Malwina Mańczyńska – “To, co nadeszło potem”

1
490
Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

26.08.20…. (data umowna)

Od dwudziestu dni nie padało. Sucha ziemia zostaje za paznokciami, gdy pracuję w ogrodzie.

Dziś A. zapytał o ojca. Po raz pierwszy od wielu, wielu lat – może po raz pierwszy w ogóle?
Pewnie ktoś mu coś powiedział.
Ciekawe kto. Przecież nikogo tu nie ma, poza nami.
Od miesięcy nie widziałam obcego człowieka.

Wciąż czekamy na deszcz, zaznaczam na ścianie kreską każdy kolejny dzień suszy.


28.08.20…..

Róże wyschły. Zeschły się te ich… dzbanuszki? Te bulwy, które rok temu zasypywałam cukrem. Bulwy z nasionami.
Zapominam słów.
Zapominam słów.
Zawieszam się w połowie zdania, bo nie pamiętam, jaka jest nazwa czegoś, o czym mówię.
Dlatego zaczęłam pisać, bo coraz więcej słów zapominam.
I teraz z każdym zapisanym zdaniem jakbym otwierała zardzewiałe drzwi.

Moje dzieci nie znają tylu przedmiotów, które ja znałam!
Nie ma już telewizji, komputerów, telefonów, radia, samochodów.
Książek też nie znają. Książek to nigdzie chyba już nie ma – po tamtej zimie, która trwała trzy lata. Trzy lata śniegu, śniegu, śniegu i potwornego strachu. Jak zimno było wtedy! Kładliśmy się spać w ubraniach, przytuleni, przykryci kołdrami, kocami…. Wszystkim. Często było tak zimno, że nie mogłam zasnąć. Dreszcz za dreszczem, aż do świtu – jeśli świt przychodził….  Czułam, jak idzie zimno  – przez materac,  przez podłogę, od zamarzniętej ziemi. W drzemce nasłuchiwałam, jak trzaska lód na stawie.
Bałam się, że zimno zabierze dzieci. Co chwila sprawdzałam, czy oddychają.

Po mrocznych nocach przychodziły mroczne dni.
Czasem wcale nie wschodziło słońce.

Książki się palą. Jak drewno. Jak drzewa, z których są zrobione. Jak drewno, które wycinaliśmy, rąbaliśmy, suszyliśmy, paliliśmy. Całe lasy. A potem płoty. Psie budy. Stodoły.
Zostawiliśmy sobie zdjęcia. I trochę gazet – z tych najważniejszych dni. Zawsze je przechowywałam. Teraz mogę robić swoje zapiski na ich marginesach.


14.09. 20…

Rano Małgosia nie chciała wstać. Odwróciła się do ściany i płakała, płakała… Płakała okropnie!
Nigdy jeszcze nie widziałam, żeby aż tak płakała. Nawet wtedy, gdy zjedliśmy Elfa – jej ukochanego królika. Wtedy, trzeciego roku zimy.

Nie zabiliśmy go – on sam umarł. Może nawet z głodu. Nie było już siana, nie wyrosła trawa, ani liście na drzewach……W drugim roku jeszcze coś było. Siano z nadgniłych, porzuconych na polach kiszonek. Ale trzeciej zimy nie było już nic. Nic dla Elfa. Więc umarł.
A my go zjedliśmy.

Dziś Małgosia tak  płakała, że prawie mi serce pękło. Nie chciała wstać, wcale. Leżała sobie, plecami do nas. Wyszła do ogrodu dopiero przed zmierzchem.
“Dziś w nocy wypadły mi dwa zęby …” – powiedziała cicho.
Dwa zęby! Jej ostatnie.
A przecież moja córka ma dopiero 16 lat….

Czasem żałuję, że zdecydowałam się urodzić te dzieci.


9. 9. 20…

Tydzień już kopiemy studnie. Już chyba dwunasta studnia w przeciągu ostatnich pięciu lat. Wciąż szukamy wody.
Woda tutaj dobra. Słodka. Większość rzek jest zatruta.
Ale ogród mam ładny. Przetrwały najsilniejsze rośliny, którym nie szkodzi susza.
Po trzech latach zimy szósty rok trwa lato.
Używam nazw miesięcy, żeby jakoś uporządkować czas. Nie wiem, czy zima kiedyś wróci. Nie wiem, jak to teraz będzie wyglądać.

13.9.20….

Są miejsca, gdzie człowieka nie było od lat. Puste domy, zatrute studnie. Czasem zdziczały pies się przemknie. Psy połączyły się w stada, żyją w lasach.  Niebezpiecznie jest w lesie po zmroku.


18.9.20…

Śnił mi się Mikołaj. Ten święty, ale jak z amerykańskich filmów. Śmiał się, opierając o choinkę. Wisiały na niej kolorowe bombki, takie świetliste. Nagle zdarł z twarzy brodę i okazało się, że to Romek, w przebraniu! “A to ci niespodzianka! Przyznaj, że się nie spodziewałaś!” – krzyczał, wyciągając ramiona.
Obudziłam się, gwałtownie siadając na łóżku. Serce mi biło jak szalone. Romek!
Ale to był tylko sen.

Kto wiem, może chce mi co przekazać? Może myśli o mnie gdzieś tam, za zoną? A może nie żyje. Albo właśnie tej nocy umarł?
Może tak się ze mną pożegnał:  maż, którego nie mam od tylu lat.

Od dwunastu lat nie wiem, co z nim, a on nie wie, co z nami.
Odkąd poszedł za zonę.
Ale może tak ma być: przecież wszyscy mężczyźni odeszli. Dlaczego mój miałby zostać?

Pozostają sny, coraz rzadsze, coraz bardziej blade.
Czasem śnie o naszym dawnym życiu, przed wybuchem. Ale nie lubię tych snów. Ciężko się z nich obudzić.


18.10.20…

Nawet lubię mieszkać w tym domu. Dobry jest na lato. I jest tu ogród i sad. Powoli przypominam sobie nazwy roślin: jeżyna, porzeczka, jabłoń…. Dawne słowa.
Mieszkamy tu już cztery lata – chyba najdłużej.
Gdyby była zima, pewnie wybralibyśmy inny dom, mniejszy, z piecem. Ten dom jest duży, ciemny,  drewniany, z werandą, schodami na piętro. Upału się nie czuje,  a skoro lato, to nie trzeba go ogrzewać. Jedna z jabłonek – jedna z tych osiemnastu, które tu rośną – owocowała w zeszłym roku. Aż byłam zdziwiona. Pszczoły przecież prawie całkiem wyginęły.
Ani Małgosia, ani Adam nie chcieli jeść jabłek. 
Oni znają tylko  mięso.

Cóż: nie moja wina, że wszystko wymarzło, wszystkie rośliny, podczas zimowych lat. Oni są za mali, by pamiętać czasy czterech pór roku. Ale za to Małgosia pamięta, jak się okopuje drogę do domu przez śnieg.

Ciekawe, co oni mogliby opowiadać swoim dzieciom o tych latach, co mogliby zapamiętać i przekazać dalej? Ale przecież oni dzieci  mieć nie będą.
Szkoda, że….
Tak.

Nowi ludzie są delikatni, jak rośliny wychodowane w szklarniach. Bladzi. Szybko się męczą. Nowi, czyli urodzeni po wybuchu. Możliwe, że ostatni.


20.10.20…

Wiem, że powinnam mu pozwolić. Muszę mu pozwolić, żeby mu było łatwiej. Ale to tak boli! Dziś Adam oznajmił, że nadszedł czas, by poszedł do mężczyzn. Skończył już 14 lat, na dobrą sprawę od dwóch lat mógł wyruszyć, ale jakoś udawało mi się go zatrzymać. Ale on wie, że trzeba iść. I pójdzie. Każdy mężczyzna idzie za zonę, walczyć o utrzymanie się resztek naszego świata.
Jeszcze żaden nie wrócił.


21.10.20…

Miałam nadzieję, że zaczeka do świąt, że wyruszy w styczniu. Ale Adam chce iść jak najszybciej. Może przeczuwa zimę. Ja przeczuwam.

Więc mogę tylko go starannie wszystko wyszykować. I szykuję. Wełniany sweter składam jak najcieniej, by pomieścił w plecaku wszystkie zapasy. Małgosia mi pomaga, ale więcej płacze, niż szykuje wyprawę dla brata. Popłakuje ukradkiem, gapi się za okno, niezgrabnie zawija pakunki.
Małgosia odczuwa to bardzo, bo domyśla się, że to ich pożegnanie na zawsze. Nawet, jeśli Adam wróci zza zony, to ona raczej nie będzie już żyć.
Już dwa lata, jak nie krwawi.

Teraz tak jest. Ci urodzeni po wybuchu krótko żyją.

Małgosi urodziła się tuż po i to dotknęło ją silniej, niż Adama.
Ona starzeje się bardzo. Jakby siedemdziesiąt lat miała – moja córka! – tak wygląda, tak się czuje.
Szkoda, że w czasie, gdy jeszcze krwawiła, nie było ani jednego mężczyzny w promieniu kilometrów (wielu, wielu….).
Może miałaby coś więcej. Jakąś namiastkę życia. Może nawet miałaby dziecko.
Ale teraz już za późno na wszystko.


25.10.20…

Patrzę na ciebie, synu, z daleka. Oddalasz się z każdym krokiem, z każdym krokiem jesteś mniejszy.
Za chwilę wejdziesz w las.
Zona jest za lasem, kilka kilometrów na wschód. Jeszcze trochę drogi przed tobą.
A potem? Co jest dalej? Nikt z nas nie wie, nikt z tych, którzy zostali.
Bronicie resztek tej ziemi dla nas.
Kobiety zostają, by rodzić i wychowywać dzieci. Dzięki temu mamy jakoś przetrwać.  My – ludzie.
Ale dzieci rodzi się tak mało…..
Równie dobrze, wszyscy moglibyśmy iść za zonę.

Lato się chyba kończy. Trzeba będzie wędrować dalej. To dom na lato, nie na zimę.
Czy odnajdziesz mnie, synu, jeśli stąd odejdę? Wiem, że niedługo zostaniesz mi tylko ty….


28.10.20…

Gromadzimy zapasy. Wędzone ryby, ukiszone bulwy. Te małe, żółte owoce, mdłe – co to spadają z drzewa. Małe kulki.
Kiedyś wiedziałam, jak się nazywają. Nieważne, że nie pamiętam.  To jedyne owoce, jakie były tego roku.

Pójdziemy na południe, Małgosia i ja.
Może zdążymy przed zimą.
Może zdążymy przed jej śmiercią.

Reklama

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko