Janina Jolanta Jurek – Najważniejszy sen Hortensji – opowiadanie

0
405
Ryszard Tomczyk-Groteska

Tym razem Hortensja postanowiła nie zwlekać dłużej z podjęciem decyzji, która kiełkowała w niej od dawna: Namalować sen. Ten sen. Kiedy rozmyślała, jakich farb powinna użyć rozległ się natarczywy dzwonek telefonu: przyjemny męski głos pytał o nazwisko.  Zaskoczona, po chwili wahania potwierdziła, że jest … sobą – uczyniła to jednak z lekką dozą irytacji.  Gdy tajemniczy natręt przedstawił się w końcu jako „ Poczta kwiatowa” nieprzyjemne uczucie, chociaż słabe jak herbata dla sercowców, ustąpiło miejsca ciekawości:

  – Jestem w domu – odparła, potwierdzając tym samym, że czeka na odbiór niebanalnej przesyłki.

 – Ale, od kogo to ? –  próbowała dowiedzieć się natychmiast.

– Aa, proszę o chwilę cierpliwości, to niespodzianka – głos w słuchawce „uśmiechnął się” niczym reklama pasty do zębów i organizacji wesel w jednym.

– Więc … czekam – rzuciła lekko, by przypadkiem nie usłyszał łomotu jej rozkołysanego nagle serca.

– Boże – westchnęła – od niego?

            Umierającemu – podobno – całe życie przelatuje przed oczami, a jej – w ułamku sekundy przypomniały się wszystkie zauroczenia i miłości. Poczuła, jakby znienacka uderzył w nią oddech komety i prawie zmiótł z nóg. 

            Po chwili ekscytacja ustąpiła miejsca nieokiełznanej i wszechogarniającej radości; zdawała się być rozkołysanym dzwonem, który budzi do grania wszystkich serdecznych braci.      – Bijemy na szczęście – pobrzękiwały i te w małych wiejskich kościółkach, i te w rozhasanych zaprzęgach, przywieszone u sań i kołyszące się na karkach skubiących trawy trzód. Euforia nie opuszczała jej nawet przez chwilę; ogarnęło ją poczucie rozproszonego, lecz bardzo intensywnego bycia „wszędzie”, słonecznego i tęczowego roztopienia się w przestrzeni. Oto nadszedł kres niekończącego się pragnienia. Jeśli fale emocji mogłyby porywać do tańca kwietne, dzikie łąki, to jej przyspieszone tętno na pewno rozkołysałoby dzwonki jednostronne i brzoskwinio listne, alpejskie i himalajskie z Doliny Kwiatów. Wszystkie wołały: dzwonimy na  m i ł o ś ć ! Nie tylko te rzeczywiste, ale i te z baśni, zaczarowane; śnieżne i przedwiosenne, uwite z łąkowej wełnianki, podobne do ognistych lampionów miechunki, wreszcie te niezdarnie zmajstrowane przez niecierpliwe ptaki lub wyrzeźbione z deszczu, tęsknoty i chmur.

            Ożywały i te, zasuszone w pożółkłych zielnikach, i te, powklejane do zapomnianych pamiętników, rozświetlając wyblakły atrament halogenowym błyskiem wspomnień: Na górze róże, na dole fiołki, kochajmy się mocno jak dwa aniołki. Miedziane i złote, z gliny i z popiołów, sklejone ptasią śliną w szale budowania gniazda, podobne do lejkowatych domków remizów i raniuszków.

– To on?  –  On!

Serce znało odpowiedź, chociaż rozum usiłował studzić gorączkę nadziei lodowymi okładami zimowego sztormu : Daj spokój.

             Z całych sił odpychała wewnętrzny głos rozsądku, jakby się bała, że swoim niedowierzaniem odwróci los kwietnej przesyłki, zawróci ją z drogi i już nigdy nie dowie się od kogo właściwie była. Nareszcie – z entuzjazmem dialogowała w duchu – zrozumiał, że miłość – ta prawdziwa, nie da nikomu zamknąć przed sobą drzwi, bo jest złotym kluczem otwierającym skały nieporozumień, życiowych omamów, cementowych przywidzeń, o które rozbijamy czoła. Miłość wie, serce pamięta, nigdy, przenigdy nie zapomina.

            To, co wydawało się przez długi czas niemożliwe, nagle spadło na nią tak lekko i cicho jak pierwsze płatki śniegu. Poczuła, że wreszcie nie musi niczego udawać; zbyt często widziała jak cierpienie a czasem i z trudem skrywana wrogość lub niechęć a nade wszystko wygoda i przyzwyczajenie ubiera się w maskę szczęścia. Teraz zadawała sobie pytanie: po co i dla kogo założyła tę maskę?. Kto i co zmusiło ją do nakładania teatralnego makijażu – nawet przed sobą samą.  Kto kiedykolwiek był tego wart i, czy ktokolwiek miał prawo naginać jej duszę, to jej „ja” (najbardziej jej) a nawet spychać z drogi, którą pędził niespokojny intelekt.

            Pragnęła osiągnąć wewnętrzną ciszę i zgodę. Zgodę na to co jest – nie ze słabości, ale właśnie z poczucia jakieś kosmicznej siły, która spływa ni z tego ni z owego, jak zdanie ze snu, które zapamiętała na zawsze: Kto się modli i wierzy w Boga buduje potężny okop dla swojej miłości. I zasłyszane po raz pierwszy, czy też powtórzone, jak dobrze wyuczona lekcja: Trzeba się długo i wytrwale modlić aby zrozumieć, co chce nam powiedzieć Bóg.

            Sny obdarzały ją na tyle ciekawymi wizjami, że zaczęła zastanawiać się (pomimo ich niewiadomego i nieokiełznanego źródła) nad celem tych przesłań. Lektura senników uprzykrzonych w swej jednotorowości lub (co gorsza) w oczywistych sprzecznościach nie wyjaśniała niczego, wzbudzając niepokój wynikający z jeszcze większego zagmatwania. Pamiętała z dzieciństwa, jak zawsze opowiadano sobie sny, a słowa o sennych proroctwach ( o siedmiu latach chudych… ) padały nawet z ambony.

             Impuls budził ją, by to, co przed sekundą działo się w spektaklu snu mogło być zapamiętane na jawie: Miłość nie niesie z sobą nadziei ale, na szczęście, jej nie odbiera.

Ileż to razy głowiła się nad sensem tego zdania! Czasami wydawał się prosty i oczywisty a czasem wymykał się logicznemu rozumowaniu, pozostawiając jakiś niedosyt, albo wręcz zapętlenie, jakiś mentalny węzeł gordyjski, który siał spustoszenie w jej wywodach i za nic nie chciał postawić wieńczącej kropki.

            Jakże więc ignorować coś, co jest z niewidzialnej czasoprzestrzeni, ze świata jej tajemnych „zmarszczek”, która kiedy chce i jak chce przecina się z tym „rzeczywistym”, cofa do tyłu lub rwie naprzód ignorując prawa fizyki, albo wręcz odwrotnie, tak dobrze zna prawa fizyki, że nic albo prawie nic go nie ogranicza. Równoległy świat bez sprzętów, pieniędzy, dachu nad głową fascynował ją jak najlepsza z teatralnych sztuk, bo zasypiając, nigdy nie wiedziała, czy „wykupuje” właśnie bilet na horror rodem z zamczyska w Transylwanii, czy też przechodzi do słodkiej krainy spełnienia i kwietnych obrazów. Nawet nie same sny były tak ciekawe, jak ich punkty styku z rzeczywistością. Tą znaną, co już przeszła i tą niepokojącą najbardziej, bo zapowiadającą przyszłe zdarzenia.

            To nie było pierwsze i jedyne zdanie otrzymane czystym i spokojnym „wewnętrznym”  głosem  sennej „rzeczywistości”. A może tak pracuje mózg, myślała, który sam mówi sobie coś bardzo ważnego, co nurtuje go przez długi czas kiedy nie umie znaleźć na jawie ani rozwiązania ani sensownej rady. W takich razach przychodzi anioł snu i pewnym głosem rozcina chmurę niepokoju zostawiając odpowiedź. I ciszę. Jeśli informacja jest ważna, rozbudzony umysł, choćby to był środek nocy – w tej ciszy – pamięta tylko „to” zdanie klarowne jak dźwięk dzwonu albo śpiew wilgi, która potrafi wołać na kilka sposobów włącznie z wrzaskliwymi tonami, ale i potrafi zanucić czysto jak na fletni pana.

             A jeśli wszystkie nasze domniemania na temat snów są jedynie złudzeniem? Sen, czymże jest? Czy kombinacją chemicznych reakcji, która zaprogramowana przez taki a nie  inny zestaw elementów wyprodukuje (na swój użytek), swoistą historię – plątaninę obrazów już przeżytych lub zasłyszanych (!) – tak dobrze zmiksowanych, że za nic się nie połapiesz się, które puzzle skąd pochodzą. Może nie tyko na jawie, ale i w snach bardziej jesteśmy utkani z pytań niż z pewników?                    

            Dlaczego niepokoją, niekiedy wręcz prowokują podstawiając nogę utartym schematom? Hortensja nie tak dawno śniła sen o noblistce. Wiedziała, że jest na spotkaniu z głośną poetką, jednak ani razu nie padło jej nazwisko i nie wiadomo było z jakiego jest kraju. Nie miało to właściwie żadnego znaczenia; do opisu języka, którym się posługiwała najodpowiedniejszy byłby metajęzyk w rodzaju esperanto, ponieważ jej strofy były – choć uniwersalne – jednak uproszczone. Bohaterka wieczoru przypominała siebie samą z czasów, kiedy była dość młoda, o interesującej urodzie, jeśli takie określenie cokolwiek znaczy. Była więc, jako się rzekło, młoda, około czterdziestoletnia, ale już noblistka.

            Sen potrafi wiele; Hortensja siedziała w nielicznym gronie przy wspólnym stole, nie na wprost niej, ale na tyle blisko, by ją obserwować a przede wszystkim słuchać. Ktoś zadał pytanie, jak przy takiej sławie i popularności można żyć i tworzyć, na co laureatka odpowiedziała, że żyć się da, ale tworzyć trudno, bo do twórczości potrzebne jest duże skupienie, słowem – spokój. Później noblistka przeszła do dużej i okrągłej sali zgromadzeń na spotkanie z pasjonatami jej twórczości .

            I tu – jak mawiają Rosjanie : Z tawo miesta popodrobnieje. Tłum gęstniał i napierał, tężała atmosfera oczekiwania, w powietrzu wisiał oczywisty powód, że wszyscy przyszli „na noblistkę”. Miejsca siedzące wypełnione były co do jednego i Hortensja wiedziona dziwnymi przeczuciami poszukała poetki wzrokiem. Noblistka stała z boku opierając się o jedną z licznych kolumn, niezauważona, tak jakby była przezroczysta a na dodatek płakała. Wokół trwał w dusznej statyczności niewidzący jej tłum, uroczysty i obojętny i w przedziwny sposób martwy, lecz pomimo to dziwnie zaciekły w oczekiwaniu. Niemy i zimny. – Oto piekło noblistki – zadrżała Hortensja i pomyślała, że to właściwie piekło każdego zapomnianego twórcy. Cisza i obojętność. Klęska słów, które nie potrafią ogrzać, wątłość zdań, które nie potrafią porwać, myśli, które nie otwierają nowych światów, nie przekraczają granic i nie rozświetlają horyzontów.

            Kimże więc była śniona noblistka? Zdawało się, że jednocześnie kimś wielkim i nikim. W czasach, gdy tylu układa wiersze i „sadzi się” na bycie poetą – noblistka łkała, jakby stało się dla niej oczywiste, że trafiła nie na spotkanie autorskie, wielką fetę jej dokonań, lecz na stypę po nikomu niepotrzebnej już Poezji.

            Hortensja poczuła chłód na samo wspomnienie tamtego snu.   W niecierpliwym oczekiwaniu straciła całkiem poczucie czasu, może nawet przeniosła się w świat odrębny, odrealniony, nieomal mistyczny. Nic dziwnego, przed „kwietnym” telefonem rozważała fragment z zapisków Gabrieli Bossis, dotyczący wątpliwości: Wątpisz, bo czujesz swą niedogodność. Gdyby nawet te słowa wypływały tylko z głębi twej ludzkiej natury czyż to nie ja jestem Twórcą tej natury?

            Jak zwykle przeskakiwała myślami w nieznane i niepojęte światy próbując odnaleźć niebanalne sensy, czy raczej nici łączące znane z ukrytym. Od dawna frapowało ją zagadnienie przypadku w ludzkich losach, choć są tacy, którzy nie wierzą w jego istnienie. Co ma być, to na pewno się wydarza.  Czy podobnie bywa ze snami? Czy zawsze śnią nam się te, które muszą coś wyśnić?

            Skąd przybywa sen, z jakiej galaktyki? Może z łabędziej formacji pełnej podwójnych gwiazd, może z tej najpiękniejszej: Albireo, o dwu różnych „źrenicach”: bursztynowej i zielononiebieskiej, tej o podwójnym sercu, które bije jeden rytm – połączony tętnicą miłosnego światła. I za nic ma międzygwiezdne wichry, które zwiewają z bezpiecznego szlaku. Anioł snu, jeśli tylko przyszło mu być czułym posłańcem – jest jak miłość – nieustraszony. Nie ma dla niego takiej przeszkody, której nie zdołałby pokonać, nie ma dla niego takiej odległości, której by nie przebył; z równą łatwością zaprowadzi śniącego do piekła i do nieba. Pomimo swej ulotności sponiewiera z nieziemską siłą przeczołgując przez czyściec obaw i niekończącego się wyczekiwania. Bo wie, że miłość, to ufność pomimo wszystko, do utraty tchu, do szaleństwa, wbrew logice i faktom. Nie stan odurzenia, zamroczenia i choroby, która często tę miłość kaleczy i oddala dzieląc mgławicą dokonanych zdarzeń, ni stan koniecznych rodowych zobowiązań, ni desperacka prokreacja w celu zawłaszczenia osoby utwierdzona kulturową i religijną odpowiedzialnością, ale stan pełnej jasności, nie tyle umysłu, co serca, które nie przewiduje złych rozwiązań.  Przyszłość miłości zawsze musi być jasna, to tylko kwestia czasu, umiejętności czekania, nadziei i wiary. Jeśli nie w tym, to innym wymiarze, jeśli nie teraz, to w dalekiej otchłani nowych i niezbadanych światów – tam, gdzie nie ma odwagi uchylić rąbka zasłony nawet samodyscyplinująca się wyobraźnia.  

            W takim miejscu Miłość wyjdzie ci na spotkanie, ot tak po prostu, jakbyś nigdy nie zagubił swojej drogi, nie utracił praw do czyjegoś serca, ani nie stracił niezbywalnych praw do niej. Bo tam będzie inny świat – bez pułapek zwyczaju i zasieków społecznej rutyny. Cokolwiek by jej nie zatruło, zawsze we łzach, na końcu poszukiwań, zabłysną w największych ciemnościach trzy ewangeliczne: Wiara, Nadzieja i Miłość. Połączone ze sobą tak mocno, że nie próbuj się o tym przekonywać i sprawdzać, bo wypłaczesz nieomal oczy, próbując wyważyć otwarte przez wieki drzwi tej prawdy.

            Wtedy mu powiedziała: To jest szczęście. – Tak? – Ni to zapytał, ni to potwierdził z niedowierzaniem, jakby się chciał upewnić.

–Tak. –  Odpowiedziała, ale zaraz zimny powiew przeczucia sprowadził ją na ziemię – ale jeśli jedno z nas… Zatrzymała się, przerażona tym przepełniającym ją wszechobecnym szczęściem, którego nagle za nic nie mogła unieść. To niemożliwe, że mogłoby ją tak, ot tak, po prostu, bez zapłacenia jakiejś kosmicznej ceny spotkać prawdziwe, wielkie i w równym stopniu (ni mniej, ni więcej) odwzajemnione uczucie; kochała baśnie z pięknym zakończeniem, ale nigdy, ani przez sekundę w nie – nawet jako dziecko – nie wierzyła.

– Co? – zawsze księżycowo blady, słysząc jej niejasne obawy, zmarmurowiał z niepokoju. Istny posąg Dawida.

Nie chciała nazywać rzeczy po imieniu, nie wiedząc dokładnie, co się wydarzy.  –  Nic, nic – próbowała go uspokoić i zbagatelizować jego niepokój.

Chyba wiedział, co miała na myśli, bo podjął niedokończony wątek, nie rozwiewając jej obaw – I wszystko można przetrzymać i przezwyciężyć?  –  dopytywał.

– Tak. – odpowiedziała z przekonaniem, wtulając się w jego ramiona. Ale jej tak zadudniło w niej głucho i pusto, jakby w tym samym momencie ktoś okradł ją do cna z nagłego przypływu ufności do samej siebie, której przecież nigdy nie miała za dużo. Na dodatek, wczesne lata przeżyła w dziwnym przeświadczeniu, że nic jej się od życia nie należy.

             Może wiedziona szóstym zmysłem przewidziała to, że mimo szalonego zakochania – nie będą razem. Wtedy nie przypuszczała, że kiedy spotkają się po latach jedno długie, głębokie i przenikliwe spojrzenie w oczy „złamie” pieczęcie ich dusz i zobaczą w nich tę samą, odnalezioną miłość, której nie mogli w młodości udźwignąć . Obydwoje zrozumieli, że od tej chwili będą już razem na wieczność w najskrytszych zakamarkach umysłu i serc. Byli tacy sami: ładni, delikatni i niepewni, mądrzy i sceptyczni, trochę jasnowidzący, rozkochani w pięknie, raczej skłonni do zamykania się w sobie i dość bierni. Podobne dusze przyciągają się jak magnes.

             Hortensja pokonywała swoją nieśmiałość brawurowymi wyskokami, a on swoją wstydliwość ukrywał za maską chłodnego twardziela. Po „wyważeniu” drzwi do ich światów mogli tam bywać bez ograniczeń; nie będąc ze sobą – byli ze sobą wszędzie, płacz za utraconym nie miał sensu, bo właśnie się odnaleźli. Tęsknota nie miała powodu osaczać ich i wyczerpywać, bo byli podskórnie nierozłączni. Stali się jak Albireo, dwie gwiazdy, które są tak blisko siebie, że zdają się być jednością. Tak stało się z nimi.

W jego spojrzeniu zobaczyła całą miłość, jaką zdołał ukryć dla niej przez ćwierć wieku rozłąki. Ich źrenice stopione w jedno, niczym rozpalony księżycowy odprysk, zatraciły zwykły rysunek i barwę. Jego niebieskie oczy stały się ciemno granatowe, a jej piwno zielone przybrały odcień świetlistego szmaragdu. Nie mógł – tak jak dawniej – nawet jej przywitać – bo jakże mógłby później wypuścić ją z objęć? Bezwiednie mocno ogarnął swoje ramiona i ona wiedziała, że jest tam, przytulona do jego piersi, z której o mało nie wyskoczyło jego najszczęśliwsze i najnieszczęśliwsze – w tamtej chwili – serce.

            To, co potrafią wyznać sobie oczy dwojga ludzi wymyka się wszelkim opisom, słowa stają się bezradne, nie znajdując ani miary, ani dźwięków odpowiednich dla szczerej rozmowy dwojga dusz i serc.

Kto powiedział: Przez cierpienia do gwiazd?

            Hortensja nie wiedziała, bo i kto to wie, kiedy spotka miłość życia. Słyszała, że tym, którzy gorąco tego pragną przytrafia się spotkać „wielki płomień”. Nie wiadomo tylko kiedy, i czy jest darem, czy lekcją. Ktoś mądry powiedział, że każde spotkanie z drugim człowiekiem jest albo prezentem, karą lub doświadczeniem. –  Czym wobec tego jest miłość? – dywagowała rozcierając farby na palecie, może sumą wszystkich uczuć, jakich doznaje człowiek na Ziemi, tak jak światło jest sumą wszystkich barw? Jeśli byłeś moją nagrodą – myślała o swojej miłości – to jakże gorzką, a jeśli karą, to czemu tak słodką?

            – Tego nie da się naprawić.  –  Powrócił głos jego matki; przeciął wspomnienia  zmuszając Hortensję do nieznośnego, ale koniecznego przetrawienia nie do końca sprawnej, jak zużyty wytrych, oklepanej frazy.

            – Tak witają pewnie w piekle – pomyślała Hortensja. Sama wyznawała zasadę, że wszystko da się naprawić i z taką intencją witają pewnie w niebie – powtórzyła w duchu z głębokim przekonaniem, że przechodzenie przez czyściec – przynajmniej częściowo może odbywać się i za życia. Ludzie – być może – dzielą się na tych, którzy nie widzą albo nie chcą nawet dopuszczać myśli o jakiejkolwiek możliwości naprawy (czerpiąc cierpką satysfakcję z kamiennej „niemocy” utraconego raju, jakby nieprzenikliwi na łaskę Odkupienia) i na tych, którzy będą raju szukać „ zła się nie lękając ” nawet „w ciemnej dolinie” upadku albo nawet niepojętej ciemności „nocy świętych”. Tak mimowolnie przywołała Matkę Teresę – świętą – jak niektórzy powiadają  – „od ciemności” a już samo to określenie napawało ją nieokreślonym strachem i pomieszaniem pojęć , bo jakże „ciemne” może być święte? Chyba, że z tej ciemności zrodzi się gwiazda rozrywająca czarną otchłań niedobrych doświadczeń na miliardy jasnych iskier miłości i dobra?

            Hortensja w młodości nie czytała tego, co byłoby odpowiednie dla jej wieku. Przyspieszyła z lekturą i nie tknęła Ani z Zielonego wzgórza ani Alicji z krainy czarów, czy Kubusia Puchatka ale z wypiekami na twarzy „paliła” cygaro z George Sand lub jak szalona pędziła przez wrzosowisko, by „spotkać się” z Heathcliffem z „Wichrowych Wzgórz”, porzucając po drodze zaczytane ukradkiem “Dzieje grzechu”.  Dla nadwrażliwej dziewczynki – co dobrego mogło wyniknąć z takich lektur?

            Życie było jak baśń; wyobraźnia karmiona coraz to wspanialszą i ostrzejszą potrawą dawała niekończące się prawo do marzeń. Często ćwiczyła ekwilibrystyczne myślenie: Oto teraz myślę, że za parę lat będę myśleć, że myślałam wtedy, że tak właśnie będę myśleć. Czas jak płyty sialu wędrował, zderzał się przyszły z zaprzeszłym, trwający z możliwym, choć wszystko wskazywało na to, że jednak niemożliwym z jakiegoś powodu, być może z powodu marzeń, które załatwiały każdą rzecz tak, jak ona powinna wyglądać, ale bez machnięcia nawet małym palcem, a przy dużej koncentracji umysłu, nawet bez mrugnięcia powieką i na zawołanie mogły wypiętrzyć nowe góry o złotych zboczach i diamentowych szczytach, na które należało się koniecznie wspiąć, tak były niepokojące i tajemnicze. Wyobraźnia pełna plastycznej i żywej giętkości dyktowała nawet myśli i zachowania innych, ale czy tęsknota, niczym błyskawica, nie zwykła poprzedzać gromu życia? Te samosprawdzające się przepowiednie (!)

 ***

             Ukochane baśnie wsiąkają w duszę, jak marcowy śnieg w odtajałą ziemię, na zawsze wchodzą w krwioobieg, by odzywać się przyspieszonym tętnem w miejscach nieoznaczonych na zwykłych mapach. Wracają z grubej, przeczytanej w dzieciństwie księgi, ze zbioru baśni pod tajemniczym tytułem „Najpiękniejsza piękność” jak i jedna z bohaterek, nazwijmy ją, przez wzgląd na niepamięć jej właściwego imienia ani nazwiska jej twórcy – Emmą. Emma pragnęła oprzeć się śmierci, pozostać długo piękna i młoda. (Czy najprawdziwsze bajki, wyrastające z bólu i zachwytu istnienia mają tylko jednego autora? Czy nie pisze ich przez pokolenia samo życie a tylko skromny i utalentowany Skryba w różnym czasie i w różnych wcieleniach utrwala je na piśmie)?

            Chociażby takie opowieści o kijach samobijach. Oho. Pędzi złoczyńca przez las a tu kije samobije sprawiają mu takie manto, jakiego się biedak nie spodziewał.  Na pierwszy rzut oka zupełnie to niewiarygodne. Ale wystarczy raz oberwać nieumiejętnie odgiętą gałęzią leszczyny lub innego giętkiego wierzbowego bata, by wyobrazić sobie ile takich naturalnych bykowców chlastało pędzącego na oślep uciekiniera. Wystarczy przejść polną drogą  obrośniętą szpalerem starych drzew, które nietknięte od stuleci, niczym puszczańskie  okazy, żyją w zamyśleniu, skrzypią swoje bóle i zawodzą na wietrze.  Chorują, murszeją, pokrywając się liszajem i starczymi plamami czasu, by znienacka zrzucić na drogę martwe konary. Albo całkiem paść trupem. To już nawet nie kije samobije, ale najprawdziwsze karne maczugi.

               Wracając do Emmy, można domniemywać, że i w tej baśni jakaś czarownica musiała  smażyć konfiturę z wilczego łyka, musiała chodzić z eliksirem młodości za pazuchą,  kusić mocą płynu, który uśpił ją na wiele nocy i dni. Może to było sto lat i sto dni? A może tysiąc i jedna noc? Hortensja, niczym bohaterka z dziecinnych lektur, obudzona wreszcie po długim „niebycie”, jakby uwolniona z kart starego zbioru, wyszła na spacer poznając i nie poznając – miasto było niby to, ale całkiem inne. Inne fryzury, stroje, obcy ludzie, dziwne pojazdy. Zgrzybiała staruszka, spotkana na ulicy, przypadkiem rozpoznała Emmę i dopowiedziała jej to, co było najsmutniejsze: – Emmo! (Tu zawsze płacz przy mglistym wspomnieniu tego fragmentu bezszelestnie i ostro przecinał duszę Hortensji) – twoi rodzice nie żyją, wszyscy przyjaciele umarli, ale jakaś ty ciągle piękna i młoda!       

W chwili czytania tej sceny Hortensja, jak i tamta siostrzana jej z ducha baśniowa Emma, zapragnęła umrzeć.

            Smutek tej bajki rozlał się na trwałe w jej sercu, przyczaił i sprawił, że po wielu latach, nagle nadepnęła stopą pierwszą feralną kartę tamtej opowieści.  Stanąwszy na jednej z płyt chodnika, w mieścinie, gdzie stare koślawe domki wyszły jej pewnego ranka naprzeciw, niczym leciwa staruszka, w którym pożydowskie sklepiki zbiegły się wokół trójkątnego rozjazdu z drewnianym krzyżem pośrodku, bezwonną piekarnią z prawej i zimną piekarnią z lewej, w tym oto miejscu poczuła, że nie jest nikim innym, tylko tą samą Emmą z przeczytanej przed laty opowieści. Stukot obcasów dobiegający do jej uszu był dziwnie obcy, cherlawe poobijane kundelki wyły z nudów i nędzy a zgrzybiała staruszka w okularach w rogowych oprawkach patrzyła smętnie przez brudną, potrzaskaną szybkę obrośniętą gdzieniegdzie niebieskawym mchem. Szli jacyś ludzie, gwar ich głosów dobiegał wyraźnie, lecz choć mówili językiem, który znała, o jakże dobrze znała, to jednak nie mogła zrozumieć, o czym właściwie mówią, z czego są zadowoleni. Nie mogła nic wziąć z ich radości, z ich obcych głosów ani nawet z ich obojętnych lub ciekawskich spojrzeń, bo nie było w nich niczego, co by naprawdę czuła i co by ją choć trochę ucieszyło. Nawet ubiór tych ludzi był obcy, nie mówiąc o nakryciach głowy i kształcie butów. Nic się nie zgadzało na “tak”, lecz w jakiś przewrotny sposób wszystko zgadzało się na “nie”. Jakieś niepojęte dejavu ogarnęło ją mdlącym strachem.

            – Tu przecież kiedyś byłam, żyłam, ale nie mogę odnaleźć tamtego życia, które zostało we mnie w bolesnej pewności dawnego trwania. Ale przecież będąc rzeczywistą sobą – tu aż się uszczypnęła – nie można być jednocześnie z przeczytanej dawno temu baśni?

            Zaiste można chcieć umrzeć, kiedy wkracza się w przedziwny, nieomal „bermudzki” trójkąt Emmy; jest w nim smutek i pustka, brak oparcia, obojętność, w którą nikt nie uwierzy, tak jak nie wierzy matka w chłód w oczach własnego dziecka. W takim fatalnym trójkącie jest czeluść nieudanych miłości, które mają moc zabijania niczym łapczywie połknięty kawałek chleba. Jest w nim wreszcie chodzenie po omacku w biały dzień i czas, który się uparł, żeby podążać w odwrotną stronę. I jakaś szybko pogłębiająca się wyrwa, przez którą w panice ucieka nadzieja, a na jej miejsce wdziera się nieustannie cień tęsknoty i dławiąca rozpacz.

            Po wejściu w trójkąt Emmy za nic nie można już powrócić do dzieciństwa. Nawet za cenę klęczenia na brązowych woreczkach z grochem, z rękami uniesionymi wysoko w górę jak na rozstrzelanie. Za cenę bicia belferskim pasem albo dębową linijką lub za cenę zamykania „winowajcy dnia” w ciemnej piwnicy pełnej pajęczyn i nie mniej przerażonych ropuch, tak bardzo podobnych do nieszczęsnych karnych woreczków. Nawet za cenę ręcznego szycia tych narzędzi tortur, igła za igłą, ścieg za ściegiem, w szale ćwiczonej cierpliwości, w pokornym powtarzaniu zadanej sobie na nowo lekcji, z męczącym pytanie w temacie: – Kiedy rozwiewa się młodość i kto wyciąga za nas los dorosłości?

             Może zamiast lekko wzbijać się w przestworza, niczym ulotna myśl, potyka się i prozaicznie zjeżdża na tyłku z błotnistej górki? Gdzie chowa się nasze dziecięce spojrzenie? Za przytrzaśniętymi drzwiami wielkiej miłości, która zbyt często okazuje się być zarazem największym rozczarowaniem? Jeśli bezpowrotnie umiera, to gdzie jest jej mała kwatera i biały cmentarz niewinności? Jeśli była miłością, to czy miałaby sumienie umrzeć bezpowrotnie? I czymże ona jest ta prawdziwa miłość?        

             Tak rozmyślając Hortensja czekała na posłańca, zapatrzona w chmury; a były one wówczas takie, jakby Bóg dawał otwartą lekcję malowania akwarelą. Kto tylko chciał mógł skorzystać. Na zachodzie późnego ale łagodnego listopada rozesłała się poszarpana na olbrzymie kęsy bawełniana pielucha w kolorze granatowo szarej niebieskości. Pomiędzy nią ułożyły się miękko plamy beżowo cynamonowego pudru, gdzieniegdzie rozświetlone złotawymi refleksami zachodzącego słońca, jakby chciały pełniej wydobyć błękitne podbicie wierzchniej tkaniny.

              – Boże, jakie piękne! Hortensja nie raz zachwycała się tym skromnym przepychem zimowego nieba. W takich chwilach nie odstępowało jej wrażenie jakichś specjalnych przygotowań Wszechświata szykującego się na przyjście ukochanego Syna Boga. Pozornie smutne, ogołocone z liści drzewa o brzasku i na schyłku dnia przemieniały się w gorejące świece o światłach łagodnych i stonowanych, niczym upierzenie rdzawych słowików: jakieś rudości, głębokie stare złota i wydobyte nagle z ciemności srebrne źrenice czuwających wytrwale gwiazd. Pozostawione przez ptaki opustoszałe gniazda widniały jak zapis nutowy na chudych pięcioliniach gałązek. Brakowało tylko dyrygenta, by cicha karta rozbrzmiała najstarszą i zapomnianą kolędą : Witaj nam Królu Niebieski.

            Świadoma tego piękna polowała na krótkie pokazy grudniowych zachodów. Wczesnymi popołudniami, pomimo pochmurnej pogody, słońcu często udawało się przedrzeć przez szarą powłokę i, chociaż na krótko, potężnym akordem oświetlić złotym żarem korony brzóz; bibułkowa biel kory nabierała wówczas niezwykłej łososiowo różowej barwy. Dzięciole brzuszki, zawadiacko wystawione w stronę zachodu, purpurowiały ogniście, mieniąc się jak rubiny oświetlone niezrównanym snopem światła.

            Zatopiona w kontemplowaniu grudniowych barw nieba Hortensja przymierzała się do namalowania obrazu, który niegdyś zesłał jej szczególny sen. Szybko wtedy zanotowała szkic długopisem i na wiele lat odłożyła projekt niepewna ani swych umiejętności ani siły skierowanego do niej wezwania.  Gdyby chociaż przyśniła jej się Padwa i hrabia Tiso opisem potwierdził, Kogo widział niezauważony przez uchylone drzwi w objęciach rozmodlonego kaznodziei zwanego później św. Antonim padewskim.

            Instynktownie czuła, iż rzeczy z pozoru niemożliwe należą do rzeczy całkowicie możliwych, bo w swej istocie są ze sfery rzeczy niewidzialnych a stan ukrycia przed naszymi oczami determinuje ich „niemożliwość”. Tak jak kolory, których jest prawdopodobnie niebotyczna ilość ; podobno są ludzie, którzy śnią kolory niespotykane jeszcze na Ziemi.  

            Czy sama nie czuła tego niekończącego się zachwytu nad sennym objawieniem, czy nie próbowała kilku osobom opowiedzieć słowami, które i tak zawsze wydawały jej się nieporadne w oddawaniu chociażby barwy policzków Tego Dziecka. Mówiła – starając się jak najdokładniej określić ich odcień: tak delikatny, jaki miewają niektóre dopiero co rozwinięte róże: ani za mocny, ani za blady, właściwie bardziej mleczny z delikatnym tchnieniem atłasowego różu. Tchnienie różowości nie było rumieńcem, ta subtelna atłasowość – co było widoczne – stanowiła przyrodzoną a raczej nadprzyrodzoną cechą karnacji.

            Czuła, że jeśli było to wezwanie, to jednocześnie jest dla niej wyzwaniem, któremu opierała się długo, ciągle odkładając jego urzeczywistnienie „na później”. A może celowo „coś ” odwodziło ją od powziętego dawno przecież zamiaru i podsuwało nieustannie niecierpiące zwłoki zajęcia. Tyle jest przecież w życiu do zrobienia, tyle rzeczy pozornie ważnych, porządków, planów, nawyków.  Ta nieustanna melodia: – Nie ma czasu, nie ma czasu !  W rytm drylu: Tu zalega kurz a tam trzeba …, coś ciągle trzeba. Czyż nie tak?

    I wtedy przypomniała sobie czyjąś myśl genialną, którą tyle razy cytowała innym, że : Czas jest od Boga. Jeśli go nie masz, to go sobie weź. Po kilku latach namysłu powstał duży tematyczny pastel, który jednak był tylko mglistym odbiciem sennej wizji. To było ciągle nie „to”. Ani nie czuła się godna, ani zdolna do tej pracy. Jednak łagodny i nieustępujący nakaz, a właściwie cicha nienatarczywa myśl była w niej ciągle naturalnie obecna, w sposób tak oczywisty, jak oczywisty i niezauważalny bywa w zdrowych płucach oddech. Miała zwyczaj zapisywać przeczytane gdzieś, czy usłyszane frazy, wobec których rozum, a tym bardziej serce i dusza nie mogły przejść obojętnie: Dary łaski i wezwania Pana są nieodwołalne.

             Jej wola była jakby przykryta najsubtelniejszą zasłoną wyboru: nie musisz, nic nie musisz – ni to marzyła, ni to czuła określenie moja mała wojowniczko. Ale jeśli chcesz, jeśli masz na tyle odwagi… Zdumiewała ją ta najdelikatniejsza z delikatnych myśli, najłagodniejsza z łagodnych, najcichsza z cichych. Żadnego miotania z rumaka na ziemię w oślepiającym blasku. Wedle stawu grobla – próbowała bronić się autoironią, być może przed swoją nieokiełznaną wyobraźnią , ale z całą mocą czuła, że na pewno nie były to chore lub mroczne – urojenia.

             Kiedy zaś ogarniało ją wstydliwe poczucie niestosowności, czy raczej niedogodności albo lepiej swej niegodnościpojawiała się zachęta:

Nie poddawaj się. Nie słyszała tych słów, czuła je w duchu tak delikatne, jak wspomniany już spokojny oddech.           

            Czy bała się ośmieszenia? Ani trochę; życie zaprawiło ją na tyle mocno kilkoma siarczystymi razami i przeczołgało dotkliwymi upokorzeniami, pozostawiając na dodatek w okowach nie do końca idealnej życiowej sytuacji, że to „ co sobie pomyślą” i jak będą szydzić – nie miało większego znaczenia. Zanim więc cokolwiek przedsięwzięła w tej kwestii – antycypowała serię niedogodności. Zahartowana niczym konik Przewalskiego na mongolskich czy kazachskich stepach oswajała kręcące się nad nią baty ironii, a nawet salwy prostackiego rechotu. Zdrowa i przaśna miejsko wiejska ludyczność zna wszystkie smaki rozrywki. Każdy, kto ośmiela się nie powtarzać „ mądrości” z ostatniego „wydania” sterowanych odgórnie informacji już z definicji wydaje się podejrzany i nawiedzony. Najbezpieczniej byłoby powtarzać jedynie to, co niestrudzenie formułują loże, fora, sympozja, salony, szczyty, rankingi, top listy, najpiękniejsi, najbogatsi, najbardziej rozchwytywani, najlepsi, oj, tacy dobrzy, dobreńcy, czyli jak mówią leciwi górale: Ludkowie dobzi .

      Namolny „jazgot”, sztampowe „kłapanie”, niekiedy nawet nieznośny bełkot, który ma przekonać do swoich racji: odmienne zdanie interlokutora wywołuje zazwyczaj natychmiastową furię, pianę na ustach i prawie zaćmę w oczach. Nikt zazwyczaj nikogo nie słucha, nie jest ciekaw innej opinii, liczy się tylko, czyje jest na wierzchu i komu uda się przeciąć oddech o pół sekundy wypowiedzianym wcześniej jadowitym najczęściej słowem, gdy przeciwnik jeszcze zbiera myśli, choć już skrzętnie otwiera usta, by nie wyjść na niezorientowanego w obowiązujących trendach gamonia.  „Jadowity” zawsze bywa jednak szybszy i, jeśli rzecz ma miejsce w telewizji, zdaje się czasem, że z ekranu zalatuje siarką, choć nie są to czasy samozapłonów wschodnich odbiorników.         

            Hortensja i jej podobni czuła, że płonie świat dawnych zasad i wartości. Zapach, który kiedyś uchodzić mógł za nieodłączną składową skomplikowanego podglebia, niezbędnego dla równowagi i piękna różnorodności życia, teraz przybrał formułę nietykalnej poprawności.  Nawet samo słowo „ ułożony” wzbudzało w Hortensji nieodparty bunt, bo nie wiadomo, kto układa, po co i jak to „ułożenie” najczęściej bezbronnego i słabszego kiedyś ktoś wykorzysta. Indywidualnie i na masową skalę. Całe narody mogą być „ułożone” a może bardziej odpowiednie byłoby słowo „układne”, i całe grupy społeczne, od których wręcz oczekuje się układności. Mocny i niezależny nie tak bardzo da sobą powodować i „układać” go wedle czyjegoś widzimisię. Bo niby czemu ten układający ma być mądrzejszy od układanego?  Może – być ułożonym – najlepiej pasuje tylko w trumnie: równiutko, bez „wierzgania” i zbędnych sprzeciwów.

             Czasy były niespokojne; harcownicy „postępu” zacierali ręce. Prawa mniejszości skutecznie zdawały się kneblować usta większości, tym samym uciskając większość, która przygryzając wargi musiała zmilczać, coraz częściej zmilczać .  Musiała krztusić się, hamować, zachłystywać, by ni na jotę nie uchybić na honorze, w przeciwnym razie mogłaby być natychmiast okrzyknięta jako zacofana warstwa społeczna z zakutego na głucho ciemnogrodu. „Wiecznie żywe” szeregi światowej „ rewolucji postępu” czuwały nieugięcie z prężnym bacikiem nagonki na każdy przejaw „ mowy  antymiłości”. Gdy nie pomagał bacik, w ruch szedł medialny „bykowiec” a jeśli i „bykowiec” niedostatecznie subtelnie rzeźbił w poprawnościach, co do mowy i uczynków, to biada, biada i gorzeGorze dla większości.

            Jeszcze myśl się ostała – ale w większości spłoszona, zastraszona, drżąca, w okowach paragrafów i nienawistnych paroksyzmów szyderstwa medialnych zawodowców. Mogła tylko z cicha dumać na własny użytek, bo już się jej – myśli – w mowie i piśmie strach było w tej  „światowej” , więc szerokiej wolności – ujawniać. Jeszcze wielu zadawało sobie trud myślenia, ot, takie hobby. W wielu jednak domach, mocno otumanione czadem publikatorów i rozpalone od całodobowego telewizyjnego żaru rodziny brały strony ulubionych politykierów. Skutecznie zainfekowane, ścierały się wewnętrznie i – przykład idzie z góry – dzieliły się na dwa przeciwstawne obozy. Niektórym wymieszały się epoki, bo pomimo tego, że czasy się zmieniły i hasło precz z komuną wyblakło na niejednym muzealnym zapleczu, to w powietrzu, ni stąd ni zowąd, zawisło znów znane ze Wschodu : Tisze jediesz, dalsze budiesz . Zawiało damską rewolucją i wielu przecierało oczy, biedząc się nad znaczeniem słów: wieszak, laska, niewiasta, białogłowa, kobieta a osobliwie gender.

            Posłaniec wciąż nie nadjeżdżał. Myślała: – Pewnie błąka się po esach floresach na pół polnej drogi, odbijającej w stronę lasu od głównego traktu.

            Ta refleksja nie tylko jej nie zniecierpliwiła, lecz wręcz odwrotnie; przeniosła jej wewnętrzne widzenie wzdłuż szutrowego traktu latem gęsto obrośniętego kordonem bladobłękitnych kwiatów ziela zwanego cykorią podróżnikiem. Zza nostalgicznych źrenic podróżnika, jakby dla równowagi, wyłaniały się płonące maki i bławatki zaściełające ubogie pola płachtami szafiru. Bujność kwietno polnej roślinności rwała oczy, bo o uwagę dopominał się gdzieniegdzie pyszny fiolet ostu – zimowe marzenie szczygłów. Blado rubinowe chabry łąkowe wdzięcznie podbijało wytrwałe sąsiedztwo żółtej nawłoci. Wspomnienie pól aż gęstych od barwnej różnorodności wywołało w niej inny obraz, niegdyś widziany jedynie na czarno białej reprodukcji, tak czysty w swojej klarownej jasności, że nie do zapomnienia. To był obraz Stachiewicza „ Matka Boska wędrująca przez pola liliowe”.

             Matka Boża kroczy na nim drogą obwiedzioną białymi liliami św. Józefa a liczbie lilii nie ma końca, bo porastają łany pól aż po horyzont. W orszaku towarzyszą Jej skrzydlaci anieli, święci i niewinne dzieci. Jakie dzieci? – Pomyślała.

             – Pewnie te pokaleczone przez dorosłych szakali porywających się na liliową czystość ich dusz i ciał. Dzieci – więźniowie obozów hitlerowskich Niemiec, dzieci sowieckich łagrów. Te, zalęknione przez stulecia w zakładach opiekuńczych wszelkiej maści, deprawowane i dręczone na różne sposoby w chorych domach, szkołach i , o zgrozo, nawet kościelnych formacjach. Z przetrąconymi molestowaniem obolałymi duszami i ciałami. Dzieci, pod którymi zapadła się ziemia ufności, dzieci ugrzęźnięte przez całe życie w mrocznym bagnie wspomnień. Zawstydzone za nie swoje winy i niemogące oddychać pełną piersią. Dzieci – ptaki niepotrafiące wzbić się w przestrzeń miłości z zamkniętej klatki gniewu i doznanej krzywdy.  Dzieci, niemające siły ani środków do swojej obrony, dzieci smutne – ze wszystkich epok dziejów Ziemi, głodzone, bite, zabite, straszone, gwałcone, sprzedawane i wykorzystywane jako tania siła robocza w kopalniach, fabrykach i polach. Dzieci wojen i rewolucji, wreszcie dzieci zimnych, sterylnych domów, bez zdrowej miłości rodzinnego gniazda.  I jeszcze mali paliatywni pacjenci – cisi męczennicy – zgromadzeni w szpitalach i hospicjach – młynach bólu, lęku i nadziei.

            Jako dzieciom śnią nam się cuda na jawie. I Hortensja miała takie sny. Dwa z nich zostały z nią na całe życie i nie dawały o sobie zapomnieć.

                Śniła jej się Matka Boska z Dzieciątkiem na ręku – na północnym wschodzie – przypomniała sobie to miejsce nad wierzchołkiem czerwonego głogu. – Nagle poczuła jakiś kosmiczny pęd, siłę, która ciągnęła ją lekko w górę. Była coraz bliżej Jej twarzy, nie pamiętała rysów, tylko łagodność i wielką czułą dobroć, ale, przede wszystkim, zapamiętała oczy. Były pełne łez. (Jej łzy są ogniem, który nas zabija – tak miał wyć wypędzany demon, według przeczytanego gdzieś wywiadu z księdzem egzorcystą, ku ogólnej przestrodze, że to realne, śmiertelnie niebezpieczne i podstępne byty). Pojęła, że to Jej wzrok tak mocno ciągnął ją w górę. Ten wzrok o coś pytał, wiedział coś, czego ona nie wiedziała, zapowiadał lub ostrzegał. Ciągle nie mogła dotrzeć do treści tego sennego przesłania, choć miała pełną świadomość jakiegoś przekazu. Nie napawał euforią, przeczuwała, że w jej życiu pójdzie coś nie tak. Te łzy zapowiadały łzy. A jakiś ocean nie przelał? – westchnęła z uśmiechem i zaraz poważniejąc pomyślała: – Wiem, anioł snu powiedział mi przecież, że Trzeba się dużo i z ufnością modlić, żeby zrozumieć, co chce nam powiedzieć Bóg.

– Urocze! Pełna świadomość we śnie!  – Ironicznie sama skarciła się w myślach. A na jawie, czym jest ta świadomość? – Spierała się ze swoimi ideami.

Wiedziała, że jej własny rozum próbuje ją zapędzić w kozi róg.

– Czyli co, świadomość, to zdawanie sobie sprawy, takie sprawozdanie przed sobą samym, czucie całą sobą, że czuje się to, co czuje i widzi się to, co widzi. Wychodzi na to, że to coś wtórnego. Zawsze myślała, że to, czego nie nazywa, a wie w duchu – to jest świadomość. Już jak to nazywała, to było już coś innego, ale na pewno nie czysta świadomość.  Świadomość – jak ją pojmowała Hortensja – to być może dusza z zaczynem sumienia. Albo ono się rozwija, przeczekuje, albo zamiera.

Wyraźnie – w tym śnie – widziała, że z oczu Matki Bożej emanowała ogromna siła i wielkie cierpienie. Dobrze to zapamiętała, a później poczuła, że opada z powrotem na ziemię.

            Czekanie na posłańca było tak nieprawdopodobnie nasycone emocjami, że sceny z wyobraźni nakładały się z obrazami z przeszłości, przypominając gwałtowny i burzliwy sen pełen gonitwy sennych marzeń. Wszystko to działo się jakby na wielkim ekranie ukrytym pod jej mocno zaciśniętymi powiekami. Żeby utrzymać w ryzach napięcie oczekiwania Hortensja usiłowała modlić się jakimiś własnymi hymnami, sklejonymi ze słów płynących prosto z serca. Za wszelką cenę próbując nie rozpłakać się szybowała w modlitwie niczym jaskółka przed burzowym niebem. W tej chwili była zdolna „przenosić góry”, wykonać w wszystkie niemożliwe do wykonania prace i zadania. Gdyby jej kazali skakać ze spadochronem z samolotu, uczyniłaby to bez wahania. Skok na bungee, a proszę bardzo, napisanie wielotomowej powieści z wieloma zazębiającymi się wątkami – nic prostszego, namalowanie obrazu, który zachwyciłby świat swoim pięknem… O, tak.

             Tu, jak błyskawica przemknęła jej myśl, że musiałby to być jeden jedyny obraz, ten, jeszcze nienamalowany, drugi sen – najważniejszy, który został w niej na całe życie, tak był zastanawiający i piękny:

              W ciemnym kościele, gdzie mrok ledwo rozświetla tęcza witraży i kilka świec czuwa ciepłym płomykiem, klęczą ludzie w cichym skupieniu w oczekiwaniu na przyjęcie komunii. Kapłan z kielichem wyłania się z cienia, ale ona zaraz spostrzega, że ksiądz zamiast kielicha trzyma na rękach Dzieciątko Jezus. Ta przemiana dokonuje się w tak oczywisty sposób, że nie pozostawia cienia wątpliwości.  Jasne też jest, że Ono chce pocałować klęczących, więc uważny ksiądz pochyla się ostrożnie zbliżając Dziecko ku olśnionym twarzom. Jego twarzyczka przybliża się do policzków wiernych, ale zatrzymuje się w pewnej odległości i przez chwilę można kontemplować, jak jest piękna.

             Ksiądz cały czas obecny – trzyma w objęciach Największy Skarb Kościoła – żywego Jezusa.

Kapłana nie widać zza światła Dziecka. Kimże mógł być? Kto mógłby stać się modelem do jego namalowania na obrazie? Hortensja przebiegła w myślach po sylwetkach księży, których spotkała w swoim życiu jako dziecko i jako dorosła osoba. Czas na takie refleksje był najtrudniejszy z możliwych. Akurat wybuchł wulkan milczenia w sprawie nadużyć seksualnych wobec dzieci w Kościele i choć niektórzy próbowali zliczać te „przypadki”, to o każdy z nich – jak powszechnie sądzono – było za dużo.

             Ona miała jednak szczęście i żadnego dylematu z wyborem duchownego, który w jej pojęciu mógł dostąpić łaski i zaszczytu podawania Hostii. Był jak najbardziej rzeczywisty, uczył dzieci religii i zapamiętany został, nie tylko przez Hortensję, dobrymi i wdzięcznymi myślami. W jej pojęciu był świętym księdzem: wysoki, piękny, mądry, łagodny i dobry. Często wspominała, jak zabrał ich – pierwszaków – ze styczniowej zimnej katechetycznej sali do swojego pokoiku na górze. Nieduże i nadzwyczaj skromne pomieszczenie walecznie ogrzewała żeliwna koza. By uchronić ich stopy przed odmrożeniem wikary porozwiązywał trzewiki trzódce, przypominającej zawiane śniegiem małe kuropatwy z soplami przy nosie. Sztywne od mrozu obuwie ustawił na i wokół rozpalonego piecyka; przy takim zderzeniu temperatur – parskającego iście po koziemu.

            Kiedy już w palcach zdrętwiałych nóg zaczynała żywiej krążyć krew, przez wszystkich lubiany i szanowany ksiądz o wdzięcznym ptasim nazwisku pokazywał im wiszące na ścianie obrazy, które sam namalował. Niewielkie olejne płótna w biało niebieskiej tonacji przedstawiały skrzydlate anioły, lecz Hortensja, choć malutka siedmioletnia pannica, w rozumie i sercu jednak malarka pełną gębą – za nic nie mogła w duchu przystać na takie bohomazy. Anioły, według niej, były brzydkie; ksiądz malować nie umiał, co nie umniejszało jego zasług, choć bardzo kłóciło się z jej idealnym porządkiem rzeczy. Gdyby chociaż pięknie rysował a najlepiej nie brał się za sztukę malarstwa byłby księdzem doskonałym.

             Postać kapłana na obrazie została więc jednoznacznie i nieodwołalnie ustalona, lecz jak oddać śnioną postać Syna Boga. Minęło tyle lat; nie kilka, nie kilkanaście a kilkadziesiąt. Jakże pędzi życie, za czym tak człowiek gna, o co tak się codziennie troszczy i „zabija”?

            We śnie, tak jak ze słów kolędy „ Dziecię jak kwiat ” ma wielkie ciemne oczy i policzki jak płatek rozkwitającej, nie do opisania delikatnej w kolorze róży. Czy można w słowach oddać Jego piękno? Jego niecielesność w ciele, radość i miłość bijące z Niego, jak źródło nieznanego Światła, którym zdaje się być cały, choć obleczony w białą koszulkę? Coś umyka, ciągle umyka jakiś zachwyt, jakaś emanacja boskości dla wyrażenia której nie ma słów.  Ono uśmiecha się radośnie, jakby mówiło: – Jestem chlebem, jestem Synem Bożym.  Alfą i omegą, nieustannym powtórzeniem życia, cierpienia, śmierci i zmartwychwstania. Jestem Miłością. Umarłem dla was i żyję, przyjmijcie mnie do siebie z miłością, a odrodzicie się znów jako dzieci w pięknie i szczęściu. Jestem dla wątpiących, którzy widzą we mnie tylko kruchy opłatek. Jestem żywy, jestem życiem. Mój jest wasz sen i wasze czuwanie, zdrowie i choroba, życie i śmierć. Dałem wam wolną wolę, jesteście moimi braćmi, dałem wam wolność, boską pełnię życia, miłuję was, cierpiałem i cierpię dla was, wybierzcie mnie, pokochajcie mnie. Pokochajcie mnie a znajdziecie klucz do prawdziwej miłości. Wołam do was, nieustannie was szukam i zapraszam. Kto wybierze miłość, otrzyma w zamian niebo.

             Powiedział Pan:Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię, (MT 11).

            Tylu ludzi rozważa Ewangelię Jezusa i często zastanawia się, czy właściwie rozumie Jego słowa. Niektórzy spierają się, interpretują po swojemu a jeszcze nieliczni próbują (po ludzku, tak jak tylko najlepiej potrafią) wesprzeć Jego sprawę wierszem, prozą, obrazem, muzyką lub dramatem.

             Czasem Hortensji przemykało przez głowę błyskotliwe powiedzenie J. Tuwima: Ci, którzy przemawiają w imieniu Boga, powinni pokazać listy uwierzytelniające.

Myślała wtedy, że poeta nie uwzględnił tego, co wiedzieli święci i wielcy myśliciele, że wszyscy, w jakimś sensie, jesteśmy listami od Boga.

            Malarka często zastanawiała się, czemu właśnie anioł snu zesłał na nią taką wizję komunii świętej.  Z rzeczywistości pamiętała tylko smak opłatka na wargach, suchość ust, która zawsze towarzyszyła komunijnemu przejęciu, lekkie uroczyste drżenie serca i lęk, żeby czymś nie zgrzeszyć w ostatniej chwili przed przyjęciem Hostii, jakąś myślą, która może wyrwać się z nieokiełznanych labiryntów pamięci.  Dlaczego Hostia jako Dzieciątko Jezus ? – rozmyślała często i zrozumiała, że to logiczne, bo być może Bóg, właśnie jako Dziecko, może znieść człowieka w codziennym dotyku tego świata. Czy dziecko nie ufa bez wyjątku wszystkim? Czy dziecko osądza kogokolwiek? Czy bezbronne nie wierzy każdemu i we wszystko, co z nim czynią, co mówią?  Czy dziecko nie pragnie dobrej miłości, czy patrzy w co ta miłość jest ubrana? Jak pachnie, gdzie mieszka, czy ma pustą i dziurawą kieszeń, co potrafi, co rozumie, jak jest wykształcona?  Czy dziecko potrafi się obronić, czy dziecko nie budzi największej czułości?  Może właśnie jako Dziecko pragnie nas takich, jacy jesteśmy, przyjąć z miłością i niewidzeniem naszych niedoskonałości. Więc jeśli znów nie staniecie się jako dzieci…

     Od tamtego snu, gdy malarka patrzyła na przyjmujących komunię nieodmiennie myślała:

– Gdybyście wiedzieli, Kto teraz zbliża się do was, niesiony uważnie w troskliwych ramionach księdza. Gdybyście wiedzieli, jak piękny jest Pan !

 Był czas, gdy miała ochotę wykrzyczeć to na cały głoś w kościołach, ale świadomość, że wzięliby ją za obraną do cna z rozumu, nawiedzoną albo, co gorzej, sfiksowaną „aktorkę ze spalonego teatru”, którą więziły jej własne grzechy, skłaniała ją w stronę napiętej ciszy, drżenia a czasem łomotu serca i myśli, których jednak nie da się w skrytości ducha – samą tylko ciszą – zaszczepić nikomu.       

            W kilka lat po tym śnie, przyśnił jej się sen inny, bo inne stało się życie i inna była jej relacja z Bogiem. Upewniła się jednak: Bóg wie, co robimy, Bóg wie, co zrobimy, Bóg zna nasze myśli, zamiary i plany. Ale to my podejmujemy decyzje, które albo rozjaśniają Jego oblicze albo przydają Mu cierpienia i męki. Jakże często z nami rozmawia, jeśli tylko chcemy się w Niego wsłuchać, w innym świecie mówi do nas znakami, przez ludzi, którzy mogą być jego aniołami, poprzez sny, spotkania, zdarzenia, żywioły i myśli.

            Od tamtego snu powtarzała często: – Jesteś godzien największej miłości, największej tęsknoty i największego marzenia, Panie.

 Tak mało o Tobie mówimy, tak rzadko otwieramy serca, tak chętnie zamykamy Cię w zimnych murach kościołów, tak mało zapraszamy Cię do swojego życia, choć nie Jesteś figurką z porcelany, czy wirtualnym bogiem plemiennego strachu. Choć nie Jesteś wyrazem życiowej bezradności – „Bóg tak chciał”, czy usprawiedliwieniem naszej bierności przez źle pojmowany automatyzm wygnania z raju. Do Ciebie podążamy przez całe życie, czy jest to dla nas jasne, czy nie. Wędrówka jest długa, droga pełna zasadzek; ręce i nogi mdleją, rozum przysypia, a serce chwyta błyskotki jak szczupak przynętę. Łajno złotego cielca podcina nogi prostym ślizgiem równi pochyłej. Samotność kaleczy duszę, a brak miłości jątrzy rany. Nie każdy znajduje Weronikę z bandażem czułości, nie każdy spotyka Cyrenejczyka, wielu upada i nie podnosi się nigdy, ale u Ciebie nie ma słów „nigdy” i „niemożliwe”, tak jak nie ma granicy Twojego Bóstwa. Ty Jesteś zawsze i nie ma innych czasów. Miej nas wszystkich w swoim Bożym, nieskończonym Miłosierdziu!

            Hortensja aż zadrżała, bo przypomniała sobie i taki sen, w którym usłyszała zdanie, przemykające niczym wąż wśród grobów w cmentarnej scenerii: Nawet diabeł potrafi pięknie mówić o Bogu.

             Pomyślała wtedy, że zło, które wypływa z najbardziej nieoczekiwanych miejsc na wierzch, podobne jest do fali szumowin na gotowanej strawie niezbędnej do przeżycia. Dobry, zaradny kucharz – w klasycznym, białym uniformie – chwyta chochlę, łyżkę wazową lub co tam ma stosownego pod ręką, zgarnia brudy i odrzuca, by uzyskać klarowność wywaru.

            Kto na tej Ziemi jest bez grzechu? Jakże więc – prawdziwie święci – musieli korzyć się i padać w proch, mając świadomość własnych upadków. Jeśli szatan porywał się, by kusić świętych i najświętszego Jezusa na pustyni, to – Hortensja, przy rozważaniu tej sprawy  biedziła się, niczym stary kanonik, obmyślający treść niedzielnego kazania – co go może ( diabła) powstrzymać przed omotaniem szeregowego księdza albo i prałata. Wie, że im wyższy rangą, przytrzaśnięty w imadle grzechu purpurat, czy cywilny dostojnik lub osoba „na świeczniku”, tym zło zatoczy szersze kręgi. Jeśli uda mu sponiewierać i wkręcić w spiralę  popełniania wyjątkowo odrażających czynów sprawcę, to jakież straszne zbierze „żniwo”  cierpienia, utraty wiary, zwątpień, nieomalże „wypalenia” udręczonych dusz, niekiedy ze skutkiem śmiertelnym. Walka dobra ze złem trwa do ostatniego tchnienia a kusiciel niezmordowanie rozwija cały wachlarz przynęt.

       Kiedy rozmodlona do łez pogrążyła się w rozważaniach, do drzwi dało się słyszeć wesołe pukanie.

       – Jest, nareszcie! Nieprzytomna ze szczęścia podbiegła otworzyć. Bukiet był wielki i nadzwyczaj piękny. Nigdy w życiu takiego nie dostała. Z wdzięcznością i ledwo ukrywaną gorączką odebrała go z rąk posłańca. Kwiaty? Nie! Niosła w objęciach cały świat. Z mocnym szumem głowy weszła do pokoju niecierpliwie otwierając maleńką kopertę z miłym podziękowaniem w języku Albionu: For Hortensja od starego kolegi męża za niedawną gościnę w czasie jego podróży po Europie. Coś jakby popłoch źrenic, nagłe zlodowacenie obydwu półkul, zamarznięcie oddechu i krótka śmierć. Dawno wytrenowany płacz w piwnicy serca, tam gdzie nie dociera ludzki wzrok i westchnienie, jak skowyt, by znów nieocenione – tym razem ziemskie, polskie, wybitne Marie „ przybyły” z czułą posługą ich myśli : Narażamy się na wiele rozczarowań, jeśli wszystkie nasze życiowe zainteresowania uzależniamy od uczuć burzliwych, jak miłość…(M. Skłodowska – Curie) i dla symetrii : Nie ma innego zaklęcia na szczęście – jak tylko umieć i lubić pracować. (M. Dąbrowska).

       Zamknęła oczy i poczuła gorącą, słoną kroplę.  Łza, jedna łza, na którą mogła sobie jeszcze pozwolić, w mocnym magnificat zachodzącego słońca zalśniła na końcu jej długich rzęs tęczowym światłem. Ten najpiękniejszy wachlarz barw, Boży znak przymierza z ludźmi, dodał jej natychmiast otuchy i przypomniała sobie oczy wpatrzone w nią z taką miłością, aż zrozumiała, że wszystko (kiedyś) będzie dobrze, tylko bezgranicznie – do szaleństwa – trzeba zaufać Bogu.

            Maria od polonu i radu. Maria od ”Nocy i dni”. Genialne, dzielne, niezależne w myślach. Z tych zdań – cytatów, zaczerpniętych z codziennego („zrywanego” kalendarza umykających dni), Hortensja wywnioskowała, jak bardzo miłość musiała głęboko „przeorać” ich serca. Czy, pomimo wielkich dokonań, ufały czasem swoim snom? A gdyby im przyśnił się sen, w którym głos mówi zdanie proste i jasne, ale nie wiadomo Kim jest ten, który mówi a mówi: Wszystko co powiedziałem jest prawdą.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko