Franciszek Czekierda – ROMANS ŻONY KASPROWICZA ZE STANISŁAWEM PRZYBYSZEWSKIM

1
820
Stanisław Przybyszewski. Fot. Wikipedia


            „Przeczytałam od deski do deski Homo sapiens. Pozostaję zupełnie pod wpływem autora, który jako człowiek jest dla mnie istotą astralną. Ale gdybym poznała go osobiście, zagarnąłby niepodzielnie moje serce”. Tymi oto słowami Jadwiga Kasprowiczowa opisała Ernestowi Łunińskiemu, przyjacielowi rodziny, swoje odczucia względem Stanisława Przybyszewskiego. Jakże prorocza była to wypowiedź.
            Zanim jednak Jadwiga Gąsowska (po mężu Kasprowiczowa) poznała „genialnego Polaka”, jak się o nim wyraził August Strindberg, wcześniej doświadczyła kilku przeżyć, które dojmująco na nią wpłynęły. Pierwszym z nich było uczucie do Józefa Zgórka. Oboje poznali się przez jego siostrę Zofię, która z Jadwigą odbywała praktykę nauczycielską. Spodobali się sobie, a po krótkim czasie zostali parą. Józek studiował medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim i działał w podziemnej organizacji niepodległościowej. Chorował na gruźlicę. Dwudziestojednoletnia Jadwiga została jego narzeczoną pod koniec edukacji w seminarium nauczycielskim w 1890 roku. Zaręczyli się rok później. Jej ojciec, Edward Gąsowski, widząc pogarszający się stan zdrowia Józefa, kategorycznie sprzeciwił się ożenkowi córki. Decyzja ta boleśnie odcisnęła się na jej psychice. Ojciec chcąc odseparować Jadwinię od nieuleczalnie chorego Józefa Zgórka, zmusił ją do wyjazdu do spokrewnionej rodziny Czermaków mieszkającej we Lwowie. Narzeczonego poprosił o zaprzestanie korespondencji z córką. Mimo, iż pojechała niechętnie, jednak pobyt u Emilii i Józefa Czermaków wpłynął korzystnie na jej samopoczucie. Mało tego, gdy w kwietniu 1892 roku po raz pierwszy spotkała się z Janem Kasprowiczem, który był u Czermaków częstym gościem, jej stan emocjonalny zdecydowanie się poprawił. Znany poeta wywarł na niej jak najlepsze wrażenie. Podczas częstych spotkań oboje prowadzili ożywione rozmowy o poezji.
            – Miło mi, że panienka zna moje wiersze – stwierdził z satysfakcją.
            Słowo „panienka” dotknęło Jadwigę, ponieważ wyczuwała w nim nutkę męskiego lekceważenia, choć intencja Kasprowicza była w tej mierze neutralna. Przełknęła ślinę nie dając po sobie poznać, że użyty zwrot nie był dla niej miły.    
            – Szczególnie urzekł mnie jeden, a jego tytuł to… bodajże… – próbowała sobie przypomnieć  – W chałupie – odetchnęła z ulgą po przypomnieniu sobie tytułu. – Wiernie przedstawił pan w nim chłopską biedę, a najbardziej poruszyło mnie marzenie szesnastoletniej dziewczyny o paniczu, który ją porywa.
            – Taaak – zamyślił się poeta.
            – Wielki kontrast chłopskiej nędzy i nierealnego marzenia młodej chłopki.
            – Dobrze czuje panna poezję.
            Jadwiga uśmiechnęła się pod nosem zarówno z komplementu, jak i użytego słowa „panna”, nie „panienka”.
            – Dobrze nie znam wiejskiego życia, ale z pana wierszy promieniuje jakaś taka… surowa prawda – powiedziała z przejęciem.
            – Ale czytelnicy chyba wolą poezję Marii Konopnickiej – zauważył prowokacyjnie.
            – Do mnie bardziej przemawiają pana wiersze, są przejmujące, natchnione, a poezja Konopnickiej, to znaczy niektóre jej wiersze, są jakieś takie… – szukała właściwego określenia – lamentacyjne.
            – Nasze poglądy w tej mierze są zbieżne – uśmiechnął się do Jadwigi, która z radości zatrzepotała rzęsami. – W tajemnicy powiem, że jest ona dla mnie jęczącą ba… – chciał powiedzieć: „babą”, lecz w ostatniej chwili powstrzymał się – …poetką – poprawił się.

            Podczas następnych spotkań zawiązała się między nimi nić porozumienia. Spodobali się sobie. Trzydziestodwuletni Kasprowicz był już znanym poetą, co dla wykształconej panny z intelektualnymi aspiracjami było dodatkowym powodem, aby próbować zdobyć jego serce. Po krótkim czasie jej zamiar powiódł się. W trakcie lwowskiego pobytu zakochali się. Jan Kasprowicz był już wdowcem. Jego pierwsza żona, Teodozja Szymańska, uzależniona od alkoholu, popełniła w 1889 roku samobójstwo po trzech latach od ślubu, choć ich małżeństwo rozpadło się już po kilku miesiącach.
           
            Jadwiga powróciła do Krakowa. W dalszym ciągu spotykała się z Józefem Zgórkiem, którego stan zdrowia pogarszał się. Czuła się rozdarta wewnętrznie, gdyż nosiła w sobie, wbrew woli ojca, mocny imperatyw utrzymywania z nim kontaktu, lecz równolegle zrodziło się w niej uczucie do Kasprowicza.
            – Biednam, co mam robić? – zwierzała się Stefanii, dobrej koleżance z czasów  Żeńskiego Seminarium Nauczycielskiego, gdy spotkały się w kawiarni.
            – Co ci nakazuje serce? – zapytała Stefania.
            – Sama nie wiem… – była zakłopotana.
            – Zaraz, zaraz… – zdziwiła się koleżanka. – Kochasz ty kogo? 
            – Kocham – powiedziała bez przekonania. – Miłością bliźniego kocham Józeczka, on taki słaby, coraz słabszy, tak mi go żal… – zapłakała.
            – Ale przecież mówiłaś, że pokochałaś tego poetę – zauważyła trzeźwo Stefania.
            – Tatko każe mi zerwać zaręczyny – myśli Jadwigi krążyły gdzieś indziej.
            – To wiem. Odpowiedz na pytanie, Dziuńka, kogo kochasz?
            – Zawsze stałam w kontrze do kategorycznych nakazów, bo jak wiesz, często przymuszano mnie do różnych rzeczy. Teraz czuję, że jedna połowa mojego „ja” zgadza się z nakazem ojca i rwie się do Janka, a druga połowa stoi wiernie przy biednym Józiu.
            – Nie wiem, jak dla ciebie, ale dla mnie najważniejsza jest autentyczność uczucia. – stwierdziła sentencjonalnie koleżanka.    
            – Mhh – zgodziła się półgębkiem.
            – Ty, jak zwykle, nie jesteś zdecydowana – rzekła Stefania.
            Jadwiga nic nie powiedziała. Zabolały ją te słowa, choć w duchu przyznała jej rację. Po pewnym czasie czuła, że uczucie do Jana zaczynało przeważać. Zdawała sobie sprawę, że  ślub ze schorowanym Józkiem byłby aktem litości. „Jeślibym go wybrała, miłość mieszałaby się ze współczuciem – myślała niespokojna. – Które uczucie zwyciężyłoby? Poświęcić się i opiekować się nim do końca… Byłby to czyn szlachetny, wspaniałomyślny. Czyżbym miała zostać siostrą miłosierdzia? – ironizowała w duchu. – Nie o takiej miłości marzyłam, nie o takiej! Zawsze pragnęłam być żoną i kochać, jak żona, a nie zostać miłosiernym Samarytaninem w spódnicy”.
            W czerwcu i lipcu tego roku Jadwiga z rodzicami wypoczywała w uzdrowisku Truskawiec koło Drohobycza. W drugiej połowie lipca pojawił się tam, niby przypadkiem, Jan Kasprowicz. Wówczas sprawy potoczyły się błyskawicznie. Jan oświadczył się jej, zaś ona zgodziła się zostać jego żoną. Osobliwe było to, iż oboje widzieli się zaledwie kilkanaście razy, więc siłą rzeczy nie mogli się dobrze poznać. Pełniejszą formą wzajemnego poznawania się była korespondencja trwająca od kwietnia 1892 roku. Po oświadczynach przez kilka dni Jadwiga miała dwóch narzeczonych do chwili, gdy powiadomiła listownie Józefa Zgórka o zerwaniu obietnicy zamążpójścia. W sierpniu, w towarzystwie państwa Czermaków, Jan z Jadwigą spędzili przyjemny czas w Zakopanem. Mieszkali w oddzielnych chatach, jak przystało na tradycyjne narzeczeństwo. Na początku września Józef Zgórek zmarł na gruźlicę. Kasprowicz nalegał na ślub, jednak Jadwiga zwlekała z wyznaczeniem daty obawiając się ludzkich języków komentujących zbyt wczesne wyjście za mąż po śmierci narzeczonego. Sprawę ustalenia terminu udało jej się przeciągnąć kilka miesięcy, aż wreszcie zgodziła się stanąć na ślubnym kobiercu siódmego stycznia 1893 roku. Nazajutrz wieczorem wyruszyli do Lwowa, gdzie Jan mieszkał od pięciu lat. Na ulicy Łyczakowskiej 4 wynajął przytulne dwupokojowe mieszkanie.
            Krótko po ślubie małżonkowie złożyli wizytę znajomym Kasprowicza, Józefowi i Lucynie Kotarbińskim. Podczas kolacji goście zachowywali się nietypowo, jak na parę niedawno połączoną węzłem małżeńskim, bo z ostentacyjną złośliwością nieustannie sobie dogryzali. Jadwiga miała mocną osobowość, natomiast Jan nie mógł sobie pozwolić na to, aby młoda żona zdominowała go, szczególnie przy znajomych nie chciał okazywać uległości. Gospodarze obserwując ich zachowanie, byli zasmuceni.
Po wyjściu gości Lucyna Kotarbińska podzieliła się swoją uwagą z mężem:
            – Ty też byłeś zażenowany ich zachowaniem, Józiu?
            – Niestety. Było mi przykro. Ona jest jakąś taką… – nie wiem jak to określić – dość dziwną osobą. Ma charakterek…, nie daj Boże. Znam Janka i wiem, że to przyzwoity człowiek.
            – Obawiam się, że chyba nie będą ze sobą szczęśliwi.
            – Obyś nie miała racji, Lucynko.
             
            Jadwiga przed ślubem mieszkała w Krakowie z rodzicami. Ojciec będąc urzędnikiem kolei cesarskiej dobrze zarabiał zapewniając rodzinie dość wysoki poziom życia. Dziunia, jak ją nazywali bliscy, żyła we względnym dobrobycie, więc obce jej były sytuacje, w których musiała się liczyć z każdym groszem. Inaczej było we Lwowie po ślubie z Kasprowiczem. Mimo, iż Jan bardzo się starał (pracował w redakcji „Kuriera Polskiego”, publikował i brał nocne dyżury w drukarni) jednak przynosił do domu skromne i nieregularne zarobki. Żyli ubogo. Często musieli zastawiać rzeczy, aby starczało na jedzenie. Dla ambitnej kobiety z głową pełną wzniosłych ideałów oraz matki dwójki dzieci (Jasi urodzonej w 1893 i Ani dwa lata później) pogodzenie się z obniżeniem standardu życia było bolesne. Z pewnością odcisnęło to ślad na jej psychice. W jej głowie zaczęły się rodzić pytania na temat słuszności wyboru życiowej drogi. Z każdym dniem dziewczęce ideały kruszały. W tym niełatwym okresie, gdy Jan nie był w stanie zapewnić rodzinie przyzwoitego poziomu życia, jej uczucie stopniowo gasło. Ponadto Jadwiga pragnęła, aby mąż okazywał jej więcej ciepła, o czym wprost pisała mu w listach w czasie, gdy przebywała z dziećmi u rodziców. Kasprowicz, surowo wychowany chłopski syn, nie potrafił okazywać jej czułości. Jego oschłość i częsta nieobecność w domu (służbowe wyjazdy, odczyty autorskie) spowodowały, że czuła się niedowartościowana, a po pewnym czasie sfrustrowana. O roli adorowanej i wciąż atrakcyjnej kobiety musiała zapomnieć. Jej oczekiwania i szara rzeczywistość systematycznie rozchodziły się. Wiążąc się z wybitnym człowiekiem spodziewała się czegoś innego. Miała wyższe aspiracje. W tym stanie umysłu i ducha Jadwiga stanęła w obliczu nowej sytuacji.
            W 1896 roku pojawił się w ich domu znajomy adwokat, Tadeusz Dwernicki. Jadwiga poznała go dawno temu w Krakowie, przez Józefa Zgórka. Obaj aktywnie uczestniczyli w pracy konspiracyjnej. Kasprowicz spotkał się z nim przypadkowo we Lwowie w redakcji gazety „Kurier Lwowski”, do której obaj pisali. Po krótkiej rozmowie okazało się, że Tadeusz zna także Jadwigę. Dwernicki został zaproszony do domu. Później nader często odwiedzał ich w mieszkaniu na ulicy św. Zofii. Po krótkim czasie stał się dla gospodyni miłym i oczekiwanym gościem. Sprawiał na niej jak najlepsze wrażenie, a jego towarzystwo pozwalało się jej oderwać od nudnych zajęć domowych. Po pewnym czasie Jan spostrzegł zmianę w zachowaniu żony, która sprawiała wrażenie kobiety uszczęśliwionej. Adorowanie jej przez świeżo objawionego cicisbeo, wywołało kryzys w małżeństwie. Pogłębił się on jeszcze bardziej podczas sierpniowych wakacji, które Kasprowiczowie spędzali wspólnie z Tadeuszem Dwernickim w Tatrach. We trójkę wspięli się na szczyt Gerlach, co nota bene świadczyło o ich sprawności fizycznej. Znajomy adwokat nie ustawał w hołdach uwielbienia składanych Jadwidze, co było widoczne nawet dla osób postronnych. Z tego powodu rozgniewany Kasprowicz ostentacyjnie wyjechał z Zakopanego zostawiając żonę ze starszą córką. Dwernicki pozostał. Jadwiga była przekonana, że sytuacja ta nie wpłynie negatywnie na małżeńskie stosunki, przeciwnie – przypuszczała, że zazdrość Jana spowoduje, iż będzie się nią bardziej interesował, czego pragnęła. Myliła się. Umizgi Dwernickiego i jej przyzwalające zachowanie spowodowały, że zaangażowała się uczuciowo. Zamiast spodziewanej zazdrości Jana, pojawił się w nim żal do żony. W załagodzeniu kryzysu interweniował listownie Edward Gąsowski, ojciec Jadwini, lecz jego reprymenda nie odniosła żadnego skutku. Kiełkujący romans przerwał w końcu sam Kasprowicz. W trakcie pewnego przyjęcia w Kole Literackim we Lwowie, pod pretekstem słownej utarczki z nim, porwał butelkę po piwie i brutalnie zdzielił nią Dwernickiego po głowie. Po tym incydencie adwokat więcej nie pojawił się w domu Kasprowiczów. Historia ta niewątpliwie wpłynęła na Jadwigę, która, po tak bezpardonowej odprawie admiratora, stała się jeszcze bardziej chłodna i niedostępna. Atmosfera w małżeństwie pogorszyła się.

            W setną rocznicę urodzin Adama Mickiewicza, 24 grudnia 1898 roku, na odsłonięcie pomnika wieszcza w Warszawie, zaproszony został Jan Kasprowicz. Na uroczystość pojechał przez Kraków, gdzie chciał spotkać się ze znajomymi. W snobistycznej kawiarni Paon, spotkał się ze Stanisławem Przybyszewskim, krajanem z Kujaw. Obaj dużo słyszeli o sobie, lecz przedtem nie mieli okazji się spotkać. Przybyszewski, na kilka lat przed zamieszkaniem w  Krakowie, zdobył sławę w Berlinie, zaś w kraju był uznawany za duchowego przywódcę Młodej Polski. Natomiast Kasprowicz ceniony był jako wybitny poeta. Przy ich stoliku siedzieli także Dagny Juel-Przybyszewska, żona Stanisława, Tadeusz Żeleński (późniejszy Boy), nieopierzony jeszcze satyryk, wyznawca Przybyszewskiego i wielbiciel Dagny, Marceli Dobrowolski, malarz i Konrad Rakowski, dziennikarz. Atmosfera była typowo młodopolska, czyli swobodna, żartobliwa i, rzecz jasna, uwznioślona dzięki trunkom. Opowiadano najnowsze plotki, anegdoty i sypano dobrymi dowcipami. Po wypiciu kolejnych kielichów najważniejsi w towarzystwie biesiadnicy wpadli na niecodzienny pomysł zamiany kamizelek na znak wzajemnego szacunku.
            – Doprawdy wspaniała – Jan pogładził świeży nabytek otrzymany od Przybyszewskiego. – I ma ciekawsze wzory, niż moja – Kasprowicz cieszył się nią szczerze, choć kamizelka była za ciasna, bowiem Przybyszewski był niższy i szczuplejszy od niego.
            – Przekazuję ci w niej cząstkę mojego ducha – powiedział górnolotnie Stanisław.
            Mocno podchmielony Kasprowicz niespodziewanie wyjął z kieszeni surduta pękaty portfel, z którego wystawały banknoty.
            – Stachu kochany, w dowód uznania zamieńmy się także portfelami – uniósł go wysoko, po czym skierował w stronę Przybyszewskiego.
            Stanisław wyjął z kieszeni cienki, mocno sfatygowany portfelik, w środku którego było więcej powietrza, niż koron.
            – Jesteś wielki, Jasiu – wybełkotał Stanisław.
            Siedzący obok Kasprowicza Marceli Dobrowolski i Konrad Rakowski błyskawicznie pochwycili jego rękę nie pozwalając na oddanie portfela.
            – Czyś ty zwariował, Janku – zawołał Dobrowolski. – Schowaj natychmiast pugilares.
            – Za co pojedziesz do Warszawy? Za co wrócisz do Lwowa? – poparł kolegę Rakowski. – Redakcja dała ci pieniądze, nie możesz ich sprzeniewierzyć.
            Kasprowicz szarpał się trochę, lecz dwaj koledzy włożyli mu siłą portfel do wewnętrznej kieszeni surduta.
            – Może jeszcze zamienicie się żonami? – zażartował Marceli.
            Towarzystwo wybuchnęło śmiechem.
            – Janeczku kochany, oni mają rację – powiedział Stanisław chowając swój portfel. – I tak cię kocham. Bez zamiany portfeli, bez zamiany żon.
            Dagny przypatrywała się zdarzeniu w milczeniu, uśmiechając się pod nosem. Nie dziwiła się ich zachowaniu, wszak Stanisław serwował jej dość często znacznie mocniejsze dawki słowiańskiej fantazji, zaś gest Jana potwierdzał tylko jej przekonanie o nieokiełznanej wyobraźni polskich artystów.
            Biesiada miała się ku końcowi, goście powoli wstawali od stolika. Kasprowicz podszedł do Przybyszewskiego, któremu Żeleński podawał płaszcz.
            – Stasiu, jesteś moją bratnią duszą i chcę ci wyznać pewną rzecz, bo ty jeden mnie zrozumiesz – rzekł zmartwiony Kasprowicz, po czym odprowadził go na bok.
            – Mów śmiało, jak brat bratu.
            – Żona mnie nie kocha – wycedził z trudem poeta.
            Stanisław zamilkł. Po chwili objął go w geście współczucia.
            – Nigdy nie odgadniesz, co w tych diablicach siedzi, szczególnie w urodziwych –  rzekł sentencjonalnie.
            – Dwa małżeństwa i dwa nieszczęścia… – podsumował z goryczą Jan. Powiedział to wyraziście, jakby słowa te go otrzeźwiły.
            – Dlatego zawsze robię ruch wyprzedzający – stwierdził Przybyszewski.
            – Porzucasz?
            – Najważniejsze, kochany Janku – tu spojrzał w kierunku Dagny upewniając się, czy nie słyszy (akurat zajęta była rozmową z adorującym ją Tadeuszem Żeleńskim) – to nie wiązać się zbyt długo. Nie mogę i nie chcę być niewolnikiem jednej, choćby najpiękniejszej nimfy. Wolę być panem sytuacji.
            – Może dlatego one tak do ciebie lgną, Stachu.
            Stanisław uśmiechnął się dyskretnie z usłyszanego pochlebstwa i – dziękując Jankowi – poklepał go familiarnie po ramieniu.
            Zwierzenie się Kasprowicza na temat braku miłości żony okazało się błędem, który pół roku później został przez Przybyszewskiego wykorzystany. Takie słowa pozostają na długo w pamięci słuchającego. Ale nie uprzedzajmy faktów… Od chwili krakowskiego spotkania obaj twórcy przypadli sobie do gustu. W czasopiśmie Stanisława Przybyszewskiego „Życie” zaczęły ukazywać się utwory Kasprowicza. W listach Jan informował przyjaciela, że Jadwiga z dużym zainteresowaniem czyta jego teksty, ten zaś w odpowiedzi przekazywał pozdrowienia dla szanownej małżonki łącznie z ucałowaniem rąk. Jadwiga rzeczywiście rozsmakowała się w prozie Przybyszewskiego, która ją zachwyciła, zaś jej autor jeszcze bardziej. Wspomniany wcześniej przyjaciel Kasprowicza, Ernest Łuniński, będący świadkiem tego zauroczenia, często odwiedzając Jana i Jadwigę, zauważył zmianę w jej zachowaniu. We wspomnieniach napisał, iż żona Kasprowicza sprawiała wrażenie, jakby duchowo poślubiła trylogię Homo sapiens, a z jej stronic starała się wyczarować postać autora. Dodatkowo jej zachwyt przywódcą Młodej Polski podsycany był wieściami o jego skandalach i miłostkach (w tym właśnie czasie Stanisław miał kolejny romans z urodziwą krakowską aktorką, Natalią Siennicką). Rozczytana w prozie Przybyszewskiego, pragnęła go poznać, co dość szybko się ziściło.

Piątego czerwca 1899 roku Stanisław Przybyszewski miał we Lwowie odczyt o Fryderyku Chopinie. Zresztą w tym czasie często jeździł po kraju z licznymi prelekcjami. Otrzymane honoraria poprawiały jego kiepską sytuację finansową. Po zakończonym tego dnia odczycie, Jan Kasprowicz przedstawił Przybyszewskiemu żonę, która niespodziewanie mu wyznała:
            – Nie wyobraża pan sobie, jak na pana czekałam.
            – Miło słyszeć takie słowa – odpowiedział zaskoczony.
            – Jadwiniu, mówisz, jakbyś znała Stanisława od dawna – zdziwił się Kasprowicz.
            – Bo istotnie…, po przeczytaniu utworów, które zresztą mi podsuwałeś, a szczególnie  po lekturze Homo sapiens, mam wrażenie, jakbyśmy się znali od zawsze.
            – Najwspanialszym, ba, najcenniejszym uczuciem dla pisarza jest dobry odbiór jego książek przez czytelników – zrewanżował się banałem.
            – Jestem wielbicielką pana dzieł, które wprowadzają mnie w inny świat.
            – Czuję się wyróżniony. Rad bym mieć jak najwięcej takich wielbicielek – Stanisław spojrzał ukradkiem na Jana, na którego twarzy dostrzegł zmieszanie.
            – Chodźmy już, bo w domu czeka nas kolacja, a ty z pewnością jesteś głodny – zwrócił się do Przybyszewskiego. W głosie Jana wyczuwało się lekkie napięcie.
            – Jeszcze chciałam coś dodać. Jest pan dla mnie osobą astralną – wyrzekła słowa, które od dłuższego czasu nosiła w sercu i obiecała sobie, że musi je powiedzieć na pierwszym z nim spotkaniu.
            – Jeśli moje pisma w taki sposób wpływają na czytelników, jestem zupełnie spokojny o ich przyszłość – uśmiechnął się czarująco.
            – Stachu, po upływie pokolenia, najwyżej dwóch, nikt nas nie będzie chciał czytać, nie ma co się łudzić – stwierdził sceptycznie Kasprowicz.
            – Fortepian masz w domu? – zmienił temat Stanisław.
            – Pianino, bo na fortepian mieszkanie jest za małe – odrzekł  Jan. – Oczywiście dasz mały koncercik?
            – Z przyjemnością coś zagram dla ciebie… – odpowiedział zadowolony, po czym przerzucając wzrok na Jadwigę, dokończył – oraz dla twojej szanownej małżonki.
            Po spożyciu smakowitej kolacji zakrapianej najlepszą lwowską wódką Baczewskiego i położeniu dzieci spać, Kasprowicz poprosił Stanisława o ostatnią interpretację Chopina, którą słyszał w Krakowie. Przybyszewski usiadł rozluźniony przy instrumencie i począł grać poloneza As-dur opus 53. Szalał z młodopolską fantazją, lecz grał jakby między nutami (miłośnicy Chopina powiedzieliby, że zarzynał utwór drewnianą piłą). Jadwiga wpatrywała się w niego urzeczona. Była pochłonięta zarówno płynącymi dźwiękami, jak i wykonawcą. Wyobrażenie, które miała o nim wcześniej wyrobione po lekturach jego książek, teraz potwierdziło się w dwójnasób. Podczas energetycznej interpretacji poloneza Przybyszewski robił krótkie przerwy na wypicie kieliszka wódki. Zmęczony zakończył występ. Na jego twarzy rysowało się zadowolenie. Jadwiga i Jan także byli usatysfakcjonowani, lecz każde na swój sposób.
            – Koniecznie wpadnij jutro wieczorem – żegnał go Kasprowicz. – Zajęcia w redakcji  kończę o szóstej, więc przyjdź może około siódmej.
            – Pięknie dziękuję za kolację i towarzystwo. Przybędę niezawodnie – odpowiedział, po czym przerzucił wzrok na Jadwigę i uśmiechając się uwodzicielsko, rzekł – a wcześniej, pozwolisz, prześlę twojej ślicznej małżonce kwiaty, bo dzisiaj z wiadomych powodów nie byłem w stanie tego uczynić, za co kornie proszę o wybaczenie.
            Jadwiga czuła się wniebowzięta. Istotnie, nazajutrz koło południa otrzymała, przez gońca, dwadzieścia jeden herbacianych róż. „Nie pamiętam, kiedym ostatni raz dostała kwiaty. Od Janka… wieki temu – zastanawiała się rozanielona… – Ach, przecież Dwernicki przynosił mi prześliczne bukiety – przypomniała sobie – zresztą nie tak dawno temu. Ale te od Stanisława są najpiękniejsze”.
            Podczas tygodniowego pobytu we Lwowie Przybyszewski odwiedzał niemal codziennie Kasprowiczów wręczając kwiaty Jadwidze, która od chwili poznania go poddała się jego czarowi. „Meteor Młodej Polski” również uległ jej urokowi. Choć w jego przypadku uleganie urokowi ładnych kobiet było zjawiskiem dość częstym i znanym w środowisku. Nie trzeba było długo czekać, aby spotkali się sam na sam… Przedostatniego dnia pobytu Przybyszewski wcześniej niż zwykle, bo około dziewiątej rano, przysłał jej bukiet kwiatów z liścikiem o treści: „Dziś o 12-tej w parku. Dobrze? Jam tego tak mocno, tak strasznie pragnął”.
            Jadwiga znowu poczuła zainteresowanie ze strony mężczyzny, który – będąc niekonwencjonalną osobowością, sławą literacką oraz gwiazdą bohemy berlińskiej i krakowskiej – był dla niej kimś prawie nie z tej planety, właśnie ową istotą astralną. Czyż mogła nie ulec jego magnetyzmowi, kiedy wcześniej uległo mu tyle kobiet? Bez chwili wahania poszła na wskazaną godzinę do parku Kilińskiego, który znajdował się blisko domu. W samo południe zobaczyła go na parkowym mostku.
            – Jesteś najsłodszą istotą, jaką wyobrazić mogą mój umysł i serce, bardzo subtelną, bardzo filigranową, bardzo piękną… – zaskoczył ją na przywitanie bukietem komplementów, po czym ujął delikatnie jej dłonie i długo całował.
            –  Od momentu, gdym pana ujrzała… – mówiła stremowana.
            – Mów mi Stach, albo Stachu, miła Jadwiniu – przerwał jej.
            – Tylko, gdym pana…, gdym ciebie ujrzała, marzyłam, abyśmy mogli choć przez chwilę pobyć sami – powiedziała przejęta.
            – Oto spełnia się ten moment – zarecytował w sposób egzaltowany. – „Verweile doch! Du bist so schön”, jak powiedział wielki Goethe.
            – Święta to prawda: „Zostań chwilo, jesteś taka piękna” – powtórzyła po polsku dając tym samym do zrozumienia, że zna zarówno wielką literaturę, jak i język niemiecki.
            – Wunderschön – pochwalił ją całując ręce. – Chwilo, zostań i trwaj…
            – Przyznam szczerze, że postępuję jakby pod jakimś nadzwyczajnym, tajemniczym przymusem, trochę niczym somnambuliczka…
            – To niepojęty fatalizm kazał nam się spotkać w tym mieście i o tej porze – powiedział z patosem.
            – Mam podobne odczucie – zgodziła się. – Przyjdziesz dzisiaj na kolację, Staszku? – zapytała niepewnie.
            – Wieczorem mam spotkanie w Związku Literacko-Naukowym, muszę koniecznie tam być i przeprosić ich za nieobecność na wczorajszym odczycie.
            – Janek godnie cię zastąpił.
            – Oczywiście podziękuję mu, ale nie chcę bywać u was za często, po cóż dawać powody do jakichś domysłów…
            – Tak uważasz?
            – Jan zauważył, że czasie moich wizyt zanadto wpatrujemy się w siebie…
            – Jakbyśmy znali się od stu lat – uśmiechnęła się kokieteryjnie.
            – Dobrze, odwiedzę was jutro.
            – Nie przynoś już kwiatów, Stachu, choć je ubóstwiam. Całe mieszkanie tonie w kwiatach. Janek dziwnie na nie patrzy… A na mnie spogląda spode łba. Masz rację z tymi jego powodami do domysłów.
            – Doprawdy to jakieś transcendentalne zdarzenie, żem cię poznał, Jadwiniu. Dar losu.
            – Do mojej świadomości nie może to jeszcze w pełni dotrzeć, a przecież znamy się zaledwie klika dni. Czuję się i szczęśliwa, i zlękniona. Stachu, nie wiem, co się ze mną dzieje…
            Nazajutrz przed wieczorem, gdy Jan nie powrócił jeszcze z dyżuru w redakcji, Jadwiga otrzymała dostarczony przez gońca liścik od Stanisława. Pisał, że ją bardzo kocha i całuje całe jej ciało pieszcząc w nieskończoność. Jadwiga czytając te słowa dostała na twarzy wypieków. Treść liściku była odważna, jak na tak krótką znajomość. Przybyszewski wiedział, jak zdobywać kobiety.
            W ostatnim dniu pobytu we Lwowie, wbrew prośbie Jadwigi, Stanisław przyniósł na pożegnalną kolację bukiet amarantowych róż. Towarzyszył mu jeden z jego wielbicieli, Wincenty Brzozowski, u którego w mieszkaniu zatrzymał się Stanisław. Przed podaniem kolacji Przybyszewski spojrzał na Kasprowicza i nieoczekiwanie wypalił:
            – Janku – nabrał powietrza, jakby było mu duszno – kocham twoją żonę.
            Zapadła przejmująca cisza. Do pokoju gościnnego, w którym przebywali, docierały tylko odgłosy z kuchni, gdzie Jadwiga i służąca przygotowywały posiłek.
            – Mówię to otwarcie – kontynuował po krótkiej chwili – ponieważ chcę ciebie i ją uwolnić od trudnego życia… – sapnął ciężko. – Sam mi o tym opowiadałeś w Krakowie.
            Kasprowicz pobladł. Nie był w stanie wykrztusić słowa. Odchyliwszy głowę do tyłu, patrzył nieobecnymi oczami gdzieś w dal. „Ten diabeł wciela w życie plan rzucony żartem przez Marcelego w «Paonie», żebyśmy zamienili się żonami, jak kamizelkami. Niewiarygodne…” – myślał otępiały. Skonsternowany Brzozowski spoglądał ukradkiem raz na jednego, raz na drugiego, po czym skulił się zlękniony nie wiedząc, co robić.
            – Żona twoja też mnie kocha. Musimy tę sprawę jakoś rozwiązać… – Stanisław z konsekwencją desperata dokończył wyznanie.
            Kasprowicz ocknął się nagle, a jego blada twarz w mgnieniu oka stała się czerwona.
            – Jadwiniu – zawołał głośno w stronę otwartych drzwi – tu pan Przybyszewski twierdzi, że go kochasz. Czy to prawda? – znowu zapadła nieznośna cisza. W drzwiach pojawiła się żona z przerażonym wyrazem twarzy.  Jan patrzył jej w oczy, jednak ona uciekła mu wzrokiem. – Teraz wszystko zależy od ciebie… – wezwał ją do odpowiedzi.
            Wciąż stała nieruchomo w progu pokoju. Trzej mężczyźni siedzący przy stole wpatrywali się w nią wyczekująco, każdy z innym wyrazem twarzy. Napięcie nieznośnie tężało.
            – Nie wiem… – powiedziała cicho. Do jej oczu napłynęły łzy. Po chwili wybiegła do sypialni.
            Kasprowicz wstał energicznie od stołu zahaczając marynarką o pusty talerz, który potrącił filiżankę, ta zaś upadła na dywan wydając głuchy odgłos. Nie rozbiła się.
            – To na szczęście – skomentował Stanisław, po czym również wstał z krzesła.
            – Chyba na twoje – odpowiedział ironicznie Jan. – Skorupa nie rozbiła się, więc szczęścia nie będzie.
            – Pójdziemy już – rzekł stłumionym głosem Stanisław do Wincentego i odwróciwszy się w stronę Kasprowicza, skinął głową.
            – Nie mam pretensji do ciebie, Stachu – Jan przeszył go wzrokiem. – Doceniam twoją szczerość – zmusił się do uprzejmości.
            – Pamiętasz, jak powiedziałeś mi w Krakowie, że ona cię nie ko…
            – Dość już – uciął Kasprowicz. – Dość! – krzyknął.
           
            Jan przez pozostałą część wieczora i całą noc bił się z myślami nie wiedząc, co począć. Był oszołomiony. Śmiałe, do bólu szczere wyznanie przyjaciela spadło na niego, niczym przysłowiowy grom z jasnego nieba. Przyjaciela? Już nie, ponieważ odbił mu żonę. Powoli docierało do jego zmąconego umysłu, co się stało. „Jak to możliwe – myślał intensywnie – że w czasie tych kilku dni znajomości ona go pokochała? Czy to jakiś koszmarny sen? Czy to w ogóle możliwe? – pytał siebie naiwnie. – Nie znam dobrze kobiet, ale widocznie żadna nie znosi próżni w uczuciach, a jeśli taka się pojawi, od razu szuka jej wypełnienia. No i ta moja… pożal się Boże, żonka, właśnie znalazła sobie wyśniony z książek i wymarzony z chorej wyobraźni obiekt westchnień. Czy zawsze tak musi być, że kobiety lgną do fatalnych, destrukcyjnych typów? Przecież ten człowiek ją zniszczy, jak zniszczył wszystkie kobiety, z którymi się zadawał i potem porzucał. Cóż za głupiec ze mnie, że dawałem jej jego książki i zachęcałem do lektury. Ona zaś pożerała je z chorobliwym zachwytem. I od razu zafascynowała się autorem. Teraz przypominam sobie, jak Łuniński coś mi gadał na ten temat. A jam nie uświadomił sobie tego w pełni” – rozmyślał przygnębiony.
            Zdruzgotany wczorajszym wydarzeniem, nad ranem podjął decyzję o wyjeździe. Chciał natychmiast opuścić miejsce, w którym został zdradzony przez dwie bliskie mu osoby. O godzinie szóstej, gdy Jadwiga jeszcze spała, obudził dzieci. Służącą poprosił, aby je szybko ubrała. Wychodząc z domu powiedział służącej, że idą na spacer. Owszem poszedł, ale na dworzec, by kupić bilety do Zaleszczyk. Z córkami pojechał do zaprzyjaźnionej rodziny Czermaków. Tu, z dala od miejsca dramatu, nie myśląc o przeszłości, ani przyszłości, postanowił przeczekać najtrudniejszy dla siebie czas, pisząc. Zanurzywszy się głęboko w świecie poezji, tworzył w uniesieniu ducha hymny.
            Jadwiga obudziwszy się zauważyła, że w domu nie było męża, ani dziewczynek. Zdezorientowana nie wiedziała, co się stało. Od służącej dowiedziała się, że pan wyszedł z dziećmi na spacer.
            – Był jakiś taki… dziwny – powiedziała.
            – Zły, wściekły? – dopytywała Jadwiga.
            – Jakiś taki nie swój. Nigdym go takiego nie widziała.
            – Może zauważyłaś coś dziwnego?
            – Nie, nic. Może tylko to, że trzęsły mu się ręce, jak zapinał guziki marynarki.
            Gdy minęło kilka godzin, a Jan z dziećmi nie wracał, do świadomości Jadwigi dotarło, że jego zniknięcie miało związek z wczorajszym wydarzeniem. Szybko pobiegła do Stanisława, aby jeszcze zdążyć z nim porozmawiać przed jego powrotem do Krakowa. Zastała go przy pakowaniu torby podróżnej.
            – Staszku, nie wiesz co się stało… – przywitała go roztrzęsiona – Niepotrzebnie wczoraj to powiedziałeś.
            – Przecież się kochamy, Jadwiniu – przytulił ją mocno. – Cała jesteś rozdygotana. Mów, co zaszło.
            – Janek zabrał dzieci i zniknął. Powiedział służącej, że idą na spacer. Ale z pewnością gdzieś pojechał. Nie wiem dokąd… – relacjonowała drżącym głosem.
            – Może nie zawsze w życiu postępowałem właściwie, ale zawsze starałem się być szczery. Uważam, że dobrze zrobiłem mówiąc mu to otwarcie. Zgodnie z nakazem serca. Nie mogłem i nie chciałem go oszukiwać.
            – Co teraz będzie? – płakała roztrzęsiona.
            – Jesteśmy dla siebie stworzeni, Jadwiniu. Będzie dobrze – zapewniał ją. – Przyjedziesz do mnie? 
            Jadwiga cicho szlochając położyła głowę na jego piersi.
            – Nie wiem – powiedziała po chwili. W jej głosie słychać było bezradność.
            – Masz gdzie się zatrzymać w Krakowie? – dopytywał z nadzieją.
            Wieczorem, wracając do domu, zauważyła świecące się lampy w pokoju gościnnym. Mieszkanie znajdowało się na parterze, więc przez okna łatwo dostrzegła krzątające się postaci. Zaniepokojona wbiegła do mieszkania. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, siostra Anna, zaskoczyła ją pytaniem:
            – Dziuniu, co tu się dzieje? Wszędzie kwiaty, jak na pogrzebie…
            – Przybyszewski… – bezwiednie wypowiedziała najmilsze jej nazwisko.
            – Co Przybyszewski? – zapytała siostra.
            – O co tu chodzi, Dziuniuś? – dopytywał się trzęsącym głosem ojciec.
            – Wczoraj podczas kolacji, której w ogóle nie tknęliśmy… – zaszlochała.
            – Mów spokojnie – prosiła ją Anna.
            – Stanisław powiedział Jankowi, że mnie kocha. A ten wczesnym rankiem zabrał dziewczynki i gdzieś wyjechał. Nic więcej nie wiem…
            – A ty? – zapytała ją siostra. Nie wiadomo, co miała na myśli; czy to, że jej siostra kocha Stanisława, czy też, co powinna dalej uczynić.
            Jadwiga pominęła pytanie milczeniem.
            – Pojawiliście się tak znienacka… – oprzytomniała nieco, lecz wciąż nie rozumiała skąd się tu wzięli.
            – Jadwiniu, jak możesz – oburzył się ojciec. – Janek przysłał telegram, że jesteś ciężko chora, więc natychmiast przyjechaliśmy. Wchodząc tu myśleliśmy, że nie żyjesz, bo pełno w mieszkaniu kwiatów.

            Przez kilka następnych dni Jadwiga była w szoku. Powoli docierały do jej świadomości konsekwencje romansu. Nazajutrz ojciec wrócił do Stanisławowa, siostra zaś pozostała. Wsparcie Anny pomogło jej w złagodzeniu przygnębienia, choć daleko jej było do osiągnięcia równowagi psychicznej. W swoim wewnętrznym zasupleniu, po długich wahaniach, podjęła decyzję podtrzymywania korespondencji z Przybyszewskim. Brak kontaktu z dziećmi i mężem z pewnością nie pomógł jej w zerwaniu z nim znajomości. Stanisław już w lipcu listownie zapewniał ją w ekspresyjnych słowach o swoim uczuciu: „Kiedy znowu ujmę Twoje drobne, słodkie ciało w moje ramiona, kiedy znowu przypadnę ustami do twej róży…”.
            Stanisław Przybyszewski wyznawszy Kasprowiczowi miłość do jego żony, postawił sprawę na ostrzu noża. Jadwiga została zmuszona do opowiedzenia się po którejś stronie. Wybrała Stanisława. Poddała się diabolicznej mocy „Kapłana sztuki”. Owa moc, jak się wkrótce miało okazać, stała się zalążkiem dramatu, w który zostali wciągnięci nie tylko współmałżonkowie głównych aktorów rozgrywających się scen – Dagny Juel-Przybyszewska i Jan Kasprowicz – ale także ich rodziny, przyjaciele i znajomi, zaś widzami była opinia publiczna. Choć Jadwiga była osobą inteligentną, nie potrafiła przewidzieć konsekwencji własnego czynu. Ponadto niewiele wiedziała o osobowości i charakterze nowego partnera. Być może powinna się domyślać jego nieprzewidywalności, gdyż w liście do niej przyznał kiedyś wprost: „Wiesz – ja jestem dziki nieobliczalny człowiek”, powinna także słyszeć o lekceważeniu przez niego elementarnych zasad moralnych, jak na przykład o fakcie porzucenia swojej pierwszej partnerki z trójką dzieci, Marty Foerder, która w desperacji popełniła samobójstwo będąc z nim w czwartej ciąży. Jadwiga pomimo to wierzyła, iż jej nowy wybranek jest wyjątkową osobą. Jej nadzieje górowały nad powszednimi troskami, z którymi zmagała się na co dzień: rodziną, dziećmi, mężem i materialnym niedostatkiem. Nawiązując romans z niezwykłym człowiekiem z pewnością myślała, iż życie z nim będzie również niezwykłe. Wykoncypowana przez nią „astralność” Stanisława wywoływała w niej wyłącznie zachwyt, natomiast nie pozostawiła sobie żadnego marginesu na wątpliwości. Jej obraz kochanka był zaciemniony; z jednej strony blaskiem sławy i niewątpliwym urokiem osobistym, z drugiej – wpływem twórczości, która głęboko poruszyła jej umysł i serce (bezstronnie trzeba przyznać, iż w owym czasie utwory Przybyszewskiego były uważane za interesujące i miały wielu czytelników).  Jadwiga wciąż znajdowała się w stanie duchowej ekscytacji i rozdrażnienia. Nie potrafiła już chłodno myśleć, bowiem zakochała się w wyidealizowanym obrazie Stanisława, który w epistołach umiejętnie podsycał w niej uczucie. Długo męczyła się z podjęciem decyzji, wreszcie w sierpniu przyjechała do Krakowa, by być blisko niego. Zamieszkała u Marii Majewicz, koleżanki z czasów seminarium nauczycielskiego. Spotykała się z nim często, jednak po raz pierwszy oddała mu się już lipcu, kilka tygodni po poznaniu się, co było spełnieniem jej proroczych słów powiedzianych Łunińskiemu „o niepodzielnym zagarnięciu jej serca, gdyby poznała go osobiście”.
            W tym czasie Stanisław Przybyszewski przebywał w Zakopanem z żoną Dagny, która dowiedziała się o romansach męża z Jadwigą i malarką Anielą Pająkówną. Tą ostatnią Stanisław poznał przebywając we Lwowie w tym samych dniach, gdy nawiązał znajomość z Jadwigą. Dagny wiedziała, że był człowiekiem nieobliczalnym, pomimo to czyniła starania uratowania małżeństwa, które już wcześniej znajdowało się w kryzysie. Będąc u jej boku w stolicy polskich gór, Przybyszewski utrzymywał tajną korespondencję z Jadwigą.
            Stanisław nie był zdolny do zachowania wierności osobom najbliższym. Gdy tylko zdobywał kobietę, w niedługi czas potem myślał o innej. Będąc od sześciu lat mężem Dagny, romansował z Natalią Siennicką, po niej związał się z Jadwigą Kasprowiczową. Spotykając się z nią, uwiódł z kolei Anielę Pająkównę. Na przełomie sierpnia i września 1899 roku Pająkówna przyjechała do Rabki. Dowiedziawszy się o związku Przybyszewskiego z Kasprowiczową, postanowiła wpłynąć na niego za pośrednictwem dwóch jego krakowskich przyjaciół, lekarza Wacława Oraczewskiego i poety Stefanyka Wasyla, aby zerwał z nią znajomość. Ich usilne prośby nie przyniosły rezultatów, tak samo zresztą, jak i oddzielne z nim rozmowy Anieli. Bezsilna poddała się. Z trudem pogodziła się z myślą, że będzie dzielić się kochankiem nie tylko z żoną, ale także i z inną kobietą.
            W tym czasie w Rabce pojawiła się Jadwiga, która nic nie wiedziała o związku Stanisława z malarką (co ciekawe Przybyszewski w listach do Anieli ukazywał ją, jako złą i bezwzględną kobietę). We wrześniu Kasprowiczowa powróciła do Krakowa, gdzie po wielu staraniach udało jej się uzyskać posadę nauczycielki. W okresie świąt Bożego Narodzenia spotkali się w Krakowie. Wówczas zaprzysięgli sobie miłość i łączące się z nią cierpienia, których byli świadomi. Powiedzieli sobie, że będą nieść wspólny krzyż, co zabrzmiało profetycznie.
Niespodziewanie przyjechał do niej ojciec z misją przekonania jej do powrotu do męża i opuszczonych dzieci. Odmówiła. Po ojcu odwiedziła ją siostra Anna z tą samą misją. Po wielogodzinnej rozmowie Jadwiga pozostała nieprzejednana. Jednakże po przemyśleniu sprawy, wyraziła chęć spotkania z mężem.

Przyjechała do Lwowa. Miasto przestało już huczeć od plotek odsądzających ją od czci i wiary z powodu opuszczenia dzieci i męża. W trakcie pierwszej, po prawie czterech miesiącach, rozmowy małżonkowie wykazali daleko idącą wstrzemięźliwość w okazywaniu emocji. Nieoczekiwanie zaczęli rozważać różne warianty dotyczące ich ewentualnego wspólnego zamieszkania.
            – Na Supińskiego wynająłem ładne mieszkanko – zaczął ostrożnie Kasprowicz. – Dziewczynki wciąż pytają o ciebie…
            Jadwiga miała wilgotne oczy, lecz nie uroniła łez. Milczała.
            – Jeśli nie chcesz być ze mną pod wspólnym dachem, może zamieszkasz u swoich rodziców? Mają teraz nowe mieszkanie we Lwowie.
            – Wiem, że się przeprowadzili. Ale nie będę mieszkać razem z macochą – stwierdziła stanowczo.
            – Nie myślisz o ojcu? To dobry człowiek…
            – Nie musisz mi tego mówić.
            – A jego żona, cóż…
            – Zastanów się, ja też mam trochę ambicji – była kategoryczna.
            – Spotykałabyś się z dziećmi. Bylibyśmy blisko siebie…
            – Nie upokarzaj mnie do szczętu.
            – Nie rozumiem cię, Jadwiniu. Chcesz wrócić, a wszystkie pomysły stanowczo odrzucasz – starał się mówić wciąż spokojnie, choć emocje rozsadzały mu głowę.
            – Do tego miasta? – Powiedziała ze wstrętem w głosie. – W żadnym wypadku. – Nie słyszałeś, co ludzie wygadywali, co wypisywali o mnie w gazetach. Zresztą jakże mogłeś słyszeć, skoro zaszyłeś się w Zaleszczykach. Ten twój Lwów potraktował mnie jak jakąś… najgorszą… – zapłakała. – Wiedz, że ja też coś czuję i na opluwanie nie mogę się dobrowolnie wystawiać.
            – A może przeprowadzilibyśmy się do jakiegoś małego miasteczka pode Lwowem?
Przez chwilę zastanawiała się nad tą propozycją.
            – Hm, pomysł wart rozważenia – złagodziła ton. Z jej twarzy znikła dotychczasowa zawziętość.
            W oczach Jana pojawiły się iskierki nadziei. Zaczął głośno sumować przychody, na które mógł liczyć. Z posady dziennikarza w gazecie, z publikacji wierszy i artykułów, z odczytów, z nocnych dyżurów w drukarni… Jadwiga dorzuciła kilkaset koron, które mogłaby otrzymać jako nauczycielka. Po chwili posmutnieli, gdy z rachunków wyszło im, że na wynajem skromnego podmiejskiego domu trzeba by przeznaczyć prawie tyle pieniędzy, ile miesięcznie mogliby wspólnie zarobić. A skąd wziąć resztę na utrzymanie rodziny?… Oboje odstąpili od tego pomysłu. Dalsza rozmowa już się nie układała. Nie potrafili znaleźć innego kompromisowego rozwiązania. Po kilku grzecznościowych zwrotach rozstali się bez podania sobie rąk.
            – Proszę, Jadwiniu, pomyśl, czy jednak nie dałoby się powrócić do stanu sprzed czerwca? – Jan rzucił na odchodne.
            – Nie wiem – powiedziała w swoim zwyczaju.
            Po spotkaniu wróciła do Krakowa.
            W ostatnich dniach października 1899 roku nieoczekiwanie ponownie przyjechała do Lwowa, by spotkać się z dziećmi. Zamieszkała u Teofili Szumlańskiej, bliskiej znajomej. Nazajutrz z siostrą pojawiła się w mieszkaniu Jana Kasprowicza na ulicy Supińskiego. Gdy dziewczynki po dłuższej przerwie usłyszały głos matki, rzuciły się ku niej pędem.
            – Mamusia, mamusia! – krzyczały na przemian Janeczka i Ania. Jadwiga czule objęła córeczki i je całowała. Nie mogła powstrzymać łez. Starsza sześcioletnia Jasia zaczęła po dziecinnemu pocieszać matkę.
            Widząc tę scenę siostra również zaczęła płakać, zaś Jan, który starał się nie okazywać wzruszenia, dyskretnie otarł chusteczką oczy. Po kilkumiesięcznej rozłące Kasprowicz zdał sobie sprawę, że chyba wciąż kocha żonę. Pragnął jej powrotu. Wspierany przez szwagierkę, ponownie podjął próbę ratowania rodziny. Anna zabrała dzieci do ich pokoju, aby małżonkowie mogli spokojnie porozmawiać. Jadwiga niechętnie podtrzymywała dialog i wykręcała się od tematu swojego powrotu. Jan, po krótkiej wymianie zdań, doszedł do przeświadczenia, iż pragnęła tylko zobaczyć się z dziećmi, natomiast nie miała najmniejszego zamiaru wrócić do niego. Intensywne starania osób bliskich zmierzające do przekonania jej do powrotu na łono rodziny okazały się płonne. Tak mocno kochała Przybyszewskiego, że nie była w stanie postąpić wbrew uczuciu. 

            Niespodziewanie w połowie listopada powróciła do męża i dzieci. Jednak wciąż sercem była przy Stanisławie utrzymując z nim kontakt listowy. W grudniu, gdy Kasprowicz jeździł z odczytami po kraju, przed świętami Bożego Narodzenia przyjechała do Krakowa.
            – Cudownie, że jesteś, Jadwiniu – Przybyszewski powitał ją na dworcu obsypując pocałunkami. – Mamy sobie tyle do powiedzenia…
            – Jakże tęskniłam… Nieustannie myślałam o tobie.
            – A ja dostawałem szału bez ciebie. Trawiła mnie gorączka bez możliwości dotykania ciebie, bez całowania twojego jedwabistego ciała, twoich włosów…
            Oboje spotkali się w mieszkaniu udostępnionym na dwa dni przez znajomego Stanisława. Kochali się ekstatycznie. Jadwiga myślała rozanielona, że jej marzenia o wielkiej miłości nareszcie się spełniły. Naturalną koleją rzeczy uczucie splotło się z namiętnością, którą Stanisław umiejętnie w niej podsycał.

            Od chwili zadurzenia się Jadwigi w Stanisławie Przybyszewskim w czerwcu 1899 roku, do dnia ostatecznego opuszczenia przez nią męża i córek, co stało się 20 lipca 1901 roku, upłynęły dwa lata. Tak długo wahała się z podjęciem decyzji. Zanim to zrobiła, kilkakrotnie powracała do Jana czyniąc pewne starania odbudowy relacji z nim. Jan pozostawał niewzruszony na jej pojednawcze sygnały, choć pragnął, by z nim mieszkała. Wciąż nosił ją w sercu, czego dowodem były kwiaty dane jej na imieniny 15 października 1900 roku, nie bezpośrednio, lecz przez dzieci. Jednocześnie często dochodziła w nim do głosu chłopska hardość powstrzymująca go przed okazywaniem czułości.  
            Mając nadzieję, że sprawy rozwijają się w dobrym kierunku, siostra Anna spotkała się ze Stanisławem (przebywającym wówczas we Lwowie), który podczas szczerej – jak sądziła – rozmowy, obiecał solennie, że więcej nie będzie się spotykał z Jadwigą. Anna jeszcze tego samego dnia podzieliła się tą radosną wieścią z Kasprowiczem.
            – Nie wierz w żadne jego słowo – zgasił jej entuzjazm.
            – Dlaczego? – patrzyła ze smutkiem na poszarzałą twarz Jana. – Nie tylko obiecał mi, ale i przyrzekł. Powtórzył to kilka razy – mówiła z przejęciem.
            – W nim siedzi diabeł. Diabeł!  – powtórzył dobitnie. – To nie tylko jego przydomek. Ten człowiek już od dawna nie kieruje sobą, miotają nim żądze, zaś jego rozum jest przez nie omotany.  
            – Nie przesadzasz? Rozmawiając z nim nie odniosłam wrażenia, że jest taki, jak go przedstawiasz – dziwiła się.
            – Nie patrz na pozory. Czy dobry człowiek mógłby zaskarbić sobie serce gospodarza, potem wejść do jego domu i ukraść mu żonę?
            Anna milczała zasmucona. Życie pokazało, że rację miał Kasprowicz. Obietnica Stanisława, jak zwykle, okazała się czczą deklaracją.
            W trakcie wspólnego pomieszkiwania z mężem, Jadwiga w tajemnicy spotykała się ze Stanisławem. W okresie świąt Bożego Narodzenia w 1900 roku, gdy sama przebywała w uzdrowisku Delatyn nad Prutem, Przybyszewski przyjechał do niej.
            – Jadwiniu, mija już półtora roku od chwili, gdyśmy sobie zawierzyli nasze losy, a ty wciąż jesteś niezdecydowana – mówił do niej z wyrzutem.
            – Mam teraz taki dobry kontakt z córeczkami – broniła się.
            – Wiesz, że bardzo szanuję Jana – zwekslował temat rozmowy, aby uciec od spraw dzieci, które zawsze były mu obojętne – ale… nie obraź się, jak można dzielić los z człowiekiem, do którego nie żywisz miłości? Nie pojmuję tego, kochanie.
            – On teraz jest dla mnie dobry, stara się bardzo, choć brakuje mu delikatności. Na imieniny kupił mi bukiet pięknych róż.
            – Proszę cię… – zirytował się. – On potrzebuje cię tylko do dzieci.  Nie oszukuj siebie, Jadwiniu. Jesteśmy sobie przeznaczeni.
            – Tak – potwierdziła. – Ale jeszcze musimy być cierpliwi.
            – Już niedługo w „Chimerze” zaczną drukować moją nową powieść, a od stycznia mam zagwarantowane mieszkanie w Warszawie. Będą pieniądze. Zamieszkajmy wreszcie razem. Oderwiesz się od niechętnej tobie, lwowskiej atmosfery.

Z początkiem roku 1900 sfrustrowana Dagny podczas kolejnej ostrej scysji ze Stanisławem, zarzuciła mu skrajną nieodpowiedzialność względem rodziny i dzieci, Zenka oraz Ivi. Chcąc go dodatkowo upokorzyć powiedziała, iż syn nie jest jego, co najprawdopodobniej było blefem. Po burzliwej kłótni opuściła go. Wyjechała w roczną podróż po Europie ze swoim wielbicielem, poetą Stanisławem Korabem-Brzozowskim, zabierając z sobą pięcioletniego synka. Natomiast trzyletnią córkę Ivi pozostawiła mężowi. Przybyszewski, niezdolny do wychowywania i opiekowania się dziećmi, od razu oddał ją pod opiekę Anieli Pająk. Po powrocie z podróży Dagny, niepomna tego, co się wydarzyło między nią i mężem przed eskapadą, spotkała się z nim. Chciała szczerze naprawić związek. Wykorzystała do tego planowaną na wiosnę 1901 roku podróż do Gruzji, którą fundował dwudziestojednoletni student Władysław Emeryk, szaleńczo w niej zakochany, syn bogatego właściciela kilku kopalni manganu w górach Kaukazu. Stanisław usilnie namawiany, zgodził się na wspólną podróż. Tuż przed wyjazdem nieoczekiwanie stwierdził, że z córeczką dotrze później. W ostatnich dniach kwietnia Dagny, z synkiem i Emerykiem, pojechała do Tyflisu (dzisiejsze Tbilisi) w Gruzji. W tym samym czasie, 29 kwietnia, popełnił samobójstwo Stanisław Korab-Brzozowski, najprawdopodobniej z powodu zawodu miłosnego do Dagny. To smutne wydarzenie było jednak bladym preludium tego, co miało się wydarzyć później. Dagny przez cały maj oczekiwała w Gruzji przyjazdu męża z córką. Jednakże Stanisław nie miał zamiaru do niej przybyć. Niespodziewana tragedia rozegrała się piątego czerwca. W pokoju hotelowym „Grand” niezrównoważony emocjonalnie Władysław Emeryk zastrzelił Dagny, po czym odebrał życie sobie.

            Gdy w maju 1901 roku Jan Kasprowicz wyjechał do Włoch, a Dagny Juel-Przybyszewska przebywała w Tyflisie, Jadwiga i Stanisław mogli bez przeszkód się spotykać.
            – Pamiętasz, Stachu, ten dzień, gdym ciebie poznała? – Jadwiga rozmarzyła się.  
            – Jakże bym mógł zapomnieć.
            – Pamiętasz, gdyś mnie po raz pierwszy wprowadził do raju? – mówiła podekscytowana.
            – Byłaś wtedy najcudowniejszą istotą…
            – To wszystko moja wina – nagle zmieniła ton i posmutniała. – Czyż byłam wtedy niepoczytalna?
            – Nie oskarżaj się, Jadwiniu.
            – Nie umiałam ukryć miłości do ciebie. Nikomu o tym nie mówiłam; ja nigdy przedtem prawdziwie nie kochałam – powiedziała z tłumionym żalem.
            Stanisław objął ją mocno i pocałował w skroń.
            – Walczyłam z sobą, zaciskałam pięści, zacinałam zęby. Mówiłam nie! nie! A serce krzyczało tak! tak! Wszystko dla niego poświęciłam, a on… – znowu żal ścisnął jej krtań.
            – Nie możesz mieć wyrzutów sumienia, Inciu. Jesteś moja. Przecież postanowiliśmy być na zawsze razem.
            – Tak – powiedziała stanowczo, choć w decydujących sytuacjach najczęściej mówiła: „nie wiem”.
            – Rozwiodę się z Dagny.
            – Nie wymawiaj przy mnie tego imienia – w jej oczach pojawił się błysk wściekłości, w ułamku sekundy z anioła przemieniła się w diablicę. Była zazdrosna o piękną Norweżkę.
            – A ty z Janem kiedy?… – chciał zapytać o ich rozwód, ale Jadwiga gwałtownie mu przerwała.
            – Przestań! – wrzasnęła histerycznie.

            Wypadki potoczyły się szybko po śmierci Dagny. Przybyszewski nie pojechał do Tyflisu po syna, ani tym bardziej na pogrzeb żony. Jego myśli krążyły w zupełnie innych rejonach. Najważniejsze dla niego było, że stał się wolny. Nie musiał już tracić czasu na żmudne starania o rozwód i związane z nim wielokrotne wyjazdy do Berlina (w którym wzięli ślub w 1893 roku). Teraz zamierzał jak najszybciej zamieszkać z Jadwigą.
            Po wielu rozterkach Jadwiga podjęła ostateczną decyzję opuszczenia męża i dzieci. Zaplanowała, że najlepszym do tego dniem będzie sobota, gdy po pracy Jan wróci do domu i w niedzielę będzie przebywał z dziewczynkami cały dzień. W piątek, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, po Janeczkę i Hanię przyszła służąca rodziny Perutzów (mieszkających blisko Kasprowiczów), u których dziewczynki często bawiły się z rówieśniczą Jadzią. Jednakże Kasprowiczowa przełożyła wizytę dziewczynek na następny dzień. W sobotę po obiedzie odprowadziła je do domu Perutzów. List informujący męża o swoim odejściu wysłała do jego redakcji przez umyślnego. Miała trochę czasu, więc usiadła przy stole, aby się zastanowić, co powinna jeszcze zrobić przed wyjazdem. Tymczasem odwiedził ją niespodziewanie Ernest Łuniński. Witając się z nią od razu spostrzegł, że była wyjątkowo podenerwowana, a nawet sprawiała wrażenie epileptyczki przez atakiem choroby.
            – Pani Jadwigo, czy wszystko jest w porządku? Wygląda pani, jakby… – szukał odpowiedniego słowa, aby jej nie urazić – …jakby trawiła panią gorączka.
            – W jak najlepszym porządku. Tylko trochę boli mnie głowa, ale to przejdzie – powiedziała nienaturalnie, omijając jego wzrok.
            W pewnym momencie Łuniński dostrzegł leżącą na sekretarzyku otwartą pompadurkę, która wzbudziła jego podejrzenia z powodu wystającego dokumentu. Poderwał się z krzesła i, łamiąc zasady dobrego wychowania, sięgnął do środka wyjmując z niej niemiecki paszport. Otworzył okładkę i ujrzał jej zdjęcie.
            – Niechże pani pogrzebie zamiar ponownego wyjazdu – powiedział stanowczym głosem potrząsając w powietrzu dokumentem.
            – To niedorzeczne. Cóż pan sobie imaginuje? – stanowczo zaprzeczyła patrząc na niego z wściekłością.
            – Proszę wybaczyć, ale samowolnie zabieram paszport. Oddam go w stosownym czasie.
Jadwiga nie zaprotestowała, co przy znajomości jej charakteru wydawało mu się dość zagadkowe, lecz dłużej się nad tym nie zastanawiał. (Paszport był jej potrzebny do wspólnej podróży z Przybyszewskim do Berlina, gdzie zamierzał przeprowadzić rozwód z Dagny).  Siedziała nieruchomo przy stole z takim wyrazem twarzy, którego nigdy wcześniej u niej nie widział. Łuniński spostrzegłszy, że atmosfera z minuty na minutę stawała się nie do zniesienia, pożegnał ją chłodno i opuścił mieszkanie. Jadwiga była zła, że gość zabrał jej cenne minuty z misternie ułożonego planu. Musiała ze wszystkimi zajęciami zdążyć przed wyjściem z domu, by nie spóźnić się na pociąg. W pośpiechu włożyła ostatnie rzeczy do sakwojaża. Służącą poprosiła o odebranie dzieci wieczorem, a stróżkę o opiekę nad nimi do chwili przyjścia z redakcji męża. Wręczyła jej także pieniądze na zakupienie jedzenia dla dziewczynek. W łóżeczkach dzieci położyła pudełka z cukierkami i czekoladkami. Z mieszkania wyszła późnym popołudniem na dworzec kolejowy, by wyruszyć do Krakowa, a nazajutrz do Warszawy i już na stałe połączyć się z ukochanym.  

            W redakcji Kasprowicz otrzymał od żony list informujący o jej decyzji „wyjazdu z domu”, jak to określiła, co w istocie oznaczało porzucenie jego i dzieci. Wstrząśnięty tą wiadomością natychmiast pobiegł do przyjaciela Alfreda Wysockiego, który pracował w pobliskim biurze. Obaj spotkali się bez świadków na korytarzu.
            – Żona odeszła powiedział stłumionym głosem. – Teraz to już chyba na zawsze. – Twarz miał nienaturalnie wykrzywioną, a usta drżące.
            – Janku, już kilka razy odchodziła, ale po jakimś czasie wracała – pocieszał go Alfred.
            – Mam przeczucie, że teraz nie wróci. Proszę cię, mój drogi, idź do Tadzia Sobolewskiego i pójdźcie do dzieci, bo one zostały same. Ja tam jeszcze nie potrafię pójść. Nie jestem w stanie…
            – Zostawiła je bez niczyjej opieki? – nie dowierzał.
            – Napisała coś o stróżce, ale wiem, że to niesolidna kobieta – wciąż mówił łamiącym się głosem. – Na pewno powiadomiła też swoją siostrę, choć o tym nic nie napisała.  – Masz tu kilka koron – wręczył mu pieniądze – kupcie coś dla dziewczynek do jedzenia, mogą być głodne. Jak trochę ochłonę, przyjdę.

            Jan Kasprowicz dobrze przeczuwał, że żona już nie powróci. Kochankowie wreszcie połączyli się na stałe. Jadwiga, po czterech latach od ostatniego opuszczenia męża i dzieci, uzyskała w lutym 1905 roku rozwód. Dnia 11 kwietnia tego roku w Inowrocławiu wzięła ze Stanisławem ślub cywilny, od tego czasu nosiła nazwisko Przybyszewska. Połączyła się z nim na dobre i złe. Jak miało pokazać życie – bardziej na złe, ponieważ przyszło jej dzielić dolę z człowiekiem nie potrafiącym zapewnić swoim bliskim spokoju i bezpieczeństwa materialnego. Jednocześnie dźwigała na swoich barkach ciężar zmagania się z uzależnionym od alkoholu człowiekiem dzieląc z nim los pełen utrapień. Jej zachwyt nad genialnością Stacha szybko minął, choć wciąż go kochała. Definitywne porzucenie przez nią dzieci (ośmioletnią Jasię i sześcioletnią Anię) oraz męża było w oczach opinii społecznej czynem niemoralnym. Zresztą jej poprzednie odejścia od rodziny już wcześniej naraziły ją na infamię. Sympatia społeczeństwa leżała po stronie Jana Kasprowicza.
            W krańcowych sytuacjach oceny ludzi bywają rzadko zniuansowane. Nikt w tamtym czasie nie interesował się wyważaniem racji stron, ani rozterkami i cierpieniami Jadwigi, ponieważ wszyscy zgodnym chórem ją potępiali. Owszem, jej czynu nie można pochwalić, ale trzeba pamiętać, iż pozostawiła dzieci pod opieką ojca oraz swojej siostry Anny, której wzajemne relacje z Kasprowiczem były życzliwe. Mąż zabronił jej widywania się z dziećmi. Gdy jednak po upływie kilku lat gniew mu przeminął i pogodził się z losem, Jadwiga nawiązała kontakt z córkami. Często zapraszała je na święta, na wakacje do Rotenburga w Alpach, potem do Monachium, gdzie z Przybyszewskim przez wiele lat mieszkali. Po pewnym czasie stosunki między nią i córkami stały się bardziej ufne.
            Istnieje teoria, że jeśli małżonkowie się kochają, wówczas umierają w bliskim odstępie czasu od siebie. On zmarł 23 listopada 1927 roku, natomiast ona równo miesiąc po nim, 23 grudnia. Zgodnie z tą teorią miłość Jadwigi do Stanisława Przybyszewskiego musiała być więc wyjątkowa.

Franciszek Czekierda

Reklama

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko