Franciszek Czekierda – ROMANS MŁODEGO REYMONTA

2
392
Maria Wollenberg-Kluza

            Olśniła go urodą. Ujrzał ją na stacji, gdy stała z mężem. Nie widział jej kilka lat. Zrazu nie był pewien, czy ta kobieta jest jego znajomą. „Czy ona, Stefania, jest tą samą Stefcią, która kiedyś odwiedzała Kamilę w naszym domu? – zastanawiał się. – Tak. To ona” – nabrał pewności. Obie były w podobnym wieku, może Stefania była o rok starsza, więc Reymont wiedział, że miała około osiemnastu lat. „Szkoda tak młodziutkiej i urodziwej dziewczyny na mężatkę…” – przemknęła mu przez głowę niesforna myśl. Niedawno dowiedział się od siostry, Kamili, że w październiku 1888 roku wyszła za mąż za naczelnika stacji kolejowej Henryka Kluge. Reymont ostatnio nie miał okazji zobaczyć Stefanii w gościnie u Kamili, ponieważ wędrował po kraju z trupą teatralną. Niedawno ją opuścił i przebywał teraz w Wolbórce. Próbował sobie przypomnieć, kiedy dziewczynę widział ostatnio. Mogło to być kilka lat temu, lecz wówczas nie zwracał na nią uwagi, gdyż była podlotkiem, a jego bardziej interesowały kobiety (już jako dziewięciolatek zakochał się z całą pasją w dwudziestosześcioletniej pannie). Zresztą w owym czasie, gdy dziewczynki odrabiały razem lekcje, a potem się bawiły, myśli Reymonta zaprzątnięte były czymś innym. Pragnął opuścić dom i wyjechać gdziekolwiek, byle tylko wydostać się spod tyranii ojca, wyrwać się od przymuszania do rolnych i gospodarskich robót.

            Matka podała Reymontowi omaszczone skwarkami ziemniaki z kwaśnym mlekiem. Spróbował kawałek kartofla, lecz był za gorący. Odłożył go, zawiesił wzrok na starej sośnie za oknem. Myśli kotłowały mu się w głowie; te przyjemne związane z wyobrażonymi sytuacjami, w których bohaterką była Stefania, i te mniej sympatyczne, sprzed kilku lat, związane z przymusowym przebywaniem w domu.

            – Rano wyjeżdżam – powiedział stanowczym głosem do rodziców. Chciał, żeby byli obecni oboje. Akurat ojciec wrócił z wieczornej mszy. Matka krzątała się w kuchni.

            – A źle ci tu u nas? – zdziwił się ojciec.

            – Chcę występować na scenie.

            – Zgłupiałeś do reszty? – Warknął  – Chcesz zostać komediantem?

            – Aktorem dramatycznym – rzekł dumnie.

            – Takich chowają pod murem cmentarnym. Wstyd dla syna organisty.

            – Nie będę krawczykiem, ani chłopem na roli.

            – Będziesz darmozjadem.

            – W Piotrkowie jest towarzystwo aktorskie. Przyjmą mnie.

            – Słyszałem o nich, nędza i rozpusta.

            – Józefie! – zawołała z trwogą matka – Bój się Boga.

            – Zawsze się trafi jeden nieudacznik w rodzinie.

            – Jutro skoro świt wyjeżdżam.

            – Idź gdzie chcesz! Nie słuchasz ojca, matki, posłuchasz psiej skóry.

            Reymont milczał.

            – Władeczku kochany, ziemniaki ci wystygną, a zimne nie będą smaczne, zasnąłeś, czy co? – Powiedziała z troską matka.

            Reymont ocknął się z zamyślenia. Rozejrzał się dookoła, oprócz matki w izbie nikogo nie było. „Wieczorem spakuję się, jutro wyjeżdżam” – podjął decyzję i zaczął jeść letnie ziemniaki.

            Z Edkiem Oleśniewiczem, kolegą z klasy, umówił się o godzinie piątej rano na stacji kolejowej. Wyruszyli pociągiem do Piotrkowa Trybunalskiego, by stamtąd dotrzeć do Mikołajowa koło Sandomierza, gdzie zatrzymała się trupa teatralna. Ich wspólne zainteresowania teatrem i aktorstwem stały się zaczynem przyjaźni. Edward podziwiał mądrość i zdolności literackie Władysława, zaś ten zafascynowany był jego tajemniczą, pesymistyczną osobowością.

            – Rozumiem, że nie chciałeś siedzieć w tej wiejskiej dziurze, w której nie ma żadnych perspektyw – stwierdził Oleśniewicz, gdy już usadowili się w przedziale wagonu klasy trzeciej – ale nie rozumiem, dlaczego nie chciałeś zostać w Warszawie, gdzie miałbyś większe szanse na rozwinięcie skrzydeł.

            – Dla ciebie wieś jest dziurą, ja zaś uwielbiam wieś z całym jej entourage’m, choć nie lubię pracować na roli.

– Paradoks.

– Z pozoru, bo życie na wsi to nie tylko praca na roli. To cała filozofia. Zresztą miejsce zamieszkania jest mi obojętne, byle tylko sprzyjało mojemu rozwojowi. Jednakże przebywanie pod jednym dachem z ojcem tyranem, który nie rozumie, co mi w duszy gra, było katorgą nie do wytrzymania – Reymont dobitnie zaakcentował ostatnie słowa.

            – A Warszawa?

            – Nie chcę w niej być, żeby być. Mimo, że mam tam tyle drogich sercu osób. Moją pasją jest teatr, aktorstwo i pisanie. Oczywiście nie porzucam myśli o Warszawie, ale teraz jakaś przemożna siła pcha mnie ku scenie.

            – Tu się zgadzamy. Teatr i artyści to mój jedyny cel.

            Reymont przyjął jego słowa z satysfakcją. Siedząc naprzeciwko przyjrzał mu się i dopiero teraz zobaczył, że ma czarne, wpadające w granat, oczy. Nagle zląkł się ich widoku, ponieważ ujrzał w nich śmierć.

            – Mówisz o celu, ale gdyby, nie daj Boże, powinęła się nam noga… – Reymont nie dokończył zdania, ponieważ Oleśniewicz przerwał mu gwałtownie.

            – Artysta musi być bezkompromisowy. Nie może asekurancko szykować sobie drogi odwrotu lub innego wyjścia, bo wtedy czeka go niechybna klęska.

            – Mnie, co prawda, dom nie wiąże, dlatego bez słowa go opuściłem, ale jednak w sytuacji bez wyjścia zawsze mogę liczyć na matkę i rodzeństwo.

            – Władku, jeszcze nie dotarłeś do trupy, a już ogarnia cię defetyzm.

            – Tak tylko powiedziałem – wycofał się Reymont. – Musi się nam powieść.

            – Bezwzględnie. Ja nie mam zamiaru nigdzie wracać. Zwycięstwo albo śmierć. Victoria aut morte – stwierdził Edward z całą stanowczością.

            Chociaż Reymont zrozumiał te słowa, to jednak nie przejął się nimi, składając je na karb gorącej głowy przyjaciela.

Dopiero po czterech latach, gdy pod koniec listopada 1888 roku Edward Oleśniewicz odebrał sobie życie, pisarz przypomniał sobie dramatyczną wymowę jego powiedzenia. I wówczas gorzko zapłakał, że nic nie uczynił, aby powstrzymać go przed samobójstwem. „Ale jakże mogłem go powstrzymać – zastanowił się Reymont – skoro on nigdy, czy to w szkole, czy w teatrze ani razu nie wspominał o samobójczych skłonnościach. Z pewnością myśl tę od dawna nosił w sobie i ją pielęgnował nie ujawniając prawdziwego zamiaru. Mogłem się domyślić patrząc na te ciemne oczy, ale głupotą byłoby wysnuwać jakieś daleko idące wnioski na podstawie moich wyobrażeń o jego oczach”.

Reymont kilkakrotnie zaciągał się do wędrownych zespołów teatralnych. Lecz z powodu braku sukcesów artystycznych, zawiedzionych nadziei wobec współtowarzyszy teatralnych oraz prowadzenia głodowego życia, skruszony powracał do rodziny. Jesienią 1886 roku Reymont przyjechał do rodziców do Wolbórki. W domu zajmował się głównie pisaniem i częstymi wędrówkami po okolicy, rzadziej pomaganiem w obejściu i na roli. W domu wytrzymał rok, po czym znowu przyłączył się do wędrownych artystów, których odnalazł w Olkuszu. Grali między innymi w Wolbromiu i Pińczowie. Lecz z powodu braku stabilizacji, duchowych rozterek, trudności materialnych i niepowodzeń aktorskich, Władysław po raz kolejny wrócił na łono rodziny. Właśnie podczas tego pobytu otrzymał wiadomość o śmierci Oleśniewicza. Doznał wstrząsu. „Edek, ten Edek który był jedynym moim przyjacielem – myślał z rozpaczą, nadążając z trudem z zanotowaniem w zeszycie myśli – którego kochałem jak nikogo w życiu, i ten się zastrzelił! Nie, doprawdy nie chce mi się wierzyć! Chcę wmówić w siebie, że to mistyfikacja – nie dlatego, żeby rodzaj śmierci na mnie wpłynął, nie. I nie dlatego, że umarł, bo setki osób umierają, ale że nie znam powodów, dlatego, że w sierpniu rok minął, jak się z nim widziałem, dlatego wreszcie, że nie wiem, co się w jego duszy, mózgu działo przed śmiercią. Umrzeć i słowa przed śmiercią nie napisać. Umrzeć bez pożegnania to samolubstwo, egoizm w afektach, bo był to mógł zrobić aktor, a nie przyjaciel, współtowarzysz”.

Przez kilka dni nie mógł sobie poradzić z tragicznym odejściem przyjaciela, dużo pisał i zabijał czas długimi spacerami po polnych drogach i łąkach. Ojciec nie dostrzegał cierpień syna, w ogóle nie widział w nim wrażliwej duszy. Nie mógł więc znieść, jak prawie dwudziestoletni syn zbijał w domu bąki. Korzystając z licznych kontaktów załatwił mu posadę na kolei warszawsko-wiedeńskiej. Praca polegała na kontroli stanu torów (w pobliżu rodzinnej wioski) na odcinku kilkunastu kilometrów. Otrzymywał za to miesięczne wynagrodzenie w wysokości 17 rubli.

Reymont ponownie spojrzał na nią. Wydoroślała, a nade wszystko wypiękniała. Jej młodzieńcza twarz wydawała mu się brzoskwiniowo świeża. Nie rozumiał, jak z przeciętnej podfruwajki stała się tak śliczną niewiastą. Nie mógł oderwać od niej oczu. Rozmawiała z mężem. Kluge był naczelnikiem stacji, jego przełożonym. Twarz miał pociągłą, oczy wodniste, nie budzące zaufania. Reymont  usłyszał dźwięk nadjeżdżającego pociągu, zszedł więc z torów, które wcześniej ostukiwał żelaznym prętem. Stojąc przy wskaźniku oznaczającym koniec peronu nie zwrócił uwagi, czy przyjechali, czy zamierzali pojechać. Po krótkim postoju pociągu Kluge wsiadł do przedziału służbowego i odjechał. Stefania została. „Podejdę, przedstawię się, na pewno mnie pamięta – zapalił się do tego pomysłu. – Nie. Może nie teraz… Będzie stosowniejsza okazja. Dlaczego ostatnio nie przychodziła do Kamilki? No, jasne – zaczesał palcami gęstą czuprynę – przecież będąc narzeczoną poświęcała cały swój czas wybrankowi, a później sprawom związanym z przygotowaniami do ślubu i wesela”.

Reymont zakończył obchód. Był spragniony. Podszedł do studni stojącej za budynkiem stacji, zdjął robocze rękawice, kilka razy nacisnął ciężkie ramię żeliwnej pompy, żeby zassała wodę, która po chwili chlusnęła nieregularnym strumieniem z długiego wylotu. Umywszy dłonie złożył je w miseczkę, napełnił ją lodowatą wodą i wypił ze smakiem. Gdy zamierzał powtórzyć pompowanie, nagle z wylotu woda wypełniła mu dłonie. Wypił ponownie. Podniósł głowę i ze zdziwieniem zobaczył Stefanię naciskającą ramię pompy. Uśmiechnęła się do niego.

– Bardzo dziękuję – powiedział uprzejmie.  – Cóż za miła niespodzianka…

– Pan mnie nie poznaje?

Reymont przyjrzał się jej z uwagą, tym razem mógł to uczynić z bliska. „Chciałem do niej podejść, tymczasem ona zjawiła się przede mną, niczym anioł…” – zastanawiał się nad cudownym zbiegiem okoliczności.

– Do nieznajomego nie śmiałabym podejść – rzekła kokieteryjnie.

– Kamilka wszystko mi powiedziała. Pamiętam cię, jako panienkę, a teraz, ho, ho, ho… Widzę przed sobą dorodną, czarującą damę – zmierzył ją od stóp do głów. – W dodatku panią naczelnikową.

– A pan się wcale nie zmienił.

– Jaki pan? – Dla ciebie jestem tym samym, co kiedyś, Władkiem, bratem Kamili.

– Nie Stanisławem?

Reymont skrzywił się na dźwięk tego imienia, zagryzł wąsa i nic nie powiedział.

– Wciąż piszesz?

– W przerwach na pisanie obstukuję tory. Niechętnie, ale daje mi to parę rubelków, które prawie w całości przeznaczam na książki i prenumeratę gazet.

– Jesteś utalentowany. Kamilka mówiła, że zrobisz karierę wbrew temu, co mawia ojciec.

– Tak… Jestem wałkoniem, próżniakiem, komediantem i włóczykijem bez przyszłości – stwierdził ironicznie.

– Jak to? – zdziwiła się robiąc wielkie oczy.

– Ciągle mi to powtarza. Na szczęście nie wierzę w jego słowa.

– Twoje wiersze mi się podobają.

Reymont spojrzał na nią groźnym wzrokiem. „Przecież nie może ich znać” – zdziwił się.

– Kamila mi je pokazała, jak cię nie było w domu. Ojej, nie powinnam tego mówić…

– Mogę ci napisać jeden…

– Nikt nie napisał dla mnie wiersza – ucieszyła się. – Pojutrze będę miała trochę więcej czasu… – zaproponowała nieśmiało spotkanie.

– Zamiast tej zimnej wody chętnie napiłbym się gorącej herbaty. Ale nie ma co narzekać, bo jak na początek grudnia jest dość ciepło. 

– W budynku stacji mamy mieszkanie – wskazała ręką na narożne okna na parterze – tam, bliżej jesionu.

– Pojutrze? – Upewnił się.

– O tej samej porze – potwierdziła.

– Chętnie dam wytchnienie nogom po całodziennej peregrynacji po torowisku.

– Opowiesz mi o wielkim świecie, w którym bywałeś? Taka jestem ciekawa, jak żyją i grają aktorzy, jak to wszystko wygląda od strony kulis…

Wracając do domu Reymont cieszył się z niespodziewanego spotkania znajomej. „Cud-dziewczyna, właściwie kobieta – myślał o niej z zachwytem – ma w sobie jakiś trudny do nazwania czar, zaś po sposobie wysławiania się wnioskuję, że nie jest głupią gąską. Jest zainteresowana wielkim światem, aktorami… Bardzo proszę, dam jej wykład na temat sztuki teatralnej, życia aktorów, ich talentów i innych zalet. Będę wychwalał ich pod niebiosa – uśmiechnął się żartobliwie pod nosem. – Opowiem jej najbarwniej, jak tylko potrafię, o ich strojach i makijażach. Ale, broń Boże, nie pisnę słowem o ich słabostkach, poziomie umysłowym, intrygach czy brakach w kindersztubie”.

Reymont przyszedł do domu uśmiechnięty, chociaż był zmęczony. Przez całą drogę myślał o Stefanii.

– Siadaj, Właduś, do stołu, jest gorąca kasza – przywitała go matka i od razu wyjęła sagan z duchówki.

– Tylko umyję ręce.

– Dzisiaj, widzę, zadowolonyś, jak rzadko – przyjrzała mu się matka.

– A, tak jakoś… – nie chciał mówić o  przyczynie swojego stanu. – Zależy od dnia. Czasem jest ciężko, ale dzisiaj było całkiem przyzwoicie.

– Zmarzłeś?

– Trochę, ale podczas roboty się rozgrzewam.

– Nachodzisz się, bidaku, po tych torach, oj nachodzisz – westchnęła matka.

– Nie za darmo, matuś, zawsze parę rubli wpadnie.

– Gdybyś szył, za tydzień roboty miałbyś tyle zarobku, ile teraz masz za miesiąc – powiedziała z żalem, nakładając mu do miski pęczak omaszczony olejem lnianym.

– Mamo, przestańcie! Już sto razy na ten temat rozmawialiśmy – zdenerwował się Rejmont. – Wolę na drodze kamienie tłuc, niż być krawczykiem.

– Jesteś mądry chłopak, a nie masz szczęścia do roboty – pogładziła go po bujnej czuprynie.

– Wiem, co będę robił, ale nikt we mnie nie wierzy.

– Nie obrażaj Boga, synku – matka podeszła i przytuliła jego głowę do piersi. – Ja wierzę, że kiedyś ci się uda.

Po obiedzie położył się w kuchni na długiej ławie. „Nie mogę się doczekać herbatki u Stefanii – myślał zadowolony. – Bóstwo. Dziewczyna stworzona do kochania. Mąż? Urzędas kolejowy. Precz z nim – zirytował się. – Już widzę siebie, jak dotykam jej białych dłoni, jak muskam ustami jej policzki… Hop, hop… Nie rozpędzaj się, fantasto, bo zapeszysz – skarcił się. – Powoli, małymi kroczkami, a wkradnę się w jej łaski. Lepiej jeść małą łyżeczką, bo dużą można się szybko udławić. Jutro napiszę wiersz dla niej. Jakich mam użyć słów, by ją oczarować? Słów o spragnionym sercu, które poczuło źródło bijące ambrozją. Oklepane to, ale skreślę coś w tym duchu i na lepszym poziomie. Na przykład: kiedy przy studni ujrzałem twoją twarz i usłyszałem twój upojny głos, wiedziałem, że objawiła mi się bogini, której mglisty obraz znałem z dziecięcych marzeń. Teraz obraz ten stał się tak wyrazisty, jak rysunek twojego oblicza. Roślina czeka dżdżu, aby spragnionymi usty pić wilgoć i słońce. A ja czego czekam? Czego? Tylko ty odpowiesz na moje pytanie przepojone bezbrzeżnym pragnieniem, odpowiesz przyjaznym dotykiem uśmierzającym bóle mojej egzystencji. Może trochę przesadziłem z tą boginią. Niech tam… Muszę jednak pamiętać, że pierwszy krok ma być ostrożny, bez przytupu”.

Nazajutrz chodząc po torach nieustannie rozmyślał o niej. Natłok myśli nie przeszkadzał mu w wykonywaniu zaplanowanych na ten dzień czynności, przeciwnie sprawiał mu przyjemność. Podczas każdego stawianego na torowisku kroku, jej wizerunek miał w oczach. Dziwił się sobie, że po krótkiej z nią rozmowie i ukradkowej wymianie spojrzeń, tak mocno wdarła mu się w pamięć, mało tego, przyćmiła jego rozsądek. Obstukując rytmicznie prętem szyny ułożył w myślach wiersz. Po zakończonej robocie, wracając do domu, szlifował szorstkie strofy, zaś wieczorem przepisał odę na czysto na ładnym papierze, by wręczyć ją Stefanii podczas spotkania.

Reymont popijając dobrą herbatę czytał z emfazą odę na cześć ujrzanej przy źródle bogini. Umiejętnie intonował wersy i w sobie wiadomych miejscach kładł mocniejsze akcenty, by wywołać najlepszy efekt. Stefania była zachwycona zarówno recytacją, jak i utworem. Nie mogła wyjść z podziwu, jak zwykłe zdarzenie przy studni ten oto, czupryniasty chłopak, tak bosko uwznioślił wydobywając z krótkiej chwili wszystko, co najpiękniejsze, a w dodatku bohaterką wiersza czyniąc, pod postacią bogini, ją, zwyczajną, Stefcię. Reymont skończył czytać, wstał od stołu i podszedł do niej, by wręczyć jej kartkę z wierszem. Stojąc przed nią zauważył, że była wzruszona. Nagle zerwała się z krzesła i zarzuciwszy mu ręce na szyję dziękowała za wiersz. Reymont nie chcąc zrezygnować z tak wspaniałej okazji, pocałował ją kilka razy w policzki. Stefania przytuliła się mocniej. Poczuł na sobie jej piersi. Po chwili ich usta zwarły się.  Reymont nie mógł się nimi nasycić, ona zaś odwzajemniała jego pieszczoty, jakby po raz pierwszy całowała się z mężczyzną. Nagle odskoczyła od niego.

– Wystarczy. Nie możemy tego czynić – ogarnęły ją wyrzuty sumienia.

– Stefciu, jesteś dla mnie odkryciem. Ty, tylko ty, zawsze ty… – mówił bez składu, cały rozpłomieniony.

– Nie wiem, co ja robię. Przecież półtora miesiąca temu wyszłam za mąż.

– Ale on nie potrafił rozpalić w tobie ognia – powiedział niepewnie i natychmiast spojrzał jej w oczy sprawdzając, czy się nie obraziła.

Nieznacznym wzruszeniem ramion potwierdziła jego przypuszczenie.

Niespodziewanie ukląkł przed nią przytulając głowę do jej brzucha. Stefania po krótkim bezruchu wczesała się wszystkimi palcami w jego gęste sterczące włosy, po czym wyzwoliła się z jego uścisku.

– Pożegnajmy się – powiedziała stanowczo.

– Przyjdę jutro, dobrze… – rzekł ni to pytająco, ni oznajmiająco.

Stefania odprowadziła go do drzwi.

– Pojutrze – powiedziała słodko. – O tej samej porze.

– Nie wytrzymam – rzekł po sztubacku.

– Jutro jedziemy do Piotrkowa po zakupy. Wrócimy po południu.

– Jak będę wracał z obchodu, wyjrzyj przez okno.

– Nie obiecuję. Proszę, idź już – nagliła go.

– A wiersz? – zapytał na pożegnanie.

– Napisz koniecznie.

– Ale czy ten podobał ci się?

– Masz duszę poety. Jest przecudowny. Będę go trzymała w swoich tajnych skarbach.

Reymont nie chciał opuścić pokoju, a raczej nie mógł, bo jakiś magnetyzm trzymał go przy niej. Zamierzał ją jeszcze pocałować, lecz Stefania powstrzymała go kładąc dłoń na jego ustach.

– Miałeś mi opowiedzieć o aktorach i wielkim świecie. Pamiętasz?

– Mam nadzieję, że na to znowu nie wystarczy mi czasu. A tobie na słuchanie.

Stefania uśmiechnęła się zalotnie.

„Cud. Prawdziwy cud. Jak to się mogło stać, że ona…, że my… – myślał intensywnie wracając, jak zwykle, piechotą do Wolbórki. – To niemożliwe. To nie może być realne. A jednak stało się. Mężatka… Pal sześć z konwenansami, precz z wszelkimi więzami. Liczy się tylko uczucie. Cóż za dziewczyna, cóż za kobieta! Anielska buzia kameny o idealnych kształtach, kiedyż je poznam w całej okazałości? Koniecznie muszę napisać jeszcze piękniejszy wiersz. Tak, poezja wnikając w jej serduszko, głęboko ją porusza. Cud. Prawdziwy cud”.

Będąc w euforycznym usposobieniu zobaczył z oddali rodzinny dom i nieoczekiwanie ponownie nawiedziła go myśl o śmierci Oleśniewicza. Twarz mu spochmurniała. „Jeszcze czuję na sobie dotyk Stefanii, a tu nagle nawiedza mnie Edek i jego tragiczne odejście. Jakże to? – pomyślał rozgoryczony. – Miłość i śmierć? Jego niedawna śmierć styka się w moim sercu z rodzącym się uczuciem. Czy tak musi być? Choć za wcześnie na to, bym sobie rzekł «kocham», to jednak czuję, że coś we mnie zakwita. Pytam się więc ciebie, okrutny losie, czy miłość u swego progu musi zostać naznaczona tępą myślą o śmierci najbliższej mi osoby? Czy całe moje nędzne życie musi składać się z paradoksów? – myślał wciąż pełen smutku. – Jedyna przyjaźń, którą ofiarowała mi opatrzność, została przez nią zniszczona. Moja pierwsza autentyczna miłość do kobiety była, na mój szczenięcy wiek, nienormalna, gdyż byłem od niej młodszy o kilkanaście lat. Pisanie – moje przeznaczenie, jest znienawidzone przez ojca, zresztą piszę z potrzeby i musu, z nienawiści i miłości, z euforii i bólu… Same antynomie. Ja, syn organisty, nie mam słuchu, wstyd dla rodziciela. Aktorstwo, druga pasja, nie udaje mi się, choć nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Wykonywana teraz praca fizyczna nigdy nie stanie się moim celem, bo powinienem pracować głową, nie rękami. Wieś lubię i zarazem nienawidzę jej ze stu różnych powodów. Systematyczność, religijność, posłuszeństwo, koncyliacyjność i oszczędność rodziców powinny być dla mnie wzorem do naśladowania, a wszystko to jest mi zupełnie obojętne, postępuję wbrew tym zasadom. Całe rodzeństwo przykładnie się uczyło, tylko ja jeden, wyrodny syn, byłem nieukiem i zostałem nieudacznikiem. Rzemiosło krawieckie traktuję z największą odrazą, choć przyznano mi dyplom czeladnika, na który zresztą nie zasłużyłem. Chciałem zostać kiedyś księdzem i zakonnikiem, ale – Panie wybacz – nie byłem pewien, czy jestem wierzący.  Dużo czytam i piszę, lecz natura poskąpiła mi dobrego wzroku, i jeszcze ten zez…”.

W jego oczach pojawiły się łzy, które otarł nasadą dłoni. Z trudem wyzbył się natrętnych obrazów i pesymistycznych skojarzeń. Powrócił do radosnych chwil spędzonych przed godziną ze Stefanią, którą jeszcze czuł na opuszkach palców. Był święcie przekonany, że przyszłe chwile spędzone z nią dadzą mu wiele radości i wpłyną na dalsze jego życie.

W domu po obiedzie powiedział Kamili, że na stacji widział Stefanię. Po czym ostrożnie dodał, że zamienił z nią kilka słów.

– Pamiętała cię?

– Od razu mnie poznała – ucieszył się. – Wiesz, miałem wątpliwości, czy ta stojąca przede mną piękna dama jest tą samą skromną myszką, która przychodziła do ciebie.

– Zawsze była ładna – stwierdziła Kamila.

– Jakoś tego nie zauważyłem – przekomarzał się Reymont.

– Stasiu, przecież ty ją pamiętasz z dawniejszych czasów, kiedy jeszcze była kózką. Ostatnio, gdy przychodziła, a było to rok, a może kilka miesięcy przed zamążpójściem, Stefka była już fest panną, wszyscy się za nią oglądali.

– No, proszę – rzekł z podziwem.

– Tego nie możesz pamiętać, bo nie było cię wtedy w domu. Zresztą często wyjeżdżałeś.

– Jesteś miła. Wiesz, że nie wyjeżdżałem, tylko uciekałem. Przed rózgą ojca do lasu, do wuja leśniczego, później do aktorów, zresztą wszystko to wiesz… Ale zboczyłem z wątku – otrząsnął się z przykrych wspomnień. – Byłaś na jej ślubie?

– Weselisko było piękne. Pobrali się kilka tygodni przed twoim powrotem do domu. Nie mówiłam ci, ale złapałam rzucony welon.

– Szkoda, że ich nie widziałem. – Po chwili zastanowienia dodał: – A może to i dobrze.

– Już nie ma Stefci Czarnockiej, jest pani Kluge – powiedziała z rozrzewnieniem.

– Naczelnik stacji. Znasz go?

– Wszyscy go znają. Panisko. Po wyswataniu ich Stefka powiedziała mi, że wpadłam w oko koledze Klugego, który też pracuje na kolei, ale jako urzędnik. Nazywa się Munkiewicz.

– Chcesz wyjść za mąż? – Zapytał naiwnie.

– A jakie mam wyjście? – Siostra odpowiedziała bez wahania.

– A Stefcia chciała? – zaryzykował pytanie.

– Trafiła jej się dobra partia. Będą żyli w dostatku.

– Ale on jest znacznie starszy i… co tu dużo mówić, okropnie brzydki. Sądzisz, że wyszła z miłości?

– Staszku, jesteś przecież rozsądnym chłopakiem, o czym ty mówisz? Trafił się dziewczynie gość na porządnej państwowej posadzie… Każda by za takiego wyszła z zamkniętymi oczami.

– No tak. Masz rację. A jednak trochę szkoda dziewczyny.

– Co ty tak się nią zainteresowałeś? – Kamila spojrzała mu prosto w oczy.

– Nie, no… Tak tylko. Zwykła ciekawość – skłamał. – Spotkałem ją na peronie, więc się pytam. Słyszałem od wielu ludzi, że Kluge robi jakieś podejrzane interesy wykorzystując swoje stanowisko – zmienił temat, by odwrócić podejrzenia siostry.

– Takie krążą słuchy, ale ja nie lubię plotek. I nie chcę o tym rozmawiać. 

Przed północą Reymont zanotował kilka zdań w dzienniku, po czym położył się do łóżka. Mimo zmęczenia zastanawiał się nad drugim wierszem dla swojej nowej sympatii. „Bratnia dusza” – zanotował w pamięci tytuł. „Będzie to rdzeń utworu, wokół którego utworzę miąższ. Jego istota i forma siłą rażenia wnikną w jej duszę ku obopólnemu zadowoleniu. A pointa? Będzie dotyczyć tego, że dla niej życie bym dał…” – i z tą myślą usnął. Obudziwszy się wcześnie rano, w pierwszej kolejności zapalił lampę naftową, po czym zapisał w kajecie zapamiętany wiersz. Obiecał sobie, że po fajrancie wygładzi go i przepisze na ozdobnym papierze.

Przez cały dzień lustrowania plantów kolejowych nieustannie myślał o jutrzejszym spotkaniu. Szyny ostukiwał metalowym prętem wybijając rytmicznie sylaby wiersza. Czynność ta spodobała mu się, przypomniała mu szkolną intonację wierszy greckich pisanych heksametrem, którego rytm uczniowie wybijali palcami o ławki. Przed końcem roboczego dnia przyszedł na początek peronu o porze przyjazdu pociągu z Piotrkowa Trybunalskiego. Znalazł sobie miejsce, z którego widział wejście z peronu do gmachu stacji oraz okno jej pokoju. Pozorując pracę co pewien czas uważnie nasłuchiwał, czy zbliżający się dźwięk pociągu jest znanym mu sapaniem lokomotywy jadącej z Piotrkowa. Zgodnie z rozkładem jazdy oczekiwany pociąg wyłonił się zza zakrętu i wjechał na peron. Reymont zdjął binokle, dokładnie je przetarł czystym końcem chusteczki i przypatrywał się wysiadającym pasażerom. Z trudem wyłowił wzrokiem elegancką damę w niebieskim półkożuszku z towarzyszącym jej mężem. Za nimi bagażowy niósł sprawunki. Wiedział, że w panującym na peronie zamieszaniu, które zawsze powstawało po wjeździe pociągu, nie zauważyła go. Państwo Kluge weszli do budynku. Reymont błyskawicznie przeszedł na miejsce, z którego lepiej widział okna ich mieszkania. Podszedł bliżej. Zobaczył ją przez okno, jak odsunęła firankę i coś kładła na parapecie. Wytężył swój słaby wzrok. Nagle Stefania dostrzegła go, Reymont ukłonił się, ona zaś delikatnym gestem dłoni pomachała mu i szybko wycofała się w głąb pokoju. Był szczęśliwy, że pamiętała o jego prośbie.

Przez całą noc źle spał. Męczyły go dziwne sny. Wielokrotnie usiłował dotknąć ciała Stefani, próbował ją pocałować i za każdym razem, gdy już był bliski celu, łapał ich na gorącym uczynku jej mąż, Kluge, którego twarz przypominała mu jakąś koszmarną facjatę z obrazów Boscha. Nad ranem, gdy przypomniał sobie słowa matki, że sny często należy tłumaczyć na opak, uspokoił się. Z tą myślą udał się na codzienną lustrację torów kolejowych.

   Po zakończonej pracy, zgodnie z umową, wszedł bez pukania do jej mieszkania. Od razu rzucili się na siebie całując się namiętnie, jakby nie widzieli się od dawna, po czym niespodziewanie szybko, bez mówienia zbędnych słów, znaleźli się w łóżku.

– Prześliczny wiersz – powiedziała Stefania wspierając głowę na jego ramieniu. – Zdobyłeś mnie poezją. I talentem.

Reymont pocałował ją w rozognione policzki. Byli szczęśliwi.

– Jesteś kwintesencją poezji, Stefciu.

– Podpisałeś się pod wierszem jako Władysław, nie Stanisław, na którego dźwięk kilka dni temu skrzywiłeś się, jakbyś zjadł cytrynę.

 – A ty lubisz swoje imię?

– Stefania jest bardzo ładnym imieniem – rzekła zadowolona.

– Owszem. Dodatkowo właścicielka imienia jest piękna, powiem więcej, arcypiękna, jest zjawiskowa i zachwycająca – ucałował ją w usta. – A co do mojego imienia… Mama chciała, żebym był Władysławem, natomiast ojciec uparł się na Stanisława. No i w wyniku sporu ojciec przeforsował to nielubiane przez matkę imię, ale na szczęście w metryce zachował Władka na drugim miejscu.

– Wnioskuję, że bardzo kochasz mamę? A ojca?

– Jak można go kochać, jeśli bez przerwy zmuszał mnie do czynności, których nie potrafiłem wykonywać i nienawidziłem całym sercem. Tylko człowiek obrany z rozumu mógł zmuszać dziecko bez słuchu muzycznego do nauki gry na fortepianie. Jego samolubne ambicje, abym został po nim organistą parafialnym, zniszczyły wszelkie moje uczucia do niego – rzekł dramatycznym tonem.

– Bił cię?

– O tym już nie chcę mówić. Wiesz, że prawie każdy ojciec leje chłopaków, jeżeli coś przeskrobią. Ale bić za brak zdolności? Trzeba być despotą.

– Na szczęście masz inne zdolności. One cię wyniosą wysoko.

– Jesteś jedną z nielicznych osób, które wierzą we mnie. Za to cię kocham.

– Tylko za to? – zapytała zaczepnie.

– Przede wszystkim za to, że jesteś. Wybacz, Stefciu ten banał, ale mówię szczerą prawdę. Jesteś prześliczną, a nade wszystko mądrą kobietą. Po tym krótkim czasie mogę stwierdzić z całkowitą pewnością, że pokochałem cię bez pamięci. Moja ty najdroższa dziewczyno – objął ją ściskając z całych sił. Zwarci przeturlali się po całej szerokości wielkiego łóżka.

– Nie jestem już dziewczyną – rzekła z kokieteryjnym smutkiem. – Jestem żoną. Właściwie zostałam trochę przymuszona do zamążpójścia. Powiem ci w tajemnicy, Władeczku, że zmuszam się do obowiązków małżeńskich. On nie okazuje mi żadnych czułości. Robi to, co mu natura nakazała, mechanicznie, zwierzęco. Ohyda.

– Do tego potrzebne jest poetyckie uniesienie.

– O, tak. Ty mi je okazałeś w całej krasie. Odkryłeś we mnie tę przedziwną tajemnicę, która jest cudem. Do tego momentu myślałam, że to kojarzy się wyłącznie z torturą. I niespodziewanie dzisiaj byłam w Arkadii.

– Byliśmy – poprawił ją.

– Byliśmy wspólnie – powtórzyła upojnym głosem gładząc czule jego wąsy i usta. – Nie mogę się doczekać następnego razu.

– Jeszcze nie skończyliśmy tego razu, a już tęsknisz za następnym? – zdziwił się Reymont.

– Spójrz na zegarek. Za chwilkę musisz wyjść.

– Zbyt krótkie to chwile… – nagle urwał. – Nie chcę ich nazywać.

– …Szczęścia?

– Nie wymawiaj tego słowa. Bo z niektórymi jest tak, że wypowiedziane mogą zabić kryjący się za nimi sens.

Reymont wracał do domu, jak na skrzydłach. W najśmielszych wyobrażeniach nie przypuszczał, że zaledwie dwa dni po pierwszej rozmowie będą się kochali. „Tak wygląda miłość od pierwszego wejrzenia – radował się. – Do tej chwili nie miałem o niej pojęcia. Teraz wiem, co to jest. Uczucie wypełniło mnie totalnie. Gwałtownie, porywająco. Jak ja ją kocham. Wciąż czuję jej twarde ciało przy sobie, dotyk, pieszczoty. Stefcia Czarnocka, żadna tam Kluge. Jakże jestem rad, że odkryłem przed nią nowe światy doznań. Jak to może być, że ta sama osoba może raz czuć w sobie piekło tortur, a innym razem raj rozkoszy?”.

Władysław i Stefania spotykali się regularnie co drugi dzień, a jeśli naczelnik Kluge wyjeżdżał w podróż służbową, widywali się codziennie. Przez pierwsze tygodnie romansu żyli w stanie euforii. Nieustannie wyznawali sobie miłość. Uczuciowe uniesienie i fizyczne spełnienie spowodowało, iż Stefania próbowała wyprzeć z pamięci fakt bycia żoną. A jeśli nawiedzały ją na ten temat myśli, choć jeszcze nie skrupuły, tłumaczyła Władkowi:

– Mam w sobie dwie izdebki… W jednej znajduje się świat z tobą związany, właściwie ty ją wypełniasz całkowicie. Druga izba jest przymusem prawnym, obyczajowym.

– W sercu? – Dopytywał Reymont.

– Nie wiem, czy w sercu, duszy, czy głowie. We mnie. Te pokoiki nie sąsiadują ze sobą. Są bardzo, ale to bardzo od siebie oddalone.

– Nie śmiałem, Stefciu, pytać cię o te sprawy. Ale skoro sama zaczęłaś, zapytam, czy ta sytuacja nie przeszkadza ci?

– W ogóle.

Reymont pocałował ją w policzek.

– Sama nie mogę pojąć, jak to możliwe. Ale tak jest. I tak jest dobrze. – Mówiła uszczęśliwiona. – Może kobieta ma w sobie dwie sprzeczne natury? Ta skromna izdebka z tobą jest niczym wytworny pałac pełen świeżego powietrza i rozkoszy. I chcę, żeby tak było zawsze, choć zdaję sobie sprawę, że to musi się kiedyś skończyć – nagle ogarnął ją smutek.

– Nie mów tak. Jeszcze się dobrze wszystko nie rozpoczęło, a ty myślisz o końcu. Nie wolno ci – podniósł głos.

– Jeszcze miesiąc temu nie wyobrażałam siebie w takiej sytuacji – stwierdziła cicho. – Nie rozumiem tego, ale to podwójne życie nie przeszkadza mi.

– Nie mówmy już o tym. Cieszmy się tym, co jest.

– Naszły mnie dzisiaj takie nieposkładane myśli. Mówię to, co czuję.

– Twoje myśli są arcyciekawe i słucham ich z uwagą.

Stefania pocałowała go w skroń.

– Wciąż nie mogę uwierzyć, że jesteś moja. Spotkało mnie niewyobrażalne szczęście, chociaż wiem, że przyjdzie mi za nie zapłacić.

– Przed chwilą upomniałeś mnie, abym nie mówiła o końcu naszej miłości, a teraz sam to robisz…

– Tak mi się powiedziało. Obiecuję, że się to nie powtórzy.

Milowymi krokami zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Stefania musiała więcej czasu poświęcić na przygotowania do nich. Dopiero teraz zaangażowała gosposię. Po ślubie nie myślała o pomocy w gospodarstwie. Później, gdy Stefania i Władysław zostali kochankami, celowo nie chciała zatrudnić gosposi z wiadomych względów. Na pytania męża o pomoc domową, zbywała go odpowiedziami, że sama świetnie daje sobie radę. Brak gosposi powodował, że cierpiał jego prestiż naczelnika, jednak Kluge był tak ślepo zakochany w urodziwej małżonce, że nie nachodziły go żadne wątpliwości w tej sprawie. Reymont dobrze rozumiał, że nieuchronnie nadchodzący okres świąteczny jest czasem przerwy w ich intymnych stosunkach.

– Na razie nie przychodź aż do Trzech Króli – powiedziała Stefania podczas ich  ostatniego spotkania kilka dni przed wigilią.

– To ponad dwa tygodnie – zmartwił się Reymont. – Szmat czasu.

– Władku, już ci o tym mówiłam. Jutro przychodzi gosposia. Zaczynamy przygotowania. Gruntowne sprzątanie mieszkania, zakupy, wędzenie, pieczenie, gotowanie…

– Tyle dni. Zwariuję bez ciebie, Stefciu.

– Przerwa wzmocni naszą miłość – ucałowała go.

– I namiętność – odwzajemnił jej pocałunek.

– Tej tobie nigdy nie zabraknie. Proszę, idź już.

Świąteczne dni dłużyły się Reymontowi. Nie mógł sobie znaleźć miejsca, zaś pisanie szło mu opornie. Wciąż myślał o ukochanej. Pozbawiony z nią kontaktu czuł się, jak człowiek, któremu nagle zabrakło powietrza. Przez kilka tygodni spotykali się regularnie, prowadzili długie rozmowy, kochali się. W domu jego odmienne zachowanie zauważyła Kamila. Pozostałe starsze siostry, które z mężami przyjechały na święta do Wolbórki, nie zwracały uwagi na młodszego brata.

– Ostatnio jesteś osowiały, braciszku – zauważyła Kamila.

– Bo jeśli w głowie noszę jakiś pomysł, to zawsze przyciska mnie on swoim brzemieniem. Może dlatego jawię się na zewnątrz właśnie taki… – myślał o Stefani.

– Oj, Stasinku, coś mi się nie wydaje. Kiedy miałeś jakiś pomysł, to zawsze zapisywałeś go. Od dłuższego już czasu nie widziałam, żebyś cokolwiek notował.

– Pojawił mi się w sercu nader interesujący projekt i on wciąż się rozwija, rzekłbym nawet rozkwita coraz fantastyczniej. Choć obecnie znalazł się w zawieszeniu, co będzie trwało przez kilka tygodni. Dlatego jestem w melancholijnym nastroju.

– Czy ty się nie zakochałeś? – zapytała wprost.

– Ależ skąd – zaprzeczył gwałtownie, jakby został przyłapany na gorącym uczynku.

– Bo wydaje mi się, że twój projekt zwie się miłością.

– Co ty mówisz, Kamilko – nie potrafił ukryć zmieszania.

– Staszku, oboje dobrze wiemy, że jesteś kochliwy i nigdy nie wstydziłeś się, gdy wpadłeś w sidła uczucia. Dlaczego teraz zaprzeczasz? Po twoich zmiennych nastrojach, po twoim eleganckim wyglądzie, jakbyś wychodził do pracy w biurze, a nie na planty kolejowe, wnioskuję łatwo, że jakaś panienka skradła ci serduszko.

„Masz rację, bystra siostrzyczko – pomyślał Reymont i zza szkieł spojrzał przenikliwie na jej twarz. – Gdybyś ty wiedziała, że moje serce należy do twojej przyjaciółki, chyba musiałbym przynieść ci sole trzeźwiące. I gdybyś wiedziała, moja miła siostrunio, że Stefcia kocha mnie do szaleństwa i zdradza swojego ślubnego, rzuciłabyś się na mnie z pazurkami”.

– Kobiecej intuicji nie zwiedziesz.

– Nie zamierzam.

– Na Trzech Króli spotykam się ze Stefcią, ona wszystko mi powie – uśmiechnęła się zawadiacko siostra.

– Co też ty? – przestraszył się Reymont.

– Jest żoną naczelnika, więc będzie się orientowała, co robią pracownicy podlegli jej mężowi. I może też będzie wiedziała, w kim Staś się zakochał. Bo na pewno nie w wolbórzance.

– Zresztą… Rób, jak uważasz.  – Reymont zmienił taktykę, gdyż uświadomił sobie, że przeciwstawianie się jej pomysłowi nic nie da, zaś Stefania na pewno nie powie Kamili o swoim romansie, o czym był święcie przekonany.

– Oj, Staszku, nie martw się, żartowałam.

Okres świąteczny minął szybko. Reymont dużo pisał, głównie wiersze poświęcone ukochanej, toteż długie zimowe wieczory, które początkowo mu się dłużyły, teraz w ogóle nie nużyły go i nie wpływały negatywnie na jego nastrój. Słysząc stukanie do drzwi odłożył pióro i zaskoczony ujrzał wchodzącą siostrę.

– Właśnie wróciłam od nich z gościny – stwierdziła Kamila.

– No i?

– Stefcia jest kwitnąca.

– Mhh – chrząknął niepewnie.

– Bynajmniej nie z powodu uczucia do swojego męża – dodała ironicznie.

Reymont milczał, choć po tych słowach poczuł niepokój. Domyślał się, że siostra wie już wszystko.

– Nie myśl, że pytałam o ciebie.

– Wypytywać ją o robotnika obstukującego tory… to byłoby coś dziwnego…

– A jednak intuicja nie zawiodła mnie – rzekła z satysfakcją.

– Nie rozumiem – udał, że nie wie o co chodzi.

– Stefcia sama mi wszystko powiedziała – rzekła łamiącym się głosem.

Reymont zaczerpnął głęboko powietrze chcąc coś powiedzieć, lecz zatkało go.

– Konkretnie co? – Przemógł się. Jeśli siostra znała prawdę, chciał poznać szczegóły.

– Jesteście kochankami.

Reymont pobladł. Nerwowo zaczesał palcami włosy i poprawił cwikery.

– Dla mnie nie ma znaczenia, że to moja przyjaciółka, ale to, że możesz zniszczyć jej życie i rodzinę – zmieniła ton na oficjalny.

– A miłość nie ma dla ciebie żadnego znaczenia? – zaczął się bronić.

– Wyłącznie, jako czynnik łagodzący moją ocenę.

– Ona została przymuszona do ślubu – rzekł twardo.

– Jeśli piękna, lecz uboga panna chce dobrze wyjść za mąż i wieść życie we względnym dostatku, musi godzić się z panującymi zwyczajami. Nie słyszałam, aby dziewczyny w podobnych sytuacjach protestowały przeciw temu.

– Ona nie protestuje. Chyba że protestem nazwiesz to, że się zakochała.

– Zauważyłam. Ślepy Henryk myśli, że ona tak mocno jest w nim zakochana.

– Jest szczęśliwa. Jesteśmy szczęśliwi.

– Wiesz, że to nie ma przyszłości – Kamila sprowadziła go na ziemię.

– Nie mów tak, błagam. Nie chcę i nie mogę na to patrzeć z tej perspektywy. Na razie te chwile trwają. I niech jeszcze potrwają.

– Staszku, nie za długo.

– Dlaczego ci się zwierzyła? – Zmarszczył czoło. – Głupie pytanie – zreflektował się – przecież jest twoją najlepszą przyjaciółką.

– Kobieta naprawdę zakochana ma potrzebę podzielenia się swoim szczęściem. Ona nigdy nie była zakochana.

– Potępiłaś ją?

– Nigdy nikogo nie potępiam. Wspierałam ją.

– Jesteś mądrą siostrą.

– I dlatego mówię ci, nie powinieneś tego ciągnąć w nieskończoność.

– Jest jeszcze druga strona.

– Zaskoczę cię. Stefka zgodziła się ze mną, że sytuacja ta nie może trwać wiecznie.

– Powiedziała to? – Zapiszczał zaskoczony.

– Nie przymuszona. Rozmawiałyśmy bardzo długo.

Reymont przykrył twarz dłońmi i cicho zaszlochał.

Kamila dotknęła dłonią ramienia brata i bezszelestnie opuściła pokój.

– Dlaczego do niej poszłaś? – powiedział z żalem, lecz gdy odsłonił twarz zobaczył, że w pokoju siostry już nie było.

Po święcie Trzech Króli Władysław i Stefania znowu spotykali się regularnie w jej mieszkaniu. Było im dobrze, więc żadna ze stron nie poruszała rozmowy z Kamilą. Któregoś dnia, pod koniec stycznia, mieli więcej czasu, ponieważ Henryk Kluge wyjechał służbowo do Warszawy. Mogli więc bez pośpiechu nacieszyć się sobą i spokojnie porozmawiać.

– Dlaczego tak musi być, Władeczku, że zakazany owoc lepiej smakuje? – zapytała go, gdy po chwilach miłosnych upojeń leżeli zrelaksowani.

– Tak jest od Adama i Ewy, tej tajemnicy nie podejmuję się rozwikłać.

– Byłam Ewą, która pierwsza cię skusiła – stwierdziła tonem samooskarżenia.

– Nieprawda, to ja cię skusiłem pisząc dla ciebie wiersz. On stał się tym przysłowiowym jabłkiem.

– Jak to będzie z nami dalej? – po raz pierwszy padło z jej ust pytanie, którego Reymont się obawiał, ponieważ nie miał przygotowanej odpowiedzi.

– Niech to trwa tak długo, jak może, Stefciu najdroższa.

– Wiesz, że więcej razy kochałam się z tobą, niż z mężem, ale…

Ucałował jej bujne włosy.

– …Ale zostawić go nie mogę – dokończyła zdanie.

„No to już koniec” – pomyślał zrozpaczony Reymont.

– Okres świąteczny wpłynął na ciebie… – skonstatował nie bez złośliwości.

– Nie zastanawiałam się nad tym.

– A może rozmowa z Kamilą?

– Powiedziała ci? – była zaskoczona.

– Nie mam do ciebie pretensji, że się jej zwierzyłaś – rzekł spokojnie.

– Co ci powiedziała?

– Prawdę. Ani słowa na twoją niekorzyść. Mnie zaś potraktowała tak, jak na to zasługuję…

– Nie przejmuj się tym. Są poważniejsze sprawy.

– Jakie? – Reymont pochylił się nad nią zaniepokojony.

– Nie miałam miesięcznej przypadłości.

– Może się opóźnia? – próbował ją uspokoić.

– Dwa tygodnie, to zbyt długo na typowe opóźnienie.

Władysław objął ją czule i pocałował.

„A więc będziemy mieli dziecko – pomyślał uszczęśliwiony. – Czy na pewno moje? – nabrał nagle wątpliwości. – Słyszałem, że każda matka wie, kto jest ojcem. Jeśli Stefcia powiedziała mi o ciąży oraz to, że więcej razy kochała się ze mną, niż z mężem, to nie mam żadnych wątpliwości na ten temat. Lecz co dalej? Jak mam się zachowywać wobec kochanej Stefci i przyszłego dziecka? O, Boże, to wszystko się komplikuje i mnie przerasta. W co ja się wplątałem. Czy zawsze musi być tak, że jeśli los postawi na mojej drodze piękną dziewczynę, nie mogę się powstrzymać, by jej nie uwieść? Głupiec ze mnie. Najważniejsza rzecz – nie mogę jej skrzywdzić, ona ma więcej do stracenia. Cokolwiek się stanie, winę wezmę na siebie”.

– Ludzie cię widzieli, jak do mnie przychodzisz – rzekła spokojnym głosem.

Reymont milczał. Nie przejął się tym. Zdawał sobie sprawę, że prędzej, czy później ich romans zostanie ujawniony.

– Powiedziała mi to kasjerka, zaufana koleżanka z klasy, której załatwiłam przez Henryka pracę.

– Nie zmartwiło cię to zbytnio – zauważył Reymont.

– Mąż kocha mnie bezgranicznie i wierzy w każde moje słowo. Zresztą nawet gdyby mu  ktoś o nas powiedział, nie dałby mu wiary. A mnie na pewno nie zapyta.

– Będę bardziej ostrożny.

„To kolejny sygnał, że nadchodzi zmierzch naszego uczucia – pomyślał podenerwowany. – Muszę się z tym liczyć. Takie historie kiedyś nieuchronnie się kończą. Chociaż ta nasza jest jeszcze młoda, kwitnie niecałe dwa miesiące. Jeszcze nie czas na jej kres. Kilka tygodni miłości to zbyt mało. Niech to się toczy jeszcze trochę…”.

– Zawróciłeś mi w głowie tak, że straciłam orientację, co jest dla mnie właściwe, a co nie.

– Nie rozumiem, Stefciu – Reymont szóstym zmysłem czuł, że coś się święci.

– Ty masz duszę poety, natomiast ja muszę kierować się zdrowym rozsądkiem. Chociaż dla ciebie całkowicie go straciłam.

– Przemyślałaś to dobrze, co chcesz powiedzieć? – Władysław przygotowywał się na cios. – Odkryłem przed tobą coś fantastycznego… Przeżyliśmy wspólnie tyle chwil… – bronił się resztkami sił przed zbliżającym się fatum.

– Z końcem stycznia musimy się rozstać – rzekła bezbarwnym głosem nie słuchając jego słów.

– Mogłem się tego spodziewać, choć myślałem, że ta baśń będzie jeszcze się długo snuła. Kochamy się zbyt krótko, Stefuś.

– Przedłużanie jej nie ma sensu. Strona rozsądna musi to uczynić pierwsza.

– Jestem stworzony do cierpienia. Z radością przyjmuję wszelkie ciosy, które spadają na mnie od dziecka – ironizował. Spod binokli przecisnęły mu się łzy.

– Nie mów tak. Rozum podpowiada mi, że lepiej jest rozstać się, gdy znaleźliśmy się u szczytu uczucia.

– Cenię twoją roztropność. Choć rządzące moim czuciem fluidy nigdy nie będą w stanie pojąć tak zwanej mądrości. Swoją drogą myślałem, że jesteśmy dopiero u podnóża szczytu.

Powiedzieć, że Reymont był zdruzgotany, to nic nie powiedzieć. Wszystko straciło dla niego sens. Zakręciło mu się w głowie, w oczach mu pociemniało. Wyszedł z mieszkania pożegnawszy się oficjalnie. Do końca stycznia brakowało co prawda kilku dni, jednak po tym, co mu powiedziała, nie był już w stanie się z nią spotykać.

„Po raz kolejny sprawdza się teoria paradoksów, które tak dotkliwie mnie doświadczają. Niedawno myślałem o śmierci przyjaciela, który odszedł mniej więcej w tym czasie, kiedy po raz pierwszy spotkałem się ze Stefcią. I potem niespodziewana, niemal wulkaniczna, erupcja szczęścia, a po krótkim czasie – ból rozstania. Tego bólu nie będę chyba w stanie oswoić, zawsze będzie we mnie żywą raną”.

Przez luty, marzec i kwiecień 1889 roku Reymont dzielnie znosił los porzuconego kochanka, chociaż nie myślał źle o Stefani. Wciąż ją kochał. Przekonywał siebie, że tak musiało być.  Jego plan był prosty: żyć z dnia na dzień, wciąż pracować na kolei i powoli zacierać w pamięci ślady miłości. Starał się nie zbliżać do stacji, aby przypadkowo nie ujrzeć obiektu swoich uczuć. Wmawiał sobie, że już jej nie kocha, a smutek, w którym się znajdował od kilku miesięcy był wynikiem melancholijnego nastroju, nie zaś rozstania. Jednak w połowie maja został skierowany do robót w pobliżu budynku stacji. Wówczas zdarzyło się to, co się musiało zdarzyć. Któregoś dnia ujrzał wychodzącą z mieszkania Stefanię w ciąży. Widok ukochanej z jego dzieckiem w łonie wywołał w nim mieszaninę dziwnych stanów. Z jednej strony rozczulił go, a z drugiej wprawił w głębokie przygnębienie. Nie był w stanie poradzić sobie z tą sytuacją, a przede wszystkim z sobą. Był zdecydowany na postawienie nieodwracalnego kroku. Chciał wyrwać się z istniejącej matni. Nawet, jeśli miałby to być desperacki krok. Powoli oswajał się z szaleńczą myślą zrodzoną w tych dniach w jego głowie. Była sobota. Wieczorem leżąc w sadzie pod jabłonią przypomniał sobie, że już w dzieciństwie słyszał o powstańczym pistolecie, który został oddany ojcu na przechowanie w starym domu. Był przekonany, że znajdował się w skrytce w obecnym domu. Z pewnością człowiek, dla którego broń była przeznaczona, zginął w powstaniu styczniowym. Dlatego nikt się po nią nie zgłosił. Takich rzeczy nie trzyma się w szafie, ani skrzyni. Reymont przypuszczał, że broń mogła być ukryta pod krokwią dachu w stodole, bo jako dziecko o tym słyszał. Liczył na swoją niezawodną pamięć. W niedzielę, 26 maja, o świcie, gdy było już widno, a wszyscy domownicy jeszcze spali, Władysław poszedł do stodoły w poszukiwaniu pistoletu. Przeszukał systematycznie wszystkie krokwie, aż wreszcie znalazł broń zawiniętą w impregnowany papier i szmaty, we wnęce na styku krokwi i ściany szczytowej. Rozwinął znalezisko i przeczytał umieszczony na rękojeści napis: Lefaucheux M1858. Był to belgijski rewolwer. W opakowaniu znajdowało się też pudełeczko z kilkoma pociskami. W tym momencie Reymont przypomniał sobie śmierć Edka Oleśniewicza, który nie pozostawił mu pożegnalnego listu. „Teraz dopiero go rozumiem. Po co tłumaczyć komu swój zamiar. Prawdziwe intencje zna tyko ten, kto żegna się ze światem – myślał intensywnie. – Przelewanie pożegnalnych słów na papier byłoby próżnością, mistyfikacją, kiepskim aktorstwem i próbą wybielenia się. Dość!” Nie zastanawiając się nad konsekwencjami czynu, załadował nabój do magazynka, nacisnął kurek i wypalił w kierunku serca.

Huk wystrzału zerwał z niedzielnego snu rodziców i jego siostry. Kamila pierwsza odnalazła zakrwawionego brata i natychmiast się nim zajęła. Za nią przybiegły pozostałe siostry. Aniela widząc rannego brata, pobiegła po ojca, by czym prędzej zaprzągł konie do bryczki, zaś Janka pobiegła po czyste płótno w celu zatamowania krwi.

W szpitalu miejskim, w Piotrkowie Trybunalskim, dyżurny chirurg bez trudu wyjął pocisk, który szczęśliwie ominął serce niedoszłej ofiary i utkwił pod obojczykiem.

– Chłopak miał szczęście – powiedział rodzicom lekarz. – Praktycznie nie ma żadnych uszkodzonych organów, a tylko pękniętą kość obojczyka. No i wierzchnia rana, która do wesela powinna się zagoić – uśmiechnął się zadowolony z powodu udanego zabiegu.

Ojciec, dzięki temu, że był dobrze znany w okolicy jako organista i właściciel młyna, załatwił z lekarzem dyżurnym, aby w karcie informacyjnej pacjenta nie pojawiły się słowa o ranie postrzałowej, rewolwerze, czy pocisku. W przeciwnym przypadku sprawą musiałaby zająć się carska policja, co przysporzyłoby wszystkim poważnych kłopotów. Lekarz, za odpowiednią opłatą, spełnił prośbę Józefa Rejmenta opisując w karcie jeden z rutynowych wypadków, które czasem zdarzały się w wiejskich zagrodach.

Wracając bryczką, ojciec zionął wściekłością z powodu wypadku, nieodpowiedzialności syna i utraconych rubli, które musiał wręczyć lekarzowi.

– Uspokój się, Józuś, twoje narzekania nic nie dadzą, a ciebie doprowadzają do furii – prosiła go żona, matka Władysława.

– Skończony dureń. W kogo on się wdał? – wściekał się popędzając konia batem. – Wszystko w domu ma, spanie, ubranie, jedzenie, robotę na kolei… Co mu się w głowie ubrdało, żeby odbierać sobie życie. Boże, ratuj…

– Nie narzekaj, lepiej pomódlmy się w jego intencji – uspokajała go dobrodusznym głosem.

W domu jedynie Kamila domyślała się, jaka była przyczyna próby samobójczej brata. Nie powiedziała jednak o tym rodzicom ani siostrom.

Podczas dochodzenia do zdrowia Reymont nieustannie myślał o tym, co się wydarzyło. Mimo, iż w swoim dzienniku zaprzeczał miłości do Stefani pisząc, że uczucie nosi tylko w pamięci, a jej słodka twarz tkwi przed jego oczyma, jednak wciąż był głęboko zakochany. Próbował w ten sposób wyprzeć z siebie uczucie.

Pewnego dnia Stefania odwiedziła w Wolbórce Kamilę. Przypadkowo spotkała się z Reymontem, lecz poza wzajemnymi ukłonami, nie zamienili z sobą słowa. Spotkanie to roznieciło w nim gasnący płomień uczucia. Reymont postanowił działać. Wymyślił sobie, że uwolni ją od niechcianego męża i zadenuncjuje go do władz kolejowych za prowadzone malwersacje. Tak też uczynił. Na skutek donosu mąż Stefanii stracił pracę, co wpłynęło na gwałtowne obniżenie ich poziomu życia. Musieli opuścić mieszkanie służbowe, a Henryk Kluge zmuszony był szukać nowej pracy. Na szczęście wykręcił się od aresztowania. Młodemu Reymontowi nie przyszło do rozpalonej od miłości głowy, że donos ów wpłynie także na sytuację życiową Stefanii. Jego zemsta okazała się, przysłowiowo, ślepa. W obliczu kłopotów byłego naczelnika stacji, żona stanęła zdecydowanie po jego stronie, czego Reymont się nie spodziewał. Być może na taki czyn Władysława miała wpływ także informacja o śmierci Stefanii dziecka, które uważał za swoje.

Jak widać czyny wybitnych ludzi, szczególnie w młodości, nie zawsze bywają racjonalne. Kilka ostatnich miesięcy roku 1888 oraz prawie cały rok następny był dojmującym okresem w życiu Władysława Stanisława Reymonta. Romans ze Stefanią, ich żarliwa miłość, rozstanie, śmierć dziecka, zadenuncjowanie jej męża, usiłowanie samobójstwa i powrót do zdrowia mocno przeorały jego młode życie pod każdym względem, przyczyniając się do przyspieszonego osiągnięcia dojrzałości. (Z pewnością te dramatyczne zdarzenia wpłynęły także na to, że pisarz przez długi czas pozostawał kawalerem, żeniąc się dopiero w wieku trzydziestu pięciu lat). Po tych przejściach w lutym 1890 roku Reymont opuścił rodzinny dom wiążąc się ze spirytystami w Częstochowie. Ale jest to już następny epizod burzliwego życia przyszłego laureata nagrody Nobla.

Franciszek Czekierda

Reklama

2 KOMENTARZE

  1. czytałam z ciekawością. jakiś feministyczne myśli przemknęły mi przez głowę i w momencie gdy przeczytałam że Reymont zaszlochał …

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko