Waldemar Jagliński – INNI

0
292
Maria Wollenberg-Kluza

    Suche bodiaki trzasnęły pod naciskiem długiej, kosmatej stopy gdy słońce chowało się już za stepem posyłając mu ostatnie iskry, karmazynem malując jeszcze gęstwiny burzanów lekko falujące w podmuchach wieczornego wiatru.

Biegł od strony rzeki, której brzegi porastały prastare bory pełne wszelkiej zwierzyny; obok turów, dzikich świń i rysiów – żyły tam watahy szarych wilków nocą wyjących na tle wielkiego, srebrzystego Księżyca.

Miejscami zapadłe brzegi rzeki zajmowały mokradła porośnięte rozmaitymi krzewami gdzie można było znaleźć schronienie, zwłaszcza, gdy inność zmuszała do opuszczenia świata dzieciństwa.

Gdy tuż obok budziła bestię.

Na horyzoncie czerniał już cel wyprawy: stosunkowo niewielkie, ludzkie osiedle, otoczony ostrokołem chutor gdzie na wzór większych siedzib chroniono się nie tyle przed dzikimi zwierzętami, co przed zagonami Tatarów zapuszczających się daleko na północ, czasem aż pod strzeżoną przez rotę siedzibę księcia stojącą nad Sułą.

Zresztą – bez wsparcia książęcej armii ten oraz inne chutory szybko zostałyby zmiecione przez dzikich z Budziaku.

Dumne, opancerzone, uzbrojone w szable i pistolety wojsko, od dawna penetrowało step na stałe stacjonując w Łubniach i w Chorolu; okresowo zaś niemal stukonną chorągwią rozkładało się między innymi w pobliskich Suchakach, całkiem sporej wsi.

Kosmaty przybysz tymczasem widział już poszczególne zaostrzone pale wysokiego ogrodzenia i ciemną sylwetkę wynajętego wolnego co szablą robić umiał nie tylko na wojnie czyli smukłą lecz sprężystą postać Kozaka podchodzącego powoli do kolejnych narożników wieży.

Przybysz usłyszał wówczas charakterystyczny odgłos kopyt, który szybko narastał i przylgnął zaraz do chłodnej ziemi uciszając budzący się zew.

Stosunkowo duży tabun o czarnych, długich grzywach, spienionych, lśniących piersiach i ognistych oczach wpatrzonych w ciemniejącą dal – przemknął tuż obok chłonąc dziką, stepową wolność.

Podnoszącego się z traw przybysza wołała inna krew. Krew niegdyś bardzo mu bliska, krążąca w żyłach człowieka z czerni, który przeszedł na służbę kozacką,  walczył w lekkozbrojnych oddziałach księcia Konstantego, zasłużył na nagrodę i ostatecznie zrezygnował ze swych wcześniejszych planów – życia w siczy.

Była to krew dobrego żołnierza wiernego królowi Zygmuntowi, lecz jednocześnie Kozaka mającego wiele na sumieniu –  awanturnika i zabijaki strzelającego po pijanemu, często bez ostrzeżenia i nie tylko w przydrożnych karczmach odwiedzanych choćby podczas powrotów z wojaczki.  

Człowiek za ostrokołem przywoływał bezwzględną naturą, obrazami z biczem na pierwszym planie, wspomnieniami pełnymi krzyku zrozpaczonego, kilkuletniego chłopca nieświadomego jeszcze własnej odmienności, okładanego nahajem i w końcu – w dziesiątym roku życia wypędzonego z chutoru, z rodzinnego domu.

Owszem, obawa zakorzeniona nie tylko w legendach mogła Kozaka tego usprawiedliwiać, nic jednak nie usprawiedliwia zwykłej podłości wyrastającej do poziomu sadyzmu, przynoszącej wręcz dziką przyjemność.

Biegnąc widział wciąż kosmaty przybysz tak niewiele pojmujące, jasne oczy starszego brata, nienaturalną satysfakcję ojca trzymającego czarny bicz nad okrwawionym, leżącym dzieckiem i słyszał gardłowe słowa mężczyzny skierowane do pierworodnego:

Chociaż nie był siódmy, to i tak bestia!

Kozak ten zapewne długo nie mógł uwierzyć, że jest szczególnym typem grzesznika, że za wielokrotne zabójstwa niewygodnych osób  – usprawiedliwiane czasami przez towarzyszy broni – został ukarany kudłatym potomkiem jak mawiano na stepach mając na myśli drugie życie strzygonia.

Osobiście zaś był przekonany, że przepędzani spod chutoru rozmaici włóczędzy rzucili kiedyś klątwę na jego żonę, Wierę. 

Kiedy zaś bicz spadał na niewinnego chłopca, mężczyzna ten pewnie wyobrażał sobie dwa serca bijące w niepozornej jeszcze piersi i widział ciągle ów niechciany, słabo widoczny drugi szereg spiczastych zębów ujawniony, gdy nieświadome niczego dziecko śmiało się kiedyś do ojca.

Nieopisany żal i lawinowo rosnące pragnienie zemsty ścierały się ze sobą, wyciskały wielkie krople łez spływające po kościstej, owłosionej twarzy mocno zbudowanego i sprężystego przybysza z nadrzecznych mokradeł.

Widział teraz siebie jako kilkuletniego, przerażonego malca szlochającego w lesie otulonym jesienną nocą, malca wypędzonego z jedynego znanego świata chronionego przed złem wysokim, zaostrzonym ogrodzeniem.

Malca rzuconego brutalnie na żer wilczym watahom albo innym drapieżcom.

W końcu – zmęczony płaczem i głodny – dostrzegł dziwne i straszne, kosmate postacie o nienaturalnie długich ramionach zakończonych szerokimi dłońmi z zagiętymi, czarnymi pazurami.

Postacie leśnych stworów wyłaniały się z gęstej mgły okrywającej grube, wiekowe drzewa i powoli zbliżały się do niego.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko