Alicja Trubas – opowiadanie

0
471
Jacek Maślankiewicz

I

Zegarmistrzyni

Nic dziwnego, że stało się tak, nie inaczej, pomyślał. Miał niezwykle silne ręce, latami bowiem budował nimi całe swe życie. Sam. Jej serce natomiast było zbyt kruche. Nosiło już dość rys. Wszystkie desperacko poklejone malutkimi plastrami. Nie powinno się tak stać. Nie powinien był na to pozwolić.

Postukał opuszkami w blat ciężkiego stołu, po czym odruchowo zacisnął pięść. Zdumiewające. Niezauważalne ranki na skórze opuszków palców wciąż się nie zagoiły. Czas nie wyleczył jeszcze żadnej z jego ran. Niezaskakujące. Czas nie dogadywał się z nim najlepiej. Właściwie można by powiedzieć, że przez całe życie Gabriela nie znaleźli wspólnego języka i nic nie wskazywało na to, by cokolwiek miało się w tej materii zmienić. Z niezrozumiałych powodów czas uczynił sobie z niego swego wroga. Pierwszy raz dał mu o tym znać, kiedy Gabriel urodził się blisko dwa miesiące przed przewidywanym terminem, niemalże nie wpędzając swej, dziewiętnastoletniej wówczas, matki do grobu. Od tamtego dnia minęły pięćdziesiąt dwa lata, w ciągu których nie wydarzyło się nic, co wyglądałoby jak jakakolwiek próba pojednania. Mimo to mężczyzna nie rozstawał się ze starym, misternie zdobionym zegarkiem na łańcuszku. Nosił go zawsze przy sobie. Kiedyś jednak tak nie było. Przecież kiedyś go nie miał.

Nie był żadną pamiątką rodową. Nie był drogocennym artefaktem, który przekazywany był z dziada pradziada. Był zwykłą błyskotką, za którą nawet nie zapłacił złamanego grosza. Nawet nie znał jego pieniężnej wartości – i nie dbał o to. Zegarek, którego bezlitosne tykanie przypominało mu nieubłaganie o jego odwiecznym wrogu, pochodził z małego sklepu z antykami, mieszczącym się przy ulicy Świętego Sebastiana. Za każdym razem, gdy zamykał go w swej dłoni, czuł każdą jedną wypukłość i wcięcie; znał na pamięć skomplikowany wzór, nad którym kiedyś ktoś musiał niemało się natrudzić, chcąc tchnąć w przedmiot jego własną, niepowtarzalną duszę.

Za każdym razem, gdy zamykał go w swej dłoni, czuł drobne dłonie Adary. Ujmowała w nie jego pięść z zamkniętym w środku zegarkiem i tym sposobem tworzyli jedność. Czas wtedy nie istniał. Dosłownie i w przenośni mieli go w garści.

Adara. Nie widział jej od blisko dwóch lat. Zdumiewające. Zdumiewające tym bardziej, że zanim ją poznał, musiał mijać się z nią dziesiątki, setki razy. Nie mając o tym pojęcia. Tak samo jak musiał to robić i teraz. Wciąż mieszkał w tym samym mieście. Chodził tymi samymi ulicami. Z tą różnicą, że teraz o niej wiedział.

Zamyślił się. Niebo rozpościerające się nad jego głową było tak białe, że właściwie był skłonny uwierzyć, że to mleko wylało się z potężnego dzbana jakiegoś demiurga, bawiącego się od zarania dziejów tym światem. Oraz nim. Od pięćdziesięciu dwóch lat, a w ciągu ostatnich czterech bez wątpienia Gabriel awansował na jego ulubioną marionetkę, która panowała nad swym życiem tylko pozornie.

Przynajmniej było ciepło. Czerwiec tego roku nie był złośliwy. Zupełnie jak ten przed dwoma laty, kiedy…

– Nie była pierwsza i nie będzie ostatnia! – Te słowa sprowadzały zimny chłód, odkąd je usłyszał z ust jedynej osoby, której powiedział wszystko. Prawie. O pewnych rzeczach nie powinno się mówić, jeśli nie chce się, by zniknęły na zawsze. W tym przypadku zawsze znaczy znacznie więcej, niż w przypadku obiecania komuś, że będzie się z nim na zawsze. Zawsze kończy się bardzo nieoczekiwanie – zawsze.

Filip był jego przyjacielem już wtedy, kiedy sam nie zdawał sobie z tego jeszcze sprawy, choć Gabriel doskonale wiedział, że każdy powiedziałby mu, że na takich ludziach nie da się polegać i oni się nigdy nie zmienią. Z tym, że wszyscy woleli przemilczeć sprawę słowa nigdy, którego przypadek jest równie beznadziejny jak słowa zawsze. Niemniej jednak nie dało się ukryć, że Filip miał zupełnie inne spojrzenie na większość spraw. Dlatego podsumował sytuację właśnie w ten sposób.

Filip miał piękną żonę i jeszcze piękniejszą córkę. Zadbany dom i życie. Dlatego, że ludzie lubią gadać. Lubią, lubili i lubić będą. A przede wszystkim dlatego, że Filip, istotnie, się nie zmienił. Był twardo ciosany, jego skóra przez lata stała się jeszcze grubsza, a ambicje obrosły żelazem i stalą. Mówili, że dba tylko o własne interesy – i mieli rację. Dlatego osiągnął, co chciał. Nauczył tego Gabriela, kiedy byli jeszcze w szkole średniej, przez co przyklejono i jemu łatkę ostatniego egoisty, a Filip tylko potwierdził plotki, jakoby miał zły wpływ na innych.

Nie tłumacz się Filipem, zganił się. Spojrzał w boleśnie puste, białe niebo. Nie tłumacz się Filipem, bo Filip w swoich interesach uwzględniał znacznie więcej od kapitału. To nie były tylko pieniądze. To byli ludzie, którzy rozumieli, w czym rzecz. Rodzina. Przyjaciele. Filip opanował do perfekcji sztukę dbania o siebie, swoich bliskich i innych ludzi, nie robiąc przy tym niepotrzebnej krzywdy nikomu i niczemu. Nie przebierał w słowach i potrafił je zwięźle, trafnie dobierać – a to nie on zajmował się zawodowo językiem i słowami. Gabriel tak.

Nic jednak nie mogło zmienić faktu, że słowa przyjaciela doprowadziły do natychmiastowego zwiotczenia wszystkich mięśni w ciele Gabriela. Dobrze pamiętał, jak wtedy spojrzał na Filipa i zobaczył zawadiacki uśmiech na jego pociągłej, jasnej twarzy zwróconej ku słońcu. Twarzy pozbawionej trosk i kompletnie nieprzejętej jego rozterkami.

– Gabrielu – zaśmiał się, kiedy ten wypomniał mu to jakiś czas później – teraz naprawdę się przejmę. Na przestrzeni ostatniej dekady byłeś w sześciu związkach, z czego o tym ostatnim dowiedziałem się dopiero po roku, przypadkiem. Zejdź na ziemię. Ta dziewczyna mogłaby być twoją córką.

Jakie, na bogów, to miało znaczenie?

Najwidoczniej jednak miało, stary głupcze – pomyślał z goryczą bezlitośnie tłamszoną przez bezradność i złość.

Delikatny wiatr wpełzł na jego taras, wprawiając w leniwy ruch liście wszystkich roślin, stróżujących jego azyl dzień i noc. Gabriel miał ich wiele. Ciężkie donice zajmowały sporo miejsca, przez co długi, szeroki taras zdawał się mniej przytłaczający. Poza tym odwracały uwagę od samotnego mężczyzny w kwiecie wieku, który niekiedy tkwił w swoim wiklinowym fotelu całymi godzinami, wpatrując się w niebo. Zupełnie jakby czekał na znak. Na wskazówkę, której wiedział, że nie dostanie. Nie wierzył nic podobnego.

Wiatr dawał o sobie znać coraz bardziej. Niebo zaczęło ciemnieć. Drobne krople deszczu uderzały coraz śmielej o szorstkie tarasowe płytki. Lampka naścienna za głową Gabriela zamrugała i zgasła. Panorama przed jego oczami wyglądała tak, jakby ktoś chciał wyłączyć świat.

Obserwując zmiany, jakie nagle zaczęły zachodzić na niebie, pozostawał w absolutnym bezruchu. Dopiero kiedy rozpadało się na dobre, sięgnął po srebrną papierośnicę. Deszcz mu nie przeszkadzał. Inwestycja w grube, szklane zadaszenie nad częścią tarasu okazała się wcale nie być takim znowu zbędnym luksusem. Człowiek nigdy nie wie, kiedy popełni fatalny błąd, nad którego skutkami będzie boleć przez większość swego wolnego czasu, gnijąc bezczynnie w głębokim fotelu z wikliny.

Pamiętał czerwcowy wieczór sprzed dwóch lat, pierwszy szalenie upalny od ponad tygodnia. Adara promieniała bardziej od słońca, które królowało na jasnobłękitnym niebie przez cały dzień. Kiedy zaszło, jej już także nie było. Zobaczył ją później tylko raz, kilka dni później. Czekała na niego przy wejściu do budynku, w którym mieścił się Instytut Językoznawstwa i Przekładoznawstwa, w którym prowadził serię gościnnych wykładów. Był już spóźniony dobre kilka minut. Wiedziała o tym i było jej to na rękę, bo wcale nie sprawiała wrażenia, jakby miała mu coś jeszcze do powiedzenia. Wręczyła mu tylko chropowatą kopertę, której zawartości domyślił się od razu: zegarek. Nie wziął go, będąc w jej mieszkaniu po raz ostatni. Nim zniknęła za zakrętem, spojrzała nań przez ramię. Wtedy też pożałował, że wyjątkowo nie zapomniał założyć szkieł kontaktowych. Kilka godzin później nadejść miał pierwszy wieczór, który przyszło mu spędzić w fatalnej apatii, patrząc w niebo i nie oczekując niczego.

Pamiętał, jak patrzył na ciemne kaskady jej włosów. Spływały po odsłoniętych plecach. Miała cynamonową skórę. Długa bordowa sukienka zakrywała jej nagie stopy. Nie patrzyła na niego; patrzyła przed siebie. Na potężne, oślepiające słońce ginące za rysującymi się w oddali sylwetkami gór. Na niebo, którego czerwień doprowadzała go do szaleństwa. Miała na szyi złoty medalik, który przywiózł jej z Rzymu w zeszłym roku. Nie zdejmowała go.

Oderwał z trudem puste spojrzenie od jej posągowej pozy i przeniósł je na jedną z półek w salonie. Każda książka, jaką posiadał, miała swoje nieprzypadkowe miejsce zarówno w jego mieszkaniu, jak i w życiu. Lament miał zaledwie pięćdziesiąt stron. Został wydany w niewielkim nakładzie kilka miesięcy temu, mniej więcej wtedy, kiedy Gabriel zaczął wątpić. Spojrzał kątem oka na Adarę; patrzyła wciąż przed siebie, opierając się o żelazne zwieńczenie balustrady. Miała dwadzieścia pięć lat, a przed nią rozciągało się całe życie.

Zwątpienie jest największym wrogiem, usłyszał kiedyś. Lament był kunsztownie wydanym tomikiem wierszy Adary. Ilustrujące go zdjęcia także były jej autorstwa. Wiersze przepełniała rozdzierająca tęsknota. Nieważne, z jakiego okresu jej życia pochodziły. Zdjęcia tymczasem zaczynały wiercić w odbiorcy dziurę, jeśli wpatrywał się w nie zbyt długo. Tyle czasu namawiał ją, by zajęła się w końcu szukaniem wydawnictwa, aż w końcu zrobił to sam w tajemnicy przed nią. Nie miała mu tego za złe, choć była zaskoczona, że ot tak wziął jej autorskie teksty i po prostu komuś wysłał. Załatwił za nią właściwie wszystkie formalności, ona wyrażała tylko zgodę lub nie. Tak mu się wydawało.

– Trzeba o siebie walczyć, Adaro – powiedział jej, gdy spytała, czy nie uważał, że to, co zrobił, mimo wszystko jest pewnym przekroczeniem granicy jej prywatności.

– To nie do końca jest właściwą odpowiedzią – odparła i posłała mu delikatny uśmiech. Jawił się w nim smutek tak subtelny, że trzeba było wiedzieć, że tam jest, by go zauważyć. – Wiesz przecież, że i tak w końcu skontaktowałabym się…

– Tak, ale słyszę to odkąd cię znam. A czas ucieka.

– Wiem o tym.

– Wybrałem najlepsze wiersze. Choć prawdę mówiąc, chciałbym zobaczyć wydane wszystko, co napisałaś. 

– Nie wszystko piszę w celach publikacji. – Odstawiła na stolik pusty kieliszek. Spojrzała mu w szare oczy. – Dziękuję, bo zrobiłeś to w dobrych intencjach, Gabrielu. Doceniam wszystko, co robisz dla mnie i mojego pióra, wszystkiego. Ale nie chcę, byś zmieniał bieg mojego życia. Mam tylko jedno, tak jak ty swoje. Pozwoliłam sobie na zmiany w wybranym przez ciebie zbiorze wierszy. Julian był autentycznie zaskoczony, że to wszystko odbywało się w tak dużej mierze za moimi plecami. Nie musiałeś mu opowiadać o rzekomej poważnej chorobie mojego taty, która miała być powodem tego, że nie byłam w stanie sama się zająć swoimi sprawami. I mogłeś mi powiedzieć, że się znacie. – Chciał od razu zaoponować, że nic nie jest tu załatwiane po znajomości, ale machnęła tylko ręką, bo wiedziała już, że w przypadku jego i Juliana, wydawcy, nawet określenie znajomi z widzenia będzie zbyt przesadzone. – Niemniej jednak… dziękuję ci. Bo klamka już zapadła i teraz wiem, że to dobra decyzja. Z tym, że… chciałabym wcześniej wiedzieć, że podejmuję jakąkolwiek decyzję. 

Swój egzemplarz Lamentu otrzymał na niecały miesiąc przed oficjalnym dniem wydania. W dniu swojego powrotu z Rzymu, w którym spędził chwilę ponad dwa październikowe tygodnie. Choć wyjazd był stricte służbowy, miał jednak za dużo wolnego czasu. Któregoś wieczora zasnął na balkonowym stołku. Śniła mu się piękna Adara. Była starsza o dziesięć lat i trwała u jego boku, ale on także był starszy. Jego właściwy wiek wreszcie się o niego upomniał pod każdym jednym względem. Przez całe swoje dorosłe życie nie miał prawa na niego narzekać, zazwyczaj wszyscy byli święcie przekonani, że Gabriel jest o ładnych kilka lat młodszy niż w rzeczywistości. Lecz tam tak nie było. Garściami tracił włosy, wzrok fatalnie się pogorszył, kondycja odmawiała posłuszeństwa, choć na pewno dbał o nią tak samo sumiennie. Stał się gorszym mówcą. Zgorzkniał. Widział, jak Adara patrzy na niego ciemniejącymi oczami. Ich iskra przygasała, nie była w stanie przebić się przez mroki litości i współczucia, a litość jest okrutną zbrodnią.

– Wiesz, że cię kocham – powiedziała mu, a jej mocny głos poniósł się echem po jego znużonej czaszce. Rozbił się o osłabione kości. Położyła drobne dłonie na jego ramieniu. – Zdecydowałam się kochać cię i…

Obudził się, drżąc. Jesienne słońce górujące nad wieczną potęgą Rzymu mogłoby równie dobrze nie istnieć. Niespokojnie poderwał się z miejsca i wrócił do apartamentu, który omiótł chaotycznie spojrzeniem. Zatrzymał je na szafce nocnej; zegarek, który od niej dostał leżał obok biżuterii, którą on kupił z myślą o niej.

Usiadł na krawędzi szerokiego łóżka. Zamknął na moment oczy. Starał się uspokoić oddech. Niepokój, który ogarnął go w chwili gwałtownego przebudzenia, ustawał. Lecz po chwili Gabriel za nim zatęsknił, by jeszcze później przekląć samego siebie, że ten pojawił się tak późno. Niespełna dwa lata temu zakochał się w młodej kobiecie, której życie dla niego było czymś, co kiedyś określił mianem zwykłej utopii i z czego zrezygnował, tłumacząc swój wybór chłodną kalkulacją prawdopodobieństwa i stąpaniem twardo po ziemi, a tak naprawdę był tylko skutkiem przytłaczającej go niepewności i strachem przed poniesieniem porażki. Odkąd poznał Adarę, coraz częściej zdarzało mu się patrzyć w swoje lustrzane odbicie i pytać samego siebie: Co tak naprawdę by się stało? Byłeś młody. Miałeś cały świat u swych stóp i głowę pełną pomysłów. Miałeś wiarę.

Pierwszy wieczór, który spędził po powrocie z Rzymu, ciągnął się w nieskończoność. Winny temu był splot niefortunnych zdarzeń, które złośliwym przypadkiem zbiegły się w czasie. Był sam. Wtedy po raz pierwszy wyszedł na swój taras, by niewzruszenie patrzeć, jak czas przecieka mu przez palce, a później wąskimi strużkami płynie pod balustradę, aż w końcu skapuje na głowy przechodniów na chodniku.

Na lotnisku Adara wręczyła mu przedpremierowe wydanie Lamentu. On, kryjąc zaskoczenie, ofiarował jej prezent z Rzymu. Wybór nie był prosty, ale ostatecznie zdecydował się na piękny medalik z wizerunkiem dumnego, drapieżnego orła. Zawieszony był na złotym łańcuszku, którego podwójny splot miał symbolizować ciała węży. Adara była zachwycona, poza tym dawno nie wyglądała tak kwitnąco. Tym bardziej nie rozumiał smutku, który pojawił się w jej oczach. Kilka godzin później zagościł i w jego. Lektura Lamentu w towarzystwie kilku szklaneczek włoskiej brandy odarła go ze złudzeń, którymi – jak zaczął twierdzić – karmił się od samego początku. Momentalnie poczuł się jak w swym sennym koszmarze. Adara zmieniła dość znacząco zestaw wierszy. Ponadto wydanie wzbogacone zostało przez zdjęcia, o których istnieniu w większości nie miał nawet pojęcia.

Zatrzymał się na dłużej przy ostatnim z tekstów. Liczył sobie mniej więcej tyle, ile ich znajomość. Adara wiecznie powtarzała, by nigdy nie utożsamiał jej z każdym jednym podmiotem lirycznym, a on naturalnie wiedział, że dla większości autorów jest to dość krzywdzące i niewłaściwie. Zresztą rzadko kiedy to robił, czytając poezję. Szukał w niej siebie – ale w przypadku Adary nie potrafił. W jej wierszach widział ją. Zawsze. To go doprowadzało do szaleństwa.

Odpalił przedostatniego papierosa. Wcześniejszy smutek w oczach Adary wiązał się z tym, że musiała oznajmić mu, iż nie da rady towarzyszyć mu tego wieczora. Powodem było spotkanie z wydawcą, który bardzo zapragnął poznać ją osobiście. Po drugie, zobowiązała się pomoc ojcu w dość już odwleczonej inwentaryzacji. Gabriel zatrzymał się tylko na pierwszym powodzie. Naturalnie nie dał po sobie znać, że najchętniej zrównałby z ziemią wszystkie lokale w mieście, w których można by podobne spotkanie odbyć. Już wtedy był przekonany, że wie, dokąd ich to zaprowadzi. Zdawać by się mogło, że w jego wieku powinien wiedzieć, jak często domniemane przekonania okazują się błędne.

Wiedział, że zawsze była z nim szczera. Nie myślała nawet, by go oszukiwać.

Pamiętał, jak patrzył na ciemne kaskady jej włosów, spływające po odkrytej cynamonowej skórze pleców. Pamiętał, jak nagle odwróciła się w jego stronę i zbliżyła się do niego, nie odrywając oczu od jego twarzy. Patrzyła na niego wzrokiem mówiącym: spodziewałam się tego. Odkąd zdałam sobie sprawę, z jaką pasja szkalujesz słowa nigdy i zawsze, spodziewałam się tego.

– Mam prawdo domyślać się, dlaczego chcesz to zrobić? – spytała. Potaknął, jako że powód był rzeczywiście najbardziej oczywistym z możliwych. – Wiesz, że cię kocham?

– Wiem – westchnął. Cisza żłobiła między nimi niebezpieczny rów, choć dzieliło ich może dwadzieścia centymetrów. Też ją kochał, kochał jakby miał znów dwadzieścia kilka lat. Choć to niewłaściwe porównanie. – Też cię kocham. Ale kiedyś tym cię skrzywdzę, Adaro, zobaczyłabyś to. Dlatego tak będzie lepiej.

Znienawidził się za to, w jaki sposób to powiedział, ale słowa wybrzmiały. Ona skinęła głową. Czuł, jak jej spojrzenie schodzi niżej. Ześlizguje się po jego opalonej szyi. Zatrzymało się na wysokości prawego biodra. Z kieszeni spodni zwisał łańcuszek zegarka ze sklepu z antykami, który pomagała prowadzić ojcu.

– Nie rozumiem twojej decyzji – rzekła spokojnie – ale ją szanuję. Być może kiedyś zrozumiem. I też powiem, że faktycznie. Tak było lepiej.

– Gdybym cię nie kochał…

Wcześniej nikogo nie kochał tak jak pokochał ją. Chyba tak naprawdę wcześniej nie kochał wcale.

– Gabrielu, wiem – przerwała mu. Zadarła wzrok. – Wiem. Być może jestem młoda, ale widziałam już różne rzeczy i wygrzebywałam się z ruin niejednych… imperiów, które miałam z kimś tworzyć. Po kres. Po grób.

Cień uśmiechu przemknął po jej twarzy. Medalik błyszczał na odsłoniętym dekolcie. Oddychała niesamowicie spokojnie. Opanowanie, jakim emanowała, oddziaływało na niego obezwładniająco. Było jak trucizna, rozprzestrzeniająca się w organizmie, blokując wszystkie życiowe funkcje.

– Gdybyś mnie nie kochał, nie byłoby dzisiaj tej rozmowy. Ani mnie. Przy tobie. Ale od jakiegoś czasu widzę, że cię to nęka. Zobaczyłam to w dniu, w którym dowiedziałam się, że bez mojej wiedzy wysłałeś… – urwała.

Nabrał haust powietrza. Spuścił głowę.

– Adaro…

– Wiem, co cię męczy. Myślałam tylko, że będziemy trochę silniejsi. Oboje. Chcę, żebyś był szczęśliwy. I naiwnie mówię ci, że możesz… wciąż zrobić to wszystko. Rzymu nie zbudowano w jeden dzień – zaśmiała się krótko. Wtedy zobaczył szkło w jej ciemnych oczach. Nieznacznie zadrżała i odruchowo ujęła w palce złoty łańcuszek od swojego medalika. – I w jeden dzień też nie upadł.

– A czy kiedykolwiek upadł tak naprawdę? – spytał ochryple, zdobywając się na uśmiech. Najsmutniejszy w swoim życiu.

– Nie wiem, czy to ja powinnam odpowiadać na to pytanie. – Spoważniała. – Walcz o siebie, Gabrielu. Powiedziałeś mi to na samym początku. Na końcu ja oddaję ci te słowa. Walcz o siebie.

Nie chciał końca. Sądził, że po prostu… może tylko zmienią swoją relację. Prędko przekonał się, że to byłoby niemożliwe i Adara postąpiła słusznie, zapadając się dosłownie pod ziemię. Jak tego dokonała, pozostawało dlań tajemnicą. Po prostu zniknęła. Został mu po niej wiekowy zegarek, którego zdobienia były równie piękne i skomplikowane jak ona sama. Zegarek, w którym zaklęty był jego odwieczny wróg. Dzięki niej wciąż mógł mieć go w garści.

***

Pewnego późnego popołudnia przechadzał się niespiesznie wzdłuż Wisły. Lato z wolna ustępowało miejsca jesieni. Perspektywa zbliżających się deszczowych miesięcy go nie gnębiła, jako że z początkiem października miał wylecieć na dłuższy czas do Hiszpanii. Odkąd zaczął poświęcać się pracy jeszcze bardziej, żyło mu się lżej. Liczył się jednak z tym, że to może być tylko kolejne złudzenie. Tym razem prawdziwe złudzenie. Lękał się tego, kiedy kładł się do łóżka. Jak dojrzewające dziecko, które traci swoją odwagę i rezolutność, gdy musi zostać w domu same na całą noc po raz pierwszy.

Wrzesień był ciepły,  nie tak szalenie upalny. Młodych na ulicach było już mniej, jak to na początku roku szkolnego. Dawno tak po prostu nie wyszedł na spacer. Nie lubił krążyć samotnie po mieście. Tego dnia zadał sobie pytanie dlaczego. Odpowiedź natomiast udzielona została przez przypadek. Przez ten sam bezwzględny splot zdarzeń, które zbiegły się z sobą w czasie akurat w to piękne popołudnie, a właściwie już wieczór.

Zaszedł na jedną z barek przy brzegu Wisły, tych przerobionych na ekstrawaganckie knajpy. Usiadł na górnym pokładzie przy stoliku od strony rzeki i zamówił ciemne piwo. Czekając, słuchał krzyku ptaków, dobrej muzyki z lat siedemdziesiątych dobiegającej z głośników, i przede wszystkim śmiechów i beztroskich rozmów ludzi wokół niego. Jak mógł na tak długo zapomnieć o uroku wiślanych bulwarów? – i wtedy nagle wszystko ucichło. Zupełnie jakby znikąd wyrosła wokół niego dźwiękoszczelna błona. Przez którą przebijał się tylko jeden głos.

– Wiesz o tym. To się chyba nigdy nie zmieni. Ja… nie chcę, by się zmieniało. Nie wybaczyłabym sobie. W pewnym sensie i ty, i ja jesteśmy jego dłużnikami. On… on naprawdę mnie uratował. Powiedział kilka niepozornych rzeczy, które sprawiły, że uwierzyłam… Że odzyskałam wiarę, że muszę. Że umrę, jeśli nie będę pisać. Walczyć.

Nie zakodował, kiedy kelnerka postawiła przed nim wysoką szklankę. Sparaliżował go strach, że Adara, siedząca przy stoliku otwartej części dolnego pokładu, nieopatrznie uniesie głowę i go zobaczy. I wtedy naprawdę zniknie. Więcej jej nie zobaczy. Nie myśląc wiele, błyskawicznie przeniósł się do najbardziej oddalonego stolika, zasłaniając się idiotycznie kartą menu. Nie mógł przestać na nią patrzyć. Zmieniła się, choć nie potrafił powiedzieć, po czym to stwierdził. Nie słyszał stamtąd o czym mówiła, ale już tego nie potrzebował. Usłyszał już wszystko, a jego serce nagle stało się lżejsze. Zdrowsze. Na jej szyi połyskiwał złoty łańcuszek. Wciąż nosiła medalik, który przywiózł jej z Rzymu. Symbol Wiecznego Miasta. Miasta, przed którym czas się kłaniał.

Adara nie była sama. Siedziała z mężczyzną, którego twarzy ze swojego miejsca nie widział. Jej towarzysz miał ciemne, niemal czarne, gęste włosy obcięte dość krótko. Kiedy jej odpowiadał, gestykulował jedną dłonią, ona natomiast wpatrywała się w niego z szacunkiem, zrozumieniem i uwagą. W tym spojrzeniu było jeszcze coś, czego nie potrafił odszyfrować.

Kiedy niecałe dwie godziny później uregulował swój rachunek i zmierzał ku wyjściu, dowiedział się, kim był mężczyzna, z którym spędzała wieczór. Miał na imię Julian. Nie potrzebował niczego więcej. Schodząc po lakierowanych drewnianych schodkach, dyskretnie spojrzał w kierunku dwójki ludzi, których niegdyś znał. Których darzył dwoma skrajnymi uczuciami. Jej ciemny, wręcz archaiczny profil, współgrał z jego ostrymi rysami. Miał orlą, surową twarz uwikłaną w sieć zmarszczek, choć był dobre dziesięć lat młodszy od Gabriela. Co najmniej dziesięć. Chociaż tyle. Chociaż tyle…, pomyślał i odwrócił się zdecydowanie.

Wrócił do swojego mieszkania w dziwnym nastroju. Chciał wyjść na taras, ale zatrzymał się w miejscu, w którym stał, obserwując Adarę oglądającą u niego zachód słońca po raz ostatni. Przez moment zdawało mu się, że znów ją widzi. Odwraca się ku niemu, zbliża się i mówi: Gabrielu, uratowałeś mnie – po czym znika. Rozpływa się w noc. Choćby znikła jednak na dobre, jej oddech będzie trwał przy nim wiecznie. Każde jedno ciche tyknięcie starego zegarka przypominać mu będzie jej spokojny oddech, którego słuchał mówiąc jej, że muszą się rozejść. Pomyślał o groźnym, silnym orle na jej medaliku. O kim on przypomina dzisiaj jej? O nim, Gabrielu? Czy o mężczyźnie, który musiał być drapieżnikiem w poprzednim życiu? Nie wiedział.

Musiał powoli zacząć myśleć o Hiszpani. Musiał żyć. Tak jak Adara. To młode stworzenie miało rację. Musiał o siebie walczyć.

– Być może i ty uratowałaś mnie – powiedział sam do siebie, przekraczając w końcu próg oddzielający salon od tarasu.

Zatrzymał się dokładnie w tym samym miejscu, w którym chciał na zawsze pamiętać ją w swoim domu i życiu. Tak jak pamiętał miejsce każdej jednej książki, która znaczyła dla niego coś więcej. Wszystko.  

Kochał ją ze wszystkich sił. Kochał ją tak jak nigdy nie powinien. Uśmiechnął się. Nigdy to szalenie niewdzięczny termin.

Zawsze taki będzie.   

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko