Józef Baran – WIARYGODNOŚĆ

0
223

Liryka Marii Gibały, a wydała właśnie trzeci tomik, jest wiarygodna.

Cóż to takiego wiarygodność w poezji czy w ogóle w sztuce?

To oznacza, że wierzymy, iż uczucia, ekspresja, emocje, które poetka wyraża albo stara się wyrazić, są jej prawdą wewnętrzną, nieskłamaną, niezapożyczoną, są jej, tylko jej, doznaniami i uczuciami – a równocześnie – i wtedy utwory poetki wydają się najlepsze – dotyczą każdego z nas. Pisząc „wiarygodne”, mam na myśli nie tylko treści, ale także formę: charakterystyczną tylko i wyłącznie dla jej stylu, dla jej dykcji poetyckiej. Ma swoje słowa, swój sposób zaklinania rzeczywistości i artystycznego przetwarzania jej. Poeta rodzi się bowiem w momencie, gdy wkracza na własną ścieżkę stylu. Nie wtedy, gdy uczenie naśladuje kogoś innego, nawet wielkiego, i jest zgrabną imitacją Szymborskiej, Świrszczyńskiej czy Poświatowskiej, lecz wtedy, gdy udaje mu się być Sobą, dorosnąć do Siebie, znaleźć odpowiednie słowo dla siebie, odpowiedni i wiarygodny sposób opowiadania o sobie, o swoim świecie, choćby skromnym, ale na własną miarę.

Maria Gibała jest sobą, kiedy pisze o „poezji, która chadza własnymi ścieżkami” czytaniu przez mamę „Pana Tadeusza”. Także, gdy wspomina sielskie dzieciństwo, dom rodzinny, gospodarstwo, pole, sad, gdy wyraża żal z powodu choroby i umierania matki czy odchodzenia najbliższych i dalekich, ale podziwianych. Jest w swoim żywiole szczególnie, kiedy odmalowuje kolory miłości, czasami z niezwykłą zmysłowością i plastycznością:


PYTANIE

czy moja wilgoć
zaspakaja twoje pragnienie?

jestem oceanem z oceanów
morzem z mórz
kiedy sie we mnie zanurzasz
wody wylewają z brzegów
toniesz w powodzi
słodko-słonych rozlewisk
zbierasz ustami przypływy wilgoci
odpływy wypełniasz potokiem
koralowych słów
nasłuchujesz w muszlach odpowiedzi
ogrzewasz w pulsującym źródle
unosisz się i opadasz niesiony na fali

Innym razem, gdy pisze o braku miłości lub o „poomackowym” poszukiwaniu (bo przecież wszyscy szukamy jej po omacku i na ślepo):

TEGO SAMEGO GATUNKU

jak dwa ślimaki
niby wolni
sa jednak zamknięte w skorupach
własnych światow
wychodzimy
dotykamy się
czujemy

boimy się zamknąć za sobą drzwi
poczuć w pełni jedność

Zresztą Maria Gibała, o czymkolwiek pisałaby, jest jak Szeherezada, która umie w swoim stylu i zajmująco wieść narrację nawet wówczas, gdy porusza sprawy drobne, błahe, wydawałoby się prozaiczne, jak palenie pierza czy zwożenie snopków. Autorka „Palenia pierza” jest po prostu urodzoną poetką, choć wielki awangardysta Julian Przyboś twierdził, że poetą się „bywa”.

Oczywiście, ta płynna mowa poetycka, ta pewnego rodzaju pozorna łatwość pisania mogłaby się okazać zgubna, gdyby poetka pisała za dużo i gdyby jej bardzo osobiste wiersze gubiły z pola widzenia uniwersalność. Ale na razie jej to nie grozi. Na razie utrzymuje balans między tym, co prywatne, a tym, co ogólne. Na razie nie pisze za dużo. Pisze w sam raz. Jeśli nawet ktoś próbowałby zarzucać autorce, że jej świat poetycki nie jest duży, że nie jest ona poetką kultury, erudycji, wielkich syntez, uogólnień, to niewątpliwie musi zauważyć, że w obrębie owego niedużego światka poetyckiego potrafi wiele zmieścić, intuicyjnie i w swojej mikroskali dotknąć sercem właśnie tego, nad czym biedzą się filozofowie usiłujący rozwikłać rozumem zagadki istnienia.

Ma ona też niewątpliwy dar podnoszenia do poetyckich wyżyn wszystkiego, czego tknie piórem. Za pomocą zwykłych słów, prostych, ale świeżych metafor umie znaleźć porozumienie z czytelnikiem, podbić jego wrażliwość, uwieść wyobraźnię.

Czy na długo starczy poetce materiału/doświadczenia na krojenie liryki w najlepszym gatunku? Nie wiem. Wiem, że na razie jej starcza. A przed sobą ma przecież jeszcze tyle nocy i dni, i tyle opowiadania o tych nocach i dniach!

Maria Gibała, “Palenie pierza”, Mamiko 2020, str. 102

Józef Baran

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko