Elżbieta Anna Sadkowski (Samek) – MARIA

0
180
Mieczysław Czychowski

Wsobnie

… wezbrana wilgoć nocy wypełniła nozdrza, zakryte powiekami ślepia rozświetliła pamięć luny. Skulił uszy, otworzył pysk i cicho zawył….

 Człowieczeństwo odbiera  prawo do wycia, dusi każdy nieludzki dźwięk, zanim zdoła wyrwać się z krtani. – Dajcie mi prawo do wycia, człowiek mnie skrzywdził, ludzkim głosem mówić już nie chcę.

Z perspektywy ostatniego roku, dla tych, którzy Marię  dziś znają, z pewnością wyda się to być dziwnym, ale ona nigdy wcześniej płakać nie potrafiła. W źrenicach szarych oczu nosiła ból, w zaciśniętych wargach milczenie.

Matka – żona, skulona na podłodze, w rogu za szafą. Przez lata  poniżana, na dnie w sercu, niemym płaczem łkała. Na zewnątrz, posiniaczona Maria suche oczy miała, od zawsze brakowało w nich łez. Kobieta, która nie płacze. I z roku, na rok twardniała. Mówiono o niej: – Zimna, bezkompromisowa, ale zawsze, aż do bólu sprawiedliwa.

O poranku tulę do snu gasnące gwiazdy, a gdy nadejdzie mrok wieczoru delikatnie je dotykam, budzą się  i radośnie mrugają.

Wczesnym rankiem, gdy w pokoju panował półmrok, delikatnie dotykała wargami, paluszków śpiących dzieci, czule je całowała. Powiedzieć im : – Tak bardzo was kocham. – Nigdy tych słów, wypowiedzieć na głos nie zdołała.  

To była moja Maria, którą od lat znałam.

 
Odchodzenie

 Bywają ludzie, którzy w sobieczucie- wiedzę o przejściu na drugą stronę duszy mają.  Maria, od kiedy pamiętała, o nadchodzącej śmierci wiedziała. Z nikim o tym nie rozmawiała, bo i po co. Przychodził dzień gdy czuła: – powoli napływający z oddali spokój, bezkresna spełniona cisza – ktoś umiera. Nie wiedziała gdzie, kiedy, kto.  Ale w takiej chwilicałą sobą, tam w środku świadomość miała, że śmierć blisko jest. Potem na wiadomość czekała. Czasami jeszcze tego samego dnia, telefon: – Ciocia dziś w południe zmarła. – w słuchawce szloch. Irenka raka miała; Boże jak ona cierpiała. Po miesiącach niewyobrażalnego bólu, morfina już nie pomagała, – prawo do odejścia, dziś dostała. Bywało, że dopiero po kilku dniach, w skrzynce na listy pocztówka, litery rozmazane, czyta – …wielka woda przyszła, w sobotę trzy letniego synka Jaśka wezbrana fala powodzi zabrała. Pogrzeb w środę o 14.00 cmentarz…”

Ułomność czy dar?-  ktoś zapyta. Maria też pytała. To oczekiwanie było częścią jej, a przecież zrozumieć: –  Dlaczego właśnie ona ? –  nie rozumiała.


Gdy dzieckiem być przestała

…tchnienie wiatru, zapach już dawno skoszonych traw, wilgotny dywan mchu, drobne suche łodyżki na których już nie wiszą poziomki. Rudość, purpura, złoto – kolory tak piękne, a przecież ostatnie. Świat jeszcze raz rodzi piękno zanim okryje go szarość.

Późna jesień, za oknem deszczowy półmrok. W pokoju przy biurku siedzi przygarbiony, starszy człowiek, przegląda książkę, tnie kartki na zakładki, wkłada je pomiędzy strony, coś na nich notuje. Listopad podobny do tych  minionych, a przecież jednak inny. Maria już od wielu dni czuła, ojciec z dnia na dzień staje się coraz bardziej nieobecny – odchodzi. Próbowała powiedzieć, właściwie raz powiedziała: – Mamo Tata gaśnie. – Jak możesz tak mówić! – w odpowiedzi krzyk usłyszała.

Kolejne tygodnie mijały. Czas bycia tu – chciał zdążyć. Ojciec poprosił aby mu córka pomogła. Maria wzięła dni wole w pracy, biegała po instytucjach, przynosiła z urzędów dokumenty, wykonywała telefony. Nie zostawić spraw nie załatwionych –  to było dla niego tak ważne.

Ojciec nie umiał okazywać na zewnątrz uczuć, ale zawsze przy córce sercem był. Nie chciał jej zmieniać, kochał ją taką jak była i ona o tym wiedziała. Nie oczekiwał, nie żądał –  wspierał i dawał. Od kiedy Maria wyszła za mąż i wyprowadziła się z domu rodzinnego, mimo, że mieszkała zaledwie kilka  przecznic dalej listy do niej pisał :

„ Marysiu dziś w ogrodzie rozkwitły pąki na magnolii i widziałem parę synogarlic, jedna niosła w dzióbku gałązkę, pewnie gniazdo budują… Bądź dzielna Marysiu” – Bo tylko on jeden wiedział jak u niej w domu jest. A ona co dnia, ona dzielną być się starała.

Od kilku miesięcy ojciec codziennie pocztą listy do córki słał. Maria od listopada korespondencji już nie otwierała, składał koperty w szufladzie, na dni kiedy Taty już nie będzie.

Tygodnie mijały. Dzień po dniu Maria patrzyła w  znajome oczy coraz bardziej zakryte mgłą i starała się sprawić, aby szczęśliwie przeżył chwile, które mu jeszcze zostały. W tygodniu odbierała dzieci wcześniej z przedszkola i do rodziców przychodziła. Wnuki na kolana dziadka się wdrapywały: – Czy wiesz, że smoki są bardzo duże i zielone. – z dziecięca beztroskością paplały. A on słuchał wnuków, szczupłą dłonią po kędzierzawych główkach delikatnie gładził. W takich chwilach jakby się budził i na powrót, tu i teraz był.

Kolejne popołudnie, Maria przysiadła na krześle, przy biurku ojca. Patrzyła na stojące koło piórnika pożółkłe zdjęcie prababci, na dzieci bawiące się kolejka na podłodze, na przyjaciela – ojca i tak bardzo zapragnęła zatrzymać czas. A on ponad główkami dzieci spojrzał  łagodnie  na ukochana córkę, dziś przygarbioną, przedwcześnie postarzałą   kobietę,  jakby chciał powiedzieć: – Dziecko to nic, nie martw się.

Wiedział, że odchodzi, tak jak i ona wiedziała. Z całego serca pragnęła aby był, a przecież go nie zatrzymywała. Czas bycia –  jego czas.

Początek grudnia. Od wielu dni ojciec był bardziej tam niż tu. Mrok pokoju rozświetlało  blade światło lampki nocnej stojącej przy łóżku. Leżał  na wznak, bez ruchu,  pled którym był przykryty, lekko na piersiach się poruszał. Maria siedziała obok na skraju materaca. Z za ściany słychać jazgot głosów, włączonego raptownie telewizora. Zbudził się, uchylił powieki i cicho powiedział : – Marysiu będziesz miała niedługo urodziny, tam na dolnej półce w kredensie jest zielony flakonik, który tak od dziecka lubisz, proszę weź go.

Dzieciństwo  – zapracowany, schorowany ojciec, tak ciężko mu było wyżywić z jednej pensji rodzinę. Proszę weź go.– jeszcze raz powtórzył. Tato przecież urodziny to ja dopiero w kwietniu mam – odpowiedziała. Proszę weź dziś. –  powtórzył. Dziś.

Tego grudniowego wieczoru wychodząc od ojca Maria ostrożnie niosła w reklamówce, porcelanowy flakonik, ostatni prezent urodzinowy, który dostała od ojca.


Bez patosu

Nie było żadnych symptomów ciężkiej choroby, dolegliwości wieku podeszłego i… i  to Marii czucie. Chciał zasnąć w domu, być blisko tych, z którymi… dla których przez te  wszystkie lata żył, wśród ścian znajomych, przedmiotów pamiętających. Czy tak wiele chciał?

Kochana moja – Kochany mój:-  Dziś ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż…  Jesienią minęło czterdzieści dwa  lata jak  ślub brali.

Mroźna, grudniowa noc. Żona na pogotowie zatelefonowała i uprosiła lekarza dyżurnego,  aby męża z domu zabrali. Przed północą, bez sygnału pod dom podjechał transport medyczny. Weszli na piętro z noszami, pacjenta do szpitala przetransportowali.  Wbrew jego woli,  a on przytomny i żywy, nadal żywy był.

Nie  opuszczę aż do śmierci.- nie pamiętała, czy pamiętać nie chciała. A może tak bardzo bała się spotkania ze śmiercią.

KARTA PRAW PACJENTA, część ogólna,  Pacjentowi przysługuje: – 5. Prawo do umierania w spokoju i godności (art. 19 ust. 1 pkt 5 ustawy o zakładach opieki zdrowotnej). -12. Prawo do pomieszczenia i wyżywienia odpowiednich do stanu zdrowia pacjenta w zakładach opieki zdrowotnej (art. 20 ust. 1 pkt 3 ustawy o zakładach opieki zdrowotnej).

Oddział chorób wewnętrznych. Na ciasnej sali cztery łóżka i szpitalna dostawka,     ustawiona między umywalką, a drzwiami, bo tylko tam dało się ją wcisnąć. Zawieszona na ramie nowa karta przywiezionego tej nocy pacjenta. Cewniki, z woreczków przywiązanych sznurkiem do ram łóżek wydobywa się odór moczu. Chorzy w stanach skrajnej demencji i  leżący na dostawce, w pełni świadomy Marii ojciec.

 Już po porannym obchodzie. Uchylone drzwi do sali 251, koło umywalki siedzi Maria, prawą ręką podtrzymuje naderwaną rurkę od butli z tlenem. Ojciec tak ciężko oddycha, od dzieciństwa astma, zapachy szpitalne – dusi się. Wiesz Marysiu? – z trudem mówi: – Wczoraj w nocy jak mnie przywieźli wszyscy tutaj byli. – Tato ale kto? – pyta. Babcia cię serdecznie pozdrawia. –  dodaje i łagodnie do córki uśmiecha się. Jej dawno odeszła, ukochana Babcia, po której imię Maria na chrzcie dostała.

W minioną noc, w holu szpitalnej poczekalni, gdzie zostawiony przez sanitariuszy, sam przez wiele godzin leżał…  Odeszli z czasu minionego, dawno zmarli rodzice  przyszli, nie zostawili syna samego.

Przed wieczornym obchodem. Zamknięte na korytarz drzwi. Jest tak przejmująco cicho. Marysiu – mówił ojciec – Taki tu straszny ruch, po co te staruszki tu przychodzą, cały czas miedzy łóżkami się kręcą, tyle mówią, tak mi to przeszkadza. Poproś je aby wyszły. – A przecież na sali szpitalnej oprócz leżących na łóżkach nieprzytomnych pacjentów, ojca i Marii nikogo więcej nie ma.

Godziny mijają. Przycupnięta na szpitalnym taborecie koło łóżka siedzi tylko Maria. Kap… kap… z zepsutego kranu umywalki spływają krople woda. Staruszek w łóżku pod oknem konwulsyjnymi ruchami zrzuca pościel. Maria wstaje i przykrywa chude ciało, ubrane jedynie w ubrudzony kałem, rozdarty pampers.

Kwadranse mijają. Czasami Tata uchyla powieki : – Czy pamiętasz jak na czworaka rydzów w łopianach szukałaś… wspomina czasy gdy z córka wakacje w górach spędzali.  Kolejne minuty mijają. Może napijesz się Tato wody? – pyta. –  Nie… nie – tak  bardzo jestem zmęczony.

W szpitalnej sali, czuwająca od kilkunastu godzin Maria jest tak bardzo szczęśliwa. Ktoś zapyta zdziwiony : – Jak to? Kochany człowiek umiera, a ona jest szczęśliwa? – Nigdy w życiu Maria nie była tak spokojna, nigdy w życiu nie doświadczyłam tak wielkiej miłości jak przy umierającym ojcu.

Przeżył w szpitalu tylko jedną noc, następnej gdy już świtało zawołał lekarza i w trakcie wypowiadanych ostatnich słów do obcego człowieka cicho odszedł. Tak jak  żył, skromnie, bez patosu, ale zawsze godnie.


Cisza w sercu

Ból. Ból jest nieodłączną częścią miłości. – … po policzkach  płyną łzy. Umierający ojciec obdarował córkę spełnioną miłością. Zapłakała Maria nad umierającym samotnie  ojcem. Zapłakała nad sobą. Po tylu latach, na powrót pokochała śniącą o wyspach szczęśliwych dziewczynkę, dziś  przygarbioną, czterdziestoletnią – dzielną kobietę. Za oknem pada deszcz. Pokochała deszcz i ludzi. Człowieka bać się przestała.

„Bądź dobra Marysiu”. – w liście z minionej  jesieni, dziś otwartym,  pisze do córki Ojciec.

 Bycie przy odchodzeniu bliskiej osoby to niewypowiedziany dar. Dziś gdy w zgiełku dnia  gwar ucicha i napływa z oddali  cisza, Maria o nic nie  pytała. Czeka. Stara się zrozumieć i pomóc.  Czasami dostajemy czas aby się przygotować. Być przy drugim człowieku i pomóc mu do śmierci się  przygotować.

Nocą łąka jest…  Jest  zielona.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko