Olga Derewiecka – SIOSTRY

0
470
Franciszek Maśluszczak

Były sobie siostry. Jak dwie połówki, jak niebo i ziemia, jak yin i yang, jak księżyc i słońce, jak stół i krzesło, jak lewe ucho z prawym, jak prawe oko z lewym. Nierozłączne. Kochane i niekochające,  kochające i nienawidzące. Były ślepe i widzące. Były aniołem i diabłem, duszą i ciałem. Były. Zawsze i wszędzie. Mawiają, że siostry związane są więzami krwi tak silnymi, że nic ani nikt nie jest w stanie ich rozerwać. Czy to prawda?

Była piękna. Nie zawsze taka była. Kiedyś była nawet brzydka. I gruba. I miała krzywy nos. Na szczęście rodzice zlitowali się nad nią i zapłacili ze operację przegrody nosowej. Ból niewyobrażalny. A później musiała być chuda. Wtedy wiedziała, że panuje nad wszystkim. Sprawdzała swój nadgarstek. Po każdym posiłku, a nie jadła ich nie wiadomo jakich! O co to to nie. Nie była tak głupia jak jej młodsza siostra, która nic tylko żarła. Nie jadła, a żarła. Nie odmawiała sobie niczego. A ona? Ona musiała. Wciąż jadła surówki, owoce, jogurty, a nadgarstek wciąż był taki sam. Nawet wtedy, kiedy wszyscy zaczęli mówić, że znika, nawet kiedy musiała wypychać sobie spodnie ręcznikami, żeby widać było, że ma jakieś ciało, nawet wtedy, kiedy wrzucała za lodówkę kanapki szkolne. Nadgarstek wciąż pozostawał bez zmian. A potem wyjechała. Nie nadawała się do dużego miasta, ale musiała. Pojechała i wszyscy chcieli ją swatać. Nie wiedziała czy to jakaś przypadłość, nowa moda, czy litość, że zawsze była sama i jak piąte koło u wozu wszystkie przyjaciółki z facetami u boki zabierały ja ze sobą. Najpierw jej się to podobało, później – bawiło. Aż wreszcie była tylko wkurwiona. I wreszcie musiała przestać wychodzić, bo nikt nie nawinął jej się na oko. Ot. Teraz to co innego. Jest piękna, ma bogatego męża, dobrą pracę i syna. Ale dba o ciało, o wygląd, zawsze musi dobrze wyglądać. Teraz czuje się jak pani na włościach. Swoich włościach.

Była brzydka. Nie zawsze taka była. Kiedyś była nawet ładna. I chuda. I miała długie nogi. Na szczęście rodzice nie bronili jej ubierać się, aby mogła ukazywać swoje wdzięki. Lubiła jeść, ale wiedziała, że nie będzie nigdy chuda. Lubiła się bawić, jeść, pić dobry alkohol i spędzać czas z przyjaciółmi. Czasami traciła kontrolę nad życiem i pozwalała mu płynąc swoim nurtem. I nigdy nie żałowała. Bo miała umiejętność przystosowania się do każdej sytuacji. Mężczyźni zawsze ją adorowali, ale ona nie była żadnym zainteresowana. Czekała na księcia. Tego z bajki, najlepiej na białym koniu. I mimo, że wciąż była w gronie mężczyzn, to jakoś żaden z nich nie był właśnie tym księciem. Nigdy jej to nie przeszkadzało. Kochała, była kochana i dobrze się bawiła. A życie stało przed nią otworem. Ot. Teraz to co innego. Jest brzydka, męża i owszem znalazła, ale dosłownie w lesie, nie pracuje, wychowuje dwie córki. Nie dba o swój wygląd, bo nie ma kiedy, a nie musi zawsze dobrze wyglądać. Teraz czuje się jak zero. Całkowite zero.

Pamięta jak przez mgłę, kiedy była dzieckiem, lubiła lody cytrynowe. Kiedyś ukochany tata zabrał ją na spacer, a ona tak bardzo chciała, aby poszli na lody. A nie poszli. Byli w kinie, ale ona nie patrzyła na bajkę, nie widziała nic. Ona myślała o tych lodach cytrynowych, których już nie zje. Marzyła o nich.

Pamięta, kiedy była dzieckiem nienawidziła lodów cytrynowych. Kiedyś musiał zając się nią ojciec i poszli do jego kolegów do kosmosu. Prawdziwy kosmos to był! Melina! Usadził ja przy barze z barmanką, kupił lody cytrynowe, a sam pił do upadłego. Prowadziła go potem do domu. Nie wie, jak doszli.. Nienawidzi lodów cytrynowych. Kojarzą jej się z ojcem i wódką.

Nie mogła narzekać. Miała wspaniałego męża. Cudownego syna. Dobrze zarabiała i żyła sobie jak panisko. Czy się kochali? Pewnie tak. Już nie pamięta. Teraz była w kolejnej ciąży, drugiej szczegółowo zaplanowanej! chociaż wszyscy jej odradzali, bo przecież jest już po czterdziestce. Ale ona się uparła. Musiała mieć normalną rodzinę. Z dwójką dzieci. Najlepiej parkę – chłopca i dziewczynkę. Wtedy jej yin i yang zostałoby zachowane w harmonijnym układzie. Chociaż o jakiej harmonii ona mówi? Przecież co niedziela chodzi do kościoła, ma za co dziękować, w końcu tyle dobrobytu tylko bóg mógł jej zesłać. Dziękuje mu co noc. Bo przecież kochać się z  mężem nie może, bo to niezgodne z kościołem, to chociaż będzie dziękowała bogu. A jak dziękuje? A niech to już zostanie moją tajemnicą.

Nie narzekała. A mogła i nawet musiała. Może jej mąż nie był ideałem, ale kochali się szaleńczo. Mieli dwójkę dzieciaków. Obie dziewczyny z wpadek. Niekontrolowanych. Ale jakże szaleńczo kochanych. Tworzyli raczej szczęśliwą rodzinę. Kochali się. Szanowali. Mieli wzloty i upadki. Jak wszędzie. Ale byli razem. I to było dla nich najważniejsze. Nie. Nie chodzą do kościoła. Nie wierzą w boga. Kiedyś może i wierzyli, ależ czasem wiarę zasłoniło to, co wyprawia instytucja kościoła. Jakaś materia istnieje, siła wyższa, każdy nazywa ją jak chce i żyje zgodnie z czym lub kim chce. Najważniejsze, żeby zawsze być człowiekiem. Szczególnie dla drugiego człowieka. Codziennie dziękuje za przeżyty dobrze dzień. A komu? Nikomu. Po prostu dziękuje.

Dzieciństwo miała szczęśliwe. Matka zawsze w domu, ojciec pracował. Wszystko było na swoim miejscu. Wakacje raz w roku, ferie. Święta w rodzinnym gronie, weekendowe wypady nad jezioro. Mieli ogród w domu rodzinnym. Wielki, piękny. I sad. Jabłonie, śliwy, czereśnie, grusze, krzaki aronii, porzeczek i agrestu. Cudowne chwile. Kochała ten błogi stan.  Tata dbał o nich jak nikt na świecie. Kupował zabawki, przywoził bogate prezenty z delegacji. Zawsze miała więcej i ładniej niż wszystkie jej koleżanki. Tak. Dzieciństwo miała wspaniale.

Dzieciństwo miała … ach. Lepiej nie wspominać. Matka zawsze w pracy, ojciec też. Nic nie było na swoim miejscu. Wszystko stało na głowie. W głowie pozostały slajdy. Pamięta, jak płakała kiedy wróciła ze szkoły, a matka klęczała przed otwartym piekarnikiem, nad nią stał ojciec z zapalonym papierosem i śmiał się do rozpuku, że wysadzi ten pierdolnik w pizdu. Mieli ogród w domu rodzinnym. Wielki, zaniedbany. I sad. Jabłonie, śliwy, czereśnie, grusze, krzaki aronii, porzeczek i agrestu. Nienawidziła tego sadu. Każde wakacje oznaczały zbiory, przetwory,  i ciężką pracę, głównie na targowiska, żeby sprzedać cokolwiek, aby mieć choć trochę pieniędzy. Nigdy niczego nie miała. Na wszystko musiała ciężko pracować, a i tak wciąż jej brakowało. W szkole udawała, że wszystko jest dobrze, ale i tak wszyscy wiedzieli. Innego życia chciała.

Nie kończyła studiów, bo po co? Prace miała na wyciagnięcie ręki. Im szybciej do pracy tym lepiej. Doświadczenie, pieniądze, życie. Po co bawić się i przedłużać pseudo dzieciństwo lub pseudo dorosłość? Nie ma sensu. Kuć żelazo póki gorące. I to jej na dobre wyszło. Studia zrobiła później. Hobbystycznie.

Skończyła studia. Marzyła o nich. One były jej oknem na świat i ucieczką. W międzyczasie pracowała. Mało zarabiała, ale zdobywała jakieś doświadczenie i miała na życie. I cóż jej te studia dały? Nic. Przekwalifikowała się jeszcze z dwa razy. Ostatecznie musiała zostać fryzjerką. Nie było pracy dla ludzi z jej wykształceniem. Przynajmniej w tej dziurze, w której zamieszkała z mężem. On zresztą też po studiach, a musiał szybko się przebranżowić. Bynajmniej nie hobbystycznie.

Zachorowała. Nikt nie potrafił jej zdiagnozować. Z dnia na dzień popadała w coraz większą czarną dziurę. Chudła w oczach. Nie sypiała. A jak zasypiała, nie potrafiła się dobudzić. Bała się nocy, ale i dnia. Lęki ją przerastały. Musiała wziąć wolne w pracy, aby dojść do siebie, a wciąż nie dochodziła. Mąż woził ją po wszystkich lekarzach, profesorach, nawet szarlatanach. Tężyczka. Wystarczył magnez i trochę potasu.

Nigdy nie chorowała. Nosiła choroby w sobie. Urodziła się z wadami wrodzonymi, ale akceptowała je od początku. To one nadawały jej charakteru, uczyły i towarzyszyły od początku jej życia. Nie wiedziała, co znaczy żyć bez nich. Wiec po prostu żyła z nimi. Chyba nie były śmiertelne, do tej pory przecież jest. Ale nie ma czasu, ani pieniędzy na leczenie. Wytrzyma. Do śmierci. Własnej oczywiście.

Zadzwoniła do niej siostra. Chciała, aby zaopiekowała się jej dziećmi. Ale ona przecież nie będzie bawiła obcych bachorów. Co z tego, że siostrzenice. Nie zamierza. Każdy ma swoje dzieci, swoją odpowiedzialność. Niech sobie nianię zatrudni. Głupia.

Zadzwoniła do siostry. Chciała, aby zaopiekowała się jej dziewczynkami. Musiała pilnie wyjechać na kilka godzin, a nikogo nie było do opieki. Ale siostra nie zamierzała jej pomóc. Każdy ma swoje dzieci, stwierdziła, a jak chce, niech sobie nianię zatrudni. Gdyby tylko miała pieniądze. Głupia.

No właśnie. Siostra. Były jak słońce i księżyc. Ona oczywiście była słońcem. Jej blask ogrzewał wszystkich dookoła, a ona błyszczała, wreszcie! Zresztą, pasowało jej to porównanie, bo chodziła spać z kurami, jak mawiają na wsi.  A wstawała wcześnie rano.

No właśnie. Siostra. Były jak księżyc i słońce. I ona oczywiście była księżycem, tak zawsze mówiła jej siostra. Nie miała powodów jej nie wierzyć, w końcu była starsza. I mądrzejsza. Ona z kolei lubiła ten swój księżyc. Prowadziła nocne życie, kiedy wszyscy już spali, i mogła odetchnąć od gwaru codzienności. A wstawała wcześnie rano.

Mieszkała w wielkim apartamentowcu w wielkim mieście. Z ochroną, zamkniętym podwórkiem, basenem, sauną i wszystkim tym, o czym tylko można marzyć. O nic nie musiała się martwić. Przyroda, to tylko taka pod kontrolą, w parku. Nawet wiewiórki przepędzała, bo to siedlisko zarazków i bógjedenwieczego.

Mieszkała w drewnianej leśniczówce w środku lasu. Otaczała ją ciemność, drzewa, zwierzęta. Zawsze o tym marzyła, choć  musiała martwić się o wszystko. Przytulała się do brzóz, piła wodę brzozową, żuła łuski dębu, wygrzebywała z ziemi korzenie, i dbała o księżycowe drzewo. Zgodnie z zaleceniami Leszka, z czułością nazywanego Leszym. Swojego męża.

Swoich przyjaciół mogła policzyć na palcach jednej dłoni. Nawet grona znajomych nie miała. Lubiła swoja samotnię. Była raczej domolubna. Może była, a może nieco ją do tego przymusiła sytuacja. Teraz już sama nie pamięta. W każdym razie lubi spotykać się z ludźmi, ale na godzinkę, dwie i wio, do domu. Gości rzadko przyjmuje. Po co? Przyjdą, wszystkie kąty obejrzą, obgadają za plecami. Woli spotykać się w kawiarni. Poza swoją przystanią. Czasami zabiera męża. Ale on nie zawsze chce. Syna – raczej z przymusu, jeśli idzie z mężem. Jeśli sama – zostają we dwóch w domu. I taki układ jest najlepszy. Niania? Boże. Nigdy. Żeby  jakaś obca baba jej dziecko wychowywała? A później jej synek będzie mieć wspomnienia nie z nią, biologiczną matką, a z jakąś przybłędą? Nie. Nie stać ją na to, aby pozwolić na taką sytuację!

Przyjaciele? Raczej już nie miewała. Znajomi, jak najbardziej. Zacne grono, z którymi wspaniale i energicznie spędzała czas. Jeździli, zwiedzali, imprezowali. Owszem. A mąż? Mąż był odludkiem. Samotnikiem. I teraz  kiedy mieszka w lesie powoli zaczyna rozumieć jego stan. Sama spotyka się z innymi tylko wtedy kiedy musi. Raczej woli towarzystwo męża, dzieci i leśnych zwierząt. Nie specjalnie ma ochotę na obecność innych w ich małym świecie. Może już za stara jest na to? Albo zbyt mądra, jak mówi jej Leszy?

Kładła się spać z przeświadczeniem, że coś się kończy. Ale jak zawsze włączyła sobie nagranie motywacyjne jakiegoś coacha i swoje złe przeczucia zamieniła na złote, według niej, myśli: coś się kończy, aby mogło się zacząć coś nowego. I tym razem zawiodło ją przeczucie. Męża obudził dziwny zapach. W zasadzie nie zapach, a smród, jakiego nigdy nie czuł. Zapalił lampkę przy łóżku i rozejrzał się, ale jej nie było. Popatrzył na puste miejsce obok siebie. Ale nie do końca było puste. Wyskoczył i natychmiast zadzwonił po policję, a sam z synem uciekli z mieszkania do sąsiadów.

Siedziała na schodach przed domem i patrzyła dziki staw. Dawno się w nim nie kąpała, pomyślała, a gorąco uderzało w nią raz po razie. Przy drzewie stal Leszy. Nie widziała go, ale on ją bacznie obserwował. Było jej coraz bardziej gorąco i gorąco. Rozebrała się, ale i to nie pomogło. A Leszy stał tam przy tym drzewie i patrzył jak jego żonę bezwstydnie zabiera jego brat.

A później, nikt już nie pamiętał, że w dwóch różnych miejscach, dwie kompletnie różne kobiety tej samej krwi uznano za spalone. Powód? Nieznany, jak to zwykle bywa przy samospaleniu. Siostry i ich schizofrenia.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko