Krzysztof Lubczyński – Matka Boska w Paryżu

0
147

Opowiadanie uhonorowane II nagrodą w kategorii prozy na Konkursie Literackim im. Józefa Ignacego Kraszewskiego w Romanowie (1997)

Zawinięta w szary papier paczkowy i starannie obwiązana kosmatym sznurkiem, Matka Boska legła w wielkim, niebieskim plecaku, upchana między łachy, konserwy i przybory toaletowe. Matka Boska jechała do Paryża na emigrację. Była to Matka Boska Częstochowska, a mówiąc dokładnie niewielka, 30 na 40 centymetrów, kopia twarzy Madonny z Jasnej Góry. Otrzymaliśmy ją w prezencie od zaprzyjaźnionej artystki z przeznaczeniem na polski upominek dla dobrych ludzi w Paryżu, a dokładnie dla siostry przełożonej Zakładu Świętego Kazimierza przy ulicy Chévaleret. Do Paryża wybieraliśmy się po to, aby po krótkim tam popasie, wsparci dobrymi adresami do winnic słodkiej Francji, pojechać tam po zarobek. Poza Matką Boską mieliśmy jeszcze w zanadrzu list polecający od pewnej starej zakonnicy z Polski.

         W dniu odlotu panował niemiłosierny skwar. Przygięci do ziemi plecakami ciężkimi jak wszyscy diabli lub potrójne prawo Newtona, wsiedliśmy do autobusu przy placu Komuny  – nomen omen – Paryskiej i ruszyliśmy w stronę Śródmieścia. Jadąc wibrującym i hałasującym jak kuźnia, czerwonym, beczkowatym jelczem patrzyliśmy na mury, ściany domów i latarnie oblepione obficie afiszami protestów, proklamacji, rezolucji, żądań i komunikatów strajkowych. Niektóre były świeże, inne ukazywały wyblakłe, postrzępione oblicze, naznaczone przez słońce i deszcze. We wnętrzu autobusu widniał uporczywie, smętnie wybladły plakat z napisem: “Żądamy ukarania winnych prowokacji bydgoskiej”. Obok przylepione było zdjęcie jasnowłosego młodzieńca z opuchniętą i zakrwawioną twarzą.

Wytrzęsieni i spoceni dojechaliśmy do placu Napoleona. W gmachu Banku Narodowego wiła się monstrualnie długa kolejka po dewizy. Mieliśmy prawo otrzymać państwowy przydział po dziesięć dolarów na łebka. Do odlotu były jeszcze niespełna trzy godziny, ale rozmiar kolejki przepełniał grozą, tym bardziej, że posuwała się powoli, ale bez godności, bo co chwila przy którejś z kas wybuchały ostre sprzeczki i awantury.

Widząc, że pokorne oczekiwanie na swoją kolej w tym wężu jest beznadziejne, bo musiałoby trwać co najmniej tyle czasu, ile dzieliło nas od godziny odlotu z odległego Okęcia, podjąłem desperacką próbę załatwienia sprawy poza kolejką. Rzecz jasna, twarze interesantów i tak już spięte, złe, zrobiły się jeszcze bardziej nieżyczliwe, gdy kręcąc się w pobliżu okienka, za którym pracowała urzędniczka, wzbudziłem w nich podejrzenia, że zamierzam niecnie użyć fortelu, by bez wysiłku osiągnąć to, co było celem ich wielogodzinnej golgoty. Widocznie jednak na moje twarzy malowała się szczera desperacja i rozpacz z powodu wizji utraty 10 dolarów na łebka czyli mniej więcej przeciętnej pensji, licząc po kursie czarnorynkowym, bo w pewnej chwili przyszedł mi z pomocą jakiś mężczyzna. Uczyniwszy uwagę, że wyglądam na strasznie potrzebującego, zaproponował mi, bym załatwił sprawę poza kolejką, o ile nie jest zbyt czasochłonna. Zadeklarowałem to skwapliwie. Swoją miłosierną propozycją mężczyzna wywołał pomruk niezadowolenia i protesty, ale kiedy powiedziałem głośno, że chodzi mi tylko o zainkasowanie dziesięć dolarów na podróż, z nieżyczliwej kakofonii wyklarowało się łaskawe przyzwolenie. Podszedłem do okienka i położyłem trzy wnioski o dziesięć dolarów i paszporty. Szczęśliwie miałem je wszystkie w ręku. Gdybym bowiem musiał w tym dramatycznym momencie mobilizować Leona i Kwiatka z odległego o kilkanaście metrów miejsca w kolejce, a tym samym zdemaskować swój podstępny zamiar załatwienia za jednym zamachem trzech spraw, wyjednane cudem przyzwolenie kolejki zostałoby natychmiast i to z hukiem cofnięte. Przekazując wnioski urzędniczce drżałem więc, by czyjeś bystre oko nie wypatrzyło mojego fortelu lub też by ona sama nie wywołała Leona i Kwiatka do jakichś formalności, mimowolnie demaskując nas. Szczęśliwie nie stało się ani jedno ani drugie nieszczęście. Po kilku chwilach urzędniczka zwróciła mi paszporty i wręczyła kwitki do kasy. Trzydzieści dolarów były nasze. Teraz stanęliśmy przed wyborem. Do odprawy celnej na lotnisku dzieliło nas około półtorej godziny. Szukać autobusu na Okęcie ryzykując, że go odpowiednio szybko nie znajdziemy lub że będzie jechał w żółwim tempie czy też stanąć w tasiemcowej kolejce po taksówki, które złośliwie nie chciały nadjeżdżać, choć byliśmy w centrum stolicy? Do wybrania wariantu z taksówką skłonił nas przygniatający do ziemi ciężar plecaków. Przed nami stało około dziesięciu osób. Przez pół godziny nie pojawiła się ani jedna taksówka, ale w końcu zajechała cała ich kawalkada, która zabrała większość stojących przed nami, a potem jeszcze jedna mniejsza kawalkada i już po chwili dużym fiatem 125 P koloru pomidorowego mknęliśmy na lotnisko.

         Choć główny pawilon tak zwanego portu lotniczego Okęcie przepełniony był ludźmi do ostatnich granic, a z powodu braku klimatyzacji panowała w nim ciężka duchota, widziany po raz pierwszy w życiu wydał mi się okazały. Jednak Leon, który widział już lotnisko w Londynie nazwał pomieszczenie, w którym się znaleźliśmy – kurnikiem. Stanęliśmy w kolejce do odprawy celnej. Posuwając się karnie w szeregu, znaleźliśmy się w końcu przed długim stołem, za którym pracowali celnicy i celniczki o srogich lub nieprzeniknionych minach. Duży, masywny celnik zapytał mnie, czy wiozę jakieś upominki. Pytanie było niby rutynowe, ale przeczucie podpowiedziało mi, że jegomość przyczepi się, biorąc być może moje narastające podniecenie podróżne za przejaw niepokoju przemytniczego. Powiedziałem, że jako prezent wiozę obrazek Matki Boskiej. Celnik wyraźnie się zainteresował i nakazał mi wyjąć ją z plecaka. Musiałem wypatroszyć go z ręczników, garderoby i innych podróżnych akcesoriów, spocony, zdenerwowany na celnika, na otoczenie będące niemym świadkiem mojego upokorzenia i na siebie samego za bojaźliwą prawdomówność oraz mądralę, który doradził mi upchnąć Matkę Boską na samym dnie. Wreszcie wydobyłem ją z plecakowej otchłani. Celnik obejrzał jej poranione pohańskim mieczem oblicze i zażądał jakiegoś zezwolenia na wywóz. Zmartwiałem. Wokół panował gwar, ruch i pośpiech, chwila odlotu szybko się zbliżała, a celnik domagał się ode mnie tego przeklętego zezwolenia, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem. Jednak po dłuższej chwili moja rozpacz przerodziła się w rozdrażnienie i z desperacką opryskliwością odwarknąłem celnikowi, że nikt mnie nie informował o potrzebie posiadania jakiegokolwiek zezwolenia, że nie jest to żaden antyk, ani wielkie dzieło sztuki i że sam otrzymałem Matkę Boską w upominku. Celnik nakazał mi zaczekać i tamując ruch kolejki zniknął trzymając w ręku Matką Boską.

         Było to pierwsze zaaresztowanie Matki Boskiej.

Niebawem mój prześladowca powrócił w towarzystwie pulchnej, blond-celniczki. Pani celnik również zapytała mnie o zezwolenie. Drżącym głosem, w którym wyrażało się błaganie o litość pomieszane z irytacją, ponowiłem swoją poprzednią odpowiedź. Pani celnik ujęła Matkę Boską w wypielęgnowane dłonie, starannie obejrzała ją ze wszystkich stron, po czym poleciła mi czekać i zniknęła zabierając Matkę Boską.

Było to drugie zaaresztowanie Matki Boskiej.

W końcu celniczka powróciła i oddała mi ja bez słowa. Odprawa była zakończona.

         W samolocie francuskich linii lotniczych było elegancko i pachnąco. Nigdy jeszcze nie widziałem równie wytwornego wnętrza. Byłem ze wszech miar debiutantem. Na Zachód udawałem się pierwszy raz w życiu, także pierwszy raz w życiu leciałem samolotem, a także pierwszy raz w życiu oddychałem klimatyzowanym powietrzem. Debiutancka emocja połączona ze zjedzonym łapczywie obfitym i wytwornym posiłkiem przyprawiła mnie o atak laksygenii, która rozpoczęła się w samolocie i dręczyła mnie przez trzy pierwsze dni w Paryżu. Po niespełna dwóch godzinach wylądowaliśmy na Orly. Lotnisko przyprawiło mnie o zawrót głowy swoimi rozmiarami, elegancją i lśniącym przepychem. Odnosiłem wrażenie, że odbyłem podróż do innej cywilizacji, o której najśmielsze moje wyobrażenia były blade. Po wyjściu z pawilonu lotniska poszliśmy w stronę przystanku autokarów. Idąc wzdłuż szeregu boleśnie nowych, lśniących czystością i pachnących pojazdów szukaliśmy takiego, który dowiózłby nas na ulicę Chevaleret. W końcu doszedłem do jednego z nich, by zasięgnąć języka. W pachnącym wnętrzu zwróciłem się z pytaniem do kierowcy o fizjonomii starożytnego Gala z komiksów o przygodach Asterixa. Okazało się, że możemy jechać właśnie z nim do Montparnasse-Bienvenue, a stamtąd metrem do stacji Chevaleret. Podczas jazdy patrzyłem z niemym zachwytem na cywilizację świateł, których istna feeria ciągnęła się wzdłuż autostrady. Neony, latarnie, punkty świetlne, słupki odblaskowe – wszystko to uderzało w moje przyzwyczajone do krajowej szarości oczy. Było to jak jazda przez krainę światła w gigantycznym, baśniowym lunaparku. Autobus pruł przestrzeń szybko, płynnie, niemal bezgłośnie i słychać było tylko cichutki szumek urządzenia klimatyzacyjnego oraz syczenie hamulców. Takich dźwięków nigdy w Polsce nie słyszałem. Po pół godzinie dotarliśmy na Montparnasse. Wytaszczyliśmy plecaki i stanąwszy na paryskim bruku, rozejrzeliśmy się wokół. Była ciepła, sierpniowa noc, rozjarzona tysiącami świateł wielkiego miasta. Moją uwagę przyciągnęła witryna wytwornej restauracji. Szyba była nieskazitelnie czysta i w jej lśniącej tafli odbijały się wielobarwne blaski okolicznych świateł i neonów. W środku, na stolikach pokrytych śnieżnobiałymi obrusami błyszczały sztućce, talerze, a kieliszki ustawione nóżkami do góry jarzyły się jak diamenty. Po przeciwnej stronie ulicy zobaczyłem wystawę sklepu cukierniczego zapełnioną bajecznymi konstrukcjami wykonanymi z ciast, marcepanu i czekolady, a każde ciasteczko, torcik bądź bombonierka uderzały pięknem, które do tej pory nie było mi znane. Był to słodki Sezam z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy. Takiego piękna, podkreślonego jeszcze przez rzęsiście świecące żarówki nie widziałem do tej pory nawet w teatrze. Oszołomieni zeszliśmy w czeluść metra. Miałem kłopoty z pierwszym w życiu przejściem przez bramkę kolei podziemnej, czym wzbudziłem wesołość kasjerki, po czym weszliśmy do wagonu metra, którego wnętrze też wydało mi się niebywale wytworne. Po kilku minutach dojechaliśmy do stacji metra Chevaleret i wyszliśmy, jak się okazało, na bulwar Vincent Auriol. Wylot uliczki Chevaleret znajdował się po przeciwnej stronie bulwaru. Z narożnika najbliższej kamienicy wabił światłem i kolorami mały bar. Gruby mężczyzna kręcił się za kontuarem, a kilku młodych Murzynów grało na zgrzytających automatach. Niestety, ten kuszący przybytek był nam niedostępny, stanowiąc część świata, w którym stanowiliśmy obce ciało z powodu nędznych sum pieniędzy, jakimi dysponowaliśmy. Spojrzałem na cennik wiszący przy drzwiach i policzyłem, że zapłata za trzy filiżanki kawy z ekspressu, a tym bardziej za trzy piwa, pochłonęłaby połowę wyprawy pieniężnej w wysokości 10 dolarów na łebka, jaką każde z nas otrzymało od Banku Narodowego w Warszawie. Ruszyliśmy w głąb ulicy Chevaleret i po kwadransie dotarliśmy pod budynek Zakładu Świętego Kazimierza. Brama była zamknięta, światła pogaszone. Zadzwoniłem. Cisza. Zadzwoniłem raz jeszcze. Znów cisza. W końcu na pierwszym piętrze zabłysnęło światło i z okna wychyliła się jasnowłosa dziewczyna, która dowiedziawszy się, że jesteśmy zmęczonymi i spragnionymi przybyszami z kraju, ofiarowała nam wielką, słodką gruszkę i udzieliła dobrej rady, by nie dobijać się o tej porze, bo to bezskuteczne. Siostry teraz śpią i w żadnym wypadku nie otworzą nikomu wcześniej niż o szóstej rano. Wróciliśmy więc, jak niepyszni, na bulwar Vincenta Auriola. Matka Boska musiała znieść kolejne upokorzenie i swoją pierwszą noc w Paryżu spędzić na ulicznej ławce. Tej nocy ani razu nie zmrużyłem oka. Leon i Kwiatek rychło pozasypiali, a ja racząc się czerwonym winem z małej butelki, ocalałym z podniebnej kolacji, obserwowałem ten zupełnie nowy dla mnie świat, w który zostaliśmy wrzuceni. Niepostrzeżenie ciemność nocy przeobraziła się w brzask, a o godzinie szóstej ruszyliśmy ponownie w kierunku Zakładu Świętego Kazimierza, w którym 98 lat wcześniej zakończył gorzki żywot poeta Cyprian Kamil. Doszliśmy pod bramę. Zmarznięci, brudni, spragnieni, a do tego ja z siłami nadwerężonymi laksygenią. Dzwonimy. Otwiera nam stara zakonnica. Wręczam jej list polecający do siostry przełożonej. Wiem, że jest w nim prośba o pomoc tym, którzy go wręczą. Przede wszystkim o nocleg, ale i o adresy winnic, w których moglibyśmy znaleźć pracę przy zbiorze winogron. Zakonnica wpuściła nas do przedsionka, a następnie wprowadziła do małej jadalni, wyłożonej kremowymi kafelkami, po czym wyszła mówiąc, że powiadomi siostrę przełożoną. Po chwili przyszły dwie zakonnice, jedna pulchna, o poczciwej twarzy, druga chuda, zasuszona, drobna, mysia, z naszym listem w dłoni.

         – Niech siostra to przeczyta – zwróciła się do pulchnej.

Ta nałożyła okulary i półgłosem przeczytała list. Byliśmy w nim poleceni opiece Matki Boskiej i życzliwości siostry przełożonej. List podpisano: siostra Stefania.

         – A, to ta stara – wyrwało się chudej zakonnicy  po wysłuchaniu treści listu. Brzmiało to dość lekceważąco, więc tknęło mnie niedobre przeczucie. Przez cały czas trzymałem dłoń na Matce Boskiej ukrytej w plastikowej reklamówce po whisky “Black and White” i czekałem na sposobną chwilę, by ją wręczyć przełożonej w prezencie.

         – Siostra Milena, siostra przełożona jest na urlopie, na Lazurowym Wybrzeżu i ja ją zastępuję – powiedziała chuda lodowatym tonem.

Pomyślałem sobie, że nie jest dobrze.

Przez moment przemknęła mi przez głowę myśl, by wręczyć jej Matkę Boską nie dla niej przeznaczoną, by ją przychylniej do nas usposobić. Zanim jednak zdążyłem zdecydować się na ten krok pomyślałem jeszcze, że chuda nie będzie wrażliwa na urok naszej Matki Boskiej. I chyba się nie myliłem, bo zakonnica dodała urzędowym tonem:

– Bardzo mi przykro, ale nie mogę spełnić żadnej z próśb, które są w liście i pomóc państwu. Nocować tu państwo nie mogą nawet jednej nocy, zwłaszcza panowie. Tylko pani mogłaby ewentualnie jedną noc tu spędzić, o ile któraś z pań tu mieszkających zgodziłaby się.

Powiedziawszy to chuda wykręciła się na pięcie i wyszła, a pulchna o poczciwej twarzy udała się do kuchni, skąd przyniosła nam dzbanek kawy zbożowej z mlekiem. Wyjąłem Matkę Boską z reklamówki i położyłem na stole. Smutne oczy Królowej Polski zwróciły się ku sufitowi. Znów pojawiła się chuda p. o. przełożonej.

          – To miał być upominek dla siostry przełożonej – powiedziałem desperacko, mając nadzieję, że smutne oczy Matki Boskiej poruszą serce chudej.

         Ta jednak spojrzała obojętnie na obrazek i wyszła bez słowa.

Skoro więc rybka nie chwyciła, schowałem Matkę Boską do reklamówki. Pulchna, która milcząc stała obok, sprawdziła czy chuda naprawdę się oddaliła i nachyliwszy się do nas, szepnęła konfidencjonalnie:

Macie państwo pecha. Siostra Zenobia  nie lubi siostry przełożonej. Jakby nie to, to dałoby się wam jakoś pomóc.

         I dolała nam kawy do kubków. Na stoliku, w przedsionku, leżał plik małych karteczek z adresami kilku noclegowni w Paryżu. Postanowiliśmy znaleźć nocleg, odpocząć i zastanowić się, co dalej. Problem polegał na tym, że kilka kolejnych, nawet najtańszych noclegów, groziło doszczętnym zrujnowaniem naszych budżetów.

         Pożegnawszy pulchną zakonnicę, nałożyliśmy na grzbiety nasze plecaki i wyszliśmy na rozsłonecznioną już upalnie ulicę Chevaleret. Doszedłszy do bulwaru Vincent Auriol, ruszyliśmy w kierunku placu d’Italie. W ciągu dwóch godzin objechaliśmy noclegownie według adresów z kartki. W żadnym nie było wolnych miejsc. Trwał wielki exodus emigracyjny z Polski i w Paryżu koczowały całe tłumy Polaków. Na plebanii kościoła polskiego przy ulicy Saint-Honore trudno było przedrzeć się przez korytarze. Także na placyku przed kościołem były istne koczowiska. Rumiany ksiądz biegał wśród roju interesantów. Żadnego miejsca także tu. Postanowiliśmy wracać do Polski. W biurze “Lotu” przy ulicy Richelieu okazało się jednak, że najbliższe wolne miejsca w samolocie do Warszawy są dopiero za dziesięć dni. Nie było innego wyjścia: trzeba było te dziesięć dni przetrwać w Paryżu.

         – Dupa zbita – skomentował nasze położenie Leon, człowiek trzeźwy po krakowsku, któremu nie uśmiechało się przepuszczanie pieniędzy bez dania racji i sensu dla samych tylko uroków Paryża.

Ponieważ ciągle męczyła mnie laksygenia i potrzebowałem pilnie kąpieli oraz wypoczynku, zdecydowaliśmy się na pierwszy lepszy jako tako przystępny hotel. Padło na “Montholon” przy ulicy o tej samej nazwie, z oknami wychodzącymi na ruchliwą ulicę Lafayette, niedaleko od Opery. W Paryżu nie znaliśmy nikogo. Pieniądze były pożyczone, choć od bliskiej rodziny, co nieco łagodziło problem. Jednak ze zwróceniem tych 230 dolarów byłby wielki problem. Po opłaceniu hotelu pozostałoby nam tylko na pieczywo, może trochę bananów i żegnajcie wszystkie dolary. Groziło nam całkowite bankructwo. W pewnym momencie, kiedy leżałem na hotelowym wyrze, przyszedł mi do głowy pomysł:
 – Może sprzedamy Matkę Boską?

Powiedziałem to i pomyślałem, jakby to było pięknie i po polsku, gdyby wizerunek Jasnogórskiej Madonny wyratował z mizerii trójkę młodych, ubogich podróżnych.

Leon podchwycił pomysł skwapliwie.

         – Trochę byśmy sobie odbili ten niefart. Żeby choć wystarczyło na pieczywo i pokrycie kosztów hotelu – rozmarzył się.

         – No dobrze, sprzedać, ale gdzie? – zastanowiła się Kwiatek, moja żona.

         – Pochodzimy, popytamy – mówię – Chyba trzeba szukać Polaków, bo Francuz się przecież na Matce Boskiej nie pozna.

         Nazajutrz postanowiliśmy jednak sprawdzić, czy Francuz rzeczywiście się nie pozna. Wchodziliśmy do rozmaitych galerii i sklepów ze sztuką, ale wszędzie przecząco kręcono głowami. Przejrzeliśmy kilka adresów z notatnika i znaleźliśmy adres polskiej księgarni. Pojechaliśmy tam. Przed wejściem postanowiliśmy z Leonem naradzić się.

         – Ile zaśpiewamy? – pytam.

– Co najmniej trzy tysiące franków – powiada.

– Chyba pieprznąłeś grzywką o beton – mówię – Kto ci tyle da?

– Najwyżej później spuścimy z ceny. Trzeba wytargować jak najwięcej – upierał się Leon.

         – Ale jak podasz taką kwotę na dzień dobry, to ludzi odstraszysz od dalszej rozmowy – ostrzegłem – Ja bym nie podał więcej niż pięćset.

         Ale cholerny kutwa kielecki jest nieugięty, choć tak naprawdę Matka Boska jest moja i Kwiatka.

         – Niech ci będzie, ale zobaczysz, że przez ciebie walniemy grzywką o beton – ustępuję i ostrzegam.

         Wchodzimy więc do  księgarni, z Matką Boską w reklamówce z napisem “Black an White”. Od whisky. Za biurkiem siedzi myszowata pani w dość nieokreślonym wieku, choć raczej niestara. Mówimy dzień dobry, jesteśmy z Polski, stąd a stąd. Najpierw, aby nie wyskakiwać od razu z Matką Boską jak Filip z konopi, oglądamy dla pozoracji książki i prasę. Istny antykomunistyczny raj intelektualny. Albumy fotograficzne o “Solidarności”, Pobóg-Malinowski, Herling-Grudziński, Amalryk, Sołżenicyn, książka o Wałęsie, stosy “Kultury”, jakieś pisemka ze zdjęciami z niedawnej blokady ronda w Warszawie i uśmiechniętym, dziecinnym obliczem Bujaka. Interesuje mnie to wszystko i unurzałbym się w tym jak kot w walerianie, ale w kieszeni mizeria i to na kredyt. Zdobywam się w końcu na odwagę i podchodzę do myszowatej z Matką Boską w ręku.

         – Czy nie byłaby pani zainteresowana zakupem takiego obrazka? – pytam.

         Ku mojemu miłemu zaskoczeniu spostrzegłem, że w oku myszowatej pojawił się błysk zainteresowania.

“Kuć żelazo póki gorące czyli podać sensowną cenę, a nie tę zbójecką, wykwit chciwości Leona” – myślę.

         – A ile panowie chcieliby za obrazek? – pyta myszowata.

Mam pokusę podać cenę niższą, nie tak bezczelnie wygórowaną, ale Leon, który stoi czujny jak cerber wyprzedza mnie i mówi tonem cokolwiek aroganckim:

         – Trzy tysiące franków.

Nie omyliły mnie przeczucia moje. Rysy myszowatej zesztywniały, a błysk zainteresowania w oku zgasł.

         – To dużo – powiedziała tonem chłodniejszym niż uprzednio – Za taka sumę można tu przeżyć miesiąc.

         – To może dwa tysiące – wyskoczył Leon zmieniając ton na bardziej pokorny.

         Lecz myszowata była już wyraźnie urażona bezczelnością pierwszej ceny.

         – Tysiąc pięćset – jęknął aksamitnym tonem Leon.

“Dobrze ci tak, cholerny kutwo” – pomyślałem, zapominając na chwilę, że płyniemy w jednej dziurawej łódce.

         – Muszę naradzić się z mężem – powiedziała – Może panowie

przyjdą jutro?

         Przytaknęliśmy i wyszliśmy z księgarni.

         – Widzisz, Harpagonie, co najlepszego zrobiłeś? – zawołałem zrozpaczony – Skąpstwo gubi. Odstraszyłeś kobietę. Gdzież zapodawać trzy tysiące franków!

         – Spokojna głowa. Najwyżej sprzedamy za pięćset i tyle – powiedział Leon tym swoim tonem księgowego, który widzi tylko pieniądze, ale jest głuchy na imponderabilia.

         – Ale ona ujęła się honorem, że ją chcieliśmy naciągnąć i nie kupi nawet za pięćset.

         – Kupi. Obrazek się jej spodobał – zapewniał Leon.

Nazajutrz pojechaliśmy najpierw do polskiego kościoła przy Saint-Honore. Jak wczoraj, tłumy Polaków, koczowisko, giełda pracy. Na twarzach zmęczenie lub niezdrowe podniecenie, wszędzie stosy plecaków, toreb, pakunków. Z Matką Boską poszliśmy do rumianego księdza.

         – Ładna – stwierdził popatrzywszy uważnie na jej smutne oblicze – Ale nie, nie kupię. Przepraszam, muszę iść – dodał pośpiesznie wywoływany energicznie przez jakieś osoby.

         Nazajutrz stawiliśmy się w polskiej księgarni u myszowatej.

– Nie, proszę panów, nie zdecydowaliśmy się z mężem na zakup – powiedziała oficjalnie, ani ciepło, ani chłodno  – Panów cena jest dla nas za wysoka.

         – Ale możemy się dogadać – rzekł przymilnie Leon

         – Nie, jednak nie – odparła stanowczo.

– Proponuje pięćset franków – podjął Leon z desperacką zgodliwością.

         – Nie, dziękuję panom – myszowata była nieugięta.

Włożyliśmy Matkę Boską do reklamówki po whisky “Black and White” i znużeni wróciliśmy do hotelu. Z dna swojego plecaka Leon wyciągnął pół litra czystej wódki z przypominającą mały blankiet urzędowy etykietą na butelce. Wódka była ciepła, dobrze podgrzana. Wypiliśmy ją z Leonem, zrobiło nam się niedobrze i wymiotowaliśmy w łazience.

         Ostatnie dni w Paryżu, po utracie nadziei na sprzedanie Matki Boskiej, zeszły nam na zwiedzaniu miasta, co robiliśmy bez ładu i składu. Kilkadziesiąt franków, jakie mnie i Kwiatkowi zostało po opłaceniu hotelu, wydaliśmy na bilety metra, pieczywo oraz dojazd na lotnisko. Leon nie wracał z nami do kraju. Chciał jeszcze odwiedzić krewnych w Dunkierce. Przed rozstaniem z nami zaproponował, że zabierze ze sobą Matkę Boską, sprzeda, a po powrocie podzieli się z nami pieniędzmi. Przystaliśmy na to i pożegnaliśmy się z Leonem przy Porte de la Chapelle, skąd po kilku godzinach stania na poboczu z naszą asystą, pojechał okazją na północ. Tego samego dnia po południu wylądowaliśmy w Warszawie. Przez kilka tygodni Leon nie dawał znaków życia. W końcu pojawił się u nas ale o Matce Boskiej nie wspomniał ani słowem. Minął rok. Leon napisał do nas ze swojego miasta dwa listy, ale znów ani słowem nie zająknął się o Matce Boskiej. W końcu zebrałem się i napisałem do niego list, w którym niby to mimochodem zapytałem o jej losy. Odpisał jakoś mętnie, ale się zawziąłem. Oszacowaliśmy z Kwiatkiem wartość Matki Boskiej i napisaliśmy, by nam przysłał połowę kwoty. Przysłał. Za te pieniądze Kwiatek kupiła sobie trochę jedwabiu z Milanówka i obstalowała sukienkę. Zostało jeszcze trochę na krawcową. Ale sukienka po kilku latach wyszła z mody i po Matce Boskiej zostało nam tylko blade wspomnienie.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko