Franciszek Czekierda – POŚWIATOWSKA I MORAWSKI CZYLI NIESPEŁNIONA MIŁOŚĆ

0
342
Franciszek Maśluszczak - zauroczenie

            Wspominaliśmy z bratem spotkania z pisarzami w szkole średniej.
            – W ogólniaku mieliśmy tylko jeden wieczór autorski – zacząłem.
           – Wieczór w południe? – zażartował Leszek.
           – Jasne. Gdyby był po lekcjach, uczniowie nie przyszliby. Z Gdańska przyjechał nieznany nam Stanisław Załuski. Przywiózł dwie swoje książki Ślad na asfalcie i Gwiazdy bez blasku. Ujął mnie tym, że przez kilka lat prowadził własną firmę murarską. Zawsze uważałem, że pisarze i poeci, poza pisaniem, powinni także umieć robić coś konkretnego, na przykład wykonywać jakąś rzemieślniczą robotę… – zacząłem się wymądrzać. Na szczęście brat przerwał mi wywód.
            – W technikum też mieliśmy tylko jedno spotkanie. Gość nas całkowicie zaskoczył, bo był niewidomy. Nazwisko wyleciało mi z pamięci. Pamiętam tylko imię: Ireneusz.
            – Stary! – krzyknąłem z wrażenia. – Wiem kto to był.
            – Skąd to możesz wiedzieć? – powątpiewał Leszek.
            – Bo niewidomy literat o tym imieniu mieszkający we Wrocławiu był tylko jeden, Ireneusz Morawski. Niedawno czytałem o nim – pochwaliłem się. – I o Poświatowskiej.
           – A to ci dopiero… – zdziwił się brat. – No więc powiedz o nim coś więcej – poprosił.
            – Ale najpierw ty powiedz, jak on pisał będąc niewidomy – byłem ciekawy.
            – Nic o tym nie mówił, bo go nikt o to nie zapytał. Z pewnością pisał na maszynie…
            – Tak – potwierdziłem.
            – W tym czasie mieliśmy lekcje maszynopisania z kurtynką zasłaniającą czcionki i tekst. Musieliśmy nauczyć się pisać bezwzrokowo, czyli nie patrząc na papier wkręcony na wałek. Dość szybko opanowałem tę sztukę.
            – Więc pisanie nie było dla niego żadnym problemem.
            – Lepiej powiedz, jak było z tym Morawskim? – ponaglił mnie brat.

            Urodził się w 1935 roku w Nowogródku. W wieku dwóch lat zachorował na zapalenie opon mózgowych, w wyniku czego utracił wzrok. Mieszkał w Częstochowie i we Wrocławiu, gdzie studiował filologię polską. Zadebiutował opowiadaniem „Spotkanie z Marią” w tygodniku „Kierunki” w 1957 roku. Pracował jako wychowawca w Państwowym Zakładzie Dzieci Niewidomych, następnie był zatrudniony w Spółdzielni Inwalidów im. 22 Lipca i Spółdzielni Niewidomych „Dolsin”. Zmarł w 2011 roku.  
            Halina Poświatowska poznała go na swoim pierwszym wieczorze autorskim. Ale zanim do tego doszło, słowo o niej. Haśka lub Haszka, bo tak nazywana była przez rodzinę i znajomych, była piękną dziewczyną. Miała mnóstwo adoratorów, wybierała i przebierała w nich, jak w ulęgałkach. W swoim krótkim życiu często zakochiwała się. Choć Ireneusz Morawski nie znalazł się na jej liście zdobyczy, jednak w jej uczuciowym świecie zajmował szczególne miejsce.
Poświatowska (z domu Myga) urodziła się w Częstochowie, była jego rówieśnicą. Podczas wyzwalania miasta przez Rosjan w styczniu 1945 roku, rodzice ukrywali się z nią kilka dni w przenikliwie zimnej, wilgotnej piwnicy. W tych warunkach nabawiła się zapalenia stawów. Później na skutek różnych powikłań doznała poważnej wady serca, która w tym czasie była nieuleczalna. Wiele lat spędziła w szpitalach i sanatoriach. W jednym z nich, w Krynicy, poznała starszego o pięć lat Adolfa Ryszarda Poświatowskiego, malarza i studenta szkoły filmowej w Łodzi, który także chorował na serce. Pobrali się, gdy miała dziewiętnaście lat. Dwa lata po ślubie Poświatowski zmarł. Młoda wdowa jednak nie przeżyła głęboko jego śmierci. Nie wiadomo dlaczego. Można tylko snuć przypuszczenia, że poezja, której oddała się bez reszty, uchroniła ją przed traumą utraty najbliższej osoby. W tym samym roku zadebiutowała w „Gazecie Częstochowskiej”. Zaczynała być znana. W 1958 roku dzięki staraniom znanego lekarza prof. Juliana Aleksandrowicza i finansowym wsparciu polonii amerykańskiej wyjechała do Stanów Zjednoczonych w celu przeprowadzenia operacji serca. Po rekonwalescencji dostała się do prestiżowego Smith College w Northampton, które ukończyła po trzech latach. Mimo, iż miała propozycję studiów doktoranckich na Uniwersytecie Stanforda, zrezygnowała z niej i powróciła do rodziny, za którą tęskniła. W Krakowie dostała się na czwarty rok studiów filozoficznych na Uniwersytecie Jagiellońskim, mieszkała w Domu Literatów na ulicy Krupniczej. Operacja serca znacznie przedłużyła jej życie, jednak po kilku latach stan jej zdrowia pogorszył się. W 1967 roku zdecydowała się na drugą operację, którą przeprowadzono w Warszawie. Jednak po kilku dniach, 11 października, zmarła. Miała zaledwie trzydzieści dwa lata.

            Jak już napomknąłem, Ireneusz Morawski poznał ją podczas jej pierwszego autorskiego spotkania zorganizowanego przez „Gazetę Częstochowską” w listopadzie 1956 roku. Był na nim wspólnie z przyjacielem, Andrzejem Rajcherem.
            – Szykuj się na jutrzejszy dzień, mam dla ciebie niespodziankę… – Andrzej powiedział tajemniczym głosem, gdy tylko przekroczył próg mieszkania Ireneusza.
            – Konkrety, staruszku, konkrety, a nie jakieś tajemnicze ogólniki – skarcił go żartobliwie Morawski podając mu na przywitanie rękę.
            – Ciekawie zapowiada się wieczorek poetycki z młodą częstochowską poetką… – powoli rozwijał temat.
            – A są w naszym zapyziałym mieście poetki, którym warto poświęcić czas i uwagę? – powątpiewał Ireneusz.
            – Pamiętasz, jak niedawno czytałem ci w „Gazecie” debiutanckie wiersze niejakiej Poświatowskiej?
            – Coś kojarzę. I chyba nawet mnie zainteresowały.
            – Ma zaledwie dwadzieścia jeden lat…
            – Tyle, co ja – przerwał mu uradowany Morawski.
            – …I jest już wdową. Bodaj najmłodszą w Polsce – przyjaciel powiedział głosem odkrywcy.
            – Jej stan cywilny jakoś mnie nie wzrusza.
            – Może ona sama cię wzruszy. Słyszałem, że jest utalentowana i w dodatku ładna.
            – Nie uwierzę, póki nie zobaczę – zaśmiał się autoironicznie.
            – Cenię twój humor – zawtórował mu śmiechem, lecz po chwili Andrzej zreflektował się, że niepotrzebnie powiedział o jej urodzie.
            – Wiesz, że wygląd nie ma dla mnie większego znaczenia. Chociaż połączenie talentu z pięknem może być ekscytującą mieszanką… – rzekł rozmarzony.
            – Jak zwykle filozofujesz, a ja chcę wiedzieć, czy ruszysz jutro tyłek…
          – Jasne, że ruszę – zawołał wesoło Ireneusz. – To znaczy ruszymy razem? – poprawił się.
            – Jeszcze jeden szczegół, ona ma poważnie chore serce – dodał.
            – Uuu, to nie szczegół, to rzecz fundamentalna. Jak widzisz po mnie, choroba determinuje żywot.
            – Ty wiesz to najlepiej. Tylko proszę cię, Irek, bez egzystencjalnych wykładów.
           – Zważ na dziwne podobieństwo: wiek, literatura, choroba… Lecz w mojej wersji rebusu zamiast słowa „serce” jest „wzrok”. Rozwiązanie pierwszego…   
           – Tego z sercem?
           – No oczywiście, staruszku. Otóż rozwiązanie go przez ślepca będzie nad wyraz interesujące… – zaśmiał się Ireneusz.
           – Przestań, Irek! Tak nie można. Poza tym ty troszkę widzisz.
           – Nie na tyle, żeby być królem w krainie ślepców – znowu parsknął śmiechem.
           – A ty dalej swoje – skwitował Andrzej.

            Sala w redakcji była nieduża. Publiczność niespodziewanie dopisała, więc organizatorzy dostawili sporo krzeseł. Przed rozpoczęciem spotkania już wisiała nad widownią chmura papierosowego dymu. Przez boczne drzwi sali weszli Halina Poświatowska i Tadeusz Gierymski, jej odkrywca, poeta i redaktor gazety. Gdy przed kilkoma tygodniami na kolegium redakcyjnym zaproponował publikację jej wierszy, sam nie był w pełni przekonany do ich wartości. Wiedząc jednak o poważnej chorobie autorki, uczynił to z litości. Gierymski po krótkim wstępie i przedstawieniu bohaterki spotkania, zaczął czytać wybrane wiersze. Jednak recytował fatalnie, bowiem mówiąc z warszawskim akcentem nie wymawiał prawidłowo wyrazów kończących się na „…kie” i „…gie”, mówił na przykład: „życie take długe”. Halina nie mogła tego słuchać. Patrzyła na niego z nie skrywaną irytacją. Gdy przy drugim wierszu ponownie zniekształcił kilka słów, chrząknęła głośno, po czym bezpardonowo zabrała mu kartki – czym wprawiła swego promotora oraz zebranych gości w osłupienie – i sama zaczęła czytać. Deklamowała niczym wytrawna aktorka. Publiczności spodobała się jej interpretacja. Na sali zapanowała przejmująca cisza. Przy kolejnym wierszu kilkakrotnie głęboko westchnęła, bowiem brakowało jej powietrza.
            – Ona się dusi – zaniepokojony Ireneusz szepnął do ucha przyjacielowi.
            – Nie słyszę tego, ale słyszę, że świetnie czyta – odpowiedział Andrzej zaciągając się papierosem.
            – Staruszku, naprawdę nie czujesz, że ona sapie z braku powietrza – powtórzył dobitnie – bo dymu tu tyle, co w parowozowni. Może byś jednak zgasił tego peta.
            Andrzej zmitygował się i posłusznie zgasił papierosa w pudełku zapałek. Rozejrzał się, dopiero teraz zauważył, że większość mężczyzn paliła.
            – Co z tego, że ja zgasiłem, skoro wszyscy kopcą, jak smoki – rzekł cicho do Ireneusza.
            – Ludzie, zgaście papierosy, bo ona jest chora na serce – Morawski zwrócił się głośnym szeptem do palących sąsiadów, którzy bez protestów go usłuchali.
            Spotkanie zakończyło się. Kilkoro licealistów (z czerwonymi tarczami na rękawach) podeszło do Poświatowskiej otaczając ją półkręgiem. Toczyli ożywioną dyskusję. Po parunastu minutach, gdy poetka została sama, podeszli do niej Ireneusz i Andrzej.
            – Ten szept jest przejmujący, aż dostałem gęsiej skórki… – powiedział trochę aktorsko Ireneusz. – Robi wrażenie jako fraza poetycka. No i dzięki kapitalnej recytacji. Gratuluję pani – skłonił głowę przed poetką, po czym poprawił sobie ciemne okulary, które lekko mu się zsunęły.
            Poświatowska uśmiechnęła się promiennie.
            – Wielkie dzięki. Odbiór wierszy przez publiczność przekroczył moje oczekiwania – w jej oczach pojawił się błysk zadowolenia.
            – Jak one są technicznie zapisane? – zaciekawił się Morawski.
            – No…, zwyczajnie… – powiedziała wskazując dłonią na plik kartek.
            – Mogę… – poprosił Andrzej. Po otrzymaniu maszynopisu długo wyjaśniał koledze sposób zapisu i wersyfikacji wierszy.
            Poświatowska słuchała zdziwiona. „Dlaczego on mu tak łopatologicznie tłumaczy proste rzeczy? – pomyślała zirytowana.            – Czy ten przystojny okularnik jest aż tak tępy?”.
            – Bo my też trochę piszemy – pochwalił się Andrzej. – Może trochę więcej Irek.
            – Świetnie – udała zainteresowaną, choć naprawdę marzyła już o pójściu do domu. –Trochę się zmęczyłam, pozwolicie, że powoli będę się zbierać? – powiedziała słabym głosem.
            – Możemy panią odprowadzić? – zaproponował Morawski.
            – Będzie mi miło… – rzekła z udawaną uprzejmością.
            Wyszli przed budynek. Padał prawie niewidoczny kapuśniaczek, lecz jak na listopadowy dzień, było ciepło. Halina znalazła się między dwoma mężczyznami.
            – Kolegę trzeba wziąć pod rękę – Andrzej zwrócił się do Poświatowskiej.
            – A kolega to przedszkolak? – wypaliła niegrzecznie. – Po chwili jednak wyczuła, że za słowami Andrzeja coś się kryło. – Pod… rękę? – zapytała niepewnie i spojrzała uważniej na Ireneusza. Dopiero teraz dostrzegła, że jest niewidomy. – Ach… Przepraszam. W ogóle nie zauważyłam, że pan jest… – tłumaczyła się.
            – Jestem. Zgadza się. Cała przyjemność po mojej stronie – Ireneusz uśmiechnął się usatysfakcjonowany, że przez kilka minut poetka rozmawiając z nim nie zauważyła jego kalectwa.  
            Poświatowska zmieszała się i natychmiast  wsunęła dłoń pod łokieć Ireneusza, który poczuł przyjemny dotyk.
            – Cieszę się, że też zaczerniacie papier – zmieniła temat, by uwolnić się od popełnionej gafy.
            – Ale na razie bez efektu publikacji – stwierdził smutno Andrzej.
            – Cierpliwości i więcej wiary w siebie, a efekt przyjdzie – powiedziała niczym doświadczona pisarka.
            Po kwadransie znaleźli się przed jej domem na ulicy Jasnogórskiej 23. Gdy mężczyźni zamierzali się pożegnać, Halina niespodziewanie zaproponowała wejście do środka. Przyjaciele skwapliwie skorzystali z zaproszenia.
            Matka nie była zadowolona z powodu nieoczekiwanego najścia gości, choć tego nie okazywała. Martwiła się, iż córka ma zbyt słabe serce na prowadzenie towarzyskiego życia. Po wyczerpującym wieczorze autorskim powinna odpocząć, o co poprosiła ją zaraz po przyjściu do domu. Halina sprzeciwiła się. Zresztą czyniła to często, gdyż uważała matkę za osobę apodyktyczną i nadopiekuńczą. We troje usiedli przy stoliku w dużym pokoju. Na pytanie Ireneusza o debiut w gazecie opowiedziała, jak to dzięki redaktorowi Gierymskiemu wydrukowano jej wiersze.
            – On chyba poczuł się obrażony, gdy mu pani zabrała maszynopis? – Andrzej bardziej oznajmił, niż zapytał.
            – Nie odbieram mu zasług, jednak…, prawdę powiedziawszy, Gierymski nie nadaje się do publicznego czytania czegokolwiek. Przecież słyszeliście…
            – Większe sukcesy odniósłby malując – stwierdził ironicznie Ireneusz.
            – Irek, nie obracaj wszystkiego w żart – zestrofował go Andrzej. – Przecież facet odkrył talent – spojrzał z uznaniem na Poświatowską.
            – No już dobrze, postaram się – zsumitował się Morawski. – Myślałem, że wszyscy Gierymscy są uzdolnieni plastycznie.
            – Może trochę przesadziłam z tym wyrwaniem mu kartek, ale tak kaleczył moje wiersze, że naprawdę nie wytrzymałam.
            – Fakt, dwa wiersze zepsuł. Dobrze, że udało się pani uratować resztę – pochwalił ją Ireneusz.
            – Publiczna prezentacja musi być nienaganna – powiedziała wyraziście.
           – W końcu obraził się? – Andrzej ponowił pytanie.
            – Kompletnie mnie to nie interesuje – rzekła oschle.
            Od pierwszej wymiany zdań Ireneusz i Halina przypadli sobie do gustu. Podczas krótkiego pobytu na Jasnogórskiej oboje „nadawali na tych samych falach”. Gdy Morawski usłyszał, że w domu jest pianino – a grał dobrze – poprosił o możliwość zagrania. Przy kojących dźwiękach muzyki zmęczona Halina niespodziewanie położyła się na dywanie, niczym nastolatka. Zwinięta w kłębuszek odpoczywała z zamkniętymi oczami słuchając  spokojnych melodii. Andrzej bezszelestnie podszedł do Ireneusza.
            – Nie przerywaj – szepnął mu do ucha.
            – O co chodzi? – nie rozumiał.
           – Nasza gospodyni słucha twoich kawałków relaksując się na… podłodze.
            – Ściąłem ją z nóg tym brzdąkaniem? – zapytał uśmiechając się pod nosem.
            – Wpływasz na nią kojąco.
            – Pleciesz.
            – Graj i nic nie mów, bo wszystko zepsujesz.

            Rok 1957 był dla obojga ekscytujący. W styczniu, dwa miesiące po poznaniu Haliny, Ireneusz opublikował w tygodniku „Kierunki” opowiadanie pt.: Spotkanie z Marią. Andrzej Rajcher od razu zaniósł czasopismo Halinie Poświatowskiej.
            – Cudownie, że pan Irek zadebiutował – ucieszyła się. – Zaraz przeczytam…
            – Dla niego ta publikacja jest spełnieniem marzenia.
            – Ciągle powracam w myślach do tamtego listopadowego wieczoru – zamyśliła się.
            – Było naprawdę sympatycznie – powiedział sztampowo.
            – W powietrzu wisiała taka pozytywna energia. I ta jego gra na pianinie tak mnie wtedy  nastroiła… – rozanieliła się. – Swoją drogą on świetnie gra.
            – Irek nazywa to brzdąkaniem.
            – Głuptas. Nie rozumiem, dlaczego tak wielu utalentowanych ludzi nie wierzy w siebie. Wydaje mi się, że umiałabym go przekonać, że mimo pewnych ograniczeń można wydobyć z siebie to co najlepsze. Trzeba tylko to dobrze opakować, by efektownie, choć nie efekciarsko, zaprezentować innym – mówiąc to myślała także o sobie.
            – Jestem przekonany, że on ma świadomość własnej wartości, lecz jednocześnie odczuwa nadmierne przytłoczenie ograniczeniami… – zastanawiał się chwilę szukając odpowiedniego określenia –  …swojego organizmu – dokończył. – Może faktycznie brakuje mu efektownego opakowania.
            – Chciałabym z nim porozmawiać. Przyjdziecie znowu? Nie powinnam tego mówić, ale polubiłam go. Może z powodu twórczości, może też z powodu naszego podobieństwa do zmagań z chorobami… Nie wiem. Tylko proszę mu tego nie powtarzać.
            – O podobieństwach?… – upewnił się.
            – O polubieniu.

            Jeszcze tego samego dnia Andrzej przybiegł do niego, jak na skrzydłach, by podzielić się wiadomością o rozmowie z Haliną.
            – Pani Poświatowska jest w tobie zakochana – relacjonował podekscytowany.
            – Chyba całkiem zwariowałeś – przyjaciel nie wierzył jego słowom.
            – Chce cię znowu zobaczyć. Wspominała z nostalgią tamten listopadowy dzień.
            – Zmęczyliśmy ją tak, że padła plackiem na podłogę. Dlatego pamięta – zaśmiał się.
            – Raczej legła z nadmiaru wrażeń. Ukoiłeś ją grą, że poczuła się bosko.
            – Coś tam rzępoliłem…
            – Cały ty. Właśnie powiedziała mi, że chyba nie doceniasz własnej wartości.
            – Bajdurzenie.
            – Irek, mówię prawdę – zapewniał Andrzej.
            – Swoją drogą może to być dobry temat do naszych pogawędek – ucieszył się.

            W kwietniu Ireneusz Morawski wyjechał do Wrocławia, by przygotować się do egzaminów wstępnych na polonistykę. Z początkiem lipca zdał egzaminy i został przyjęty na Uniwersytet Wrocławski. W lipcu, sierpniu i wrześniu często odwiedzał „panią Poświatowską”. Wciąż zwracali się do siebie oficjalnie, oboje nie mieli śmiałości zaproponować przejścia na „ty”. Przychodził do niej z Andrzejem, jednak na początku września, gdy przyjaciel wyjechał do Warszawy w poszukiwaniu pracy, odwiedzał ją sam. Był dla niej oczekiwanym gościem.
            W ciepłe dni Halina często leżała na hamaku rozciągniętym między drzewami na podwórku przed domem. Lubiła się huśtać, a jeszcze bardziej, gdy ktoś ją huśtał. Ireneusz robił to z przyjemnością, ona zaś recytowała poezję. Któregoś dnia czytała w oryginale na głos wiersze Apolinaire’a.
            – Gdy skończę czytać, pójdziemy do kawiarni, dobrze? – zaproponowała.
            – Ale w kawiarniach jest pełno dymu – Ireneusz pamiętał o jej zdrowiu.
            – Mnie to nie przeszkadza – nadąsała się. – Przeciwnie, uwielbiam zapach dymu z papierosów.
            – Może pójdziemy do parku na spacer – próbował znaleźć inne wyjście wiedząc, że gdy będzie się sprzeciwiał, Halina pójdzie w zaparte i pryśnie miła atmosfera spotkania.
            – Ostatecznie… – zgodziła się niespodziewanie. – Ale umówmy się, że to pan Ireneusz będzie mnie prowadził za rękę – rzuciła pomysł żartobliwym tonem przekonana, że ją wyśmieje.
            – Pani Haszko, nie widzę przeszkód. – Ireneusz zaśmiał się spontanicznie, zaś po chwili – gdy Halina zauważyła, że lubi śmiać się z własnych słabości – także skręcała się ze śmiechu. Rozchichotana złapała go za ramię, by wydostać się z hamaka, on zaś nie widząc, co zamierzała zrobić, zachwiał się. Halina wypadła z legowiska i wspólnie runęli na trawę śmiejąc się do rozpuku.
            – Nie widzę przeszkód – powtórzył wciąż zaśmiewając się – więc idziemy. Lepszego przewodnika, niż niewidomy, nie mogła pani znaleźć.
            – No to chodźmy – ucieszyła się Halina.
            – A propos przeszkód; do ślepego dżokeja zwrócono się z propozycją, żeby startował w wyścigu Wielka Pardubicka – Ireneusz wciąż nie mógł powstrzymać głośnego śmiechu.
            – Iii?
            – Nie widzę przeszkód, odpowiedział dżokej. – Ireneusz zarechotał, a Halina wtórowała mu dziewczęcym chichotem.
           
            Były to szczęśliwe dni, w czasie których oboje często chodzili na spacery i z pasją dyskutowali nie tylko o literaturze. W październiku Ireneusz wyjechał na studia do Wrocławia. Postanowił wówczas, znając ją od ponad roku, że w listach będzie zwracał się do niej po imieniu, jednak nie mogąc zdobyć się na odwagę używał zwrotu „pani”. Później pisał bezosobowo, dopiero w grudniu odważył się napisać do niej po imieniu. Jego listy skrzące się inteligencją i pełne niekonwencjonalnych sformułowań, były perełkami literackimi. Sygnalizował w nich delikatnie o swoim uczuciu: „Wciąż czekam na Twoje wiersze (…). Te, które posiadam, pokazałem niedawno pewnej młodej niewieście. Czytała długo i uważnie. Wreszcie osądziła, że autorka musi bardzo kochać. Potem, ale to już śmieszne, zaczęła wnioskować, że pewnie mnie. Ubawiłem się. (…) Nie gniewaj się na nią za to. (…) Kalendarz sortuje kartki w naszą starość i po co? Więc chyba potrzebne wszechmocne usta, gorsząco drapieżne dłonie i taka miękkość ciepłego zapomnienia. Znam każdy nerw na szczęściu kobiet. Od oczu do rąk, do bioder, a przecież wciąż nie jestem pewien jutra. Stale idę odszukać początek, bo to jest szczęście”. W listopadzie pisał: „Z młodym poetą poznańskim czytaliśmy Pani wiersze. Noc jak wilgoć lepka i jesienna. On się zakochał w ich erotyzmie. Mówię o wierszach. Byliśmy znowu pijani. Tęskniliśmy za Panią, każdy po swojemu. Dziwne? (…) Nie wiedziałem, że wiersze powodują wyznanie”. Charakterystyczne jest właśnie wyznanie przez Morawskiego uczucia nie wprost, lecz przez odczytanie przesłania jej wierszy za pośrednictwem kolegi. Ireneusz obawiał się ujawnić buzujące w nim emocje bezpośrednio wobec poetki „permanentnie wspaniałej”, jak ją nazywał. W innym liście zachwycał się jej poezją: „Wiersze Pani to jest religia wielkiego pragnienia trzymana zębami za żywe mięso. Szept, Szept! Szept… Szept!!! To wcale nie jest żadna cisza. Pas transmisyjny żywej maszyny, z żywych żył, lawina zgrzytającej krwi. To nieprawda, że tęsknota potrafi milczeć. Szept – Szept – Szept – Szept – ja naprawdę słyszę drgającą tęsknotę, puls w ustach i potem Liść – Liść – strzępy żywego chłodu trochę niczego, aż do dna niczego, smutek złamany na pół, na czworo i jeszcze raz, jeszcze raz, aż wreszcie kłębek toczony długo w gorących dłoniach”.

            W czerwcu 1958 roku, po zdaniu egzaminów kończących drugi semestr, przyjechał na wakacje do rodzinnego miasta. W dniu jego imienin, dwudziestego ósmego tego miesiąca, Halina przed południem niespodziewanie odwiedziła go w mieszkaniu na Rakowie. Wyczerpana jazdą miejskimi autobusami i długim spacerem do bloku, weszła zasapana do jego mieszkania i po przywitaniu się od razu legła na tapczanie. Gospodarz rozumiał jej zachowanie. W domu panował bałagan. Ireneusz rzucił się do robienia porządków i gdy zabierał z tapczanu porozrzucane rzeczy, Halina dotknęła jego ręki.
            – Daj spokój. Są sprawy o wiele ważniejsze niż głupie porządki – powiedziała słabym głosem.
            – Ale przecież nie wypada…
            – Zaraz po wejściu chciałam ci złożyć imieninowe życzenia – nie zwracała uwagi na jego tłumaczenie się – ale, uwierz, nie dałam rady. Po prostu zabrakło mi tchu, przepraszam.
            – Słyszałem, jak oddychałaś. Nie przejmuj się – pocieszał ją.          
– Nie miałam sił, by coś ci kupić w prezencie. – Wciąż leżąc sięgnęła po torebkę, wyjęła z niej czekoladę z orzechami, którą można było dostać tylko spod lady. – Proszę, weź chociaż tego Wedla z najlepszymi życzeniami płynącymi może… nie z chorego serca, ale ze zdrowej duszy. I daj buziaka.
„Szkoda, wolałbym życzenia z twojego słabego serca, niż z krzepkiej duszy” – pomyślał ze smutkiem.
            Ireneusz szukając rękami miejsca, usiadł przy niej. Poświatowska pocałowała go w policzek i pogłaskała dłonią. Biorąc tabliczkę wyczuł opuszkami palców zgrubienia orzechów laskowych.
            – Największym prezentem jest twoja obecność. Dziękuję. Nie masz pojęcia… – nagle urwał,  bowiem zamierzał powiedzieć: „…co ona dla mnie znaczy”, lecz nie chciał się przed nią całkiem odkryć.  – A swoją drogą gdzie ją kupiłaś? – uniósł do góry tabliczkę czekolady. – Przecież takiej nigdzie nie można dostać.
            – Nie pytaj o drobiazgi. Lepiej posłuchaj, jak mi wali serce…
            – Chętnie, tylko zapomniałem stetoskopu – zażartował.
            – Ciebie zawsze trzymają się żarty, a ja mówię poważnie. Dotknij. O, tu – pokazała dłonią lewą pierś.
            Dotknął palcami jej bluzki, lecz cofnął rękę, jak oparzony.
            – Nie bój się. Nie gryzę.
            Ireneusz położył ostrożnie dłoń na jej lewej piersi, lecz zbyt wysoko, bliżej obojczyka.
            – Dzieciaku, nie tak, u kobiet dotyka się serca pod piersią – powiedziała tonem nauczycielki i wziąwszy go za dłoń przyłożyła we właściwe miejsce. Nie czuł bicia. Lecz po chwili jego palce drgnęły od gwałtownego uderzenia; poczuł, jak serce nierytmicznie pracowało.
            – Wali, jak sfatygowana kołatka – skomentowała cicho.
            Czuł się dziwnie, bo chciał, aby ta chwila trwała w nieskończoność i jednocześnie krępował się onieśmielony sytuacją. Po raz pierwszy dotykał jej ciała. Starał się czynić to opiekuńczo, jednak nie mógł uniknąć choćby krztyny erotyki. Palce nabrzmiały mu, a może mu się tylko tak zdawało. Nie poruszał nimi, nie chciał aby myślała, że jest to coś więcej, niż nasłuchiwanie chorego serca. Halina pragnęła jego bliskości, ale rozumiała ją inaczej. Może na sposób koleżeński, może po przyjacielsku, może intelektualnie.  
            – Odpoczywaj Hasiu. Tak jest dobrze.
            – Dobrze, jak u Różewicza.
            – „Jak dobrze Jestem z tobą / tak mi serce bije / myślałem człowiek / nie ma serca” – Ireneusz zacytował ostatnią zwrotkę.
            – Fajnie, że pamiętasz. To może być o nas – rozmarzyła się.  – A z tym sercem o mnie, bo ono tak mi bije, że czasem myślę: nie ma go.
            – Przestań. Nie wolno ci tak mówić. Poza tym wiersz jest zupełnie o czym innym.
            – Wiem, ale jednak ten fragment pasuje jak ulał do mojej sytuacji. „Tak mi serce bije” – powtórzyła wers. Słyszysz? – zwróciła głowę w jego stronę.
            – Czuję, nie słyszę. Ale teraz może posłuchajmy ciszy.
Przez długi czas leżeli milcząc.
            „Chwilo trwaj, jesteś taka piękna” – przypomniał sobie słowa Goethego.
            – Chcę żyć – nagle przerwała ciszę błagalnym głosem. – Nie masz pojęcia, jak ja tęsknię za zwyczajnym życiem, żeby móc oddychać jak każdy, żeby przebiec się, poskakać…
            „Ja też chcę normalnie żyć – pomyślał z goryczą – żyć jak każdy widzący człowiek. – Szkoda, że ty, Haszko, nie zauważasz moich pragnień, które są niemal identyczne z twoimi” – resztką sił powstrzymał płacz.
            – Irku, chcę żyć – powtórzyła przejmująco.
            – Będziesz żyła. Wierzę w to. Pojedziesz do Stanów, nareperują ci serduszko i wrócisz zdrowa.
            – A ty będziesz mnie cały czas pilnował? – szepnęła w formie pytania, za którym kryła się niemal dziecięca prośba.
            Miało to być ich ostatnie spotkanie przed jej podróżą do Ameryki. W lipcu Ireneusz wyjechał na studencki obóz do Pokrzywnej w Sudetach, zaś Halina z rodziną nad morze do Jastarni. W trakcie pobytu w górach nieustannie myślał o niej. Przeżywał emocjonalną chwiejność, raz ogarniała go euforia, innym razem popadał w smutek. Gdy rodziła się w nim nadzieja, od razu ją zwalczał, bowiem zdawał sobie sprawę, że trzymanie się jej byłoby zbyt męczącym ciężarem. Mimo falowania nastrojów czuł się szczęśliwy. W tym czasie otrzymał od Haliny krótki list, który przeczytał mu bliski kolega. Najistotniejsze w nim było jedno słowo: „Kocham”. Napisane bezosobowo. Nie rozumiał, co ono mogło znaczyć. Na prośbę Irka kolega powtórnie przeczytał list, tym razem wolno. Tego dnia Ireneusz wielokrotnie powtarzał zdanie ze słowem „kocham”. Jednak nieustannie osaczał zalążki miłości kokonem rozsądku, tłumiąc nadzieję mogącą wyprowadzić go na uczuciowe manowce. Podążając tropem chłodnej logiki postanowił, że nie odprowadzi jej na statek „Batory”, którym miała odpłynąć do Ameryki.
            Po przyjeździe z obozu niespodziewanie zmienił zdanie. Pojechał do Gdyni w dniu wypłynięcia statku w sobotę, 9 sierpnia. Towarzyszył mu przyjaciel, poeta Krzysztof Coriolan. Na Dworcu Morskim zobaczył ją z daleka. Halina stała w kręgu rodziny. Podeszli nieśmiało. Gdy Poświatowska zauważyła Ireneusza, opanowała ją niepohamowana radość. Przywitała się z nim i Krzysztofem, po czym wzięła Irka za rękę odprowadzając go na bok. Usiedli na największej walizie blisko siebie. Wciąż trzymając go za rękę zaczęła szeptem deklamować z pamięci najciekawsze fragmenty jego listów.
            – Pamiętasz je? – był szczerze zaskoczony.
            – Wszystkie najciekawsze fragmenty. Może z sercem u mnie nie bardzo, ale z pamięcią jest całkiem o’key – zażartowała uśmiechając się.
            – Za chwilę wypłyniesz i nastanie wielka smuta – zmienił temat nie wiedząc, co powiedzieć.
            – Będziesz mnie kochał, gdy przez długi czas nie będę cię widziała – z całych sił ścisnęła jego palce.
            Ireneusz nie spodziewał się takich słów. Czując dojmujące ukłucie w dołku starał się zrozumieć, czy wypowiedziane zdanie było pytaniem, czy poleceniem. Słowo „kochał” długo huczało mu w głowie. „Czy ona naprawdę jest przekonana, że ją kocham? – myślał podekscytowany. – Nawet ja tego nie wiem. Ale wiem, że chciałbym ją kochać. A może nie…”.
            – Hasiu, nie obraź się, ale powiem coś, co gdybym napisał, zabrzmiałoby grafomańsko; miłość potrzebuje nadziei, potrzebuje jutra, żeby się rozwijać – starał się mówić spokojnie, jednak mimo opanowania zadrgała mu nerwowo lewa powieka. – Przyjaźni wystarczy kotwica, która utrzyma ją w miejscu. Ty za chwilę odpłyniesz, ja pozostanę tu zakotwiczony. – Przerwał i znowu się zamyślił. „Może trochę jestem za szczery – zmartwił się. – Moja miłość-nie-miłość jest bez jutra. A przyjaźń? Czy to jest przyjaźń? – poczuł, jak zwilgotniały mu oczy. – Dobrze, że mam ciemne okulary i nie widać tych moich ohydnych, załzawionych oczu”.
            Halina spojrzała na niego zawiedziona. Oczekiwała innej odpowiedzi.
            – Jesteś mi potrzebny – wyszeptała z trudem.
            „Wiem, że jestem ci potrzebny, najdroższa Hasiu, przecież pisałaś mi, że jestem drugą połową twojej duszy, że jestem zwierciadłem, w którym można się przyglądać. Ale wybacz, jesteś trochę egotyczna – myślał przygnębiony – ciągle piszesz i mówisz o sobie, nieustannie opowiadasz siebie; swoje doznania i nastroje. Prawie w ogóle nie rozmawialiśmy o mnie, o moich uczuciach i problemach, które też mam – otarł dyskretnie łzy udając, że wyciera nos. – Rozumiem cię, jesteś wyjątkową istotą, a całe otoczenie, dom, rodzina – wszystko to było podporządkowane twoim potrzebom… Może tak powinno być… – zawahał się w gorzkim zamyśleniu – bo świat nieustannie kręci  się wokół ludzi wyjątkowych”.
            – Zamyśliłeś się jakoś tak smuciarsko – próbowała go rozweselić i potargała mu palcami sterczące włosy.
            Ireneusz nie był w stanie wydusić z siebie słowa. Rozległ się pierwszy dzwonek wzywający do opuszczenia poczekalni. Rodzina wpatrzona była w siedzącą parę. Irytowało to matkę, która nie wytrzymała napięcia. Podeszła energicznym krokiem do córki.
            – Haszka, wstawaj, idziemy – rzekła stanowczo. – Udało się – po chwili dodała łagodniejszym głosem.
            Halina i Ireneusz wstali z walizki. Matka z trudem ją podniosła i poszła w kierunku wyjścia.
            – Co się udało? – zdziwił się Morawski.
            – Kapitan nie chciał mnie zabrać na pokład z powodu serca. Biedak nie wiedział z kim ma do czynienia – zaśmiała się. – Byłam spokojna, że mamuśka da sobie z nim radę.
            – No tak, twoja matka potrafi dla ciebie wszystko załatwić.
            Ireneusz odprowadził Halinę do wyjścia prowadzącego na trap statku. W chwili pożegnania ogarnęła go bezradność, nie wiedział, jak się zachować. Wreszcie drżącymi rękami znalazł jej dłoń, którą mocno uścisnął.
            – Przytul mnie. Pocałuj! – poleciła.
            Objął ją. Po krótkim wahaniu pocałował w usta, następnie w policzki. Przytulili się trwając długo w uścisku.
           – Irku, jesteś mi potrzebny – powtórzyła prośbę zlęknionym głosem.
            Morawski milczał. Nie doczekawszy się jego odpowiedzi, pogłaskała go dłonią po policzku. Pod opuszkami palców wyczuła wilgotny ślad po łzach. Zrozumiała jego milczenie.  Odwróciła się i poszła wolno w kierunku wejścia na statek.
           
            Podczas długiego oczekiwania na operację Ireneusz nieustannie myślał o niej wierząc, że zabieg się powiedzie. „Skoro zaangażowali się w sprawę wybitni lekarze, profesorowie i niemal cała Polonia amerykańska, nie może się nie udać” – rozumował racjonalnie. Po ponad dwóch miesiącach męczącego oczekiwania, w listopadzie otrzymał od jej matki telegram (który odczytał mu listonosz), że operacja się powiodła. Ireneusz położył się na tapczanie z ulgą, jakby zrzucił z siebie wielki ciężar. Proste zdanie z depeszy powtarzał wolno kilka razy, niczym najpiękniejszy wers poetycki. Dla zrelaksowania się włączył radio, by posłuchać wiadomości i muzyki w audycji „Panorama dnia” nadawanej przez rozgłośnię Wolna Europa o godzinie dziewiątej dziesięć wieczorem. Z głośnika rozległa się informacja o udanej operacji serca młodej poetki z Częstochowy, Haliny Poświatowskiej, w szpitalu w Filadelfii, o skomplikowanej akcji jej wyjazdu za ocean oraz o zbiórce pieniędzy wśród Polonii. Ireneusz z radości podskoczył na równe nogi, a po chwili usiadł w fotelu, zdjął okulary i wytarł chusteczką wilgotne oczy. Huczało mu w głowie. Później codziennie wieczorem słuchał radia, jednak tylko raz powtórzono komunikat o jej stanie zdrowia. Był zawiedziony, że przez następne dni i tygodnie Wolna Europa milczała w tej sprawie (krajowe radiostacje z założenia nie informowały o operacji poetki, bowiem słuchacze mogliby się łatwo przekonać o wyższym poziomie medycyny kapitalistycznej nad socjalistyczną, co byłoby nie po myśli władzy).

            Halina przebywała w Stanach Zjednoczonych trzy lata. Po rekonwalescencji uzyskała stypendium w Smith College w Massachusetts, na które uczęszczała i z sukcesem je ukończyła. Jej życie uczuciowe było bogate i barwne. Już na statku płynącym do Ameryki wdała się w romans z szermierzem udającym się na mistrzostwa świata, Jerzym Twardokęsem. Przystojny sportowiec tak się w niej zadurzył, że się oświadczył „zapominając”, iż był żonaty. Na pokładzie zakochana para rzucała się w oczy. W interesie chorej musiał interweniować opiekujący się nią lekarz okrętowy. Sportowiec pod naciskiem doktora zrezygnował z intymnych kontaktów z poetką, jednak – jak się później okazało – w ukryciu wciąż się z nią spotykał.
            W trakcie studiów w college’u Halina zakochała się w wykładowcy filozofii i poecie Josephie Margolisie (czym wpisała się w znany schemat zadurzonej studentki w znacznie starszym profesorze). Ku rozpaczy Poświatowskiej wykładowca, po zakończeniu roku akademickiego, opuścił ją powracając do żony i dzieci. Po pewnym czasie, Halina znalazła się w Nowym Jorku, gdzie związała się z Jerzym Kosińskim, wówczas jeszcze mało znanym pisarzem. Na szczęście dla niej – bowiem Kosiński był destrukcyjną osobowością – związek trwał krótko. (Po zdobyciu literackiej sławy pisarz w 1991 roku popełnił samobójstwo). Poświatowska mogła jeszcze zostać w USA, ponieważ miała szansę na pracę na uczelni. Jednak zrezygnowała z niej. Tęskniąc za rodziną i krajem, powróciła po trzech latach do Polski.

            Zaraz po przyjeździe do Częstochowy spotkała się z Ireneuszem Morawskim w jego mieszkaniu na Rakowie. Po zjedzeniu posiłku i wypiciu paru lampek wina oboje położyli się – jak kiedyś – na tapczanie w poprzek, opierając głowy o ścianę.
            – Dotknij moich blizn – powiedziała bez skrępowania, gdy zapytał o operację. Halina rozpięła guziki bluzki. Ireneusz położył ostrożnie dłoń na jej dekolcie. Ujęła go za palce prowadząc je wzdłuż blizn.
            – Nie bój się, to nic strasznego – uspokoiła go.
            – Czuję zgrubienia, ale nie są chyba dla ciebie… – nie mógł znaleźć odpowiedniego słowa.
            – Nie mam dużych piersi, więc nie potrzebuję paradować wydekoltowana – powiedziała bez emocji. – Poza tym zacerowali mnie dość zgrabnie.
            Ireneusz po chwili chciał cofnąć dłoń, lecz powstrzymała go.
            – Serduszko bije mi już inaczej, czujesz?
            Przez dłuższą chwilę trwali w ciszy. Ireneusz czuł pod palcami rytmiczne bicie serca.
            – Wtedy, gdy byłaś u mnie przed wyjazdem, pukało niespokojnie.
            – Tłukło się jak poraniony dziki ptak w klatce. Klatkę rozpruli, ranny ptak wyleciał, a może go wyrzucili? Kilka chwil potem wleciał zdrowy. I chyba już oswojony, bo się nie szamocze.
           – Nawet w takich sytuacjach poezja ci nie opuszcza.
            Gdy Halina przycisnęła mocniej jego dłoń, poczuł jej gorące ciało. Przysunął się bliżej i pocałował ją w policzek. Mimo, że odwzajemniła jego pocałunek czuł, że był to tylko przyjacielski gest. Bez śladu erotyki. A przecież była wypełniona nią w nadmiarze. Zrobiło mu się smutno. W tym momencie w radio rozległa się piosenka Edith Piaf „Non, rien de rien („Nie żal mi niczego”), która wpisywała się w nastrój chwili.
            – Właściwie… nie było między nami żadnych obietnic – powiedziała ze smutkiem niwecząc klimat, który przed momentem zbudowali. Po sekundzie żałowała tych słów, lecz było już za późno.
            – A mogły być? – zapytał bez wiary. Chciał jeszcze dodać: „Po co mi to powiedziałaś?”, lecz w ostatniej chwili ugryzł się w język.
            – Wiesz, że cię bardzo lubię.
            – Nie wiem – rzekł przekornie. – I nie wiem też, czy to mało, czy może zbyt dużo.
            – W sam raz – powiedziała cicho utwierdzając go w przekonaniu, że go nie kocha. „Moja głupia szczerość niszczy prawie każdą przyjaźń” – pomyślała zła na siebie.
            Halina miała go za wiernego przyjaciela, ale nie widziała w nim mężczyzny. Był tego świadom. „W którymś liście z Ameryki napisałaś mi szczerze, że moja cielesna obecność nie jest ci potrzebna – przypomniał sobie gładząc okolicę jej serca; po tej konstatacji uczuł bolesne ukłucie w dołku. – Na początku znajomości Andrzej kilkakrotnie powtarzał mi, że mnie kochasz – kontynuował myśl. – Nie wiem, po co gadał te idiotyzmy? Żeby mnie pocieszyć? Wiem, że nigdy mnie nie kochałaś. Przecież jesteś egzaltowaną poetką, możesz mówić wszystko, nawet to bezosobowe „kocham”, a za chwilę palniesz, że nie było między nami żadnych obietnic” – myślał z goryczą. – Po chwili gwałtownie zabrał dłoń.
            – Napisało ci się kiedyś w liście takie zdanie, że niepotrzebna ci jest moja cielesna obecność – powiedział z wysiłkiem.
            – Głuptasie, w ogóle nie znasz kobiet. Zresztą nie pamiętam tego – rzekła szczerze. – Na pewno w tym czasie podkochiwałam się w kimś. I dlatego tak ci napisałam. Właściwie ty lepiej to ująłeś: „napisało mi się” – położyła głowę na jego udach. – Miłość ma wymiar nie tylko biologiczny… Zrozum duży chłopczyku.
            – Cały czas to czuję.
            – Irku, od tamtego czasu stałam się innym człowiekiem. Wiele przeszłam. Otrzymałam prolongatę życia. Fizyczna emanacja uczucia to nie wszystko.
            – Wtedy, gdy odpłynęłaś w kabinie 239…
            – Pamiętasz numer? Ja w ogóle… – zdziwiła się.
           – …To było tak, jakbyś całkiem odpłynęła ode mnie.
            – Nie pleć dyrdymałów, Ireczku. Stale mieliśmy z sobą kontakt. Wcale nie odpłynęłam od ciebie. Przecież widzisz, że znowu się spotykamy … – rzekła nie spostrzegając słówka „widzisz”, którego starała się przy nim nie używać.
            – Tak, widzę doskonale – zaśmiał się, a wraz z nim zachichotała Halina. Uścisnęła jego prawą dłoń, którą znowu przeniosła na zabliźniony dekolt i z całej siły ją przytuliła.

 
Franciszek Czekierda

Fragmenty listów Ireneusza Morawskiego pochodzą z książki Marioli Pryzwan Listy do Haliny Poświatowskiej. Tylko mnie pogłaszcz. Ireneusz Morawski.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko