Zbigniew Zbikowski – Poletko Pana Prezydenta

0
113

Kiedy na początku lat trzydziestych Miguel Asturias pisał swoją pierwszą powieść zatytułowaną El señor Presidente, nie myślał jeszcze, aby swoją prozę nazwać realizmem magicznym. Co prawda już wtedy termin ten nie był mu obcy. W czasie pięcioletnich studiów na Sorbonie w latach dwudziestych zdążył dobrze poznać bieżące nurty w  malarstwie i literaturze Europy, i to zarówno awangardę: surrealizm, symbolizm, ekspresjonizm, abstrakcjonizm wreszcie, jak i reakcję na te rewolucyjne prądy, która na obszarze niemieckojęzycznym przyjęła się jako Neue Sachlichkeit, po polsku Nowa Rzeczowość, niekiedy Nowa Dokładność, w każdym przypadku oznaczająca powrót do przedstawiania świata takim, jaki jest, bez zniekształceń. Po doświadczeniach moderny jednak prosty powrót do czystego realizmu wydawał się już niemożliwy. Obrazy twórców tego nurtu, choć odwzorowujące świat rzeczywisty, charakteryzowały się klimatem tajemniczości, dziwności, niepokoju, a utwory literackie podążające podobnym torem, zaczęły w czysty opis świata wplatać elementy jakby spoza realności, bo istniejące tylko w ludzkich w mitach, legendach, wyobrażeniach, lecz traktowanych przez bohaterów jako oczywiste, równoprawne składniki ich świata. To był właśnie realizm magiczny. Nazwa ta, jako etykieta prądu estetycznego, który wziął swój początek z Nowej Rzeczowości, pojawiła się już w czasie paryskich studiów Asturiasa, lecz dopiero w połowie dwudziestego stulecia pisarz zdecydował się opatrzyć nią to, co dotąd napisał, dając nieco już przykurzonemu terminowi realismo mágico drugie, niezwykle płodne życie.

Iberoamerykański realizm magiczny w latach siedemdziesiątych przeżył w Polsce prawdziwy boom. Poza Asturiasem – Borges, Cortazar, Marques, Donoso, Carpentier, żeby wymienić kilka z brzegu nazwisk z długiej listy pisarzy tego nurtu. Ich książki, wydawane głównie przez Wydawnictwo Literackie, zaczytywane były przez młodych i starych aż do lat osiemdziesiątych przynajmniej, a i później wzbudzały i dalej wzbudzają zachwyt. Co więcej, teoretycy literatury i krytycy odkryli, że realizm magiczny, który w świecie latynoskim wydał plon stukrotny, to był prąd światowy. Zawróciwszy od południowoamerykańskiego wybrzeża, ponownie oblał Stary Kontynent. Michaił Bułhakow? Toż to najczystszy realizm magiczny! Günter Grass i jego Blaszany bębenek? A jakże! José Samarago? Oczywiście. Nawet Salman Rushdi i Milan Kundera wydali książki, w których krytycy dopatrzyli się elementów tego nurtu. Co tu dużo mówić, wszyscy nim jakoś – bardzo lub tylko trochę – przesiąkliśmy.

Lecz po co tyle słów o magicznym realizmie, kiedy ma być omówiona książka ze zgoła innego – wydawałoby się – obszaru literackiego i estetycznego? Cierpliwości. Oto nadchodzi rok 1983 i Wydawnictwo Literackie, niezależnie od tego, że właśnie skończył się w Polsce stan wojenny, mimo to jego ciężki i lepki cień wciąż oplata kraj i panujące w nim stosunki, wydaje kolejny tom swojej iberoamerykańskiej serii. Jest to Bolesny piątek tegoż Miguela Asturiasa, powieść z 1972 roku. Paradoks polega na tym, że ów Bolesny piątek to niejako kontynuacja powieści El señor Presidente, która – mimo że w niektórych opracowaniach występuje jako Pan Prezydent – nigdy wcześniej po polsku wydana nie była.

I oto w tym samym 1983 roku Piotr Müldner, lekarz i pisarz w jednej osobie, autor trzech wcześniej wydanych powieści, a także zbiorów opowiadań i wierszy, zaczyna pisać powieść Diabeł na placu Zbawiciela, która równie dobrze mogłaby nosić taki sam tytuł jak pierwsza powieść Asturiasa, bo właśnie osobnik, który w powieści nazywany jest Panem Prezydentem stanowi punkt, wokół którego kręci się akcja książki, choć osobiście w fabule prawie się nie pojawia. Przypadek, mówiąc z przymrużeniem oka, godny powieści realizmu magicznego. Warto zwrócić jednak uwagę, już na serio, też na inne zbiegi okoliczności. Pan Prezydent Asturiasa to opowieść o prawicowym dyktatorze w jednym z państw latynoskich i dyktatorskich rządach, których metody prowadzą do rozpadu więzi społecznych. Autor sam był świadkiem i ofiarą takiej dyktatury – w Gwatemali, gdzie się urodził i mieszkał. Diabeł na placu Zbawiciela to opowieść o lewicowym dyktatorze – uosobieniu wszystkich wodzów tzw. dyktatury proletariatu w krajach Europy Środkowej i Wschodniej. I choć w rzeczywistości osoby stojące na szczytach komunistycznej władzy zmieniały się w czasie, jedne zrzucano, by zastąpić je innymi, u Müldnera (który żyje w Polsce dostatecznie długo, by ich wszystkich pamiętać) jest to ciągle jeden i ten sam osobnik, trwający niczym dynastia koreańskich Kimów w kolejnych wcieleniach. Zniszczyć go, wydaje się, niepodobna. Pan Prezydent z pomocą i za pomocą podległych mu służb doskonale kontroluje swoje państwo i jego obywateli, gniotąc w zarzewiu wszelkie przejawy buntu. A kiedy pojawia się osobnik, który jest w stanie naprawdę zbuntować przeciw satrapie całe społeczeństwo, wtedy Pan Prezydent uruchamia diabelski plan.

Czy to jest jednak realne działanie, czy tylko projekcja marzeń i dążeń głównego bohatera? Czy to jego prawdziwe życie, czy tylko śnione? Czy naprawdę jest tym, kim jest – mało znaczącym trybikiem w potężnym mechanizmie państwa dyktatorskiego, którego pewne chore, wykształcone przez zepsute, nomenklaturowe elity społeczne procesy wynoszą wyżej i wyżej w hierarchii, czy też ukochanym przez lud przywódcą, który rzuca wyzwanie dyktatorowi? Autor nie udziela jasnej odpowiedzi – czytelnik, jak gdyby pochłaniał powieść z kręgu realizmu magicznego, musi sam ją sobie wybrać i z nią pozostać. I to nie ten jedyny raz. W książce bowiem dzieją się rzeczy z pogranicza groteski, powieści absurdu, ale też – trzeba to sobie powiedzieć – z obszaru mitologii, tak bliskiego Asturiasowi, a więc z natury logicznie niewytłumaczalne. Nie są to rzecz jasna legendy i mity Majów, lecz jeśli główny bohater przychodzi na świat (choć to jeden z wariantów do wyboru) w rezultacie dzieworództwa, czytelnik od razu wpada w krąg opowieści dobrze mu znanych, zwłaszcza że ciąg dalszy także zdaje się nawiązywać do opowieści rodem z Biblii.

Piotr Müldner zbudował swoją powieść z tego, co miał pod ręką. Z własnych doświadczeń (wiedza medyczna i wydawnicza autora wyziera niemal z każdej strony książki), z kawałków polskiej rzeczywistości na każdym poziomie – od drobiazgów po wydarzenia historyczne, wreszcie z wierzeń i legend, a kawałki te posklejał tak, że na przykład raz bez trudu rozpoznajemy fragmenty Warszawy, raz znowu wydaje się nam, że jesteśmy w jakimś nieznanym, wymyślonym wręcz mieście.

Tym zaś, co skleja tę układankę w spójną całość, jest bliski nam, czytelnikom z europejskiego kręgu kulturowego, mit prometejski. Poświęcenie własnego życia dla ogółu, by osiągnąć rzecz wielką i chwalebną, w tym przypadku wolność dla wszystkich, samemu się zatracając „dla sprawy”. Żeby się przekonać, czy jest to tylko marzenie bohatera, obecne w polskiej literaturze przynajmniej od czasów Mickiewicza, czy też realne działanie, trzeba powieść po prostu przeczytać. Bo warto. To bodaj najważniejsza książka prozatorska tego pisarza.

A po przeczytaniu zapytać, dlaczego ciągle nie mamy polskiego przekładu Pana Prezydenta Asturiasa. Choćby po to, by móc porównać. Nie autorów, to im niepotrzebne, lecz stworzone przez nich obrazy dyktatur – ideowo niby odległych, w działaniu i skutkach bardzo sobie bliskich.

Piotr Müldner, Diabeł na placu Zbawiciela, Wydawnictwo LTW, Warszawa 2021, s. 320.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko