszana, lecz nie dała tego po sobie poznać. Natomiast Stefania nie potrafiła ukryć swego zmieszania, zachowywała się szorstko i ledwie uprzejmie, po chwili zaś oddaliła się.
– Jestem stropiona jej zachowaniem  – Maria zwierzyła się mężowi.
– Zhisteryzowana baba – rzekł ostro.   – Wydaje mi się, że jest zupełnie zmielona przez niepodległościową robotę.
– Nie wiem… – zamyśliła się. „Na pewno nie przez tę robotę, ale z powodu nieudanego odbicia mi ciebie – spojrzała z pobłażliwością na męża. – Nie umie przegrywać z klasą, bo kiedy mnie zobaczyła, przestała panować nad nerwami. A ty, Mireczku, próbujesz zwekslować jej zachowanie na konspiracyjną robotę. Nie wiem dlaczego chcesz ją wybielić. Nie rozumiem cię. Czyżbyś miał coś do ukrycia? – ogarnął ją smutek, lecz po sekundzie zestrofowała się: – Miałam poniechać zżerającej mnie ciekawości, a głupia, nie potrafię. Po co dzielę włos na czworo”.

Marian Dąbrowski pozostał w Piotrkowie, natomiast Maria powróciła do swojej pracy w Lublinie. Któregoś majowego dnia odwiedziła ją w wynajmowanym pokoju Stefania Sempołowska, nauczycielka i działaczka niepodległościowa. Pani Stefania (starsza od Marii o dwadzieścia lat) jako jedyna z kręgu znajomych przepowiedziała przyszłość pisarską Dąbrowskiej na podstawie przeczytanego w 1913 roku opowiadania Janek, zachęcając ją do pracy artystycznej. Nawet Marian nie wierzył w talent żony, mało tego, zniechęcał ją do pisania, o co miała do niego żal.
Pani Stefania wpadła na chwilę, wracając z pogrzebu swojej siostry Stanisławy, która umarła zarażona tyfusem. W planach miała jeszcze odwiedziny drugiej siostry zamieszkałej w Motyczu pod Lublinem. Kobiety wymieniły się poglądami na temat swoich niepodległościowych zajęć i aktualnych spraw.
– Piszesz? – Sempołowska zaskoczyła Marię tym pytaniem.
– Obecnie jestem pochłonięta pracą redakcyjną i społeczną. Czasy są niesprzyjające pisaniu –  odpowiedziała bez przekonania.
– Moja droga, wiedz, że czasy najczęściej są niesprzyjające. Owszem jest gorący okres, ale on powinien nas raczej mobilizować do aktywności.
– Prowadzę dziennik – dodała.
– Pisz, kochanie – rzekła dobrodusznie. – Nie marnuj talentu.
– Pani słowa zawsze traktuję z najwyższą powagą i są dla mnie bodźcem do nowego spojrzenia na siebie. Obiecuję: nie złamię pióra. Tylko jestem trochę przytłoczona licznymi zatrudnieniami i rozdarta między tym, co pragnę robić, a obowiązkami, które – mówię to tylko pani – już mnie męczą.
– Widzę cię w roli pisarki oddanej wyłącznie pracy twórczej.
– Trwa wojna, nasi bliscy giną na frontach, buzuje aktywność konspiracyjna, rodzą się szanse na wyrwanie się z niewoli… – Dąbrowska wyliczała nerwowo ­– a ja miałabym stanąć z boku i zająć się tylko pisaniem?
– Maryjko, weź sobie moje słowa do serca. Nie zgaś w sobie iskry Bożej. Inne zajęcia mogą ją stłumić, jak to ziarno – pamiętasz? – rzucone przez siewcę między ciernie.

W domu Staniszewskich zamieszkiwali także, poza Dąbrowską, inni lokatorzy, wśród nich miły młodzieniec Jan Grabowski i znudzony, przystojny Jarosław Jarecki, mający nieustanne przejścia z pannami. Maria z Jarosławem często grała w piłkę w ogrodzie z tyłu domu. Jego gośćmi byli malarz Henryk Szczygliński, kapral II pułku ułanów legionowych i rzeźbiarz Henryk Kunzek. Obaj przychodzili grać w brydża z Grabowskim i Jareckim. Choć wszyscy byli przystojni i wyglądali, jak wyjęci z rysunków Grottgera, jednak trzydziestopięcioletni Szczygliński zwracał szczególną uwagę Marii swoją szlachetną urodą. Również on przyglądał się jej ostentacyjnie, gdy przygrywała im na pianinie śpiewając ludowe piosenki. Maria udawała, że nie zauważa jego powłóczystych spojrzeń. Intonowała piosenki wdzięcznym głosem (wszyscy twierdzili, że miała przyjemny sopran), a za nią starali się nadążyć swoimi tenorami panowie. Jedną z ulubionych była piosenka Kare konie.
A gdzież moje kare konie?
A gdzież moje lejce?
Hej, na wschodzie zakochanie.
Na zachodzie serce.
Hej, na wschodzie zakochanie.
Na zachodzie serce.

Pochyliła się wisienka
Z rana do wieczora.
Czemu żeś ty miła moja
Smutna, niewesoła?
Czemu żeś ty miła moja
Smutna, niewesoła?

A gdzież moje kare konie?
A gdzież moje lejce?
A gdzież moja kochaneczka,
Ulubione serce?
A gdzież moja kochaneczka,
Ulubione serce?

Najlepszy efekt wokalny osiągano wówczas, gdy Maria śpiewała na przemian z mężczyznami po dwa wersy. Cała piątka świetnie się bawiła i piosenkę często powtarzano z powodu zawoalowanego erotyzmu. Podczas przerw w grze w brydża Henryk zasiadał do pianina obok Marii i grał z nią na cztery ręce, dotykając często jej dłoni. Po pewnym czasie przerwy te trwały coraz dłużej. Wymowne spojrzenia malarza i niby przypadkowe dotknięcia sprawiały jej ekscytującą przyjemność, której nie potrafiła się oprzeć. Co wieczora, kładąc się spać, rozmyślała o przystojnym malarzu, a podekscytowana długo wierciła się w pościeli, nie mogąc zasnąć.
Przebywanie w wśród czterech sympatycznych karciarzy stanowiło dla Marii oczekiwaną każdego dnia rozrywkę, co było zrozumiałe po wyczerpujących zajęciach w redakcji, drukarni, czy podczas odczytów. Zresztą od pewnego czasu pisarka była znużona oficjalną pracą. Tym chętniej spotykała się z kompanami, którzy adorowali ją nie tyle jako jedyną kobietę, ale przede wszystkim jako przemiłą i bystrą towarzyszkę dobrej zabawy. Pięcioosobowa grupka parokrotnie jeździła wynajętym wozem do Nałęczowa do znajomego adwokata Wacława Salkowskiego oraz do doktorostwa Hornowskich. W miasteczku młodzi dobrze się bawili, dokazując jak dzieci, przy okazji zwiedzali atrakcje zdroju, w tym drewniany domek Żeromskiego. Wycieczki spowodowały, że wszyscy lepiej się poznali i jeszcze bardziej polubili.

Któregoś wrześniowego wieczora po brydżu i przyśpiewkach, karciarze jak zwykle pożegnali się z Dąbrowską i się rozeszli. Gdy Maria przed północą robiła zapiski w dzienniku, usłyszała ciche pukanie do drzwi. „To Henryk” – pomyślała od razu. Podekscytowana otworzyła drzwi. Szczygliński, stojąc w progu był zdziwiony, że nie wywołał zaskoczenia. Bez słowa objął ją mocno i zaczął całować, ona zaś poddała się z rozkoszą jego uwodzicielskiemu czarowi.
– Wiedziałem, że to się musiało stać – powiedział pewny siebie, gdy leżeli przytuleni w łóżku, po czym pocałował ją w usta.
– Czułam, że coś się święci, jak po raz pierwszy przeszyłeś mnie zmysłowym spojrzeniem – odrzekła Maria. – Długo z sobą walczyłam…
 – Jesteś w naszym towarzystwie zachwycającą dziewczynką o anielsko brzmiącym głosie. Jedyną, więc nie miałem wyboru – zażartował.
– Bezczelny – udała obrażoną.
– Od samego początku narzuciłaś jakąś taką… – zastanawiał się nad doborem słów – nieznaną mi od początku wojny beztroską radość, która tak była mi potrzebna w tej przesadnej powadze dziejowej chwili.
– Dobrze to ująłeś, bo faktycznie, otacza nas zanadto napuszona powaga, której bezwiednie ulegamy. A przecież powinniśmy żyć również zwyczajnym życiem.
– Swoim śpiewem przebiłaś ten balon. Dzięki temu odkryliśmy siebie – Henryk znowu z czułością ją pocałował.
– Bałamucisz mnie, a ja ci ulegam. I uległam jak głupia gąska – rzekła szczerze.
– Absolutnie nie – zaprotestował. – Szczególnie nie zgadzam się z drugim zdaniem.
– Skusiłeś mnie swoim diabelskim powabem.
– To już lepiej brzmi – zaśmiał się. – Jeśli łaska, będę cię dalej kusił.
– Nie pozwalasz sobie za wiele? – zapytała chłodno.
– Już się aniołek obraził – posmutniał.
– Przypuszczam, że cała ta sprawa to dla ciebie bułka z masłem, a dla mnie to zupełnie coś innego. Wtargnąłeś w mój świat, który miałam mocno posadowiony i nagle zachwiałeś nim. Prawdę mówiąc sama nim zachwiałam. Byłam przekonana, że jego konstrukcja jest mocna jak ze stali, a teraz widzę, że jest raczej z lichego drewna, albo parciana – zapłakała.
– Marysiu droga… – próbował ją pocieszyć.
– Proszę, nic nie mów – przerwała mu stanowczo, szlochając.

Mimo, iż Marię Dąbrowską opanowały wyrzuty sumienia, nie potrafiła poniechać romansu, który rozwijając się z dionizyjską magią zaciemniał realne postrzeganie przez nią rzeczywistości. Urodziwy malarz zupełnie przewrócił jej w głowie. Romans trwał trzy miesiące, od września do końca listopada. Pisarka męcząc się z sobą postanowiła porozmawiać z najwierniejszą przyjaciółką Zofią Poniatowską. W listopadowe południe panie spotkały się w kawiarni na starówce. Po zarysowaniu Poniatowskiej całokształtu sytuacji, Dąbrowska powiedziała stłumionym głosem:
– Nie potrafię się z tym wszystkim uporać, Zońka.
– Podjęłaś decyzję?
 – Nie umiem – rzekła rozbrajająco.
 – Maryjko, nie poznaję cię. Ty, taka stuprocentowa racjonalistka, taka mądra kobieta stąpająca twardo po ziemi… i nie umiesz? – Poniatowska była zaskoczona.
– Pod względem czysto emocjonalnym dni z nim spędzone były upajające. Równocześnie cały czas nawiedzały mnie zgryzoty i wyrzuty sumienia.
– Mówisz w czasie przeszłym. Czy istotnie te dni już przeminęły, a zgryzoty przebrzmiały?
 – Nie minęły, ani przebrzmiały. Jeszcze nie potrafię z nim zerwać.
 – Może za dużo wkładałaś w to sentymentu serca?
   – I entuzjazmu. Znasz mnie, nigdy nie byłam letnia; albo zimna, albo gorąca.
   – Powiedziałaś, jak ewangelista: albo – albo. To twoja mocna strona. Zresztą tego ci zazdroszczę.
   – I właśnie przez tę wadę…
  – Raczej zaletę – poprawiła ją Zofia.
  – …Przez tę wadę cierpię – dokończyła stanowczo Maria.
 – Widzę, że z jednej strony wciąż odczuwasz upojenie, z drugiej zaś niemożebne męki – podsumowała. – Zgodzisz się, że to nie jest normalne.
– Dotknęłaś istoty rzeczy. Oto dwoistość mojej natury niezdolnej do uczuć bezwarunkowo wyłącznych. Nie chcę i nie potrafię uciąć łbów tej dwugłowej hydrze.
– Maryjka, wystarczy, że odetniesz jeden łeb. Drugi obumrze.
– Ta miłostka uświadomiła mi, o zgrozo, że patologiczna sytuacja jakoś mi odpowiada – Dąbrowska zapłakała.
– Proszę cię, Maryjko, nie rozpaczaj – Zońka dotknęła jej ręki. – Wierzę w ciebie, jesteś mocna. Na pewno znajdziesz wyjście z tego labiryntu.
– Ja go niemalże ozłociłam uczuciem, a on… – załkała. – Po pewnym czasie przekonałam się, że cała ta sprawa jest jedną z jego licznych przygód miłosnych.
– Więc nie jest cię godnym – Zofia podsumowała smutno.
– Jego wartość osobista jest daleka od mojej i od tego, co mu ofiarowałam.
– Jeśli nie ma równowagi w waszych relacjach, to sprawa dla mnie jest jasna.
– Na początku była, od pewnego czasu szala przesunęła się na moją niekorzyść – Maria powoli przestawała płakać.
– Na co więc czekasz? Wszystko, co mówisz zmierza ku jednemu rozwiązaniu.
– Wiesz, jak to jest z uczuciem. Człowiek jest opleciony niewidzialnymi nitkami, których nie jest w stanie zerwać, ani się z nich wyplątać. I jeszcze wmawia sobie, że po chwilowym wewnętrznym rozchybotaniu będzie lepiej. A jak się spotykasz z ukochanym zapominasz o udrękach i na skrzydłach przekraczasz siódmy krąg nieba.
– A Mirek? – Poniatowska zapytała niepewnie.
– Bałam się, że o niego zapytasz, ale w końcu po to się spotkałyśmy. On mnie kocha miłością bezgraniczną.
– W tym galimatiasie, w którym się znalazłaś chodzi mi przede wszystkim o ciebie i twój stosunek do niego.
– Zońka, wiesz, co jest najgorsze? W marcu byłam u niego w Piotrkowie, bo miałam podejrzenia co do jego wierności. Po kilku latach zaczął się spotykać ze swoją pierwszą miłością.
– Lalkowatą Stefcią?
– Tak. Z Minkiewiczową. Dzitek wszystko mi wyznał. Jakieś umizgi były, ale nie doszło do rzeczy głównej.
– Jesteś pewna?
– Pewnym można być tylko śmierci. Ale wierzę mu, bo ta rzecz była jej principal avantage. Krótko mówiąc oddałaby mu się pod warunkiem, że rozstałby się ze mną. Wręcz tego zażądała.
La chienne – Zofia oburzyła się.
– I Dzitek zerwał z nią. Nie chcę się wdawać w szczegóły, ale chodzi o to, że byłam oburzona jego zachowaniem. Wyobrażasz sobie… Ja tu, w Lublinie, ciężko pracuję, a on, słomiany wdowiec, umawia się na schadzki z jakąś damulką, która ma konkretne plany wobec niego. Mniejsza o nią. Miałam wielki żal do Dzitka, potraktowałam go surowo, mimo że nie przekroczył Rubikonu, jak sam mi powiedział.
– Mimo wszystko zachował się lojalnie.
– Wcześniej o niej mi pisał.
– Rozumiem do czego zmierzasz. Po kilku miesiącach znalazłaś się w analogicznej sytuacji.
– Otóż to, Zoniu. Przystawiłam sobie lustro i zobaczyłam własną niegodziwość – Maria znowu zapłakała. – On potrafił się powstrzymać przed najgorszym, mało tego, ze wszystkiego się zwierzył. Natomiast ja, postawiona w podobnej sytuacji, dałam się skusić. Uległam jak bezrozumna dziewucha, która leci za każdymi ładniejszymi portkami.
– Maryjka, nie wyrzucaj sobie tego. To wszystko jest zbyt skomplikowane, aby dwie tak odmienne sprawy porównywać.
– Chyba masz rację. Żywej, pulsującej materii nie da się matematycznie porównać. Zastanawiam się, czy powinnam mu o tym powiedzieć.
– Rozważ to. Ja skłaniam się ku poglądowi, żeby zachować takie przeżycia dla siebie, nie pogłębiać w małżeństwie rys i nie dawać mężowi argumentów, które mógłby kiedyś bezwiednie wykorzystać, gdy zdarzą się kolejne kryzysowe momenty. A takie prędzej, czy później zdarzą się.
– Chyba mu powiem – Maria stwierdziła zafrasowana.

Dąbrowska po wielu rozterkach postanowiła zwierzyć się mężowi ze swojej niewierności. Marian przyjechał do Lublina odwiedzić ją w połowie listopada 1916 roku. W tym czasie trwał kryzys w Legionach, Piłsudski był w zatargu z wojskowymi władzami austriackimi. Dowództwo nad Legionami z ramienia armii austriackiej objął generał Stanisław Szeptycki. Oddziały legionowe wycofano z frontu. Polacy źle to znosili, jeden z legionistów, major Albin Fleszar, naukowiec, odebrał sobie życie. Dodatkowo Mariana dotknęła niedawna śmierć przyjaciela z czasów pepeesowskich, Aleksandra „Michała” Sulkiewicza, który walcząc na froncie obok niego, ugodzony został odłamkiem. Dąbrowski opowiedział o tym żonie. Do decyzji Marii, aby przyznać się do romansu przyczynił się – poza wyrzutami sumienia – ów fatalny stan męża boleśnie przeżywającego śmierć bliskich mu frontowych towarzyszy.
– Pamiętasz, Dzitek, jak w Piotrkowie opowiadałeś mi o swoich perypetiach z panią M.? – Maria celowo nie chciała wypowiadać nazwiska Minkiewiczowej.
– Co ty teraz powracasz do zaszłości, które wymazałem z pamięci – zdenerwował się.
– Podobna sytuacja spotkała mnie – Maria mówiła z trudem, nie zwracając uwagi na jego irytację. – Właściwie nie podobna, ale pewnych analogii można by się doszukać…
– Nic nie rozumiem – Dąbrowski myślał o czym innym.
– W salonie, tu na dole, codziennie miło spędzałam czas w towarzystwie brydżystów. I jeden z nich taki przystojny…
– Co ty gadasz, kobieto!  – Marian wściekł się. – Ja nie mogę się pozbierać po tym, jak na moich rękach wyzionął ducha Michał i jak kilka dni temu Albin popełnił harakiri, a ty bredzisz o miło spędzanym czasie wśród karciarzy. To karygodne. Opanuj się! – wydzierał się histerycznie. – Myślałem, że mam mądrą żonę. Boże kochany, żadnej taktowności, żadnej delikatności. I ty chcesz się poświęcić pisarstwu? Litości. Pisarz powinien mieć jakieś elementarne wyczucie spraw, powściągliwość, subtelność… – wrzeszczał, jak szalony.
 Maria widząc jego gniew wycofała się z pierwotnego zamiaru, bo wyznając swoje przewiny narobiłaby więcej szkody, niż pożytku. Sytuacja ta stała się jedną z przyczyn rozstania się z kochankiem. Po wyjeździe męża stopniowo dochodziła z sobą do porządku. „Przelotne więzy romantyczne”– jak je później nazwała – z Henrykiem postanowiła jak najszybciej zerwać. Dodatkowym asumptem do podjęcia decyzji była otrzymana z Warszawy wiadomość, że jej kochanek spotkał się ze swoją sympatią z czasów uczniowskich, Felicją, z którą zamierzał się związać (po pewnym czasie pobrali się). Gdy pod koniec listopada Szczygliński pojawił się w Lublinie, umówił się z Marią. Nie mając świadomości, że wiedziała o jego odgrzewanym romansie z Felicją, zamierzał spędzić z pisarką upojną noc. Srogo się jednak zawiódł. Maria Dąbrowska była chłodna, choć grzeczna. Przełamując w sobie opór powiedziała mu o zamiarze rozstania.
– A jednak… – zmieszał się, jego zawadiackie iskierki w oczach natychmiast zgasły.
– Małżeństwo uważam za rzecz cenną jako instytucję i szkołę życia – rzekła nad wyraz poważnym tonem, którego wcześniej nigdy nie słyszał.
 – Pierwszy raz mi to mówisz – Henryk był zszokowany.
– Mało tego, jest ono dla mnie kamieniem probierczym serca i charakteru, ściślej dwu serc i charakterów.
 – Naszych serc? – zażartował, by rozładować tężejące napięcie.
 – Nie kpij. Są to dla mnie zbyt ważne kwestie, żebyś oprawiał je w filisterską ramkę. 
  – Nie masz do mnie żadnych żalów? – zorientował się, że nie jest to czas na żarty.
 – Nie mam. I chyba mieć nie będę – Dąbrowska odpowiedziała łagodniejszym tonem.
 – Czyli pożegnamy się kulturalnie – rzekł drżącym głosem, choć starał się panować nad sobą.
 – I z wzajemną, mam nadzieję, wdzięcznością – w jej głosie zabrzmiała nutka żalu. Owa nutka spowodowała, że w kącikach jej oczu błysnęły łzy.

Mimo, iż Dąbrowska oceniała swój lubelski poryw serca surowo, to do końca życia Henryka Szczyglińskiego (w 1944 roku zmarł w Warszawie) bacznie obserwowała jego twórcze dokonania. Nawet po drugiej wojnie światowej śledziła jego pośmiertne losy; irytowała się, kiedy w „Twórczości” Kazimierz Wyka zamieścił o nim krytyczną wzmiankę; i emocjonowała się rzeźbą jego postaci dłuta Xawerego Dunikowskiego, twierdząc, że artysta (którego nb. nie znosiła) nie oddał pełnej urody malarza.
 W 1925 roku Marian Dąbrowski zmarł niespodziewanie na serce w wieku czterdziestu trzech lat. Maria bardzo przeżywała jego odejście. Prawie dziesięć lat po romansie w Dziennikach pod datą 19 maja 1926 roku zanotowała o mężu: „Ty jedyny na świecie, który nie miałeś w sercu zdrady (…).  A ja Cię zdradzałam, trwoniłam… Podła, podła, podła…”.

Franciszek Czekierda

Reklama

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko