Maria Zielonka – Szklany dom

0
192
Janusz Hankowski

Na gałęziach nie pozostał już ani jeden liść. Nie pamiętała właściwie od kiedy tak jest, na pewno od kilku lat. Dlatego widząc dwa liście pływające w kałuży naprawdę się zdziwiła. Był to widok na tyle niezwykły, że nie miała ochoty zakłócać ich spokoju, gdy pływały po powierzchni wody. Całej tej scenie towarzyszył zapach tzw. podeszczowy, czyli najlepszy, jaki tylko istnieje. Wpatrywała się w dryfujące, o dziwo, kolorowe liście. Postanowiła zabrać ze sobą tę chwilę na dłużej i sięgnęła po jednego, bardziej żółtego. Ściskając ogonek, ruszyła dalej w kierunku wieży. Szła szarym chodnikiem, lub czymś, co kiedyś nim było. Minęła bury staw. W tym braku kolorów, tym bardziej żółty wydał się jej tak oderwany od tego, co znała. Zerwał się wiatr, schowała go do kieszeni, również szarego płaszcza, by przypadkiem nie odleciał. Nie mogła sobie pozwolić na stratę, tak cennego znaleziska. Spojrzała na wieżę, na której zegar  pokazywał już dziesiątą. Możliwe, że powinna zacząć już biec, by zdążyć do domu na czas. Nie miała jednak siły, by znowu dokądś spieszyć się. Przez chwilę miała ochotę, by zrobić światu jeszcze bardziej na złość i usiąść na trawie, którą przed takimi jak ona, bronił ogromny, czerwony napis „nie niszczyć zieleni”. Dziwne, że ktoś kiedyś wpadł na pomysł, by nie chodzić po trawie. Filozofowała na temat trawników i terenów zielonych, gdy nagle go zobaczyła. Zawsze tędy szła i jeszcze nigdy nikogo nie spotkała. Przestraszyła się. Kiwnęli sobie głowami na powitanie.

Chcesz się przejść? – zapytał.

Zgodziła się, choć miała wątpliwości, co do słuszności tej decyzji. Zaczęli iść w milczeniu. Cisza była nie do zniesienia, ale nie miała zamiaru odzywać się pierwsza. Zresztą, co miałaby powiedzieć. Mijali dużo szarych bloków, w większości opuszczonych, o ile nie całkowicie zniszczonych. Obawiała się na niego spojrzeć, więc skupiła uwagę na swoich butach i na tym, by się nie potknąć, co zdarzało się jej dosyć często. Na drodze leżał kamień, idealny, by go ze sobą zabrać. Zwolniła, by go podnieść, gdy niespodziewanie on go kopnął. Spojrzała na niego z wyrzutem, ale od razu się zmieszała, on nic nie powiedział, nawet nie spojrzał. Zaczęła żałować swojej decyzji. Zawiał wiatr, chociaż może nigdy nie przestał. Szli w milczeniu, według niej całą wieczność, gdy na horyzoncie pojawiła się ławka. Nie była zmęczona, ale nie chciała też iść.

– Ja siadam – oznajmiła. Nie miał wyjścia, nie mógł iść bez niej. Usiadł obok. Zaczęła machać nogami, schowała ręce do kieszeni. Wyczuła swoje znalezisko, wyjęła.

– Skąd to masz? – spytał obojętnie, choć widziała zaskoczenie, którego nikt nie byłby w stanie ukryć.

– Znalazłam. Koło stawu.

– Wiesz, że kiedyś mieszkały w nim kaczki. Widziałaś kiedyś małą kaczkę?

– Nie widziałam. Żadnej właściwie nie widziałam.

– Ja też nie – znowu cisza, ale jednak się odezwał.

– Masz rozwiązane buty, wiesz? – zwróciła mu uwagę.

– Tak – zapiął kurtkę i poszli dalej. Może nie towarzyszyła im już niezręczna cisza, ale wciąż cisza. Znowu na drodze pojawił się kamień. Ostrożnie się schyliła, lecz tym razem go nie kopnął.

– Ten jest lepszy – powiedział.

Mocniej otuliła się płaszczem i poprawiła szalik, który zasłaniał prawie całą jej twarz. On zaciągnął na głowę kaptur. Chroniła ich noc, lecz mimo wszystko, gdyby ktoś ich zobaczył, a na dodatek zatrzymał, nie skończyłoby się to dobrze. Na ich szczęście księżyc dzisiaj był schowany za chmurami.  O tej porze nie wolno było już wychodzić z domu, ta zasada panowała już od dawna. Nie pamiętała, kiedy ostatnio bez strachu wyszła na dwór. Za każdym razem czuła niepokój, który teraz był jeszcze bardziej nasilony. Spojrzała na niego i zaczęła mu się przyglądać. Czy zawsze był taki wysoki? Pewnie tak. Nie miała czasu zastanawiać się nad tym dłużej, bo stanęli przed bramą, która w czasach swojej świetności musiała stanowić dobre zabezpieczenie. Dzisiaj wystarczyło ją obejść, bowiem po ogrodzeniu nie było już śladu. Patrzyli na ogromny budynek, oczywiście szary. Brakowało w nim szyb, oraz drzwi. Widok nie był przyjemny. Znowu na niego spojrzała, czekała aż coś powie, a gdy to nie nastąpiło, on nagle ruszył przed siebie. Zaczęła wspinać się za nim po rozwalających się schodach. Ciemność panująca w budynku sprawiła, że nic nie widziała, w pewnym momencie straciła równowagę.

– W porządku? – nie widziała go.

– Tak.

– A twoje buty?

– Co? Co z nimi? – spytała zdezorientowana.

– No, czy twoje buty były zawiązane –  mimo że go nie widziała, wyobraziła sobie jego dumny wyraz twarzy.

– To nie jest śmieszne, mogłam spaść – mruknęła, choć mimowolnie uśmiechnęła się. Napięcie między nimi, jakby momentalnie zniknęło. Zaczęli rozmawiać zupełnie swobodnie, pamiętając jednak o tym, że mogą tu nie być  sami. Świadomość, że byli tutaj w nocy, właściwie nielegalnie, sprawiła, że do uczucia niepokoju dołączyła ekscytacja.

– Pamiętasz swój pierwszy dzień tutaj? – niespodziewanie zapytał. Oczywiście, że pamiętała.

– Oczywiście, że pamiętam. Zresztą pewnie, jak każdy. Wiem, że rano przebierałam się z trzy razy i ostatecznie wybrałam

– Czerwony sweter.

– Tak – zdziwiła się, że to wiedział – stałam sama pod salą i z nikim tego dnia nie rozmawiałam. Żałuję tego właściwie do dzisiaj. Już nigdy ich pewnie nie zobaczę, ani tym bardziej nie poznam.

– Nie możesz być taką pesymistką – odparł – może pewnego dnia, może nawet jutro, ktoś tu przyjdzie i posprząta, a ktoś inny wstawi okna.

– Nowe szklane domy?

– Tak, coś w tym rodzaju. Pomyśl, gdyby cały budynek był szklany. Wszyscy by nas widzieli. Albo lepiej – rozmarzył się – lustra weneckie, tak, żebyśmy to tylko my mogli obserwować świat na zewnątrz – ona nie podzielała jego entuzjazmu.

– Nie wydaje mi się, żeby tak się stało.

– Ale zobacz. My dziś rozmawiamy, czyli nie miałaś racji – próbował ją rozweselić, ale chyba na niewiele się to zdało.

Zamilkli ponownie na dłuższą chwilę, którą co jakiś czas przerywało kapanie wody, która dostawała się do środka przez dziurawy dach. Mijali kolejne pomieszczenia, wszędzie porozrzucane były krzesła i stoły. Trudno było sobie wyobrazić, że kiedyś wyglądało to inaczej. Wiedziała, że nie powinni tu być, ale ciekawość brała górę. On zdjął kaptur i głęboko odetchnął.

– Co robisz? – przeraziła się –  zakładaj z powrotem!

– Jakby ktoś nas złapał, to chyba i tak by to już nie miało znaczenia, nie sądzisz?

Miał rację, więc i ona postanowiła odwinąć szalik. Jej twarz owiało  zimne powietrze. Było to przyjemne i dawno zapomniane uczucie, zarezerwowane tylko na wyjątkowe chwile, a ta dokładnie taka była. W tym momencie wszystko było oderwane od szarej rzeczywistości, przypominało jej to raczej sen. Miała wrażenie, jakby jej tu nie było, albo obserwowała całą tę scenę z boku. Wydawało jej się to nierealne, przechadzanie się tędy, jeszcze z nim. Poczuła nagłą tęsknotę za czymś, co zostało jej odebrane, zanim zdążyła to poznać i zdecydować, czy tego w ogóle chce. Przez cały ten czas tłumiła w sobie to uczucie, starając się to jakoś przetrwać. To, co zdarzyło się tak niespodziewanie, na co nikt nie miał wpływu . Coś w niej pękło.

– Mam już dosyć–  oznajmiła.

– Mnie? –  tym razem to on się przestraszył.

– Nie, ale też. No wszystkiego. Ich. Tamtych. Tego – zaczęła wymieniać bezradnie – czy naprawdę nikt nie wie, jak to cofnąć albo to naprawić? – zamilkła zdziwiona swoim wybuchem. Zawstydziła się, że wraz odsłonięciem szalika, odsłoniła też siebie.

– Nie mam pojęcia. Też jestem zły. Wyobraź sobie, ile sytuacji się przez to nie wydarzy, albo ilu ludzi nie spotkasz. Ilu rzeczy nie powiesz, które może odmieniłyby całe twoje życie.

– Nie myślałam o tym tak abstrakcyjnie – zastanowiła się.

– To może taki scenariusz: nie spotkasz kogoś, kto zna kogoś, który rozmawiał z kimś, kto zajmuje się tym, co mogłoby sprawić, że zarobisz milion złoty.

– Może – nadal nie potrafiła się uśmiechnąć.

– Albo, nie pójdziesz do jakiegoś miejsca, w którym zobaczyłabyś, dokładnie tę rzecz. To by dopiero było. Albo gorzej. Byłaś już  w tym miejscu i zobaczyłaś tę rzecz, ale dopiero za drugim razem, którego nie było, zwróciłabyś na to uwagę.  

– Albo na kogoś – podniosła wzrok.

– No –  przestali się śmiać.

– O, zobacz – wskazał palcem w kierunku ściany. Podeszli bliżej, gdy się przyjrzała, zobaczyła mnóstwo napisów. Z początku trudno było cokolwiek z tego odczytać.

– To są historie – powiedział nie patrząc jej w oczy – te historie, które mogły, ale nigdy się nie wydarzą, albo potoczyły zupełnie inaczej.

– Nie rozumiem – nie widziała tego w ten sposób.

– Przypatrz się, albo raczej wczytaj. Na przykład  ten: Mati już nie żyjesz ty…

– Dobra, nie kończ – ucięła.

– Tutaj ewidentnie, ktoś miał plan wobec owego Matiego, ale bardzo możliwe, że go nie zrealizował, bo się już więcej nie spotkali. A może gdyby się spotkali, to zostaliby przyjaciółmi na wieczność. Kto wie – rozejrzał się – tutaj z kolei – wskazał na przekreślony napis „Pola+ Michał”- pomyśl, do jakich dramatów musiało dojść, i które jak widzimy, nie zostały naprawione.  Może dziś Pola i Michał mieliby gromadkę dzieci – rozweselanie przyniosło odwrotny skutek.

– Świat się, jakby zatrzymał, zamarzł – posmutniała, ale nagle zreflektowała  się –  czemu tutaj jesteśmy?

– Możemy iść gdzieś indziej.

– Nie. Czemu my. Dzisiaj. Skąd wiedziałeś, że będę tamtędy szła. Śledzisz mnie?

– Nie – powiedział spokojnie – nie dziś  –  spojrzała na niego z przestrachem – po prostu, chciałem za tobą iść, znaczy z tobą – zmieszał się – tego pierwszego dnia – widziała jak się czerwieni. Nie wiedziała co powiedzieć.

– Czyli to nie był przypadek? – spytała w końcu.

– Zależy, jak to tego podejść. Przecież mogłaś wyjść trochę wcześniej, albo trochę później. Albo zmienić trasę. Albo ja bym zmienił zdanie… – zaczął wymieniać.

– Ktoś poznał kogoś, za drugim razem – powiedziała przyglądając się ścianie.

– Można tak powiedzieć.

– Czyli to trochę tak, jakbyśmy naprawili przeszłość.

– Albo przyszłość.

Zeszli po stromych schodach i wyszli z budynku. Możliwe, że byli tutaj po raz ostatni. Schowali ręce do kieszeni, ale nie założyli szalików, ani kapturów. Żadne z nich nie chciało się znowu ukrywać. Rozdzielili się w miejscu, w którym się spotkali, nie mając pewności, czy cokolwiek się zmieniło. Chodnik, staw i bloki nadal pozostawały szare, podobnie jak cała reszta świata. Oczywiście poza znaleziskiem w jej kieszeni.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko