Rafał Domagalski – O wierszach Michała Sławskiego

0
734

W tym tekście będzie dużo prywaty, gdyż człowieka, o którym zamierzam napisać znam osobiście. Jest to jeden z tych momentów, w których zastanawiam się, czy możliwe jest oddzielenie człowieka jako jednostki od podmiotu lirycznego, który maluje mi się na kartkach i usiłuje pokazać swój świat, czy potrafię oddzielić fascynację z odczytywania tekstu od emocji, które towarzyszyły mi podczas przeżywania sytuacji, które rozpoznaje wierszach. Wreszcie czy potrafię oddzielić szacunek dla dzieła od prywatnej sympatii dla autora? Czy bez doświadczania na własnej skórze sytuacji z wierszy byłbym w stanie je polubić? Pytanie więc brzmi – lubię wiersze autora, czy lubię autora? Jak mam wiedzieć? Czy jest to w ogóle możliwe? Pytania te zacząłem sobie zadawać podczas zgłębiania formalizmu amerykańskiego. Jako człowiek, który sam próbuje pisać wielokrotnie zastanawiałem się nad granicą pomiędzy moim przeżywaniem a obrazem, który zawieram w wierszu. Na ile wiernie powinienem go odtworzyć? Czy jest to możliwe? Może lepiej jest stawiać pewien imagistyczny szkielet, rusztowanie, które jeśli jest stabilne i konkretne, pozwoli odbiorcy uzupełnić je swoimi emocjami, swoim życiem. Na ile wtedy jestem to ja? Ile mnie się w tym zawiera?

Michała Sławskiego, bo w końcu o nim mowa, znam w tej chwili niemal rok. Poznaliśmy się we wrześniu na Poznańskim Targu Dobra, dokładnie 12 września. Obaj należymy do Fontu, Fundacji otwartych na twórczość, w ramach której mieliśmy pomagać przy organizacji stoiska z książkami z wydawnictwa. Michała wcześniej nie miałem okazji poznać na żadnym ze spotkań, musieliśmy się mijać przez naszą nieregularność w uczestnictwie w spotkaniach. Wywarł na mnie dobre pierwsze wrażenie. Dzień upłynął nam na rozmowie, Michał obficie częstował papierosami, zwieńczyliśmy dzień jakimś szybkim obiadem. Na koniec pogadaliśmy pod budynkiem Kupca Poznańskiego w centrum chwilę o Buddyzmie, do którego Michał miał nawiązywać w swojej abortowanej dysertacji doktorskiej, wypiliśmy po kubeczku tureckiej herbaty i obiecaliśmy się koniecznie jeszcze spotkać. Zapamiętałem go jako człowieka niezwykle otwartego i pogodnego, ale lekko zagubionego w rzeczywistości. Taki uśmiechnięty, długowłosy pan z brzuszkiem, piekielnie sympatyczny. Tak to się wszystko zaczęło.

Kanwą tego tekstu jest właśnie granica, relacja, ściana między poetą, a człowiekiem, tekstem, a życiem. W tym przypadku została ona przełamana i w związku z tym, że znam Michała zarówno jako poetę jak i człowieka, to mogę określić go mianem poety totalnego. Co to oznacza? Kilka rzeczy.

Wiersze Michała są jak Michał, poczynając już od okładki. Bardzo ciężko i niewygodnie się do nich zabrać, ale jak już się zrobi ten pierwszy krok, odbiorcy nie czeka zawód. „Dobre wiersze” to druga już książka poetycka Michała, filozofa z wykształcenia, poznaniaka, fana heavy metalu, znawcy, konesera i niegdyś aktywnego współtwórcy lokalnej sceny muzyki alternatywnej wydana w self-publishingowym wydawnictwie Ridero. Debiut Michała, „Zdjęcie mózgu”, wydany w 2016 przez to samo wydawnictwo, stanowił pewną zapowiedź, otwarcie furtki, całkiem szeroko i sprawnie, jednak druga książka stoi pod względem literackim co najmniej o półkę wyżej. Jest to wydawnictwo dużo bardziej kompletne, oferujące szerszy zakres tematów, wątków, a nawet subtelną próbę konceptualizowania całości. Zamysłem autora było podzielenie wierszy w książce na trzy rozdziały – przed, w trakcie oraz po, które są również rozdziałami jego własnego przeżywania miłości. To tyle z nowości, bo na szczęście i niestety, Michał poza podniesieniem poprzeczki i nadaniem książce pewnego konceptu niewiele zmienia.

Podobnie jak debiut, Dobre wiersze to odcisk codzienności Michała na błyszczącej pikselami bieli nowego dokoumentu tekstowego. Ta metafora nie jest tutaj przypadkowa, bowiem jednym z elementów podróży życia Michała, jak również wierszy, są wielogodzinne posiedzenia przed komputerem. Można się spierać, czy jest to znak czasów, nowoczesna definicja bycia towarzyskim, objaw samotności, czy po prostu fakt, do którego nie należy przykładać większej wagi. Ja jednak zamierzam przyłożyć, gdyż komputer jest stałym rekwizytem w tomie Michała i pełni w nim przeróżne funkcje w zależności od wiersza. Wiersz specjalnie dla Ciebie Barbaro, bodaj najdłuższy z całego tomu, jest emocjonalną spowiedzią skierowaną do przyjaciółki, najpewniej noszącej imię zawarte w tytule. Wiersz otwiera się dosyć zwyczajnie, prozaicznie, podmiot liryczny w pewien sposób zrzuca maskę uśmiechu i pozorów, ma śmiałość otwarcie i bez ogródek wyznać, że sobie nie radzi i nie będzie tego ukrywał, tak otwarcie, jak tylko można to powiedzieć przyjaciółce, choć jak pisał Piotr Madej, dla mężczyzny kobieta przyjaciółką być nie może.

Wiesz Basiu czasem boli mnie świat
a Ty każesz mi pisać wiersze
Czasem wolę posłuchać jak innym to wychodzi
tak po prostu

Czasem nie potrafię wykrzesać nic
z tego co pod stopami
Niby spakowany
ale w podróż nie wyruszam

Siedzę na dupie
patrzę w ekran
Powoli sączy się szybka muzyka

Można sobie wyobrazić tę sytuację. Pojawia się tutaj ekran. Co on oznacza? Jest zarówno paletą do tworzenia, jak również przeklętą samotnią podmiotu lirycznego. Nigdzie nie wyrusza, boli go świat, siedzi, kończy przed komputerem, który jest nowoczesną formą narkotyku, ujściem dla bezradności, bo daje błogą i obezwładniającą, ale jednak iluzję posiadania świata na własność, na wyciągnięcie ręki.

Siedzę na dupie
patrzę w ekran
i nawet nie chce mi się chcieć

Podobne konstrukcje przewijają się raz po raz przez ten całkiem długi wiersz.

Ale teraz
właśnie teraz
Siedzę na dupie
i patrzę w ten ekran
i nie nadejdzie nic

Siedzę na dupie
patrzę w ten ekran
na nic nie czekam

Pewna nieustępliwość, regularność i wulgarność tych wyznań mogą wskazywać na irytację. Na fakt, że podmiot liryczny wcale nie jest z tego faktu szczęśliwy. Utknął przed komputerem, pisze do swojej przyjaciółki, że tonie, że potrzebuje pomocy, czeka na coś, ale traci nadzieję: patrzę w ten ekran i nie nadzejdzie nic. Ekran to zewnętrzne uosobienie mentalnego więzienia, w którym tkwi autor/podmiot liryczny.

Nie jestem samotny
gdy piszę dla Ciebie
Chodź to tylko taniec pikseli
odsłania mi świat

W tych wersach, poprzedzonych jeszcze wcześniej prośbą o to, aby adresatka nie martwiła się o podmiot liryczny, rysuje się opiekuńczość, podmiot chce powiedzieć najdobitniej, jak bardzo jest mu źle, ale mimo wszystko nie chce, aby zanadto się nim przejmowano. Chce ochronić ukochaną przyjaciółkę, wziąć wszystko na siebie. Są znów piksele, które jako jedyne odsłaniają świat.

Te wszystkie spotkania
pomiędzy drzewami historii
te wszystkie historie
małe i większe dramaciki

To wszystko tam jest
na wyciągnięcie dłoni
Tak blisko
jednak oddalone

Tutaj jest już czysty eskapizm. Podmiot rezygnuje z tego wszystkiego. Nie jest w stanie przełamać pewnej bariery, która dzieli go od świata za oknem, wybiera komputer.

Błogosławie wynalazcę komputera
bo mogę skreślić te kilka słów
I mogę chociaż na moment
się doczytać siebie

Stosunek podmiotu lirycznego do jego sytuacji jest niejednoznaczy. Z jednej strony wyraźna jest irytacja, gorycz i smutek. Z drugiej strony błogosławi wynalazcę komputera. Określiłbym to jako toksyczną miłość, coś, co pozwala mu tworzyć, być, pisać wiersz dla i do ukochanej osoby, ale również oddziela od świata realnego, namacalnego, który w tym wierszu zdaje się czymś całkiem odległym, jakby starym, zasypanym kurzem rzeczywistości wspomnieniem. Słodkim, ale tylko wspomnieniem. Czymś, o czym można tylko mówić i pisać. Komputer pojawia się także w wielu innych wierszach, np.: Times New Roman: W zadymionym pokoju/przed komputerem/siedzę i dumam, lub Iran, który pozwolę sobie przytoczyć w całości:

Ojciec pojechał wczoraj na wojnę z Iranem
zostałem sam
Siedzę przed komputerem i palę blanty
tylko tyle mogę zrobić dla pokoju

Muszę przyznać, że napotykanie rekwizytu komputera tak często jest miejscami irytujące. Zabija pewną kreatywność i głębsze przeżywanie świata, otępia, upośledza chęć poznania. Z drugiej strony, wracając do kwestii, od której ten esej zacząłem, jest to bardzo duża część życia poety, życia Michała. Bez wchodzenia w szczegóły, czytając to, mam z jednej strony nieodparte poczucie bycia zanudzanym, ale z drugiej strony jest to przecież Michał jakiego znam i on tutaj nic nie ściemnia. Jest w końcu człowiekiem szczerym do bólu i jak siedzi do znudzenia za biurkiem, to po prostu o tym pisze, z pożytkiem dla autentyczności i pewnie stratą dla kreatywności.

Ta autentyczność ma również negatywny wpływ na formę książki. W związku z tym, że nie przeszła on profesjonalnej korekty, znajdują się w niej błędy edytorskie i językowe. Nawet w cytowanym przeze mnie fragmencie (błogosławie wynalazcę komputera/I mogę chociaż na moment/się doczytać siebie) znalazły się aż trzy. Jest ona także widoczna w skrajnie antyprofesjonalnej okładce. O ile zabieg z okładką jest do przełknięcia, bo dobrze komponuje się z typem pisania uprawianym przez Michała i w pewnych post-fluxusowych kręgach może być uznany za atut, to zupełnie nie znajduję uzasadnienia dla błędów w tekście. Można pisać nonszalancko, mimochodem, naturalnie, ale trzeba potem w procesie korekty zadbać o schludność całości. Tego typu błędy są dla wielu osób dyskwalifikujące i można poważnie sobie zaszkodzić, jeśli myśli się poważnie o swoim pisaniu. Zwłaszcza, jeśli wydaje się drugą z kolei książkę, która posiada te same niedociągnięcia. Michał twierdzi, że ta niechlujność jest swego rodzaju atutem, postawieniem na autentyczność, totalność. Dla mnie takie lenistwo jest brakiem szacunku dla czytelnika i uważam, że przy drugiej książce powinien nieco bardziej przyłożyć się do kształtu swojego dzieła.

W szerszej perspektywie wiersze Michała określiłbym jako poezję kontrkulturową, garażową, lub rockową. Jest to pewien specyficzny typ wiersza tworzony przez różnej subkultury, odszczepieńców, ludzi żyjących w sposób alternatywny do ogólnie przyjętego. Wiersze te są zarówno w formie jak i w treści nastawione na kontestację tego, co zastane. Można tu znaleźć wulgarność, opisywanie wprost uciech ciała, doświadczenia z używkami, ale równocześnie bardzo mocne przeżywanie codzienności, dużą wrażliwość, ale też wielką samotność, która podobnie jak miłość waży razy dwa. Dodałbym jeszcze do tego dosyć silne wpływy nurtów myślowych, form, dzieł kultury oraz wzorców zachowań obcych szerokopojętej kulturze polskiej. W Michała poezji czuć powiew emersonowskiego transcendentalizmu, dalekowschodniego taoizmu, buddyzmu, gdzieś tam młodzieńczej i naiwnej anarchii. Jest też i polityka (Monarchia, Samotność), chociaż potraktowana żartobliwie i z przymrużeniem oka: (Jestem samotny jak Jarek/co w przypływie hojności dał 500+). Do poetów z tego grona z pewnością zaliczyłbym Piotra Madeja z Sandomierza, może trochę Grzegorza Ciechowskiego, Charlesa Bukowskiego, Beatników, gdzieś tam może trochę Tymona Tymańskiego, choć to dosyć odległe skojarzenie.

Taka jest poezja Michała. Tej kontrkultury jest w tym tomie dosyć sporo, często nawet wprost. Michał nazywa bowiem miejsca i postaci, które stanowią trzon jego rockowego stylu życia: A ja/a ja nie zgubię Cię na Woodstocku, Piwna stopa, Marcin snuje opowieść/Opowieść z każdym kuflem ciekawsza, rodzice, Rodzice tak bardzo nie rozumieją/że Stefanowi się nie odmawia. Michał nie szuka w życiu stabilizacji, nie próbuje nawet poszukiwać zbawienia, złotego środka, uniwersalnych prawd i wartości. Jak prawdziwy buddysta/taoista akceptuje życie takim, jakim jest i oddaje się prostym przyjemnościom w gronie najbliższych.

Kwestia używek jest jedną z tych, które dosyć mocno nas różnią. Nie tylko używek w kontekście ich szkodliwości, subiektywnego poczucia poprawy rzeczywistości, skutków ubocznych, ale również tego, czy działa ona dobrze na twórczość i na ile często powinno się o tym pisać. Michał stawia na autentyczność, po prostu pisze, nie nakłada masek, co również nas różni, bo osobiście uważam, podobnie jak w przypadku rekwizytu komputera, że wspominanie zbyt często oddawania się upojeniu wpływa na negatywnie na kreatywność, spłaszcza ją. Podmiot liryczny nie stosuje ciekawych metafor, porównań, trafnych obserwacji, zręcznie wyciętych symboli swojego przeżywania na rzecz wyznania wprost, że się „zrobił”. Jest to moim zdaniem duży plus, ale może i jeszcze większy minus twórczości Michała. Jest on tak wrażliwy i autentyczny w tym, co robi, że nierówny. Jak coś robi, to po prostu o tym pisze. Jak przyjdzie moment, że mu się nie chce, lub nie może, zdobyć się na poważny i rozbudowany wiersz (Liceum, Katastrofa, Dla Ciebie), pisze coś takiego:

Poeta
Co pan poeta robi w życiu prywatnym?
– palę blanty i piszę wiersze
– a jak nie pisze pan wierszy?
– To tylko palę blanty

Nie zamierzam teraz ex cathedra grzmieć jakie to palenie jest złe, natomiast rzeczy w tym stylu nie są warte więcej niż miliony niby-śmiesznych obrazków o paleniu tworzonych przez ludzi głęboko uzależnionych, których całe życie kręci się wokół narkotyków i ze względu na specyfikę tego „schorzenia” nie są w stanie dostrzec, jak płytkie stało się ich poczucie humoru. Nie piszę tego, żeby coś autorowi insynuować, jednak takie wiersze można sobie spokojnie darować bez straty dla całości. Mówiłem mu to wielokrotnie w rozmowach prywatnych i mówię teraz. Czytając ten tom wiem, że stać go na więcej niż ten wytarty humor bazujący na narkotyakch.

Ale przecież ten autentyzm. Na ile ten tom byłby autentyczny, gdyby Michał nie pisał o tym swoim paleniu? Nie wspomniał kilkanaście razy o tym wgapianiu się w ekran? Może byłby lepszy jakościowo? Może, ale czy lubiłbym go tak samo? Uważam, że tak, chociaż absolutnie nie chciałbym, żeby autor zagubił gdzieś swój styl, wycyzelował go na tyle, że nie będę odróżniał go od tysięcy innych wierszokletów tak poprawnych, że aż się nie odróżnia jednego od drugiego i jedyne, co jestem w stanie powiedzieć to: „dobre”. A tutaj jest Michał taki, jakiego znam prywatnie. Rozlazły, nieco leniwy, ale rozbrajająco szczery, miewający przebłyski geniuszu w najmniej oczewkiwanych momentach, które niestety często przechodzą niezauważone przez roztargnienie, lenistwo i brak profesjonalnego podejścia do rzemiosła, jakim jest pisanie. Taki niech pozostanie, ale i niech się rozwija, bo ta książka to człowiek, to on, a nie bezpłciowe, beztożsamościowe twory jakich w sieci pełno.

Człowieku zrzuciłeś Bogów z panteonu
zbiłeś dawnych mistrzów z pantałyku
By teraz w zatłoczonych tramwajach i autobusach
uśmiechać się do swojego nowego smartfona


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko