Irena Nyczaj – Insekt

0
344

        Wbiega lekko po schodach na swoje trzecie piętro. Odczuwa satysfakcję widząc, jak sąsiadki przystają na półpiętrze, sapią i patrzą przez okno, za którym rozciąga się widok na kilka nędznych drzewek i osiedlowy śmietnik. „Wolą mnie nie widzieć. A niech tam”.

        Jej 56 lat nie ciąży. Wręcz przeciwnie. Czuje moc i energię do działania. Gdyby była facetem… Ludzie by ją szanowali. Ludzie by się jej bali. A tak – patrzą z politowaniem, pogardliwie kreślą kółko na czole. Śmieją się ironicznie. Widzi to na każdym kroku. Wariatka. Wyszła z psychiatryka.

        Już tam nie wróci. Nigdy. Nie da się zniewolić. To jej delikatność i nadwrażliwość tam ją zaprowadziły. Zawsze odkąd pamięta rozdzielała włos na czworo, analizowała. Po co?

        Być twardym facetem. Tak. Przywalić komuś, skopać kanalię, rozwalić mordę. Niech leży i jęczy błagając o litość. Za tyle zła, za niepotrzebne istnienie. Za krzywdę.

        Jak wtedy w autobusie miejskim. Dała niezły pokaz i nauczkę. Ona jedna była mężczyzną. Odważnym, niezłomnym. Prawdziwym.

Gówniarze siedzą rozwaleni, uzbrojeni w smartfony. Rechoczą. Padają słowa nieprzyjemne dla ucha. Ludzie odwracają wzrok, udają głuchych. A oni – zauważyła – chcą kogoś sprowokować.

        Przymknęła oczy… Ujrzała siebie w zwolnionym filmie. Podchodzi do młokosów, każąc ustąpić miejsca starszemu z laską. Młodzi patrzą bezczelnie, rzucają jej w twarz obelżywe epitety. Czuje oblewające całe ciało gorąco.

        Łapie jednego za szyję. Zaciska. W oczach chłopaka widzi strach. Okrągłe, wypukłe oczy owada, a w nich, jak w kalejdoskopie-zabawce dla dzieci, odbija się jej wykrzywiona, pocięta na kawałeczki w lusterkach twarz.

        Chłopak osuwa się na podłogę. Sprawiedliwość się dopełniła.

        Nikt nie krzyczy. Autobus hamuje. Przystanek.

        Widzi, stojąc na chodniku, jak smarkacze stukają się znacząco palcami w czoło i robią do niej zza szyby pojazdu małpie miny.

        Wbiegając po schodach, zauważyła na oknie muchę. W listopadzie? Świat się kończy. Trzepnęła gazetą, poprawiła na posadzce butem. Nie było trudno z jesiennym, ospałym owadem. Szyba odbiła grymas na twarzy kobiety. Uśmiech?

        Jest sama na bożym świecie. Jak palec – mówią ludzie. To przecież głupie. Palców każdy ma wiele. Zaczęła zauważać liczne absurdy, powtarzane przez ludzi bezmyślnie na każdym kroku. Zrobiła z tego swoistą zabawę, ot, niewinna rozrywka, a daje niezłą satysfakcję.

        „Muchy by nie skrzywdził”. Zabić muchę to wręcz obowiązek człowieka. Mucha – stworzenie obrzydliwe – siada na… wiadomo i roznosi… To obowiązek. Zacisnęła pięści.

        – Muchy by nie skrzywdził – usłyszała pewnego dnia rozmowę kobiet o starszym panu mieszkającym na parterze. – Taki dobry człowiek, a tak krzywdzi go los.

        To ją zaciekawiło. Chciała dowiedzieć się więcej. Gdy zapukała do jego mieszkania, otworzył i uprzejmy uśmiech opromienił jego szarą twarz. Zaprosił znajomą z widzenia, mijaną czasem na schodach miłą sąsiadkę. Zaproponował herbatę. Z ochotą przystała, usiadła przy stole, rozejrzała się po schludnym wnętrzu. „Jakie przeładowane. Po co mu tyle drobiazgów. Wszędzie fotografie, stare – zauważyła – czarno-białe. Obrazy, koronkowe serwetki, figurki z porcelany, wazoniki. Brr, okropieństwo, ani kawałka wolnego miejsca, nie ma czym oddychać”. Rozluźniła pod szyją kołnierzyk bluzki. Na jej poczerwieniałej twarzy zagościł grymas uśmiechu.

        Zapragnęła poznać, jak skrzywdził go zły los. Starszy człowiek obdarzony tym nieoczekiwanym zainteresowaniem, otworzył na oścież swoją samotnię.

        Przed oczami obojga jęły pojawiać się i przesuwać kadry wojennych działań: wybuchy bomb, śmierć kolegów, rany, polowy szpital, operacja. Noga trafiona szrapnelem nadawała się tylko do amputacji. Nie zgodził się. „Nie chcę stawić się przed Panem Bogiem bez nogi” – powiedział twardo. Cóż było robić. Lekarze opatrzyli, wyczyścili ranę jak mogli, popatrzyli na umierającego ze współczuciem.

        Przeżył, choć noga, mocno pokiereszowana, dawała się przez całe życie we znaki szczególnie na zmianę pogody. Ale była.

        Żona i córka… Trafiły do Oświęcimia, gdy on ostrzeżony schronił się w lesie u partyzantów. Kobiety miały być bezpieczne… Ale los uderzył jakże silnie. Nie mógł się podnieść długie lata.

        Kiedy poznał Zenobię, nie uwierzył w odmianę swojej doli. Lecz Zenobia nie ustąpiła. Pobrali się. Życie toczyło się tak jak innych dojrzałych ludzi. O dzieciach, rzecz jasna, nie było mowy. Za późno.

        Gdy odeszła, wszyscy mu współczuli. „Taki człowiek – dobry i nieskazitelny. Muchy by nie skrzywdził. I takie cięgi dostaje od losu”.

        Opowiadał dalej swoje niełatwe, a przecież banalne – jak oceniła w duchu jego nowa znajoma – życie.

        Jej życiowa droga to co innego. Ale kogo to interesuje. Jemu przecież nie opowie. Zamyśliła się.

        Została sierotą w dzieciństwie. Była jedynaczką. Gehenny domu dziecka i kilku pobytów w rodzinach zastępczych nie chce nawet wspominać. Ludzie to potwory, samolubni i źli. Zepsuci, okrutni, pozbawieni jakichkolwiek uczuć i wartości.

        Poznała miłość. Miłość? Szybki seks w toalecie czy jakichś brudnych zakamarkach domu dziecka. Chcieli z nią być, więc się nie sprzeciwiała. Nie czuła nic, prócz gniotącego ciężaru beznadziei i dziwnego upokorzenia. Nic z tego nie rozumiała.

        Pierwsze dziecko, chłopczyka, oddano do adopcji. Miała wtedy 13 lat i nie obeszło jej, co się z nim stało. Był maleńki jak komar czy mucha…

        Potem była dziewczynka i znowu chłopiec. Też poszły do adopcji. Obojętna, nie interesowała się ich losem. Instynkt macierzyński? A cóż to takiego?

        Mucha i komar. „Zalać robaka”. Co to znaczy? Poznała sens głupiego powiedzenia. Zalewała obrazy-kadry, w których małe skrzydlate insekty-dzieci nadlatywały ze wszystkich stron i wwiercały się z brzęczeniem w jej udręczony mózg. Gdy trzeźwiała, było jeszcze gorzej. Nie, nie miała wyrzutów sumienia. Kolejny schemat i mit. Nigdy nie chciała mieć dzieci. Ale pragnęła innego życia, niebanalnego, oryginalnego. Czuła w sobie potencjał. Tylko zrealizować.

        A ten tu? Co w tym dziwnego, że stracił żonę i córkę w trudny czas wojny. A że potem umarła mu druga żona. Czy to coś zaskakującego? Dobrze chociaż, że on sam, pomimo dawnych ran, jest zdrowy. Powinien się cieszyć.

        – W dodatku mnie też dopadło choróbsko – odezwał się starszy pan. –

        Mam nerkę do wymiany

        – Do wymiany? – zdziwiła się. – Ma pan dwie. Można żyć z jedną.

        – Już jednej nie mam. Usunięta z powodu nowotworu. A teraz ta druga…

        – No tak… to skomplikowane.

        – Wie pani, takimi starymi, sądzę, nikt się nie przejmuje. Czekam już długo i myślę, że się chyba nie doczekam. A poza tym, czy w moim wieku przeżyłbym przeszczep? Każda dializa wydaje mi się być tą ostatnią. Ale nie skarżę się. Życie jest zbyt piękne, aby narzekać. – Jego twarz rozjaśnił blask, który objął i ją swoją mocą. Poczuła wielkie wzruszenie i współczucie dla tego nieoczekiwanego nowego znajomego.

        Nigdy nie miała bliskiej osoby. Psem czy kotem, nawet papużką nie chciała się opiekować. Są jak dzieci. Trzeba je uczyć czystości, wyprowadzać, znosić fochy, bawić się. Słowem, być uwiązanym. A ona ceni wolność, wie, czego chce, a raczej – czego na pewno nie chce.

        Starszy pan był miły i kulturalny. Noga okaleczona na wojnie, z ubytkiem kości w podudziu, sprawiała mu widoczny czasem ból. Utykając, zaciskał szczęki, widziała to. Nie skarżył się, a ona nie komentowała. Co tu mówić. Jest jak jest i tego się nie zmieni.

        Do zmiany było jednak coś, co zaczęło uporczywie zaprzątać jej myśli. Ociągała się aliści, by sąsiadowi o tym powiedzieć, zresztą nie bardzo wiedziała, jakich słów użyć, żeby osiągnąć cel, a broń Boże nie popsuć. Była samotnicą z niewielkim doświadczeniem towarzyskim, jeśli w ogóle można tak powiedzieć. Jej kontakty ze światem zewnętrznym były w istocie żadne. To jednak nie ograniczyło woli działania kobiety, jaka pojawiła się nagle i samą ją nawet zadziwiła. Odczuła ważność swojej roli, wręcz misji. Musi sprawę doprowadzić do pomyślnego końca. Przypadek był doniosły, a jednocześnie zbyt wyjątkowy, aby potraktować go sztampowo, na skróty. Nie, nie, trzeba było dobrze przygotować się do akcji.

        Wyszła z założenia, że stary człowiek mający swoje przyzwyczajenia, żyjący w pewnym utartym rytmie i schemacie, nie od razu będzie skłonny zmienić, przebudować i ułożyć na nowo pewne sprawy. A przestawić się powinien, tak, nawet musi. Trzeba było jednak poczekać, nie działać pochopnie, nie spłoszyć.

        Za każdym razem, gdy odwiedzała mężczyznę, z narastającą niechęcią obrzucała krótkimi spojrzeniami zalegające wszędzie bibeloty. „To pewnie jego żona tyle tego naznosiła, kolekcjonerka!”.

        – Powinien pan powyrzucać większość tych niepotrzebnych drobiazgów – odezwała się pewnego razu, gdy uznała, że przyszedł czas.

        Ale on nie był gotowy.

        – To pamiątki po mojej Zeni. Nie mogę…

        – Zobaczy pan, będzie lżej, będzie więcej powietrza, odżyje pan, ja pomogę… – nalegała już mocno zniecierpliwiona.

        – Nie.

        No to nie. Przyrzekła sobie, że nie pójdzie do opornego człowieka więcej. Co on ją w końcu obchodzi. Chciała dobrze dla niego, radziła. A on – nie.

        Któregoś dnia spotkali się na schodach. Szedł z widocznym trudem, posapywał taszcząc siatkę z zakupami. Ucieszył się, zagadał, zaprosił na herbatkę. Jakby nigdy nic.

        Usiadła przy stole, rozejrzała się po schludnym, przeładowanym drobiazgami wnętrzu.

        Nie ma czym oddychać… Rozerwała guziki bluzki. Jeden upadł na podłogę, potoczył się pod kanapę.

        Krew napłynęła nagłą falą. Przez łzy ściskające gardło ujrzała siebie ogromniejącą, potężniejącą, obdarzoną nadludzką mocą, jaka uruchomiona po latach letargu – dała jej prawo…

        Tak, jest facetem. Młodym i silnym.

        Gdy zobaczyła strach w oczach starego, w wypukłych, okrągłych oczach muchy, która tylko roznosi… – nie zawahała się.

        Potem wyszła, starannie zamykając za sobą drzwi.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko