Józef Hen – Do was i od was

0
641
Ryszard Tomczyk

       ZBLIŻAŁA  SIĘ  PÓŁNOC, kiedy myśl powędrowała – nie wiem jaką drogą – do śmierci Boya we Lwowie. Zrezygnował z ucieczki przed Hitlerem, z ewakuacji, którą mu proponowano. Niektórzy mówią, że była ta rezygnacja czymś w rodzaju samobójstwa. Nie, nie sądzę, tak nie było. Myślę, że tkwiło w nim coś, co moglibyśmy nazwać „optymizmem” – co do jego osobistej przyszłości. Komu potrzebna jest jego śmierć? Dlaczego mieliby go zabić? Nie wojował, nie konspirował, pisał o Stendhalu, o Mickiewiczu, wykładał.  Nie przyszło mu na myśl – bo niby dlaczego miałoby mu to przyjść – że tamci zabijając nie rozważali, czy mord jest racjonalny, logiczny, czy rozstrzelany zostanie ich wróg, czy zabijanie ma sens. Dla nich sens ma samo zabijanie. Eksterminacja profesorów, uczonych, mądrali. Ludzi zbytecznych.

I nagle stało się to, czego się nie spodziewał: zobaczył wymierzone w siebie lufy karabinów. Co pomyślał? W tym ułamku ułamka sekundy – co mózg wykrzyknął?

A potem myślałem o Władysławie Szlenglu – w getcie. O śmierci, którą przeczuwał. Wiedział, co go czeka – zabiją go, bo jest Żydem.

Nigdy przez coś takiego nie przeszedłem. Przeżyłem, bo nie byłem „optymistą”. Wiedziałem, że jestem gorszy. Zabawką dla rasy panów. Pomogli mi w uświadomieniu sobie tego ci żołnierze niemieccy, z którymi zdążyłem się zetknąć: zawsze pierwsze pytanie było, czy  jestem „Jude”. Zaprzeczałem, a oni wtedy interesowali się kolorem moich włosów. Byłem przejściowo blondynem.

Miałem szczęście,  tak. Ale ja temu szczęściu pomagałem. Nie karmiłem złudzeń.

1 WRZEŚNIA,  W ILUZJONIE  BĘDZIE „DON GABRIEL”. Czy uda się pani Annie Witek po mnie przyjechać? Bo panie i panowie prezydenci i premierzy z 40 państw zebrali się na placu Piłsudskiego – w 80 rocznicę niemieckiego najazdu. Piękne, szlachetne, wzruszające przemówienie prezydenta Niemiec Steinmeiera.  Głupawe, dęte i bigoteryjne przemówienie ciemniaka z odludnego zaścianka vice-prezydenta Stanów, Mike’a Pence’a. Mówi o krzyżu papieskim na tym placu, o skandowaniu „My chcemy Boga!” …

Stoją ci dygnitarze na placu – jest upał, słońce praży, oni bez nakrycia głowy – żal mi ich.

Dla pani Anny Witek mam „Kwiecień”, wydanie z 1979 roku, po 14 latach przerwy. Od niej dostaję 2 książki, w tym powieść „Wilimowski” („coś dla pana!”) chorwackiego pisarza (ale wydana w bośniackim Sarajewie) Miljenko Jergovićia.

Zbieramy się w kawiarni, jest i Krafftówna („Florentyna” w dzisiejszym filmie), całujemy się, ona przyjemnie zdziwiona, że pamiętam jej imię. (No jak nie pamiętać!…). Wasowscy znowu mają dla mnie prezent: tym razem koniak, wspominany przeze mnie – mówi pani Monika – w „Przed wielką pauzą”: „Courvouisier”.

Film dobrze odbierano. Niektóre powiedzonka Pawlika (np. kiedy partnerka robi mu  wyrzuty, że nigdy nie prosił , żeby pokazała mu się nago, on odpowiada: „No widzisz, jaki jestem roztargniony”) powodowały wybuchy śmiechu.

Pani Monika dobrze wie, o czym powinienem mówić. Przede wszystkim o konflikcie Boy-Irzykowski: jakby to wyglądało podczas Września, gdyby byli o 20 lat młodsi. (Boy, jako lekarz, byłby zmobilizowany – i takie są dzieje „Doga-Leśniewskiego, w którego wciela się Igor Śmiałowski).   O Gabrielu Karskim, który przeżył  egzotyczny epizod z oszustami z Legii Cudzoziemskiej. (Nikt na widowni się nie zgorszył). O świetnym opowiadaniu Putramenta „Ten i tamten brzeg mostu”. O tym, że talent zniszczyło Putramentowi zaangażowanie partyjne. O fordanserce z naszego podwórka, mieszkającej w suterenie „bez wygód” (jak „Florentyna” w filmie), która szła dumnie przez całe podwórko do ubikacji ogólnej z gazetą pod pachą. I o tym, czego opis jest już w „Oporze”, jak komendant domu rzucił opaskę i jak młodzież mnie wybrała.

Moczar, z którym Petelski był zaprzyjaźniony, zakazał wyświetlania „Don Gabriela” u szczytu powodzenia. Bo towarzysz generał też głosił, że kampanię wrześniową wygrali Polacy. (Porozumiewawczy chichot dobiega z widowni ). Petelski tak się przeraził, że skreślił film ze swojego dorobku. Zaczęto go pokazywać po jego śmierci – i po zmianie ustroju.

Zaznaczam, że słowa w przemówieniu sekretarza Starzyńskiego do ochotników (Ignacy Machowski), zapewniające, że przyszła Polska będzie państwem demokratycznym, to nie wymysł scenarzysty, to słowa samego Starzyńskiego. I to, że komuniści, którzy wydostali się z więzienia w Rawiczu, utworzyli w Warszawie batalion robotniczy (pod wodzą Buczka), to nie propagandowy wymysł – to prawda historyczna.

Pani Monika zapytuje mnie, czy to prawda, że nie wykazywałem strachu podczas bombardowań, szczególnie w ów „czarny poniedziałek” 25 września. Latali  cały dzień nisko, widać było duże czarne krzyże, „nie słychać dział przeciwlotniczych” – szepcze w filmie przejęta  Florentyna. W naszej zakładowej suterenie  schroniło się ze czterdzieści osób, także dotąd pokłóconych z nami, na przykład znana czytelnikom „Nowolipia” para, Szulim i Dora.  Ja leżałem na materacu i czytałem, co niektórych irytowało. „Bombardują nas, a on sobie czyta!” Czytałem powieść Emila Zoli: „Pogrom”. Rok 1870, klęska armii Napoleona III, bałagan, cofanie się – zupełnie jakbym czytał o tym, co właśnie przeżywamy. Po wojnie ta powieść wyszła  nowym przekładzie, akurat Gabriela Karskiego pt. „Klęska”. Dodałem, że pan Gabriel (którego imię, z dodatkiem „Don”, przejął  bohater filmu) był wykwalifikowanym skrzypkiem, grał w orkiestrze zespołu „Mazowsze”, dzięki czemu mógł wyjeżdżać z nimi za granicę.  (Bardzo to charakterystyczne dla tamtych czasów: Helenka Stachova, tłumaczka literatury polskiej, śpiewała w jakimś ludowym czeskim chórze i śpiewająco wyjechała do Paryża).

„Ź r ó d ł o   P o ko j u”   – taki kryptonim dał swojej inwazji przeciw Kurdom władca Turcji. Cynizm, który mógłby zatkać nawet profesjonalnego obserwatora gry politycznej, gdyby Erdogan nie miał w nim poprzedników. Nie jest wykluczone, że prezydent Turcji, pamiętając o wojnie Katarzyny o Krym, brał z carycy przykład. Nie raz przypominałem, że „dobroczynna imperatorowa” (jak sama siebie nazwała)  po nasłaniu wojsk na Polskę  oświadczyła, że występuje w obronie „wolności” i z pomocą dla „polskich patriotów”. Długa jest tradycja używania tego określenia dla uczynków podejrzanych, czy wręcz podławych.

NOTUJĘ  W PIĄTEK,  24  STYCZNIA. Wczoraj, w czwartek –  dzień o nie byle jakim znaczeniu. Politycznym i dla dziejów naszego czasu. Najpierw słowo o tym, co w Polsce: posiedzenie trzech izb Sądu Najwyższego, podkreślające jego niezawisłość w wydawaniu orzeczenia.  Pan Ziobro, minister sprawiedliwości, podenerwowany, od razu się wypowiedział: stanowisko SN nie ma skutków prawnych. Porzucę ten temat, bo wiadomo, czego się można było po tym dygnitarzu spodziewać. Szkoda czasu i wysiłku.

          JEDNAK JEST JAKAŚ W NAS, LUDZIACH, POTRZEBA „KULTU JEDNOSTKI”. Nie idzie o podziw – choć i  to odgrywa pewną rolę  (w osiągnięciach sportowych zwłaszcza) – ale o ufność, o nadzieję, że ten ktoś umie podjąć właściwe decyzje i zasługuje na to, by jego portret wisiał w naszym mieszkaniu. Nie mam tu na myśli kultu czy uwielbienia wielkich twórców –  to jest wybór bardzo indywidualny, każdy odbiorca ma inną wrażliwość (chociaż bywa, że ulega się sugestiom, snobizmowi – zostawmy to, temat zbyt szeroki i nie o to w tej notatce chodzi). Idzie o polityków, mężów stanu. Bonaparte? (Zacytujmy „Pana Tadeusza”: „Bóg z Napoleonem – Napoleon z nami”) . Piłsudski? Przyłapałem się na tym, że wspominam swoje młodzieńcze piłsudczykostwo w „Nowolipiu”.  I dodaję chyba coś takiego: „Trudno się wyrzec swojej pierwszej  miłości. I czy warto? Czy jest dla kogo?”

         Kiedy wymieniam swoich wielkich, wiem, że zazwyczaj trzeba im wiele wybaczyć. Człowiek jest ułomny – powtarzał to z uporem Montaigne – ci wielcy też – nie szkodzi, stają się bardziej ludzcy, rozumieją innych, nas – zwykłych ludzi. (Nie dotyczy to paranoików władzy,  kłamców, upajających się swoją pozycją. Może warto takiemu dziwadle przypomnieć, co sformułował Montaigne: „I na najwyższym tronie świata siedzisz jeno na własnym zadku”).

        Zdarzyło mi się jednak – i to dziesiątki lat temu – że o ludziach na świeczniku odnotowałem coś zupełnie innego. Może warto to przy okazji przytoczyć. Przepędzony został Gomułka – przyszedł Gierek. U niektórych kolegów spostrzegłem narodziny nowych nadziei. „Zachwycają się polszczyzną Gierka, jego manierami, aparycją, ludzkością, poczuciem humoru, jakby sami byli mniej ludzcy, tępsi w pojmowaniu dowcipu, gorzej wychowani, gorzej wysławiający się i z pokracznym wyglądem. Czy to nie znaczy, że gdzieś w skrytości ducha uważamy wszystkich rządzących za podludzi i jeśli któryś z nich podobny jest do nas – – to znaczy czyta książki i ogląda filmy (dopisek: teraz byle jakie seriale) – już to wzbudza w pewną bliskość i przyśpiesza akceptację.” 

        Spodobał mi się Emmanuel Macron. Inteligencja, odwaga, rozum (bo bywa inteligencja bez rozumu – mogę podać przykłady, ale powstrzymam się). Jest dygnitarzem  i zarazem potrafi być kimś wzorowo zwyczajnym. Już sam fakt, że ma żonę dużo starszą od siebie, Pierwszą Damę Francji, która często mu towarzyszy (w Polsce Brigitte się nie pojawiła), świadczy o tym, że nie obchodzą go idiotyzmy. Macron, sądząc ze sposobu w jakim mówił na Uniwersytecie Jagiellońskim, dostatecznie wierzy w siebie, by zachowywać się swobodnie, nie boi się mikrofonu, ale i nie zachwyca się sobą.  Nie ma w nim  nic z paranoika przejętego swoją władzą. Można Francuzom pozazdrościć, że znalazł się ktoś taki. Martwi, że tylu Francuzów tego nie docenia. Że jego pozycja, sądząc po sondażach, słabnie. Koszty sprawowania władzy. Decyzji, które, jak uważa,  musi  podjąć.

        Zapewne i jemu też trzeba wiele wybaczyć. Nie wiem co. Wystarczy świadomość, że nikt nie jest idealny. Że prezydentura to trudny zawód, nie bez wpadek. Domyślam się tylko, nic o nich nie wiem. I pamiętam, że człowiek jest ułomny.

           Ci, którzy mobilizują przeciw niemu „Żółte kamizelki” – też.

                                                                                                                J.H.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko