Franciszek Czekierda – MIŁOSNE PRZYPADKI JANA BRZECHWY

1
436

           Młody Jan Brzechwa wdał się w romans z dojrzałą kobietą. Niby nic szczególnego, gdyby nie to, że nie miał jeszcze skończonych dziewiętnastu lat, zaś Irina (Rosjanka), była starszą od niego o kilkanaście lat mężatką z dwójką dzieci. Działo się to na krótko przed rewolucją październikową w 1917 roku w Kazaniu, gdzie Janek mieszkał z rodzicami. Po maturze jego edukacyjne wybory były nietrafione; zapisał się na studia w Instytucie Technologicznym w Petersburgu, lecz ich nie podjął, w Kazaniu zaczął studiować medycynę, ale w trakcie pierwszego semestru porzucił ją, następnie poszedł na polonistykę i też z niej zrezygnował. Nie wiedział, co z sobą począć. Głowę miał zajętą ukochaną, więc trudno mu było racjonalnie myśleć. Jego romans zaczął się od prostych posług domowych świadczonych Irinie obciążonej wychowywaniem dwójki dzieci. Męża nie było w domu, walczył na froncie. W młodej mężatce spragnionej mężczyzny obudził się zew krwi. Będący pod ręką sympatyczny młodzieniec z przyjemnością zaczął zaspokajać jej (i przy okazji swoje) potrzeby natury. Co prawda nie posiadał w tych sprawach doświadczenia, ale wystarczyła mu szczera chęć z domieszką młodzieńczego entuzjazmu. W roli „zastępcy” męża sprawował się całkiem nieźle, skoro Irina zadurzyła się w nim. Romans nie trwał jednak długo. Został brutalnie przerwany przez rodzicielkę Janka. Matka szybko zauważyła, że się zakochał. Młody człowiek może stosować różne sztuczki, aby ukryć buzujące emocje przed matką, lecz pierwszej miłości nigdy nie zatai. Przeprowadziła z nim na ten temat poważną rozmowę. Na początku wykręcał się od powiedzenia prawdy, wreszcie przyparty do muru przyznał, że kocha pewną Rosjankę. Gdy doszło do wyjawienia szczegółów, matka przeraziła się.
            – Jasiu, zastanów się, przecież ty jeszcze nie skończyłeś dziewiętnastu lat – powiedziała dramatycznym głosem.
            – Mamo, przecież jestem już dorosły – odparł tonem pewnego siebie mężczyzny.
            – Synku, w tym wieku chłopcy się nie żenią. Trzeba najpierw skończyć studia, mieć dobrą posadę i odłożyć trochę grosza, żeby zapewnić rodzinie byt.
            – Zawsze mówiłaś, że najważniejsza w życiu jest miłość – zauważył sprytnie.
            – Nie chwytaj mnie za słowa. Chcesz rozbić komuś rodzinę? To mi się w głowie nie mieści – zdenerwowała się. – Boże, przecież nie tak cię wychowałam? – zawołała łamiącym się głosem. – Jej mąż niedługo wróci do domu. Co wtedy zrobisz?
            – Pobierzemy się. Kochamy się. Irina weźmie rozwód – był nieprzejednany.
            – Czyś ty postradał zmysły, synku? Chcesz wychowywać cudze dzieci? – zadała mu retoryczne pytanie. Po chwili zapłakała.
            – Mógłbym… – odpowiedział niepewnie.
            – Rozważmy to – nagle uspokoiła się i zaczęła mówić innym tonem. – Teraz jesteś dla nich, jak starszy kolega, może jak wujek…
            – Nawet mówią do mnie diadia – ucieszył się naiwnie.
– No właśnie. A po ślubie z wujka nagle staniesz się dla nich ojcem? Bez ojcowskiego autorytetu? Wyobrażasz to sobie? Przecież to niepoważne.
            Janek milczał. Ten argument wyraźnie naruszył jego nieprzejednaną postawę.
            – Jesteśmy Polakami – matka sięgnęła po patriotyczną nutę. – Od stu dwudziestu lat jesteśmy pod zaborami…
            – Dokładnie od stu dwudziestu dwóch – poprawił matkę.
            – I teraz, gdy kończy się wojna, a w Rosji trwa zamieszanie, jest wielka szansa, jak nigdy wcześniej, abyśmy odzyskali ojczyznę. Rozmawialiśmy o tym, pamiętasz? Gdy tylko sytuacja trochę się uspokoi, natychmiast wyjeżdżamy do Polski. A ty chciałbyś tu pozostać? Wychowywać rosyjskie dzieci? Chyba nie zostaniesz bez nas, synku?
            Janek pod wpływem miłości do matki i jej argumentacji dał się przekonać. Nie spotkał się już więcej z Iriną. Listownie poinformował ją, że zrywa znajomość. Jednak kobieta nie chciała tego przyjąć do wiadomości. Pokochała go i pragnęła zatrzymać przy sobie. Po otrzymaniu listu przysłała do niego starsze dziecko z liścikiem informującym, że jeśli do niej nie przyjdzie, popełni samobójstwo. Janek znając jej egzaltowaną naturę był pewny, że tego nie zrobi. Odpisał stanowczo, że już nigdy się z nią nie spotka i że wszystko jest skończone. Pisząc list wykorzystał swój nie ujawniony jeszcze talent literacki, bowiem jego treść była na tyle przekonywująca, że Irina nigdy się już nie odezwała.
            Tak zakończył się jego młodzieńczy romans, który stał się jednym z czynników wpływających na przyspieszenie decyzji rodziców przyjazdu do Polski, co nastąpiło wiosną 1918 roku. Rodzina osiedliła się w Radomiu, ponieważ tu ojciec, Aleksander Lesman, otrzymał posadę w dyrekcji kolei państwowych. Na jesieni Janek pojechał do stolicy, gdzie zapisał się na wydział prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Długo jednak nie studiował, gdyż w listopadzie tego roku, roku końca wielkiej wojny i rodzącej się niepodległości ojczyzny, wstąpił do Legii Akademickiej, studenckiej formacji wojskowej, która wkrótce została przeformowana w regularny pułk piechoty.
            Po wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku zakończył służbę wojskową i powrócił na studia prawnicze. Nie miał jednak gdzie mieszkać. Zwrócił się więc o pomoc do starszego o dwadzieścia lat kuzyna, poety Bolesława Leśmiana, dzięki któremu spokrewniona z nim malarka Celina Sunderland, udostępniła Brzechwie swoją pracownię artystyczną przy ulicy Marszałkowskiej. Nawiasem mówiąc w tym samym domu, piętro niżej, mieszkała kochanka Leśmiana, Dora Lebenthal. Celina, starsza od Brzechwy o trzynaście lat, wpadła mu w oko. Z wzajemnością. Wkrótce nawiązali romans. Nie podejrzewała nawet, że młodzieniec miał już za sobą miłosne doświadczenie z kobietą w zbliżonym do niej wieku. Ich miłosna przygoda była krótkim epizodem w życiorysach obojga; dla niego stanowiła kolejne ekscytujące doświadczenie na niwie sercowych podbojów utwierdzających go w męskim ego, zaś dla niej jedną z wielu namiętności na polu około artystycznych eksploracji.
            – Fantastycznie, Janku. Jestem zaskoczona, że potrafisz tak wytrawnie ukontentować kobietę – pocałowała go w skroń, gdy leżeli przytuleni do siebie.   
            Brzechwa był wniebowzięty. Jednak milczał.
            – Nic nie powiesz? – dopytywała.
            Janek patrzył w sufit.
            – No, powiedz coś – ponagliła go.
            – Jeśli potwierdziłbym, mógłbym zostać posądzony o męską bufonadę, czego nie pragnę, a jeślibym zaprzeczył, skłamałbym, czym bym panią uraził, czego nie chcę – odpowiedział szczerze.
            – Jesteś inteligentny.
            – Pięknej damie nie wypada się sprzeciwiać – odezwała się w nim subtelna próżność.
            – Och, ty… – dała mu lekkiego kuksańca w żebra. – Nie dość, że inteligentny, to i sprytny.
            – Aj – stęknął udając, że go boli. – Za co?
– Za łóżkową dyplomację, bo chciałabym, żebyś był ze mną szczery. Odnoszę dziwne wrażenie, jakbyś miał pewne doświadczenia w tych sprawach…
            – E tam… – starał się zbyć temat, aby nie wyszło na jaw, że istotnie dysponował sporym doświadczeniem na tym polu.
            Brzechwa romansował z kuzynką Leśmiana, Celiną, choć był zaręczony z Marią Sunderland, wnuczką siostry swojego ojca, Aleksandra Lesmana. Z Marią ożenił się w 1926 roku mając dwadzieścia osiem lat, ale nie uprzedzajmy faktów.
            Prowadząc miłosne igry z Celiną, Jan dowiedział się od osoby godnej zaufania, że w tym samym czasie romansuje z nią także Leśmian. Informacja ta tak mocno go dotknęła, że przez kilka dni nie mógł dojść do siebie. Nie rozumiał, dlaczego jego kuzyn romansował z nią wiedząc, że to on jest w niej zadurzony. Zachowanie starszego krewniaka uważał za nielojalne w stosunku do siebie, a także – co oczywiste – wobec Dory Lebenthal (myśląc o tym nie próbował oceniać zachowania Bolesława wobec żony, gdyż znał ich skomplikowane relacje). Ganiąc w duchu znanego poetę, jednocześnie był pełen podziwu dla jego zdolności uwodzenia kobiet, gdyż powszechnie wiadomym było, iż z wyglądu Leśmian był zaprzeczeniem amanta. Natomiast Jan Brzechwa był w każdym calu atrakcyjnym mężczyzną. Wobec doznanego upokorzenia postanowił się zrewanżować kuzynowi i umyślił sobie, że uwiedzie Dorę. Kochanka Leśmiana była piękna. Celina przy niej – tylko ładna. Jan był pod wrażeniem urody Dory, wydawało mu się, że on – przystojny i elokwentny – łatwo ją zdobędzie. Gdyby to uczynił, pokazałby familiantowi, gdzie raki zimują. Często mijał się z nią na klatce schodowej i przelotnie rozmawiał, więc nietrudno mu było zaprosić ją na spotkanie do kawiarni. Z powodu bliskiego sąsiedztwa, więzów krwi oraz licznych wspólnych znajomych wiedzieli o sobie dużo, toteż rozmowa układała się tak, jakby znali się od lat. Janek młodszy od Dory, nie mógł zbytnio się spoufalać, natomiast ona zwracała się do niego po imieniu, co było naturalne i pozwalało panować jej nad sytuacją. Brzechwa wykorzystał swoje krasomówcze talenty, tudzież uwodzicielskie zdolności, zasypując ją olśniewającymi komplementami. Takiej adoracji nie spodziewała się. Podejrzewając go o uwodzicielską intrygę, pozostała obojętna na jego umizgi.
            – Jednego nie rozumiem, a właściwie nie rozumiem dwóch rzeczy… – przerwała mu potok duserów.
            – Dla mnie, pani Doro, wszystko układa się logicznie, bo najważniejsze jest, jeśli dwoje ludzi rozumie się w jednej sprawie … – z kolei on wszedł jej w słowo, uśmiechając się zmysłowo.
            – Janku wytłumacz mi, jak to jest? Przecież podkochujesz się w Celinie, jak się domyślam nie tylko platonicznie – rzekła z przekąsem. – Zresztą z wzajemnością, nieprawda?
            Stwierdzenie to trochę dotknęło Brzechwę, gdyż nie spodziewał się, że poruszy ten wątek.
            – Oj, za dużo powiedziane z tym podkochiwaniem… – starał się zbagatelizować jej spostrzeżenie.
            – W każdym razie romansujecie. A druga sprawa to…, nie obraź się, ale przecież jesteś zaręczony z Marysią. Więc powiedz mi o co tu chodzi?
            – To logiczne – starał się mówić spokojnie, choć czuł się zbity z pantałyku z powodu jej dociekliwości. – Za jakiś czas oddam się w małżeńską niewolę, więc teraz chcę jeszcze trochę skorzystać z wolności. Później nie będę już mógł – wymyślił naprędce prawdopodobną wersję.
            – A może będziesz mógł? – Rzuciła cynicznie, lecz po chwili poprawiła się. – Och, przepraszam, zagalopowałam się. Jesteś jeszcze młody, nie powinnam tak mówić.
            – Nie szkodzi, Pani Doro. Trochę już rozumiem życie i wszystko może się zdarzyć, ale przecież jestem wciąż kawalerem.
            – A ja panną. I co z tego wynika? Prawdę mówiąc nic, albo niewiele. Mam rację? – zapytała retorycznie nie oczekując odpowiedzi.
            – Powiem teraz coś istotnego – chciał zejść z niewygodnego dla siebie gruntu – otóż spośród trzech kuzynek, pani wybija się zdecydowanie urodą i wdziękiem nad dwiema pozostałymi.
            – Ależ… – uśmiechnęła się tajemniczo z otrzymanej pochwały, która była płytka, z czego zdawała sobie sprawę.
            – To nie ulega najmniejszej wątpliwości. – Jan w tym momencie ujął jej dłoń i ucałował z delikatnością dżentelmena, po czym wyrecytował: „We wszystkim tak dokładna, że wnet się połapiesz. Dora ma zawsze rację, prócz niej – czasem papież”.
            Dora zatrzepotała grubymi rzęsami. Wiedziała doskonale, że ten szelma szpakami karmiony mamił ją zgrabnymi słówkami w wiadomym sobie celu. Mimo to z lubością go słuchała.
            – Twierdzisz, że mam zawsze rację, więc posłuchaj uważnie: jesteś u progu dorosłego życia…. Nie chcę ci go komplikować.
            – Chciałbym, abyśmy poznali się bliżej… – nalegał bezczelnie.
            – Gorąca głowa?… – tonowała jego zapędy.
            – Raczej gorące serce.
            – Jestem wierna Bolesławowi – ucięła ostro.
            Po tym stwierdzeniu Brzechwa poczuł się nieswojo. Spodziewał się z jej strony kontynuowania gry, tymczasem został brutalnie zastopowany. Musiał zmienić taktykę.
            – A gdyby się okazało, że partner nie jest całkiem lojalny…. – Jan odważnie zasugerował, że Leśmian ją zdradza.
            – Co chcesz przez to powiedzieć, Janku? Bo w tym momencie zasiałeś we mnie ziarno niepokoju – Dora nerwowo poprawiła się na krześle.
            – Nic nie chcę powiedzieć. To tylko luźne gdybanie. Wiadomym jest, że wybitne osobowości, czy utalentowani twórcy są jak magnes przyciągający kobiety. Nawet jeżeli nie są tak atrakcyjni, jak modele z paryskich żurnali – nie chciał wprost powiedzieć o romansie poety z Celiną.
            – Janku, jeśliby ta śmiała hipoteza okazała się prawdziwa – rzekła zdecydowanie – to z kolei ja wyrażę luźne przypuszczenie, że moglibyśmy się nieco bliżej poznać… – zmieniła oficjalny ton na bardziej przyjazny.
            – Postaram się ją potwierdzić – rzekł zadowolony.
            Jednak Brzechwa zdając sobie sprawę, jak trudno byłoby mu udowodnić przedstawioną hipotezę (która według niego była pewnikiem), odstąpił od obietnicy. Dora natomiast – choć wrażliwa na admirację Jana – nie dała mu się uwieść. Bezgranicznie kochała Bolesława Leśmiana do jego śmierci. Brzechwa pamiętając jej odmowę przez długi czas był wobec niej nieprzychylny.

            „Jan Brzechwa pozostał w kręgu romansów domowych” – skomentowała kiedyś jego życiowe wybory córka Leśmiana, Maria Ludwika Mazurowa. Mimo złośliwości konstatacja jej oddawała istotę rzeczy, bowiem w ramach tychże romansów ożenił się z krewniaczką z rodziny swojego ojca, Marią Sunderland, co już zostało wcześniej powiedziane. Po krótkim czasie okazało się, że małżeństwo nie było udane. Dwa lata po ślubie, mniej więcej w tym czasie, gdy urodziła się córka Krystyna, Brzechwa nawiązał romans z Karoliną Lentową (z domu Meyer), córką bogatego handlowca. Po uzyskaniu rozwodu ożenił się z nią w 1929 roku. Karolina była ładna, lecz nie dorównywała urodzie Marii.
            – Czyś ty zwariował, Janku? – zestrofował go Leśmian, gdy się spotkali w „Ziemiańskiej” niedługo po jego drugim ożenku. – Unieszczęśliwiłeś dobrą, śliczną Marysię. Z jej urodą mogła mieć każdego; wybrała ciebie, a ty zachowałeś się niecnie. Zostawiłeś ją na lodzie z dzieckiem.
            – Nie skrzywdziłem jej. Wspomagam finansowo ją, jak i Krysię – bronił się.
            – Skrzywdziłeś dwie niewinne istoty, nie zaprzeczaj! – Leśmian podniósł głos. – Jak można zostawić żonę z małym dzieckiem? To niehonorowe. Obszedłeś się z Marysią po chamsku, powiem więcej, po bestialsku. Tak nie postępuje przyzwoity człowiek, tak postępuje nicpoń i drań.
            – Ale ja…
            – Nic nie mów – przerwał mu rozwścieczony Bolesław. – To się nie mieści w normach przyzwoitości, nawet w dzisiejszym świecie, gdy panuje pewne poluzowanie obyczajów.
            – Zakochałem się – rzekł zgaszonym głosem, niczym uczniak.
            – To nie jest żadne usprawiedliwienie. Postąpiłeś niegodziwie – Leśmian mówił roztrzęsiony. – Może ja też nie jestem święty, ale nie zostawiłem żony. Taka myśl nawet nie postała mi w głowie.
            – Wiem – potwierdził Brzechwa uśmiechając się dyskretnie pod nosem, bowiem rozśmieszyło go zdanie, które powtórzył sobie w myślach: „Wiem…, że nie jesteś święty”.
            – Lepiej nic nie mów.
            – Ja tylko chciałem…
            – Zamilcz. Żegnam. I nie odzywaj się do mnie – rzekł brutalnie Bolesław. – Przez jakiś czas – zakończył rozmowę łagodząc jej wydźwięk ostatnim zdaniem.
            Bywalcy kawiarni siedzący przy sąsiednich stolikach spojrzeli z zaciekawieniem na Leśmiana, bowiem nigdy nie widzieli go tak rozdrażnionego. Janowi było potwornie przykro z powodu obcesowego potraktowania go przez krewniaka, którego darzył szacunkiem. Przychodząc na rozmowę był przekonany, że Bolesław zrozumie jego sytuację, przecież sam kiedyś oszalał dla kobiety. Zresztą nie jednej. Tymczasem spotkała go reprymenda, jakiej nie spodziewał się ze strony człowieka świetnie znającego zawiłe damsko-męskie relacje.
Bolesław Leśmian przez pewien czas po spotkaniu z Brzechwą nie mógł dojść do siebie.  „Łobuz porzucił dziecko i żonę pozostawiając absmak w rodzinie – powtarzał w myślach wypowiedziane wcześniej słowa, gdy dorożką wracał do domu. – Czy ten z bożej łaski Casanova nie wie, że nie musi się kupować lasu, aby mieć drzewo? Zakochał się… Kochliwy kuzynek. Bardziej głupi, niż kochliwy. Le fou” – irytował się. Zgodnie z zapowiedzią Leśmian zawiesił z nim stosunki towarzyskie na wiele lat.

W połowie lipca 1937 roku Jan Brzechwa i Zofia Nałkowska przebywali w Paryżu na kongresie Międzynarodowej Konfederacji Stowarzyszeń Autorów i Kompozytorów (CISAC). Po wielu godzinach spędzonych na wysłuchiwaniu przemówień prelegentów oraz uczestniczeniu w dyskusjach na temat prawa autorskiego, popołudnia i wieczory często spędzali na zwiedzaniu miasta. Polubili się. W ostatnim dniu pobytu uczestniczyli w pożegnalnym bankiecie w restauracji przy pasażu de la Boule Blanche. Siedzieli przy stoliku w pobliżu parkietu tanecznego. Gdy po modnym skocznym lambeth walk’u zagrano spokojną melodię, Jan poprosił panią Zofię do tańca. Nałkowska sprawiała wrażenie, jakby tylko na to czekała, więc z chęcią ruszyła w tany. Zresztą zawsze pragnęła być adorowana, niezależnie od tego, czy miała dwadzieścia, czy jak obecnie, znacznie więcej wiosen. Wciąż była atrakcyjna i elegancka, jednak ciężko przeżywała okres schyłku swojej urody. Pisarka była kobietą postawną, co miało pewne znaczenie w kontaktach damsko-męskich, gdyż swoją posturą onieśmielała wielu mężczyzn. W relacjach z nimi jednym z istotnych dla niej czynników – poza intelektem – był walor estetyczny sprowadzający się głównie do tego, aby mężczyzna był niebrzydki i przystojny. Jan Brzechwa spełniał te warunki. (Gwoli ścisłości należy dodać, iż Nałkowska nie gardziła bynajmniej mężczyznami mniej atrakcyjnymi, czego najlepszym przykładem był Bruno Schulz, z którym kiedyś… – ale to już jest temat na inną opowieść).
            – Nie spodziewałam się, panie Janie, że jest pan tak biegły w prawie autorskim – powiedziała z uznaniem.
            – W moim herbie, poza piórem, poczesne miejsce zajmuje paragraf – zażartował. – Wciąż jestem praktykującym prawnikiem.
            – Cieszę się, że jestem tu z panem, bo na kilkadziesiąt delegacji, dzięki panu należę do jednej z zaledwie dwóch, w której członkiem jest pisarz i prawnik w jednej osobie.
            – W tym punkcie mamy pewną przewagę. Staram się dobrze łączyć znajomość rzemiosła prawniczego z duchem twórczym – odpowiedział skromnie.
            – Na pierwszym miejscu postawił pan prawo. Przypadek?
            – Niestety nie. Mam nadzieję, że kiedyś będzie odwrotnie –  westchnął głęboko.
            – Czego panu z serca życzę – pocieszyła go. – Domyślam się, że poezja jest panu bliższa.   
            – Zdecydowanie tak. Choć mój wielki kuzyn, Bolesław, boleśnie mi uświadamia niedostatki mojej mowy wiązanej.
            – Bo-les-ław… bo-leś-nie… – wyrecytowała wolno delektując się brzmieniem słów. – Zauważyłam, że ma pan dużą łatwość gry słownej. Jeśli mogę coś rzec, a pan się nie obrazi, proszę iść w tym kierunku. Na poezji tak bardzo się nie znam, ale spotykam się regularnie z młodymi pisarzami udzielając im pewnych rad…
            – Słyszałem – wtrącił.
            – Mówię im coś takiego; jeśli w jakimś elemencie pisania lepiej się czujesz, niż w innym, ponadto ten obszar szczególnie cię wzbogaca i daje satysfakcję, wówczas konsekwentnie w nim się rozwijaj. Uprawiaj wytrwale swoje pole, a później zebrane plony sprawią ci prawdziwą radość. Tylko trzeba mieć benedyktyńską cierpliwość.
            – Z tym może być gorzej.
            – I jeszcze jeden nieodzowny warunek – obróbka tworzywa musi stać na najwyższym poziomie. Tak powiedziałam niedawno Witoldowi…
            – Gombrowiczowi? – dokończył za nią pytająco.
            Pisarka nie dosłyszała tego nazwiska.
            – Tak mówię też Tadziowi Brezie, Rudnickiemu i Schulzowi.
            – Dziwna rzecz, ale ja też tak czuję, tylko jakoś… do tej pory nie zwerbalizowałem sobie tego – rzekł przekonująco.
            – Jestem rada, że myśli pan podobnie. To jest jedyna droga do sukcesu. Na siłę nie powinno się uprawiać areału, którego się dobrze nie czuje, bowiem plony z niego nie będą ani okazałe, ani satysfakcjonujące. – W tym momencie delikatnie, przytuliła się do niego, aby osłodzić mu, jak sądziła, wymowę gorzkich słów skierowanych pośrednio pod adresem jego twórczości poetyckiej.
            W tańcu dotyk partnerów jest naturalnym zachowaniem, choć Brzechwa czuł się jej bliskością nieco skrępowany. Nie chciał odwzajemniać doznanej czułości obawiając się, iż mógłby wkroczyć na grząski grunt, gdyż słyszał o jej podbojach erotycznych. Nie chciał też, nawet minimalnie, odsunąć jej od siebie, ponieważ byłoby to nietaktowne. Muzyka i taniec przysłoniły mu zrozumienie istoty jej wypowiedzi. Jednak po chwili dotarło do niego, że pani Zofia wspominając o dawaniu rad młodym pisarzom, miała na myśli jego twórczość poetycką „dla dorosłych”, która nie znalazła uznania ani u czytelników, ani w oczach krytyków. Natomiast wiersze dla dzieci były przestrzenią, w której czuł się dobrze. W nich bowiem przejawiał kreatywność pławiąc się w słowotwórstwie, niczym ryba w wodzie. Choć w sprawie wartości własnej poezji „dla dorosłych” był innego zdania niż krytycy, jednak od pewnego czasu powoli weryfikował swój sąd. Sugestia pisarki była nieoceniona. „Może faktycznie ma rację – myślał przytulając się delikatnie do jej piersi. – Zresztą Julian też mi kiedyś powiedział brutalnie, żebym dał sobie spokój z poważną liryką. Muszę się ponownie zastanowić nad tym. – Mam już sporo dla dziatwy wierszy, które postaram się wydać w tym roku. Po powrocie do kraju skupię się wyłącznie na nich. Teksty dla kabaretów…, och, one piszą się same, pecunia non olet. Pozostałe poletka: opowiadania i poezja, niech sobie odpoczywają, może od czasu do czasu je użyźnię, ale bez natężania się…”.
            – Zamyślił się  pan trochę… – zauważyła.
            – Naszła mnie refleksja, czy kierowanych przez panią rad do młodych pisarzy nie zastosować wobec siebie…
            – Zachęcam – powiedziała uprzejmie, lecz z intonacją nie pozostawiającą wątpliwości co do większej siły przekazu, niż wynikało to z sensu samego słowa.

Na jesieni 1937 roku, gdy Leśmian był już schorowany, postanowił spotkać się z młodszym kuzynem. Brzechwa odwiedził go w mieszkaniu na krótko przed wydaniem książki dla dzieci Tańcowała igła z nitką, którą Leśmian wcześniej przeczytał w maszynopisie.
            – Janku – mówił już słabym głosem półleżąc w fotelu – co do twojej prozy i poezji… nie zmieniłem zdania. Mówię szczerze, nie obrażaj się, bo wyjdzie ci to na dobre.
            – Spodziewałem się – oczy Brzechwy zaszkliły się smutno. – Chociaż wydaje mi się, że doskonalę się w liryce.
            – Ty może się doskonalisz, ale liryka na tym cierpi. Posłuchaj mnie, a dobrze na tym wyjdziesz. Pamiętasz, jak dawno temu zaproponowałem ci, żebyś podpisywał się, jako Brzechwa?
            – Dzięki tobie mam ładne nazwisko – starał się być dla niego miły.
            – Posłuchałeś mnie i dobrze na tym wyszedłeś. Więc zaufaj mi teraz, zamknij na klucz szufladę ze swoimi lirykami i innymi historyjkami, a dobrze na tym wyjdziesz. Skup się na wierszach dla dzieci – zaczerpnął z trudem powietrza.
            – No, dobrze… – przytaknął z wysiłkiem. – Długo myślałem o tym. Chyba masz rację.
            – Nie chyba. Na pewno. Teraz powiem ci rzecz najważniejszą, zaskoczyłeś mnie tą igłą i nitką – tu wskazał powolnym ruchem ręki na leżący na stoliku maszynopis. – Nie spodziewałem się, że odkryjesz w sobie nowe pokłady talentu. Te wiersze są dobre, oryginalne.
Brzechwa poczuł się, jakby wstąpił w niego nowy duch.
            – Twoje słowa, Bolesławie, są dla mnie największą nagrodą – powiedział usatysfakcjonowany ściskając mocno jego wiotką dłoń.
            – Nie zbaczaj z tej drogi, ona zaprowadzi cię do sukcesu – powiedział na pożegnanie.
            Po raz pierwszy i ostatni wybitny liryk pochwalił młodszego familianta za twórczość. Wtedy to przypomniał sobie słowa Zofii Nałkowskiej, które współbrzmiały z jego radą. Jan Brzechwa przekonał się ostatecznie, że jedynym dla niego obszarem, na którym będzie odnosił sukcesy, jest twórczość dla dzieci.
            Niedługo po spotkaniu, na początku listopada, Bolesław Leśmian zmarł. Nota bene na jego pogrzebie dziewięcioletnia córeczka Brzechwy, Krysia, zobaczyła ojca po raz pierwszy. Półtora miesiąca później została wydana w grudniu 1937 r. debiutancka książka Tańcowała igła z nitką (z datą: 1938) i osiągnęła wielki sukces. Jan Brzechwa nareszcie poczuł się dowartościowany. Wiersze dla najmłodszych stały się podstawową formą jego wypowiedzi artystycznej.

            Tuż przed wybuchem II wojny światowej Brzechwa rozstał się z drugą żoną, Karoliną, ponieważ znowu zakochał się, tym razem w tancerce, Wicie Niedzielskiej. W czasie okupacji ukrywał się w majątku Mianocice pod Krakowem, potem we wsi Opacz pod Warszawą. Następnie wrócił do stolicy i pracował jako ogrodnik na torze wyścigów konnych na Służewcu. Mieszkał w kawalerce na ul. Szczyglej, a także w mieszkaniu Wity.

            W roku 1940 opatrzność postawiła na jego drodze kobietę, która dojmująco wpłynęła na niego, a ich wspólne losy splotły się na wiele lat na dobre i złe. Była nią Janina Serocka (z domu Magajewska), żona fryzjera, kobieta o nieprzeciętnej urodzie. Brzechwa zakochał się bez pamięci. Po kilku miesiącach nieskutecznych zabiegów zdobycia jej, Janina oświadczyła mu, że nie może się z nim dłużej spotykać, ponieważ kocha męża. Po tych słowach załamał się. Z rozpaczy próbował się otruć. Ogarnęła go melancholia, chudł, a jego szczupła i wyrazista twarz jeszcze bardziej ujawniała semickie rysy, co na ulicach okupowanej Warszawy było groźne dla jego bezpieczeństwa. Jeden z przyjaciół delikatnie zwrócił mu na to uwagę, on jednak się tym nie przejął.
            – Nic mnie to nie obchodzi – odparł zrezygnowany. – Ona i tak nie chce być ze mną.
            – Janek, daj spokój, całe życie przed tobą. Spotkasz jeszcze niejedną sympatyczną duszyczkę – tłumaczył mu. – I zacznij się wreszcie normalnie odżywiać, bo marniejesz w oczach.
            – Moje życie bez niej nie ma sensu… – nie dawał się przekonać.
            Wbrew temu co powiedział, trochę przejął się słowami przyjaciela, starał się lepiej odżywiać, szczególnie słodyczami i ciastkami, które uwielbiał. Nie przyniosło to jednak oczekiwanych rezultatów; wciąż był chudy, jak szczapa. Pewnego dnia w cukierni na Nowym Świecie kupił sobie mały tort. Gdy odszedł od kasy, podeszło do niego dwóch rosłych mężczyzn o kanciastych twarzach. Byli to szmalcownicy zarabiający na wydawaniu okupantowi Żydów. Złapali go pod ramiona i zaprowadzili do budynku gestapo w alei Szucha 25. Brzechwa nie szarpał się z nimi, bo wiedział, że nie poradziłby sobie z dwoma osiłkami, poza tym było mu wszystko jedno. W siedzibie hitlerowskiej tajnej policji szmalcownicy zaprowadzili go do oficera dyżurnego oskarżając, że jest Żydem. Zastępca oficera kazał dwóm typom wyjść. Dowódca o rysach inteligenta, spojrzał na wysoką postać doprowadzonego, jednak nie przyglądał się bacznie jego twarzy, tylko zwrócił uwagę na coś innego.
            – Co jest w tym kartonowym pudełku? – zapytał łamaną polszczyzną.
            – Torcik mocca – odpowiedział zdziwiony Brzechwa. – Mój ulubiony.
            – Proszę go postawić na stoliku i rozpakować.
            Jan był zdziwiony neutralnym, niemal uprzejmym, tonem kapitana. Pudełko odłożył zgodnie z życzeniem i rozpakował. W swoich ruchach starał się być pewny siebie. Gestapowcy zajrzeli do otwartego pudełka i uśmiechnęli się do siebie.
            „Tylko niech mi nie każą zdejmować spodni – przemknęła mu przez głowę złowieszcza myśl. – Wszystko zniosę, bicie, katowanie, nawet niech mnie zamordują, tylko nie to…”.
            – Czy prawdą jest to, co powiedzieli tamci dwaj? – Zapytał rzeczowym tonem oficer dyżurny.

            Brzechwa znowu zdziwił się nietypowym pytaniem, obawiał się bowiem tego, o czym przed sekundą myślał.
            – Oni się mylą, panie hauptmann – pozbywszy się złych myśli odpowiedział pewnym głosem, w którym pobrzmiewała godność. – Ale jeśli chcecie, możecie mnie rozstrzelać – powiedział zrezygnowanym tonem. – I to od razu. Nie mam po co żyć…
            – Warum? Dlaczego? – poprawił się młodszy oficer.
            – Kobieta, którą kocham z całego serca – powiedział przejmująco patrząc mu w oczy – nie chce się ze mną połączyć, więc życie bez niej nie ma dla mnie żadnej wartości.
            Niemcy przypatrywali mu się uważnie, a znając się trochę na ludziach, których codziennie przesłuchiwali, wiedzieli, że stojący przed nimi człowiek mówi i zachowuje się autentycznie. Oficerowie nachylili się ku sobie, wymielili cicho kilka zdań, po czym popatrzyli na siebie porozumiewawczo i wybuchnęli gromkim śmiechem.
            – Raus! – krzyknął oficer dyżurny.
            Brzechwa wciąż stał, jak wryty nie rozumiejąc, o co chodzi.
            – Won, wynocha! – porucznik powtórzył po polsku.
            Po ułamku sekundy dotarło do Brzechwy, że nie jest aresztowany. Natychmiast odwrócił się i wyszedł z dyżurki. W głowie miał kłębowisko tysiąca myśli i wrażenie niesamowitości zdarzenia, w którym uczestniczył. Znalazł się na dziedzińcu. Powietrze uderzyło go rześkością, której przed wejściem do gmachu nie odczuł. Był już przy budce wartowniczej i szlabanie, przy którym stał żandarm, gdy wtem przypomniał sobie o zapomnianym torciku. Wrócił. „Czyś ty zgłupiał do reszty? – nagle pojawiła się w jego głowie alarmistyczna myśl. – Wyszedłeś z jaskini lwa i znowu tam wracasz? Człowieku, zatrzymaj się natychmiast!” – Nie usłuchał ostrzegawczej myśli. Wszedł po schodach i zapukał do drzwi oficera dyżurnego. Wpuścili go do środka.
            – Przepraszam, ale zapomniałem tortu – powiedział zwyczajnie, jakby wrócił do mieszkania znajomego po zapomniany kapelusz.
            Zdziwieni gestapowcy nie zareagowali słowem, tylko zastępca oficera dyżurnego wskazał od niechcenia wzrokiem na pudełko, żeby je zabrał i machnął ręką na zakochanego dziwaka, aby sobie poszedł.

            Po rozstaniu się z piękną fryzjerową, Brzechwa nie widział jej ponad dwa lata. W lutym 1943 roku pewnego mroźnego popołudnia wszedł do baru na Nowym Świecie, by przekąsić coś gorącego. Niespodziewanie zdarzył się cudowny przypadek. Przy stoliku siedziała Janina Serocka. Rzucił się przed nią na kolana i… więcej nic już nie pamiętał. Porażony spotkaniem jej, zemdlał. Janina przejęta żarliwym uczuciem adoratora zgodziła się na randkę. Spotkali się nazajutrz w Ogrodzie Saskim w pobliżu pałacu Lubomirskich. Brzechwa pojawił się z wielkim bukietem opakowanym w potrójny papier chroniący róże przed mrozem. Zaskoczonej kobiecie wręczył szczelnie opakowane kwiaty.
            – Róże – rzekł.
            – Skąd wziąłeś w środku zimy te kwiaty? – lekko uchyliła warstwy papieru zaglądając do środka. – Przepiękne. Jesteś niesamowity. Dziękuję.
            – Zawiń je dokładnie, aby nie zmarzły – Jan pomógł jej owinąć bukiet. – Co do kwiatów, to w Warszawie są jeszcze miejsca, w których niezależnie od zimy i wojny można je dostać wedle życzenia. Życie w mieście musi toczyć się normalnie – wypowiedział banalną myśl, która w okupowanej Warszawie mogła wydawać się śmieszna.
            – Janku, to miło, że darzysz mnie sympatią, ale nie chcę i nie mogę cię zwodzić…
            – Nie mów tak, Janeczko… – przerwał jej drżącym głosem.
            – Powtórzę to, co ci powiedziałam kiedyś: nie porzucę męża.
            – Jasiu, zaklinam cię…
            – Nie zaklinaj. Ruszmy się, bo zamarzniemy na tej ławce.
            – Zwariuję bez ciebie, oszaleję – mówił desperacko.
            – Wytrzymałeś beze mnie tyle, to wytrzymasz dalej.
            – To, że przypadkowo trafiłem na ciebie, jest znakiem. Wierzę w to. Daj mi cień szansy – błagał ją.
            – Nie mogę. Sumienie mi na to nie pozwala – była stanowcza.
            – Ale możemy się jeszcze spotkać?
            – Mąż jest na Pawiaku – nagle głośno zapłakała.
            Brzechwa objął ją czule. Pocieszał szeptając miłe słowa.  Niespodziewanie Janina położyła głowę na jego piersi. Jan odczytał to, jako dobry znak. Zaczęli się ponownie spotykać.
Po wytrwałych staraniach wreszcie mu uległa. Od wiosny kochali się regularnie.
Podczas długich rozmów Brzechwa zauważył, że Janina interesuje się literaturą (w szkole najlepiej w klasie pisała wypracowania). Zachęcił ją do pisania opowiadań, które ujawniły w niej pewien literacki talent.
            Jednak ani miłość, ani wspólne zainteresowania nie wystarczały mu do pełni szczęścia, pragnął się z nią ożenić. Kochanka była nieprzejednana, nie dawała mu nadziei na wspólny związek, ani ożenek. Brzechwa jednak z uporem maniaka powracał do tematu. Zmęczona jego natarczywością powiedziała o wszystkim mężowi, Tadeuszowi, który cudem został zwolniony z hitlerowskiego więzienia. Janowi oświadczyła, że odtąd będzie z nim rozmawiać wyłącznie w obecności męża. Był wściekły z tego powodu. Po pewnym czasie złe napięcie między nimi zelżało. Po długich naleganiach ponownie zgodziła się na intymne schadzki. Gdy mąż wyjeżdżał w interesach poza Warszawę, spotykali się w jej mieszkaniu na ulicy Foksal lub w jego kawalerce.
            – Nie obraź się Janeczko – mówił delikatnie – ale byłem przekonany, że po dwóch latach naszego związku, sprawa małżeństwa jest przesądzona.
            – Wiesz dobrze, że niczego ci nie obiecywałam – powiedziała takim samym stanowczym tonem, jak kilkadziesiąt razy poprzednio, gdy z uporem namawiał ją do odejścia od męża.
            – Przecież się kochamy, nieraz to potwierdzałaś – rzekł naiwnie, niczym pierwszy  raz zakochany chłopak.
            – Tadeusz cudem ocalał. Jego uczucie do mnie utrzymywało go w więzieniu przy życiu. Nie mogę go opuścić. Kocha mnie do szaleństwa.
            – Nie bardziej niż ja. Jesteś dla mnie cudem, a on sprowadził cię do garów, cerowania skarpet i szorowania klozetu.
            – Małżeństwo jest sakramentem – broniła się.
            – Czuję się oszukany. Tyle razy byliśmy z sobą… Proszę cię, wyrwij się wreszcie z tych przestarzałych konwenansów.
            – Przyrzekałam na ślubie…
            – Kładziesz się z nim do łóżka, starasz mu się dogodzić wbrew sobie, byle tylko zmylić jego podejrzenia. Wiem, że nie możesz patrzeć na jego prostacką twarz, na te wyłupiaste oczy.
            – Nie wolno ci tak mówić. Na swój sposób kocham go. Zapewnia mi utrzymanie, stara się. Ma w ręku pewny fach.
            – Oczywiście… fach! Zakład golibrody to teraz pewne, dochodowe zajęcie – skomentował sarkastycznie. – Dziś triumfuje fryzjer, ale wojna prędzej czy później skończy się i to ja stanę się znów tym, kim byłem kiedyś. Kochanie, będziesz opływała we wszystko, we wszystko, cokolwiek zechcesz. Będziesz panią mecenasową i żoną uznanego pisarza. Zapewniam cię, że tak się stanie – perorował jak natchniony.
            – Zdajesz sobie sprawę, że rozbijasz nasz związek – mówiła bez wiary.
            – On już jest dawno rozbity. Zbutwiały. „Na swój sposób kocham go” – przedrzeźnił ją – to znaczy, że nigdy go nie kochałaś. Jesteście ze sobą, bo podpisaliście certyfikat, bo tak wypada. Te kajdany duszą cię, wyrwij się z nich. Przejrzyj na oczy.
            Janina milczała, nie potrafiła znaleźć przekonywującej odpowiedzi na jego mocne argumenty.
            – Poza tym, skarbie, marnujesz się u boku tego cyrulika. On zabija twoje talenty. Przecież twoje próby literackie są dobre.
            – Naprawdę? – pragnęła potwierdzenia swoich możliwości twórczych.
            – Janeczko, mówię ci szczerze, wydobyłaś z ukrytych pokładów kryształ maestrii, który już błyszczy, a po oszlifowaniu będzie lśnił prześwietnym blaskiem.
            – Ale ja i tak go nie opuszczę – myślami była wciąż przy mężu.     
            Jego wytrwałe zabiegi na nic się zdały. Był bliski załamania.
            – Jesteś wyrachowana – zdenerwował się. – Niszczysz życie trzech osób: własne, moje i tego żałosnego idioty, fryzjera. Bo na tę chwilę jest ci dobrze, bo tak ci się opłaci. Poświęcasz życie i miłość dla dostatku, bo tacy byli twoi rodzice, bo taki jest twój mąż. To nie jest czystość obyczajów, ale stęchlizna i groszoróbstwo – nie przebierał w słowach. – Nie patrzysz, co będzie w przyszłości.
            – Nie wiem… – była przytłoczona lawiną jego oskarżeń.
            – Janeczko najukochańsza, boginko marzeń, fantasmagorio moich snów i jawy, błagam, ugaś moje tęsknoty – nagle zmienił ton na modlitewne wezwania.
            – Ale…
            – Skoro dręczę się już cztery lata – nie dał jej dojść do słowa – to wytrzymam następne, nie pozbawiaj mnie tylko nadziei. Ufam, że Bóg da mi twoje serce – rzekł uroczyście, a w duchu dokończył myśl, że jeśli opatrzność mu nie pomoże, to i tak sobie poradzi, choćby miał wezwać na pomoc czartowskie moce.
            Rozstali się po koleżeńsku pozostając przy swoich zdaniach. Jan nie złożył jednak broni. Wkrótce wysłał do niej czterdziestostronicowy list zapisany drobnym pismem. Przytoczył w nim niemal wszystkie fakty z ich związku, wspólne przeżycia i przekonywujące motywy, aby za niego wyszła. Nie omieszkał także posunąć się do zarzutów, oskarżeń, a nawet gróźb na granicy moralnego szantażu. Straszył, że jest w trakcie pisania noweli, w której opisuje ją, jej matkę i rodzinę; akcję może poprowadzić tak, aby przedstawić ją, jako zjawiskową kochankę, albo niegodziwą dręczycielkę. Następnie zadał jej retoryczne pytanie: „Którą postać wybierasz? Wszystko zależy od Ciebie, jak zostaniesz przedstawiona”. Epistołę ozdobił zaklęciami, obietnicami i miłosną litanią. Liczył na to, że konsekwentne działanie przyniesie pozytywny skutek, pamiętał bowiem łacińskie przysłowie, że kropla drąży skałę nie siłą, lecz częstością spadania. Był nieugięty w dążeniu do osiągnięcia celu.
            I stało się. Po sześciu latach konsekwentnych starań dopiął swego. Nieosiągalna forteca została zdobyta. W 1946 roku pobrali się. Jan Brzechwa i Janina Serocka pozostali małżeństwem do jego śmierci w lipcu 1966 roku. Pisarz bardzo ją kochał, lecz należy dopowiedzieć – cum grano salis –  iż niedługo po ślubie rozglądał się już za innymi spódniczkami…

            Po II wojnie światowej w Łodzi, która de facto była zastępczą stolicą kraju, mieszkało dużo ludzi pióra. Wśród nich znaleźli się także Jan Brzechwa i Kazimierz Brandys. Pewnego dnia przyjaciele spotkali się w stołówce literatów w hotelu Savoy.
            – Stary, nie powiedziałeś mi do tej pory, jak przeżyłeś okupację? – zaciekawił się Brandys.
            – Całkiem spokojnie… – zażartował Brzechwa.
            – Nie obraź się, ale co tu dużo mówić, masz bardziej niearyjskie rysy, niż ja. Chyba było ci trudno…
            – Kaziu, odpowiedź jest prosta. Okupacja mnie nie dotyczyła.
            – Jak to? – zdziwił się.
            – Byłem zakochany – odrzekł bez emfazy.
            Brandys chciał coś powiedzieć, ale go zatkało. Zdumiał się tym, co usłyszał. A usłyszał rzecz kompletnie niezrozumiałą, nie mającą logicznego powiązania z pytaniem. „Pytam, jak przeżył okupację, a on mi gada od rzeczy, że był zakochany – myślał poirytowany. – Robi głupka ze mnie, czy z siebie?” – Kazimierz spojrzał na niego zły, lecz widok jego pogodnej twarzy rozbroił go.
            – Janku, nie rozumiem, co miała do rzeczy okupacja z twoim uczuciem?   
            – Byłem jakby poza tym, co się wokoło działo – odrzekł.
            – Nie wierzę… – przyjaciel wciąż nie mógł wyjść z podziwu. – To zna-czy, to zna-czy  że byłeś w jakimś uczuciowym amoku… – próbował zrozumieć jego stan.
            – Przesadzasz. – Jednak po chwili stwierdził – A może krztyna prawdy w tym jest.
            – I żyłeś… ot tak sobie, bez żadnego strachu, bez obaw?
            – Zdarzały się różne sytuacje… Wyobraź sobie, że kilka razy byłem nawet u wróżki… – Brzechwa uśmiechnął się zawadiacko.
            – Ty? Nowoczesny człowiek, racjonalista…, chwytałeś się nieracjonalnych metod?
            – Jeśli dążysz do czegoś przez długi czas, na czym ci szalenie zależy i nie możesz tego osiągnąć, imasz się sposobów, choćby nie były z tego świata.
            – Niby logiczne… – przyznał z trudem Brandys.
            – Właśnie. W tych latach zła i absurdu postępowałem tak, jak mi nakazywało serce – Brzechwie zaświeciły się radośnie oczy.
            – Wróżka to pal sześć – machnął ręką – ale ta straszliwa okupacja…, przecież jej nie można było ominąć nieracjonalnym zachowaniem.
            – Po mnie widzisz, że można było.

Franciszek Czekierda

Reklama

1 KOMENTARZ

  1. Informacje o Brzechwie interesujące, o ile wszystkie są prawdziwe. Dialogi beznadziejnie naiwne, pisane jakby przez licealistę. Szkoda, ale co poradzić, albo się to ma, albo nie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko