DWA FAKTY
W Kalendarzu i klepsydrze (1976) Tadeusz Konwicki poświęcił długi passus swemu przyjacielowi, Stanisławowi Dygatowi. Jego treść była zaczepna, najeżona ironią, złośliwościami, subiektywnymi ocenami i anegdotami z życia pisarza. Po publikacji Dygat obraził się.
W grudniu 1977 roku odbyła się kolaudacja filmu Ewy Kruk, Palace Hotel, na podstawie powieści Dygata Dworzec w Monachium. Po ostrym ataku filmowych partyjniaków na prezentowany obraz, a szczególnie na pisarza, film otrzymał zakaz rozpowszechniania, dzieląc los innych „półkowników”. Dygat boleśnie przeżył tę napaść. Niespełna dwa miesiące po kolaudacji, 29 stycznia 1978 roku, zmarł na serce. Wedle powszechnie panującej opinii atak na pisarza przyczynił się do jego śmierci.
W CZYŚĆCU
Brama z libańskich cedrów była wysoka. W celestynowej przestrzeni nikt nie widział jej górnej krawędzi. Najstarsi mieszkańcy otchłani powiadali, że sięgała nieba. Jedno skrzydło bramy otwierane było niewidzialną mocą raz dziennie. Przez nie wchodzili ludzie pełni nadziei, po zakończeniu ziemskiego bytowania. Wewnątrz czyśćca przed bramą stali wieloletni mieszkańcy, wypatrując członków rodziny, znajomych i przyjaciół. Był to rytuał, stanowiący małą radość pośród męczącego i nudnego oczekiwania na doskonały żywot gdzieś w innej przestrzeni poza czasem. Goście mogli rozmawiać z nowoprzybyłymi tylko w dniu ich pojawienia się. Pozostałe dni, miesiące i lata spędzali w milczeniu. Milczenie było jednym z najdotkliwszych cierpień.
Według czasu ziemskiego był siódmy dzień stycznia 2015 roku, środowy wieczór. Stanisław Dygat przeczuwał, że coś się wydarzy. Przecisnąwszy się przez zbity tłum, dostał się w pobliże bramy. Po jej otwarciu pojawiały się osoby ze szczęśliwymi twarzami. Ich przejście przez próg trwało długo.
– Tadziu! – krzyknął Dygat, wyłowiwszy wzrokiem Konwickiego z niezliczonej rzeszy. – Nie widzieliśmy się trzydzieści siedem lat. Brakowało mi rozmów z tobą, najbardziej telefonicznych. Już traciłem nadzieję.
– Ja nigdy nie wątpiłem, że cię tu spotkam – Tadeusz ucieszył się, ujrzawszy przyjaciela.
Uścisnęli się serdecznie.
– Skąd ta pewność?
– Nie pamiętasz pocztówki starego Wilna, którą mi przysłałeś na miesiąc przed swoim odejściem?
– Coś tam naskrobałem. Bodaj modlitwę… – rzekł niepewnie.
– Westchnienie, a raczej błaganie: „Niech Matka Boska Ostrobramska czuwa nad nami, Staś. 1978”. Coś przeczuwałeś? – Konwicki zaciekawił się.
– W dorosłym życiu rzadko się modliłem, a w styczniu tamtego roku poczułem nagły impuls… Wiesz, podobała mi się twoja modlitwa z jakiejś książki: „Boże, kimkolwiek jesteś, Boże naszej galaktyki albo naszego kosmosu, Boże wszystkich wszechświatów, Duchu Święty wszelakich wymiarów nieskończoności, Synu Boży wszechogarniającego rozumu i powszechnej dobroci […], wejrzyj na nas […] ogrzej strzępem swojej łaski, nakarm kroplą swojej mądrości…”. Dalej nie pamiętam. Pomyślałem wtedy, że chyba jednak nie jesteś chytrym Litwinem, przewrotnym niegodziwcem, za którego cię uważałem po siedemdziesiątym szóstym.
Konwicki żachnął się po usłyszeniu ostatniego zdania.
– To prawdziwy cud, żeśmy się tu znaleźli – próbował zmienić temat. – Trochę się nam nazbierało grzeszków…
– Tadeusz, pochwaliłem cię za wzniosłe słowa, ale… mów za siebie. Ja już parę latek tu odpokutowałem. Teraz pora na ciebie – Dygat zmienił ton na poważny.
– Przywitałeś mnie miło, a teraz naskakujesz?
– Zapomniałeś, kto na kogo naskoczył? Chodź – pociągnął go za rękaw marynarki. – Przejdźmy do parku zwierzeń, tam spokojnie pogadamy.
– Musimy? – Konwicki szedł za Dygatem niechętnie.
– Ja nie muszę, ty nie masz wyjścia.
Pisarze udali się w kierunku niebieskiego trawnika, na którym stały suche drzewa i proste ławy z piaskowca. Większość była zajęta. Pod drzewem znaleźli wolną ławkę. Usiedli.
– W literaturze czy filmie to się zdarza: zaprzyjaźnić się z kimś, a potem obrzucić go rynsztokowym błotem – zaczął Dygat. – Ale w życiu…? Nigdy nie myślałem, że to mnie spotka. Powiedz, dlaczego w Kalendarzu tak brutalnie na mnie napadłeś? To była nikczemność. Tylko mów szczerze…
– Wydaje mi się, że tu nie można mówić inaczej, jak tylko szczerze.
– Nie wykręcaj się! – Dygat był stanowczy.
– Może pogadamy kiedy indziej…
– Regulamin zezwala rozmawiać z nowoprzybyłym tylko raz i tylko w dniu jego przybycia.
– A ile trwa tutaj dzień?
– Dowiesz się w swoim czasie. Nie zbaczaj z tematu. Gadaj dlaczego to zrobiłeś?
– Stasiu, przecież pogodziliśmy się.
– Nie pamiętam.
– Wtedy, kiedy ostatnim razem wróciłeś ze Stanów. Przywiozłeś mi od Marysi wkłady do Watermana i coś tam jeszcze.
– A, o to ci chodzi… Owszem, spotkaliśmy się, potem nawet miesiącami gadaliśmy przez telefon, ale nie pogodziliśmy się.
– Mnie się wydawało co innego – Konwicki zdziwił się.
Dygat zdenerwował się, oczy nabrzmiały mu krwią.
– Wyciągnąłem do ciebie rękę, pierwszy zadzwoniłem, ale nie przebaczyłem ci kalumnii, którymi mnie obrzuciłeś.
– Kalumni? Staszku, niepotrzebnie się obraziłeś, tak jak Gombrowicz niepotrzebnie obraził się na Andrzejewskiego za jego książkę Idzie skacząc po górach. Pamiętasz?
– Witold utożsamił się z postacią malarza homoseksualisty. I się śmiertelnie obraził. Faktycznie niepotrzebnie.
– Andrzejewski go sprowokował, stosując grę Gombrowicza, który – mimo, że stary wyga – dał się nabrać. Jerzy ujawnił, oczywiście w sposób zawoalowany, jego orientację. Przekroczył niepisaną granicę obowiązującą w tym światku, że pewnych rzeczy się nie ujawnia.
– Jerzy raczej nie, lecz Witek krył się z własną orientacją. Między nimi były jeszcze przedwojenne porachunki. Natomiast między nami, Tadziu, nie było żadnych porachunków. Andrzejewski miał na tyle taktu, że Gombra ubrał w szaty fikcyjnej postaci. Ty zaatakowałeś mnie wprost.
– Po pierwsze: nie zaatakowałem, a po drugie: nie całkiem wprost. Zastosowałem miks fikcji literackiej z rzeczywistością. Zapomniałeś co to przejaskrawienie, hiperbola, peryfraza…
– Dupola i sraza – Staś rzucił przez zaciśnięte usta.
Nagle odezwał się z góry głos potężny, niczym brzmienie trąb jerychońskich:
– Za te słowa, Stanisławie, dodatkowo odpokutujesz dwieście lat.
Tajemniczy głos był tak przenikliwy i bolesny, że pisarze przykryli sobie dłońmi uszy.
– Za jedno niewinne słówko stówka – zażartował starszy pisarz.
– Nieźle. Chyba koniec z żartami – zląkł się Konwicki. – Powiedz, wedle jakiej rachuby mierzony jest rok?
– Niech wam tajno nie będzie, iż jeden dzień u Pana jako tysiąc lat, a tysiąc lat jako jeden dzień – Dygat zarecytował uroczystym głosem.
– Nigdy nie cytowałeś Biblii.
– Nie zauważyłeś, że nastąpiła lekka zmiana okoliczności? A dwa listy apostolskie świętego Piotra wykułem na pamięć.
– Chcesz mu się podlizać? – Tadeusz uśmiechnął się lisio.
– Powiem ci w tajemnicy – Stanisław szeptał mu do ucha, osłaniając usta dłonią – że on ma słabość do ludzi pióra.
– Jak zwykle kpisz.
– Choć był prostym rybakiem, pod cudownym natchnieniem napisał dwa wspaniałe listy dorównujące pawłowym. Dlatego ma szacunek do robotników słowa.
Tadeusz kiwnął głową w geście zrozumienia. Nastała chwila milczenia, po której Stanisław spojrzał groźnie na przyjaciela.
– Nie zbaczajmy z tematu. Wyjaśnij, dlaczego nazwałeś mnie potworem z Mokotowa? I potworem z Żoliborza?
– Mówiłem ci, to hiperbola.
– Wsadź ją sobie do du… – Stanisław urwał w pół słowa, zakrywając dłonią usta. – Przepraszam – zsumitował się. – A to, że określiłeś mnie największą siłą destrukcyjną, mocą niszczycielską, z jaką się w życiu spotkałeś i że chciałem cię unicestwić… – to też hiperbola?
– Stasiu, zrozum, nie chciałem cię skrzywdzić.
– Ale skrzywdziłeś.
– To była pewna konwencja.
– Konwencja? – Dygat zdziwił się. – Rzekomo chciałem cię unicestwić, a tak naprawdę to ty zamierzałeś mnie zniszczyć. Ładna mi konwencja.
– Staszku, przecież sam rozbijałeś wszystkie konwencje dobrego towarzystwa, dobrych obyczajów, dobrych związków między ludźmi. Deptałeś wściekle światek fałszu intelektualnego i emocjonalnego, światek prymusów i pieszczoszków…
– Dość! – przerwał mu. – Uwielbiam pisarzy cytujących siebie – rzekł zgryźliwie. – Nie spodziewałem się tego po tobie. Wydawałeś mi się skromnym, przyzwoitym człowiekiem, tymczasem wychynął z ciebie diabeł… – Dygat wzdrygnął się po tym słowie, po czym zawołał ku górze: – Wybacz, święty Piotrze, wymsknęło mi się…
Konwicki spojrzał krytycznie na jego skruszoną twarz. „W obliczu wieczności ludzie przestają być sobą – pomyślał zaniepokojony. – Szkoda mi go…”.
Nagle zagrzmiało. Z góry ponownie rozległ się tubalny głos:
– Nakazuję kwadrans intensywnej gimnastyki szwedzkiej dla niższego dżentelmena – w tej sekundzie snop niebieskich promieni oświetlił Konwickiego, niczym wokalistę na scenie. – Ćwicz energicznie i z radością w sercu według wskazań młodzieńca – tubalny głos wydał ostatnie polecenie.
– Jakiego młodzieńca? – zdziwił się.
Nagle przed pisarzem pojawił się młodzianek o twarzy cherubina. Zaczął pokazywać mu, jak ma się gimnastykować.
– Nie dam rady. Mam już za stare kości… – Tadeusz żalił się. – Stasiu, o co tu chodzi?
– Ćwicz i nic nie mów. Musisz wzmacniać sprawność i siły, by wytrwać tu wiele lat. Otrzymałeś najniższy wymiar kary – wyjaśnił przyjaciel.
– Za co? Przecież nic złego nie zrobiłem – Konwicki z trudem wymachiwał rękami i robił przysiady. – Ja naprawdę nie mam sił.
– Musiałeś pomyśleć coś, co jest niezgodne z wieczystą prawdą. Bacz, byś więcej tego nie robił. Myśl pozytywnie.
Po piętnastu minutach gimnastyki Konwicki, wycieńczony, usiadł na ławie, wyciągając przed siebie nogi. Stanisław obserwował go bez współczucia.
– Wciąż nie pojmuję, Tadek, dlaczego napisałeś o mnie tak dużo nieznośnych idiotyzmów. Na przykład: „Dygat nieustannie śni o rynsztoku […]. Wytworny panicz, który na złość wszystkim lubi chodzić do burdelu”. – Po wypowiedzeniu ostatniego słowa zląkł się. – To był tylko cytat – zawołał usprawiedliwiającym się tonem ku chmurom, które w jednym miejscu jaskrawo zajaśniały.
Z daleka dobiegł lekki grzmot.
– To było tylko ostrzeżenie. Lepiej chwilę pomilczmy – Stanisław rzekł zlękniony. – Po gimnastycznej pokucie dobrze ci to zrobi.
Po paru minutach ciszy Tadeusz odezwał się.
– Ten tekst…
– Raczej łże-dziennik, na pewno paszkwil – poprawił go.
– …Tekst napisałem trochę prowokacyjnie – Konwicki kontynuował – a ściślej przyjacielsko zaczepnie. Wiem, że spowodował dużo nieporozumień, które rzuciły cień na naszą przyjaźń – dokończył z trudem.
– A jednak sumienie cię gryzie! – triumfował. – Bo ja mam czyste. Przynajmniej wobec ciebie. Nie skrzywdziłem cię. Przeciwnie, czegoś cię nauczyłem, a ty coś zyskałeś, wprowadziłem cię na interesujące pola towarzyskie, filmowe, literackie…
– Raczej wyprowadziłeś mnie w pole – Konwicki odgryzł się.
– Tadzik, po co wbijasz mi szpilę, jeżeli chcesz wyjaśnić swoją zaplątaną sprawę?
– Naszą sprawę.
– Ja jestem czysty. Nie uchybiłem ci, przeciwnie, dużo ci dałem – Dygat stwierdził z nutką satysfakcji.
– Dałeś? Dzięki tobie nic nie zyskałem i na szczęście nic też nie straciłem. Dzięki tobie nie stałem się specjalnie mądrzejszy, ani głupszy. Powiem ci prawdę: chciałeś mnie zabić, a tymczasem przywróciłeś życiu, uzdrowiłeś jak Łazarza.
– Znowu lecisz Kalendarzem. Wytarta klisza. Chyba stać cię na coś oryginalnego. Chociaż z tym Łazarzem… – Stanisław zastanowił się, przecierając palcami spocony nos – to całkiem niezłe. Przywołanie cudu jego wskrzeszenia jest tu na miejscu.
– Zdobędziemy u Kefasa parę punktów – Konwicki wskazał palcem do góry, uśmiechając się żartobliwie.
– Tadziu, nie bądź taki hej, do przodu. Ale… powracając do cudu, wytłumacz mi jedno: raz mówisz, że dzięki mnie nic nie zyskałeś, a zaraz potem twierdzisz, że przywróciłem cię życiu. Widzę tu brak logiki, bo wydaje mi się, że jednak coś zyskałeś.
Konwicki poskrobał się po głowie, po czym przejechał dłonią czoło od brwi w górę, jak to miał w zwyczaju. „Przyłapał mnie na niekonsekwencji” – pomyślał zasmucony.
Ponownie zagrzmiało, tym razem lekko.
– Słyszałeś? – Dygat wskazał palcem źródło grzmotu. – Ponownie coś pomyślałeś przeciwko mnie. Mów, co…? – zapytał podenerwowany.
– Że przyłapałeś mnie na niekonsekwencji. Skoro uważasz, że to jest przeciwko tobie, to logika w tej poczekalni nie działa… – Konwicki był zadowolony.
– Nie wymądrzej się. Ten grzmot i twoja myśl to przypadkowa koincydencja.
– Przerwa na lancz – ze wszystkich stron zabrzmiał mocny głos.
Siedzący na ławach wstali, spacerowicze przystanęli. Wszyscy wyciągnęli przed siebie ręce, składając dłonie w kształcie miseczek.
– O co tu chodzi, Stasiu? – zdumiał się Tadeusz.
– Za chwilę spadnie ryż. Łap i najedz się do syta.
– Dlaczego nie manna?
– Chińczycy opanowali w niebiesiech uprawy. Zresztą ja wolę ryż.
Dygat nie zdążył dokończyć ostatniego zdania, kiedy z góry zaczął lecieć gęsty deszcz ciepłego, gotowego do spożycia, ryżu. Jadł łapczywie, po chwili zlizywał z wnętrza dłoni ostatnie ziarenka.
– Stasiu, przecież się odchudzasz? – Konwicki zapytał z niejaką kąśliwością.
– Jedz, bo posiłek jest raz dziennie.
– Pamiętasz nasz urlop w kazimierskim Domu Architekta?
– Zimą pięćdziesiątego ósmego?
– Albo dziewiątego. To były czasy… – Stanisław rozmarzył się.
– Tam po raz pierwszy się odchudzałeś.
– Wtedy chciało mi się jeszcze dbać o linię. Twojej córce oddawałem wszystkie desery.
– Amerykańskim rollerem masowałeś sobie nadmiar tłuszczyku.
– Do czego zmierzasz? – Dygat wyczuł w jego słowach uszczypliwy ton.
– A potem objadałeś się w krzakach orzechami i czekoladą – Tadeusz uśmiechnął się.
– W tym pamflecie nazwałeś mnie obżartuchem – przyjaciel obruszył się.
– Nieprawda. Napisałem, że jesteś człowiekiem łakomym.
– Szalenie łakomym, tak dokładnie stało – poprawił go.
– Napisałem też, że jesteś brzydkim panem średniego wzrostu wyzutym ze zdolności – Konwicki mówił zachrypniętym głosem. – A wszyscy na ziemi i tutaj wiedzą, że jest na odwrotnie. Czy nie zauważyłeś w mojej sylwie przewrotności? Stasiu, na Boga! – zawołał.
– Nie wzywaj Jego imienia nadaremno. Czy znowu chcesz dostać w prezencie obowiązkowy zestaw ćwiczeń?
– Może nie – Konwicki schował głowę w chudych ramionach.
– Tadziu, nie wyjeżdżaj mi z tą przewrotnością, bo do końca ci nie wierzę. Raz mnie chwalisz, że kapryśny Pan Bóg do imponującego wzrostu dorzucił mi urodę i wielką dawkę talentu, a drugim razem piszesz, że jestem potworem, intrygantem i nieustannie śnię o rynsztoku i występku.
– Chodziło mi o występek emocjonalny wymuszony przez los.
– Plączesz się. Nie chcę cytować brzydkich słów zaczynających się na „k”, które rzuciłeś pod moim adresem, bo za te ohydztwa grozi pięćset lat…
– Uwierz mi, naprawdę miałem dobre intencje, dobre chęci.
– Pod nami znajdują się wielkie kadzie ze smołą w przepastnej czerwonej piwnicy, która została wybrukowana dobrymi chęciami.
– Moją opowiastkę wziąłeś zbyt dosłownie – Tadeusz wciąż się bronił.
Dygat wstał z ławy i zaczął nerwowo wokół niej krążyć.
– Człowieku, co tobą powodowało, że napisałeś ten stek bzdur? Pycha? Wiara we własną nieomylność? – zgadywał.
– Może czułem, że zabija mnie rutyna i chciałem przestawić zwrotnicę na inne tory, a może chciałem być oryginalny? Może byłem zbyt pewny siebie…? Nie wiem. Nie pamiętam już pierwszej iskry powodującej erupcję lawy, która zaczęła się wylewać spod pióra. Zresztą to nie ma znaczenia. Przyznaję, w niektórych ocenach byłem zbyt lekkomyślny.
– O, właśnie! Lekkomyślny – Stanisław skonstatował. – Zmieszałeś prawdę z fikcją, powagę z żartem, aż po pewnym czasie żart przestał być żartem. Taki niby żart staje się granatem, który może kogoś rozerwać na strzępy. Z pewnymi rzeczami się nie igra; z godnością, przyjaźnią, miłością. Ty igrałeś. Kłania ci się Alfred de Musset.
– Uwierz mi, byłem przekonany, że moje przytyki nie dotkną cię – Tadeusz mówił skruszony.
– Nie dotkną? Tak jak nie dotknęły rodziny Wilka Macha, którego też nieźle obsmarowałeś. Gdyby wtedy żył, poczułby się bardziej zraniony, niż ja. A jednak po interwencji siostry Wilhelma z kolejnych wydań usunąłeś o nim passus. Rozdział o mnie pozostawiłeś.
Konwicki milczał. Zrobiło mu się głupio. Zdjął okulary i przetarł palcami oczy. „Gdybym usunął ten rozdział – myślał zafrasowany – nie byłoby książki…”.
– Stasiu, wiedz, że nie zależało mi na zrobieniu komukolwiek przykrości. Chciałem okazać trochę literackiej drapieżności i utrwalić pewne incydenty w naszych losach, pewne anegdoty.
– O, tak. Anegdoty zawsze cię fascynowały. I to tak bardzo, że bez skrupułów poświęciłeś na ołtarzu literackiej satysfakcji przyjaźń.
– Po przeczytaniu Kalendarza zadzwoniłeś, mówiąc: „Ośmieszyłeś mnie. Gorzko tego pożałujesz!” Wtedy nie żałowałem. Dopiero teraz czuję, że prawdziwie żałuję.
– Jednak mnie nie przeprosiłeś – Stanisław napierał.
– Przeprosiłem.
– Nie przypominam sobie.
– W którymś wznowieniu książki napisałem na okładce, że napadłem na kilka niewinnych i czcigodnych osób. Pokajałem się słowami: „Wstydzę się i przepraszam”. Myślałem wtedy o tobie.
– Przeprosiny ponad ćwierć wieku po moim odejściu pomogły mi, jak umarłemu kadzidło, dosłownie i w przenośni. Jednak po chrześcijańsku przyjmuję je i nie żywię urazy.
Tadeusz uścisnął mocno jego prawą dłoń.
– Człowiek uczy się całe życie i ciągle popełnia błędy. Cóż z tego, że znałem wartość słów, ale do końca nie znałem ich wagi. To są dwie różne rzeczy. Ciężar słów może być przygniatający. Nauczyłem się ostrożności, że nie można szafować nazwiskami i popisywać się soczystymi anegdotami, o czym parę lat później naskrobałem we Wschodach i zachodach księżyca.
– Ach, te twoje anegdoty… Na przykład ta, kiedy rzekomo wypomadowany umówiłem się z Dorotą, młodszą od mojej córki… Strasznie mnie to zabolało, bo ujawniłeś imię dziewczyny. Nie wspomnę już o mojej Magdzie. Najadłem się wstydu.
– Byłem głupi. Ale, Stasiu, powiedziałeś przecież, że nie żywisz urazy.
– Nie żywię.
Dzień chylił się ku wieczorowi. Pozostało już niewiele czasu na dokończenie rozmowy. Konwicki, choć usatysfakcjonowany ostatnimi słowami Dygata, był zmęczony wypominaniem mu przewin.
– Staszku, może pogadalibyśmy o czymś przyjemniejszym, na przykład o naszych fascynacjach sportowych, dziewczynach, aktorach, popijawach, a nawet o polityce. Czuję się wycieńczony dociskaniem mnie do muru.
– Po to tu jesteś, żeby pocierpieć i odpokutować grzeszki, które ochoczo wrzucałeś do plecaka swego długiego żywota. Ja żyłem krócej – pisarz zaśmiał się ironicznie.
– Powiedziałem ci wszystko, co miałem do powiedzenia w tej kwestii, a nawet więcej…
– Nie pleć, Tadźka. Pozostała jeszcze jedna sprawa, która nie daje mi spokoju.
– Co znowu? – zaniepokoił się.
– Kolaudacja filmu. Wtedy ugodzili mnie tak, że po paru tygodniach serce nie wytrzymało. Wykończyli mnie.
– Ale ja nic nie zrobiłem – Tadeusz rzekł głosem zlęknionego chłopaka.
– Otóż to. Nic nie zrobiłeś! Milczałeś, jak zaklęty, kiedy paru partyjnych łapserdaków, na czele z Wilhelmim i Porębą, przypuściło na mnie frontalny atak.
– Pamiętam, że Poręba nazwał film szmoncesem na temat narodu polskiego i zagroził reżyserce procesem.
– Nikt nie stanął w mojej obronie, nawet ty, największy przyjaciel. Liczyłem na ciebie. Byłeś w końcu literackim szefem zespołu, mogłeś coś powiedzieć.
– Nic nie mogłem zrobić.
– Potraktowano mnie, jak wroga ojczyzny. Dla mnie ważny byłby z twojej strony nawet mały gest sprzeciwu. Zabrakło go. O innych tchórzliwych kolegach nie wspomnę.
„A więc pośrednio zarzuca mi tchórzostwo – Konwicki pomyślał zmartwiony. – Nigdy nie byłem tchórzem, choć wtedy mógł odnieść takie wrażenie”.
– Atakowali cię za brak patriotyzmu, ty się dzielnie broniłeś – Tadeusz delikatnie zwekslował temat. – Czy ja miałem z tobą bronić patriotyzmu, który chyba lepiej rozumiałeś ode mnie i od wszystkich obecnych. Oczywiste było, że się na ciebie uwzięli.
– Dlaczego nikt z tej dwudziestoosobowej elitarnej zgrai nie pisnął słówkiem, by stanąć po mojej stronie, by bronić filmu?
– Stasiu, wybacz, ale film, choć sympatyczny i zawierający sporo wdzięku twojej prozy, nie był najlepszy – Tadeusz powiedział z trudem.
– Ale nie był słaby – rzekł bez przekonania.
– Średni. Kiedy kilka lat później miał premierę, przeszedł bez echa.
– Od dnia, kiedy tutaj się znalazłem, już tak bardzo nie interesuję się sprawami dziejącymi się na ziemskim padole – odparł obojętnym tonem.
– Powiem ci bez ogródek, że trochę naiwnie utożsamiłeś siebie i swoją książkę z filmem.
– Naiwnie?
– Niestety. A tamtego grudniowego dnia zachowywałeś się wręcz dziecinnie. Jak chłopiec, którego skrzywdzono. Zresztą całe życie byłeś małym chłopcem – Tadeusz rzekł w formie zarzutu.
– Chcesz mnie znowu obrazić? Ale to ci się nie uda – Stanisław podniósł głos. – Bo dla artysty bycie chłopcem nie jest ujmą. Przeciwnie, jest wartością. Zawsze o to mi chodziło, żeby w życiu dorosłym nie zabić w sobie chłopca. Jeśli twórca to czyni, pozbawia się młodzieńczej nieskrępowanej fantazji, naiwności i wrażliwości. Wyrzucając ze świadomości i serca chłopca, zabija w sobie artyzm.
– Staszek, zmierzam do tego, że podczas kolaudacji dałeś się sprowokować. Dlatego powiedziałem o chłopcu. Przed cynicznymi aparatczykami oddelegowanymi do kultury odsłoniłeś własną uczciwość, naiwność. Oni tylko na to czekali, przypuszczając na ciebie, opozycjonistę, bezpardonowy atak.
– Broniłem nie tylko filmu, ale polskości i honoru.
– Wiem, robiłeś to z wielkim przejęciem. Ale powiem szczerze: byłem zdziwiony, że włączyłeś się w dyskusję, którą sprytnie moderowali twoi przeciwnicy. Nasza sprawa była przegrana. Zespół Ścibora, Pryzmat, był przeznaczony do rozwiązania.
– Nie wiedziałem. Czyli… to było odgórnie ukartowane?
– Z perspektywy lat każdy jest mądrzejszy. Wpisując się w tę oczywistość powiem, że były to ostatnie podrygi komuny przed rokiem osiemdziesiątym, kiedy dziesięć milionów Polaków powiedziało „nie”.
– Szkoda, że mnie wtedy tam nie było – Dygat stwierdził nostalgicznie.
– Szkoda, że tak szybko odszedłeś. Czasem śmieję się, że nas wykiwałeś, zostawiłeś przy jakiejś bramie, czekających na cud.
– No i potem cud się zdarzył, co zresztą przewidziałeś. Pomyślałem wtedy: „Tadzio –polski prorok”
– Zanim on się zdarzył, parę lat było ciężko. Bo w końcówce często tak jest, że dogorywający potwór boleśnie kąsa, nawet śmiertelnie. Ty byłeś jedną z jego ofiar.
– Ale wtedy, w tej salce kolaudacyjnej, mogłeś chociaż symbolicznie mnie wesprzeć.
Franciszek Czekierda





