JOANNA JAGIEŁŁO – OPOWIADANIA WYBRANE

0
323
Franciszek Maśluszczak

Gołąb

Na balkonach w kolorze wyblakłej pistacji przysiadają gołębie. Furkoczą poszewki i kalesony, rdzewieją rowery, sterczą anteny satelitarne, a wsparci o barierki ludzie zrzucają w dół niedopałki, które więzną potem między gałęziami forsycji. Inni siedzą na plastikowych krzesłach i obserwują przejeżdżające tramwaje.

Na pierwszym balkonie od lewej, na drugim piętrze, stoi Eryk. Dopalił papierosa i spoglądając w dół myśli o tym, jak krótko się spada. I jak szybko.

Eryk jest elementem krajobrazu, jak stary rower, krzesło z Leroy Merlin, antena. Wpasował się w ciasną przestrzeń mieszkania, kawalerki tak małej, że z balkonu widać wejściowe drzwi z szarej pilśni. Z niechęcią patrzy na stos wypracowań leżących na stole. My future – taki temat zadał uczniom. Moja przyszłość. Jeszcze raz wychodzi na balkon, niby po to, żeby odetchnąć popołudniowym powietrzem. Patrzy na dach warzywniaka i na duży kamień pośrodku trawnika. Jaka nacja, taka dekoracja, myśli i przypomina sobie poezję Larkina, którą analizował na studiach.

Ale czy stał i patrzył, jak wiatr zimnym zgrzebłem czochra chmury, czy leżał w pościeli zatęchłej wmawiając sobie, że to dom, czy się do siebie uśmiechał i czy wzdrygał się, draśnięty lękiem… Ten wiersz zrobił na nim wrażenie, choć nie mógł jeszcze wtedy przypuszczać, że i on będzie tak stał i patrzył na warzywniak, na chmury, na stadion w oddali. Eryk zamyka tomik, idzie do kuchni i łyka valium, a potem jeszcze dwie białe tabletki, które mają wyciszać, ale nie usypiać. Jest taka pora w niedzielę, gdy nie może się bez tego obyć, gdy słońce zachodzi, a on wie, że będzie siedział przy wypracowaniach do nocy, że będzie wstawiał „s” w trzeciej osobie, że będzie podkreślał na czerwono i pisał na marginesie: spelling, grammar, syntax.

Zasiada przy stole i z westchnieniem pochyla się nad pierwszą pracą. Że w tym, jak nam się żyje, odbija się nasza natura… Słowa wiersza zdają się wypełzać spomiędzy linijek wypracowania, syczeć w poszumie włączonej pralki, rozrastać się w mózgu jak nowotwór.  

I nagle ktoś dzwoni do drzwi. Eryk czuje mocne uderzenia serca, nikt go przecież nigdy nie odwiedza. Przez chwilę siedzi wciśnięty w krzesło, ale dzwonek odzywa się po raz drugi. Wstaje, skrada się ku drzwiom, spogląda przez wizjer: dziewczyna jakaś, sąsiadka chyba, pewnie chce cukier pożyczyć. Otwiera drzwi powoli i ze zdumieniem stwierdza, że dziewczyna płacze.

– Ja bardzo przepraszam, ale chodzi o to, że ktoś zabił mojego gołębia.

– Jak to: pani gołębia? – Eryk nie rozumie.

– No, hodowałam gołębia – odpowiada. – Wyhodowałam go z jajka, znaczy sam się wyhodował, no i potem karmiłam go…

– Może po prostu odleciał?

Dziewczyna patrzy na niego, cienie pod oczami i tęczówki są w podobnym kolorze.

– Niech pan pójdzie ze mną. 

Eryk nie przywykł do tego, żeby tak po prostu wchodzić do cudzego mieszkania, do mieszkania nieznajomej kobiety, ale nie potrafi odmówić. Idzie więc za nią posłusznie, ale nieśpiesznie, schodek za schodkiem.

Jej mieszkanie wygląda dokładnie tak jak moje – myśli, przestępując próg.

Dziewczyna bez słowa prowadzi go na balkon.

– Niech pan zobaczy!

Widok z balkonu ten sam, ta sama brzydota, te same bloki naprzeciwko i ten kamień, jak nagrobek. I że w jego wieku mieć pod niebem wynajętą klitkę najpewniej oznacza, że nie zasłużył na nic więcej… Znów Larkin. Eryk odwraca głowę, ale dziewczyna prosi, żeby przyjrzał się dokładnie.

Fragment balkonu oddzielony jest od reszty przewróconym stolikiem, a na terakotowej posadzce leży gołąb z odciętą głową. Tułów gołębia wygląda jak szary kamień, a smugi zakrzepłej krwi krzyżują się niczym pręty klatki. Jak dobrze, że nie jadłem kolacji i że połknąłem valium i to drugie, myśli Eryk, nazwy nie pamięta.

– No i? – pyta dziewczyna. – A tak w ogóle to mam na imię Anika.

 Erykowi kręci się w głowie, musi usiąść, ona podstawia mu taboret i staje nad nim wyczekująco. Eryk odruchowo zamyka oczy. Nie mógłby tu zasnąć, z tym gołębim strzępem na balkonowych płytkach, musi jej pomóc coś z tym zrobić, jakoś to uprzątnąć. Kobieta wydaje mu się nagle drobna i krucha, niewiele większa od ptaszka.

– Przede wszystkim trzeba to wyrzucić – decyduje. – Masz jakąś szufelkę, cokolwiek…

 – Nie wyrzucę go – mówi Anika, przynosi z kuchni ścierkę i delikatnie przykrywa nią gołębia.

Teraz Eryk może już patrzeć. Szuka śladów. Obmacuje siatkę i wszystkie szczeble. Rozgląda się na lewo i na prawo, zerka na sąsiednie balkony i zastanawia się, czy ktoś mógł dostać się na loggię Aniki. A jeśli już, to po co? Żeby zabić gołębia? Czy Anika ma jakichś wrogów, czy ktoś źle jej życzy?

– To na pewno on. Mój były mąż. On zabrał mi syna. Wszystko mi zabrał, a teraz jeszcze to – mówi Anika. I dodaje, że się boi.

– Muszę już iść – decyduje Eryk, choć przecież nic nie musi i zostawiwszy Anikę w drzwiach mieszkania, wraca do siebie. Siada nad wypracowaniami, ale nie jest w stanie ich sprawdzać; kładzie się, ale długo nie może zasnąć. Cienie ulicznych latarń przesuwają się i drgają na suficie, jakby ktoś poruszał niewidzialnymi skrzydłami. Śnią mu się gołębie, chmura szarych ptaków na niebie, które karmi kawałkami bułki. Jeden z nich nagle podfruwa nieco bliżej i Eryk dostrzega, że gołąb zamiast głowy ma drobną twarz Aniki. 

Co dziwne, ten sen go nie przeraża. Eryk budzi się i próbuje ponownie przywołać senny obraz. Choć Anika pojawiła się w jego życiu zupełnie niespodziewanie, nagle zdaje mu się, że właśnie na to czekał. Zawsze narzekał, że nic mu się nie przydarza, że żyje tylko dla siebie, a teraz, po raz pierwszy od długiego czasu, a może od zawsze, czuje, że jest potrzebny. Zbiega piętro niżej, do niej, mierzy balkon, zamawia robotników, którzy założą kraty. Płaci im z góry, bo Anika nie ma grosza. Mówi, że odda, ale to nie ma dla niego znaczenia.

Idą do parku pochować gołębia, obie jego części układają w pudełku po ciastkach wyłożonym papierowym ręcznikiem.

Pijąc potem herbatę w mieszkaniu Aniki Eryk staje przed oknem, a chmury, warzywniak i kamień stopniowo zaczynają układać się w nowy wzór.

Od tej chwili Eryk prowadzi dwa równoległe, podzielone piętrem życia. Schodzi do Aniki, kiedy tylko może, a ona otwiera mu drzwi, zanim zdąży nacisnąć dzwonek. Rozmawiają rzadko, wolą milczeć. Ale przecież to bez znaczenia: czasami milczenie jest rozmową, a ukradkowe spojrzenia – pieszczotą.

Pewnego dnia – czy to w obronie przed szumem tramwajów, czy przed światłem latarni, czy przed gołębiami, które dziobią w parapet – po raz pierwszy zasłaniają okna.

Ciało Aniki jest drobne i ciepłe, a Eryk, ośmielony, odważa się wreszcie na pytania. Nic o niej przecież nie wie: ani o dziecku, które podobno ma, ani o tym, czemu wciąż odwiedza grób gołębia. Anika jednak milczy, a pytania, nie doczekawszy odpowiedzi, wraz z kroplami potu wsiąkają w pościel.

Może na tym polega miłość?

Eryk zaczyna razem z Aniką chodzić do pobliskiego parku, tam, gdzie pod rachityczną brzózką zakopali ptaka w tekturowej trumnie.

– Wiesz, czasem się boję, że o nim zapomnę – mówi Anika.

– O gołębiu?

Anika nie odpowiada.

Wracają do bloku. Na murku przed śmietnikiem namiętnie całuje się jakaś para. Eryk przygląda im się dłuższą chwilę, a potem, przytrzymując otwarte drzwi windy, odważa się zapytać, czy nie zamieszkaliby razem. Przecież właściwie już u niej mieszka, na górze zostało niewiele rzeczy, zaczynają się wakacje, a umowa wynajmu wygasa.

– Mogę jej po prostu nie przedłużyć – mówi Eryk, a jego słowa są jak wyznanie miłosne.

Eryk po raz ostatni wychodzi na  swój balkon. U Aniki nie lubi tego robić, nie lubi krat, nie lubi kąta, w którym kiedyś leżał gołąb, a teraz pozostały tylko rdzawe smugi. Spogląda na kamień, na warzywniak, na chmury – jednak każde piętro trochę zmienia perspektywę.

Potem upycha swoje rzeczy w kartony, tyle wszystkiego nagromadził, że musi iść do spożywczego po dodatkowe pudła.

Pierwszy tydzień wakacji zajmuje im wypakowywanie i sprzątanie, postanowili też odmalować ściany i kupić stół. Pokój jest teraz słoneczny, w oknach wiszą nowe zasłony, białe w róże, całe wnętrze wygląda jak z kolorowego czasopisma. A więc Larkin nie miał racji.

Anika wraca z zakupami i znika w łazience. Eryk ma nadzieję, że zaraz mu pomoże rozpakować resztę rzeczy. Otwiera szafkę i stwierdza, że jeśli wszystkiego nie poukłada od nowa, nic więcej się tu nie zmieści. Wyjmuje więc garnki, w których Anika nie gotuje, patelnie, na których nie smaży, formy, w których nic nie wypieka. Przez chwilę walczy z rozdrażnieniem, sięga potem w głąb szafki, żeby wyjąć durszlaki, sitka, butelki po whisky i brandy. „Musiała być niezła impreza” – myśli zdziwiony, bo wie, że Anika nie lubi alkoholu.

Nagle pod palcami wyczuwa ostry przedmiot i wyjmuje z pudła duży, pokryty rdzawymi plamami nóż. Ogląda go pod światło, uważnie.

Anika wychodzi z łazienki, coś niesie w ręku. Uśmiecha się do Eryka.

– Spójrz – mówi i podaje mu mały, biały przedmiot. Test ciążowy z dwiema różowymi kreskami. – Jestem w ciąży.

Eryk nie zdążył schować noża i teraz nerwowo zaciska na nim dłoń, czując, jak ostrze przecina mu skórę. Powinien coś powiedzieć, ale nie bardzo wie co.

– Cieszę się – mówi więc tylko, z trudem hamując łzy.

– Co tam masz? – pyta Anika i dostrzegłszy nóż, nagle kuli się w sobie. Uśmiech znika z jej twarzy, w oczach pojawia się strach.

– To ja go zabiłam – ?

Ostatnie zdanie nie brzmi jak pytanie, Eryk sam dokleja pytajnik, spogląda raz na Anikę, raz na nóż. Czyżby więc Anika – drobna i ciepła, a jednak mordująca ptaki psychopatka – była tym, na co zasłużył?

– Uspokój się, zaszkodzisz dziecku – mówi spokojnie Eryk, a potem dotyka językiem rdzawą plamę na nożu i uśmiecha się.

– Kroiłaś tym pomidory?

Patrzy na Anikę, a ona zaprzecza, nie, nie pomidory. Ale buraki. Tak. Buraki.

Eryk szybko myje nóż pod wodą, rdza zamienia się w krew i znika w odpływie. A potem łyka swoje tabletki. Najlepsze są te niebieskie.

Anika jest zmęczona, ciąża jej nie służy. Nie potrafi zawiązać butów, nie może ogolić łydek. Powoli zarastają ciemnymi włosami, nietypowymi u blondynki. Eryk głaszcze je i zanurza się w miękkie ciało kobiety, omijając tylko twardą kulę, która mu zawadza. Jeszcze raz odważa się zapytać o syna, czy Anika ma z nim jakiś kontakt.

– Z synem? – odpowiada zdziwiona, jakby nigdy o tym nie rozmawiali. A potem staje nad nim, brzuch kołysze się przed jego oczami. – Przestań mnie dręczyć! Nie mam żadnego dziecka, zrozumiałeś? Widzisz tu jakieś dziecko? Widzisz? Tamtego dziecka już nie ma! Czy nie mógłbyś skupić się na tym dziecku, tym tutaj?

Eryk przestaje zadawać pytania. Po raz kolejny. Może ostatni. 

Na Wielkanoc nie wyjeżdżają, poród lada dzień i Eryk zajmuje się urządzaniem dziecinnego pokoju. Wygospodarowali kącik, odcinając część kuchni. Powstała dziupla bez okna, rzędy luksferów wpuszczają do środka trochę światła. Eryk wychodzi na balkon i widzi dwa gołębie – przeszły przez kratę, niosą w dziobach patyki i układają je teraz tuż przy kole jej roweru. Eryk kopie w barierkę balkonu, gołębie odfruwają. Potem przesuwa rower bliżej siatki, przyciska koło do barierki, wnosi na balkon swoją starą walizkę, żeby zagrodzić jeszcze odstęp między siatką a ścianą. Zamyka drzwi balkonowe, zasuwa zasłonę i długo nie może się uspokoić.

Na śniadanie wielkanocne Anika gotuje całe opakowanie jajek. Każde przekrawa na pół, polewa majonezem i posypuje szczypiorkiem. Będą jeść tylko jajka? Eryk, choć się dziwi, nie komentuje.

– Jest chleb? – pyta.

Anika wstaje, żeby pójść po pieczywo, jej bose stopy zostawiają mokre ślady na podłodze. Wyobrażał sobie, że odejście wód płodowych to coś bardziej spektakularnego, nurt, który nagle porywa matkę i dziecko, a tu tylko kapanie, kałuża mała jak od łez. Może coś nie tak z dzieckiem, jeśli tych wód jest tak mało – myśli i ogarnia go lęk.

– Zadzwonię po taksówkę – mówi. – Jedziemy do szpitala.

Ale to jeszcze nie pora, skurcze są za rzadkie. A czy dziecko się nie udusi? Nie udusi, nie oddycha przecież wodą.

Anika jęczy, a Erykowi przypominają się strzępy rozmów w pokoju nauczycielskim: skurcze, które zaczynały się poprzedniego dnia wieczorem, kończyły się wielogodzinnym oczekiwaniem w szpitalu…. Ale przecież Anika ma doświadczenie, przecież jedno dziecko już urodziła. Eryk nie wie, co się z nim stało, jednak myśli o tym coraz rzadziej. Teraz będzie nowe dziecko, jego dziecko i Anika tak promienieje szczęściem, jakby świeciła od środka.

A potem jest już za późno i Anika nie pojedzie taksówką do szpitala; kładzie się na ziemi w dużym pokoju, na dawno niecyklinowanej klepce, a jej krzyk odbija się od sufitu, wsącza się w szpary między deskami, razem ze śluzem, z krwią. Wyciska dziecko, które na pewno jest za duże, a może źle ułożone i Eryk czuje, że popełnili błąd, że to nie może się udać, nie tak. Chciałby być teraz w szpitalu albo chociaż odwrócić wzrok. Ale patrzy. I widzi,  jak przy długim przeciągłym wyciu z Aniki wyskakuje to coś.

– Otwórz balkon – mówi Anika. –  Nie mogę oddychać.

Eryk wykonuje polecenie. Rower przewrócony, siatka odsłonięta, gołąb podryguje na różowych nogach i patrząc na Eryka, dokłada do gniazda ostatni patyk.

Z pokoju dochodzi popiskiwanie i kwilenie, a chwilę potem Eryk słyszy spokojny głos Aniki.

– Musisz przeciąć pępowinę.

Wilgotny sznur ciągnie się po podłodze i prowadzi wzrok Eryka do tego, co jest na jego końcu. Pióra, a właściwie puch skleiły się i zmierzwiły, dziób lekko się otwiera. Ptak popiskuje i nagle w jego granatowym oku Eryk dostrzega miniaturkę samego siebie –– małego przerażonego człowieka.

Następne dni mijają na pielęgnacji gołębiego pisklęcia. Eryk może się tylko przyglądać, patrzy więc, jak dziób zaciska się na różowym sutku. Anika karmi i krzywi się z bólu, podskórne strużki mleka wytryskują z jej piersi. W końcu ptak zasypia nasycony. Na piersiach Aniki czerwienieją dwie smugi, ślady po małym dziobie, które pokrywają się kropelkami krwi. W końcu Anika zasypia, a na poduszce przy jej głowie leży gołąb, tak brudny od własnych wydzielin i mleka matki, że Eryk po raz kolejny czuje, jak bardzo się go brzydzi. Chciałby wykąpać opierzone dziecko, ale Anika się nie zgadza. Gołębi się nie kąpie.

Kwiecień to pora niczyja, nadzieję daje tylko gołębiom na balkonie, które znów wciskają się przez szpary w kratach i próbują założyć gniazdo. Eryk wyrzuca gałęzie, znosi na balkon przypadkowe pudła i graty, żeby przepędzić ptaki, ale one są uparte. Patyki pojawiają się wszędzie, gdzie jest miejsce i Eryk zdaje sobie sprawę, że musiałby albo całkiem zagracić balkon, albo dostęp do niego zabić tekturą i deskami. Nawet próbuje – przybija do barierki rozłożone kartonowe pudło, ale Anika protestuje, bo to odcina dostęp światła i powietrza, a gołębie niemowlę potrzebuje wszystkiego co najlepsze;  więc co pewien czas Eryk tylko sprząta loggię: wyrzuca gałązki i strzępki papieru.

Spadają wolniej niż niedopałki.

Czas mija szybko, ale choć pisklę dorasta, Erykowi nie udaje się go polubić. Próbował znaleźć w sobie cieplejsze uczucia, usynowić tę marną namiastkę syna, ale nic z tego; co więcej, Eryk po cichu pragnie, by ptak przestał istnieć, by dotknęła go nagła choroba, jakaś śmierć łóżeczkowa.

Wyjmuje gołębia z łóżeczka. Jest ohydny i jak wszystkie małe ptaki wygląda na śmiertelnie chorego. Eryk odkłada go ze wstrętem, powstrzymując się, by nie zgnieść tych drobnych, wypełnionych powietrzem ptasich kości.

Anika prawie nie opuszcza domu. Kładzie ptasie dziecko obok swojej głowy i układa usta w słowa. Tyle razy opowiadała sobie samej tę historię, że tak do niej przywykła, jakby była historią innej kobiety i innego dziecka. Historią kobiety, która spogląda na dziecko stojące w łóżeczku, popijając prosto z butelki winiak. Piszczenie małego ją drażni. Małe mocno trzyma się drewnianych prętów. Paluszki, pazurki. Czy chciało wyjść? Czy dzieci nie pragną wolności, czy nie chciałyby pofrunąć?

Eryk patrzy z niepokojem na Anikę, która zanurzyła się w swoich myślach i coś szepcze, głaszcząc zmierzwiony puch śpiącego pisklęcia.

Anika dopowiada historię. Zakończenie, które przychodzi jej najtrudniej. Dziecko wypadło. To był wypadek, przecież nie chciałam, ale był taki moment. Był moment, od razu, gdy wypadł, gdy poczułam  się…

… szczęśliwa – tylko to słyszy Eryk, gdy pochyla się nad Aniką.

A więc jest szczęśliwa. Może na tym polega szczęście: na przyjmowaniu wszystkiego takim, jakim jest?

Gołąb rośnie, puch nabiera piórowatości, dziób staje się twardy. Anika przestała już karmić piersią, bo to za bardzo boli.

Któregoś dnia mały podskakuje i próbuje latać, jest na to gotowy, tylko nie ma się od kogo uczyć.

– Powinniśmy go wypuścić – stwierdza Eryk.

– Nie – mówi Anika. – To nie ty będziesz decydował.

Eryk po raz pierwszy nie słucha. Kiedy Anika wychodzi, wynosi gołębia na balkon, obok stawia miseczkę z wodą. Mały macza w niej dziób, rozgląda się i nagle wzlatuje, jakby latał od zawsze. Przysiada potem na barierce, spogląda w dół i przekrzywiwszy głowę, decyduje się na skok. Ląduje na sąsiednim balkonie i wraca. I jeszcze raz. I znowu.

Wbrew oczekiwaniom Eryka gołąb nie odlatuje jednak na dobre. Wciąż krąży przy ich balkonie. Eryk postanawia zdrzemnąć się na chwilę, może gdy się obudzi, ptaka już nie będzie.

Przez uchylone drzwi od balkonu gołąb wchodzi do środka. Pazury ślizgają się po podłodze. Podfruwa do góry, nie za wysoko, i sprawnie ląduje na piersi Eryka. Główka w lewo, główka w prawo. Dziobnięcie. A potem sfruwa na podłogę i patrzy na Eryka. Bezczelne, gołębie spojrzenie. Lśniące, bursztynowe paciorki oczu. Eryk kuca obok ptaka. Chwyta go za szyję, ściska tak mocno, że pióra wychodzą spomiędzy palców, błyszczące pióra, które wyglądają jak pokryte benzyną.

Gołąb, z którego zeszło powietrze, leży teraz na czerwonej desce do krojenia warzyw.

Eryk wyjmuje z szafki kuchennej nóż, ten nóż, żaden inny, i ucina gołębiowi równo głowę. Potem nastawia na gazie duży garnek z wodą, wrzuca listek laurowy, ziele angielskie, trochę pieprzu. Skubie ptaka, pióra układa w rządku na blacie, podśpiewuje. Wreszcie czuje się dobrze. To daje radość, to co cielesne.

Rosół zrobiłem – mówi później, gdy Anika przychodzi. Ona nie pyta o gołębia, ale to go nie dziwi. Wreszcie czuje, że rozumieją się bez słów. Czy nie na to czekał?

 Anika uśmiecha się tak, jak on lubi najbardziej, uśmiecha i siada na krześle, gładzi palcem pobłyski na łyżce, dziwi się na widok świec i czeka. Eryk nalewa do talerzy wyjątkowo klarowną zupę. Złociste oka rozpadają się na drobne kuleczki, jak rtęć. Mięso jest delikatne, trochę ciemniejsze niż kurczak. Przypomina sobie, że kupił wino, czerwone Shiraz, może nie najlepsze do rosołu, ale co tam. Już otworzył, wino musi pooddychać.

Zanim uporał się z butelką i z korkociągiem, Anika zaczyna jeść.

–  Cieszę się, że ci smakuje – mówi Eryk. Ale i on po pierwszej łyżce czuje nagły przypływ apetytu, zjada wszystko i dolewa jej i sobie. W życiu nie jadł czegoś tak dobrego. Zjadają cały rosół i dokładnie ogryzają kości.

 Anika odnosi pusty garnek i talerze do kuchni. Po drodze znajduje jedno piórko na terakocie, drugie na drzwiach do lodówki. Ostrożnie zbiera je, chowa do kieszeni.

Eryk pyta, czy nalać jej wina.

– Lepiej nie – odpowiada Anika. – Wiesz dlaczego?

Eryk nie wie.

– Właśnie zaszłam w ciążę – mówi Anika. Eryk wychodzi na balkon i patrzy, jak wiatr czochra chmury. A więc czy stał i patrzył… On, nikt inny. Tu, nigdzie indziej. Z nią. Myśli latają w powietrzu, w górę i w dół, siadają na barierkach i znów odfruwają, żeby w końcu opaść wprost pod jego stopy, jak złote ziarno.

Próba

W piątkowe przedpołudnie Joanna zamiast jak zwykle udać się na próbę, postanowiła wrócić do domu. Nigdy nie wierzyła w intuicję, ale nagłe przeczucie, że stało się coś złego, kazało jej tuż przed samym wejściem do Teatru Rozmaitości wyciągnąć komórkę i wysłać do reżysera wiadomość, że nie przyjdzie. Potem odwróciła się i zaczęła biec. Przecięła Plac Unii i wskoczyła w tramwaj, nie przejmując się brakiem biletu. Do teatru zawsze chodziła pieszo te trzy przystanki, ale teraz nie było na to czasu. Spróbowała zadzwonić do męża. Abonent czasowo niedostępny. I do syna. To samo. To jej akurat nie zdziwiło, Maciek przecież był w szkole, ale dlaczego mąż nie odbiera? Czy znowu jest na spotkaniu w tej sali, w której nigdy nie ma zasięgu?

Wbiegła do klatki, trzy piętra przemierzyła paroma susami. Drżały jej dłonie, gdy przekręcała klucz w zamku. Mieszkanie było puste. Nie wiedziała, czego się spodziewała, ale odetchnęła z ulgą. Było takie, jakie zostawiła rano. Wysprzątany przedpokój, który prowadził do kuchni, słonecznej o tej porze dnia. Okrągły stół, przy którym jedli i małe okno z ażurową zasłonką, mikrofalówka, zestaw przypraw. Wszystko było na swoim miejscu.

Joanna postanowiła napić się kawy i jeszcze raz spróbować zadzwonić do męża. Wyjęła komórkę i zaczęła wybierać ten sam numer co poprzednio, ale musiała się pomylić, bo aparat wybrał numer reżysera, przerwała więc szybko połączenie i wyświetliła listę ostatnich połączeń, ale z tego z mężem nie było Dziwne, musiała je wykasować. Ciągle się psują te telefony, pomyślała i zaczęła szukać w kontaktach. Ale imienia Andrzej pod A nie było. Był tylko Andrzejczak, ich hydraulik. I Anka, jej przyjaciółka. Nie znała na pamięć tego numeru, tak jak zresztą żadnego, zapamiętywanie cyfr zawsze przychodziło jej z trudem. Cholera jasna, musiała go skasować, czy co? Nasypała dwie łyżeczki arabiki do kubka z napisem Crete, który kupiła na ich pierwszych wspólnych wakacjach. Maciek miał zresztą taki sam, tyle że niebieski. Pewnie stoi na jego biurku, wśród pozostałych kubków, talerzyków i śmieci.

Joanna wstała w nagłym odruchu, skoro jest w domu, może spróbuje trochę mieszkanie ogarnąć, nigdy nie ma na to czasu, pokój syna zarasta brudem, a ona, ciągle zajęta próbami i przedstawieniami, nawet nie ma czasu, żeby mu zwrócić na to uwagę. Pchnęła drzwi i przez chwilę nie wiedziała, gdzie się znajduje. Pokój syna był posprzątany, wszystkie jego rzeczy zniknęły. Joanna weszła do sypialni. Na pościelonym łóżku leżał ostatni numer Elle i jakieś kosmetyki. Otworzyła szafę, ani śladu rzeczy Andrzeja. W łazience nie było pianki do golenia, szamponu przeciwłupieżowego. Nic. Ani śladu.

Joanna przetrząsała telefonem zastanawiając się, do kogo zadzwonić. Matka. No cóż, może nie miały najlepszego kontaktu, ale matka przynajmniej będzie w stanie trzeźwo ocenić sytuację.

– Mamo – powiedziała. – Andrzej i Maciek zniknęli.

– Kto?

– Jak to kto. Twój wnuk. I zięć. Nie rozumiesz? Andrzej zabrał Maćka, uciekli, albo ktoś ich porwał, nie rozumiesz?

– Ty i te twoje pomysły. Jak zwykle żarty w głowie. Może byś chociaż zapytała, jak się czuję? Nawet nie zadzwoniłaś po operacji.

– Jak się czujesz?

– Słabo. Może byś przyjechała? Nie ma mi kto zakupów zrobić.

– Dobrze, przyjadę, ale musisz mi pomóc. Ja nie wiem, gdzie oni są – Joanna zaczęła płakać w słuchawkę.

– Ty się dobrze czujesz? Bo chyba ci coś na mózg padło.

Joanna pomyślała, że jeśli komuś padło, to matce. To chyba początki Alzheimera, przestraszyła się. Ale nie może teraz się tym przejmować, trzeba działać.

– Agnieszka? Możesz rozmawiać? – Joanna przywarła do słuchawki. Agnieszka nie była jej bliską przyjaciółką, bo Joanna z nikim aż tak się nie kolegowała. Kiedyś, jeszcze na studiach, miała bliższe koleżanki, ale jak się ma rodzinę, jest o to znacznie trudniej. Każdy ma swoje życie. – Słuchaj, chodzi o to, że mój mąż i syn zniknęli.

– Nie wiedziałam, że masz męża. Albo syna. Co się stało?

– Wróciłam do domu, nie poszłam na próbę. Coś mnie nagle tknęło. Nie ma ich, wszystkie swoje rzeczy zabrali, strasznie się boję.

– Nie martw się, może sobie zrobili wycieczkę? Albo tobie psikusa. A tak w ogóle, to wszystko między wami dobrze? Bo wiesz, słyszałam o takiej historii, że jakiś facet uciekł z dzieckiem. Co prawda, to było chyba w Iranie… Jeśli się tak martwisz, po prostu zgłoś to na policję.

Joanna pamiętała jak przez mgłę, gdzie znajduje się posterunek policji, ale na szczęście jakiś przechodzień wskazał jej ręką właściwy budynek. Kiedyś była tam z mężem, gdy ktoś ukradł mu portfel. Wparowała do środka i od razu chciała z kimś rozmawiać, ale oczywiście kazali jej czekać. Gdy w końcu stanęła twarzą w twarz z jakąś grubą policjantką, od razu pomyślała, że ta baba na pewno jej nie pomoże.

– Chciałam zgłosić zniknięcie męża i syna.

– Kiedy? – spytała gruba.

– No… dziś rano. Dwie i pół godziny temu. To znaczy, rano wyszli normalnie, syn do szkoły, a mąż do pracy, a teraz ich nie ma.

– No to rzeczywiście dziwne. Mówi pani, że rano wyszli?

– Tak, o siódmej trzydzieści, jak zawsze. Mąż podwozi syna do szkoły.

– I jeszcze nie wrócili? – Spojrzała na zegarek. – Jest dwunasta trzydzieści. O której godzinie powinni wrócić do domu?

– Pani nie rozumie. Nie ma żadnych rzeczy.

– Co dokładnie zginęło?

– Ubrania… Kosmetyki. Wszystko.

– Dam pani dobrą radę. Niech pani przyjdzie jutro, jeśli nie wrócą. Policja ma naprawdę poważniejsze sprawy na głowie, niż jakieś tam męskie wycieczki.

Joanna wróciła do domu i postanowiła się uspokoić. Przede wszystkim musi dokładnie sprawdzić, co zabrali. Może to rzeczywiście jakiś psikus? Może niepotrzebnie wpadła w panikę? Ale im dłużej szukała po szafach, po kątach, komodach i półkach, tym większe ogarniało ją przerażenie. W szafie nie było garnituru Andrzeja, ani jego swetrów. W pokoju Maćka nie znalazła nic, co należało do siedmioletniego chłopca. Żadnych gier, ani konsoli, żadnych czasopism, książek, ani szkolnego plecaka. Ale zaraz! Plecak przecież ma w szkole, bo sam jest w szkole! Lekcje na pewno się skończyły i siedzi w świetlicy. A jeśli nie, Joanna przynajmniej się dowie, o której ojciec go odebrał. Bo jeśli go porwał i leci teraz z nim samolotem gdzieś daleko, na przykład do Australii, przynajmniej będzie wiedziała, że są razem.

W świetlicy siedziało całe mnóstwo dzieci i ta niesympatyczna świetliczanka, której Maciek się bał.

– Dzień dobry, ja po Maćka – powiedziała Joanna i ogarnęła wzrokiem grupkę dzieci oglądających kreskówkę.

– To był tylko sen, Puchatku – powiedział Prosiaczek i pogłaskał misia po policzku.

A może to jest tylko sen? – pomyślała Joanna i spróbowała się uszczypnąć. Uporczywy sen, bo uszczypnięcie nie działało.

– Jakiego Maćka?

– Maciej Sawecki. Pierwsza B.

– Chyba się pani pomyliła. Tu nie ma takiego chłopca. A kim pani jest?

– Jestem matką. Jak to nie ma?

– Może to nie ta szkoła? Rodzice się czasem mylą, wie pani. Szczególnie, jak pierwszy raz przychodzą.

– Ale ja nie jestem pierwszy raz, przecież już tu byłam wiele razy, nie pamięta mnie pani?

– Nie. Przykro mi. A teraz bardzo panią przepraszam, muszę wracać do dzieci.

Joanna pchnęła świetliczankę i wbiegła do sali komputerowej, Maciek często grał tu w różne gry, uwielbiał to, a w domu raczej mu nie pozwalali. Rozejrzała się szybko, było mnóstwo dzieci, przez chwilę myślała, że widzi jego ciemną głowę w kącie, ale nie, to jakiś inny chłopiec.

– Jeśli pani stąd zaraz nie wyjdzie, zawołam ochronę.

Siedziała na ławce przed szkołą i płakała. Co ma teraz zrobić? Gdzie oni są? Jeszcze raz wyciągnęła telefon i z przerażeniem zauważyła, że z listy kontaktów zniknął nie tylko mąż, ale i syn. Uspokój się, przecież musi być jakiś sposób, pomyślała. Bylebym tylko nie zaczęła myśleć, że zwariowałam. Nie zwariowałam. Jestem zdrowa na umyśle. Mam na imię Joanna, 36 lat, męża i dziecko. No i pracę w teatrze. Wszystko zawsze mi się dobrze układało. Jeśli to nie jest sen, to jest to jakiś żart. Jeszcze się będę z tego śmiała. A jeśli to sprawka Andrzeja, to popamięta. Może i ostatnio trochę oddalili się od siebie, ale jeśli to miał być sposób na to, żeby poczuła, jak ważny jest dla niej, to naprawdę perfidny. Właśnie, Andrzej. Przecież na pewno siedzi w biurze, zaraz się wszystko wyjaśni.

Tyle, że w biurze Andrzeja nie było. Była jego sekretarka i dwóch kolegów, których pamiętała z jakiegoś przyjęcia, ale Andrzej nie siedział przy biurku, tak jak ostatnim razem. Andrzeja nie było nawet na liście pracowników firmy. Joanna wyszła z budynku kompletnie oszołomiona. A więc to jednak sen, jakiś koszmar, z którego nie może się obudzić. Nie było innego wytłumaczenia. Logiczne myślenie, z którego Joanna zawsze była taka dumna, nie pomagało. W najmniejszy sposób. I wtedy zadzwonił telefon. Joanna poczuła, że zaraz dostanie zawału. Może to porywacze dzwonią po okup. Albo to Andrzej, Boże spraw, żeby to był on. Szybko wcisnęła zieloną słuchawkę.

– Pani Joanno, czy wszystko u pani w porządku? Przyjdzie pani na próbę popołudniową? Bo nie wiem, czy mam odwoływać. Bez pani to raczej nie ma sensu, próbujemy główne sceny.

Reżyser. Teatr. Jedyne miejsce, gdzie jeszcze wie, o co chodzi. Może rzeczywiście lepiej iść na tę próbę, poczekać do wieczora aż ten koszmar się skończy? Na chwilę zapomnieć? Może gdy wróci do domu późno, tak jak zawsze, mąż i syn będą spali, mąż w ich wspólnym łóżku, a syn w swoim pokoju pełnym kubków po herbacie i zabawek? Pokiwała głową.

– Będę – powiedziała.

– Wszystko w porządku? – reżyser wydawał się naprawdę o nią niepokoić. Poczuła coś na kształt wzruszenia. Może on by jej uwierzył? Może mogłaby mu zaufać? Bo na myśl, że jeszcze komuś musiałaby opowiadać o tym, co się stało, robiło jej się niedobrze. – Nie było pani rano, co się stało?

– Miałam kłopoty… rodzinne.

– Ach, no tak. Tak bywa. Ale rozumiem, że jest pani w stanie grać? Zapraszam, wszyscy czekają.

Na scenie stał stół i jedno krzesło. Joanna usiadła i próbowała sobie przypomnieć, jaką właściwie ćwiczą sztukę. Czy to ta historia miłosna, którą mają wystawiać jesienią? Nie, do tamtego jest inna scenografia.

– Uwaga – krzyknął reżyser. – Pani Joanno, proszę się skupić. Ja rozumiem, że każdy ma jakieś problemy, ale pani coś dzisiaj jest naprawdę rozkojarzona. Nakrywa pani do stołu, nastawia kawę. Ma pani nucić coś sobie pod nosem.

Zaczęła nucić jakąś piosenkę bez wyraźnej linii melodycznej.

– Dobrze. Teraz wchodzicie – krzyknął za kulisy.

Tekturowe drzwi otworzyły się i na scenę wyszedł mężczyzna i chłopiec. Joanna poczuła, że łzy ściekają jej po twarzy.

– Gdzie byliście! – krzyknęła i rzuciła się na nich.

– Pani Joanno, co pani wyprawia, co to jest, jakiś happening? Jak oni wchodzą, to mówi pani do męża: ‘Czy ty zawsze musisz tak szurać kapciami?’, a potem do syna: ‘Znów nie umyłeś zębów’. Nasypuje pani płatki do miski, nalewa mleka. A ty – zwrócił się do chłopca – pamiętasz, co mówisz?

Chłopiec skinął głową i wyrecytował.

– Jak cię tak denerwujemy, mamo, to może najlepiej, gdyby wcale nas nie było?

– Świetnie. Zaczynamy.

[Opowiadania z cyklu Zamek ze śniegu]

Wyspa z cukrowej waty

– Sztuczne są trwalsze, Aniu – mówi matka, pragmatyczna jak zawsze.

Potakuję, niech będzie, co to zresztą za różnica, sztuczne czy żywe kwiaty, w końcu wszystko tu jest nieprawdziwe, cała ta wyprawa.

– Daj, wezmę – Wyciągam rękę po stroik z plastikowych liści i róż w pomidorowym odcieniu czerwieni, ale nie pozwala, idzie teraz przede mną, przygarbiona, jakby kwiaty i znicze w przezroczystej siatce ciągnęły ją ku ziemi. Co pewien czas zerka w bok, na inne stragany, zastanawia się pewnie, czy nie przepłaciła, czy parę stoisk dalej róże nie byłyby czerwieńsze, a zapałki gratis. Przy samej bramie cmentarza sprzedawca pańskiej skórki i waty cukrowej zaciera ręce z zimna i patrzy w niebo, jakby w nadziei na ciepły deszcz. Jeszcze parę godzin, pocieszam go w myśli, już popołudnie. Nie pojechałyśmy rano, wtedy są korki, to nic, że teraz pewnie zgubimy się w cmentarnych alejkach, że dotrzemy jako jedne z ostatnich, w końcu to tylko grób, tacie już nigdzie się nie spieszy, nie wypatruje naszej wizyty. Sprzedawca uśmiecha się, gdy mała dziewczynka podbiega z piątakiem, patrząc pożądliwie na maszynę do waty cukrowej.

Białe i różowe wstążki cukru nawijane na patyk przez pana w zielonym fartuchu, jak moje włosy na palec. Synchronicznie. Pragnęłam odwijać to słodkie babie lato, łapczywie odrywać ustami, zanim porwie je wiatr. Tata śledził wzrokiem ruchy mojej dłoni i ust.

– Chcesz? – spytałam, oczywiście zaprzeczył, ale potem skoczył wysoko i wygryzł w chmurze waty dziurę, z której zaraz spadł deszcz i nawet nie zdążyłam się naburmuszyć, bo już trzeba było uciekać pod drzewo, by tam zlizać ocalałe strzępki z lepkich rąk. Po chwili nie było śladu po cukrze, tylko mokre paluszki, które ojciec czyścił swoim wilgotnym językiem. Na dłoniach wytartych o drzewo zostały ślady kory.

– Daj rękę – powiedział i zanucił: „Ta ostatnia niedziela, więc nie żałuj jej dla mnie, spojrzyj czule dziś na mnie”. Spojrzałam więc, najczulej jak potrafiłam, próbowałam nie zgubić jego wzroku, gdy okręcał moją różową sukienkę szybko, szybciej, najszybciej na palcu. „Ostatni raz”, zaśpiewał jeszcze, ale deszcz przestał padać i ostatnia niedziela zamieniła się w dzień powszedni. Chrząknął wtedy i odstawił mnie na miejsce pod drzewo.

– Aleś wyrosła – powiedział, i zapalił papierosa.

Stałam cierpliwie, oparta o pień. Skubałam zmokłą korę i drżałam z zimna. Wątła korona starego kasztanowca nie ochroniła nas przed deszczem. Czekałam na kolejne atrakcje, może na buszowanie w sklepie z zabawkami, może na kino, o wszystko mogłam  poprosić. On wahał się wtedy i choć nie zawsze dostawałam to, czego pragnęłam, to i tak więcej niż to, o co prosiłam.

– Sklepy zamknięte, dziś niedziela. Nie mam na kino.

Poszliśmy obejrzeć wodospad, usiedliśmy na wysokim kamieniu i wymachiwaliśmy nogami, kto wyżej. Zaśmiał się, kiedy moja tenisówka wpadła do burej wody i zaczęła kołować w białej pianie.

– Madame, oto twój pantofelek – podał mi ociekający but.

Złożył na mojej stopie pocałunek. A potem jedliśmy lody na patyku i czekaliśmy na tramwaj. Jeszcze nie wiedziałam, że hoduję anginę, która uwięzi mnie w łóżku na dwa tygodnie, ze snami o chmurach z cukrowej waty, roztapianymi gorączką na języku jak pastylki do ssania.

Na łóżku przysiadła moja matka, zamiast dłoni miała łyżki gorącego rosołu, które wciskała mi do ust. Wpychała we mnie kluski, długie, makaronowe nitki wyłaziły mi z uszu i z nosa, oplatały moją szyję, nie pozwalały oddychać. Łyżka zadzwoniła o zęby i wpadła do miski, a z nią rosół i kluski, i całe morze gniewu.

– Widzisz, co narobiłeś, następnym razem myśl trochę, jak ją gdzieś zabierasz, przez ciebie jest chora! Teraz ty każ jej jeść, teraz ty ją karm, jak takiś mądry!

Trzasnęła drzwiami. Zwymiotowałam. Ojciec obszedł  łóżko ostrożnie, jakby bał się, że zmyje go z pokładu, ale już siadł bliżej i chusteczką umaczaną w herbacie wytarł mi w kącikach ust pozostałości sztormu. Rozejrzał się w poszukiwaniu kosza i spojrzał na miskę pełną rzygowin.

– Muszę to wynieść – powiedział, ale ja poprosiłam: –  Zostań. Zostań, bo boję się, że ona tu przyjdzie i będzie znowu wmuszała we mnie zupę, matka jest taka podobna do mnie, tyle że smutniejsza, jak bluzka odwrócona na lewą stronę, czy ja też będę kiedyś taka, tato?

– Dla mnie jesteś najpiękniejszą księżniczką i zawsze nią pozostaniesz.

Nogą odsunął miskę pod biurko. Jego dłoń na moich włosach jak różowa wata cukrowa, której pasma schodziły coraz niżej, po chudych ramionkach, po napiętym brzuchu, po nogach uwięzionych w piżamie w króliki. Odżyłam dzięki różowym wstążkom i zaczęłam tańczyć w plamie czerwcowego światła. Zanim zasnęłam, usłyszałam jeszcze jego cichy głos: „Chyba już śpi”, a zaraz potem: „Może byś to wyrzucił”, to jej, skrzypnięcie łóżka i delikatnie zamykane drzwi.

Kiedy wywiozła mnie z domu pociągiem relacji Warszawa-Kraków, zaczęłam tracić świat, nie ten baśniowy, tylko ten rzeczywisty. Zdawało mi się, że nie jestem w stanie niczego poczuć, stawałam obok siebie samej i patrzyłam na siebie, jak wykonuję kolejne czynności. To, co wcześniej sprawiało mi przyjemność: jazda na rowerze, bieganie po deszczu, lizanie lodów, stało się nieuchwytne. Nie przeżywałam przyjemności, potrafiłam zaledwie wiedzieć, że jestem osobą przeżywającą przyjemność. Rozwarstwiałam smaki na języku, nie pozwalając kubkom smakowym ich poczuć, ale recytując jak alfabet: słodki, słony, kwaśny. Ucząc je, co lubią. Zastanawiam się, jaki smak ma wata cukrowa. Słodki, ale co to znaczy? Nie mam pojęcia.

Drżę z zimna, a wtedy ona ze swojej torby listonosza wyciąga sweter i szal.

– Załóż – mówi – przeziębisz się.

Nawet nie wiem, kiedy ściąga ze mnie płaszcz, a drugą ręką już wyciąga włosy z golfa. Staje na palcach, jestem od niej znacznie wyższa. Wzrost odziedziczyłam po ojcu, ale tylko to – im jestem starsza, tym bardziej robię się podobna do niej. Przynajmniej fizycznie. Bo choć jej twarz to moja twarz, tyle że sprana, spłukana do czysta, wymoczona w wybielaczu i wywieszona na słońce, nie mam pojęcia, co jest w środku.

– Jak twoja praca magisterska? –  zwraca się do mnie z tym zapytaniem teraz, pośrodku cmentarza, jakby to było najodpowiedniejsze miejsce i jeszcze: –  Pytałam Izkę o jakąś fuchę dla ciebie.

Czy z ojcem też rozmawiali tylko o pracy, o zakupach i pieniądzach? W tym się chyba nie zakochał? Bo przecież musieli być w sobie kiedyś zakochani. A może nie. Może małżeństwo traktowała jak konieczność, jak obowiązkowe ziemniaki na obiad.

– O czym ona jest?

– Co, nie rozumiem.

– No, twoja praca magisterska, o czym jest?

– Metonimia jako narzędzie rozumienia baśni – mówię, posłusznie drepcząc za nią ścieżką oświetloną płomykami zniczy. Odwraca się na chwilę, opuszcza kwiaty i torbę.

–  Metonimia?

– Metonimia, to część zamiast całości, na przykład mówimy, że do pokoju weszły wielkie stopy, zamiast mężczyzna o wielkich stopach –  tłumaczę.

Dlaczego to powiedziałam? Tato miał wielkie stopy, rozmiar czterdzieści siedem, buty na zamówienie, zdzierane do dziur w podeszwach. Na wielkich stopach kołysał się pirat, zdobywca świata. 

Pragnęłam siłować się z moim ojcem i udawać, że jestem silniejsza niż on, dwumetrowy wiking. Byłam piratką, która z łatwością kładła go na łopatki, a potem całowała najpierw w jedno, potem w drugie oko, zasłonięte przyklejonym taśmą czarnym krążkiem z tektury.

– Teraz cię zabiję – mówiłam.

– Nie zabijaj, przecież nie możesz żyć beze mnie, popłyniemy razem na wyspę z cukrowej waty, będziesz tańczyć w sukience z traw, a ja będę ci śpiewał. „Ta ostatnia niedziela” – zaczynał, ale protestowałam.

– Tato, do tego nie da się tańczyć, a już na pewno nie w naszej wiosce, tam tańczą hula hula, zagraj lepiej na bębnach.

Uderzał wtedy w stół ekierką, wybijał rytm pilotem od telewizora, a ja skakałam po jego brzuchu, skandując głośno. Porywał nas wspólny rytm, chciałam, żeby zawiózł nas na tę wyspę z chmury, gdzie baobaby wyginają się w rytm melodii, pod nimi klaszczą surykatki, skrzeczą papugi, a wiatr gwiżdże w koronach drzew, zrzucając z nich prosto do ust słodkie owoce. I kiedy już stawiałam stopę na wyspie, czułam, jak suche dłonie matki zdejmują mnie z jego kolan i stawiają na starą wykładzinę.

– Przestańcie – wrzeszczała. – Kto to widział, dziecko chorowite tak męczyć, co to za zabawy, wziąłbyś się lepiej za jakąś robotę.

Kiedy podchodzimy do grobu, ktoś tam stoi. To całkiem nieoczekiwane, przecież tata oprócz nas nie miał żadnej rodziny, dlatego to właśnie matka dba o jego grób, choć wiem, że najchętniej zrzuciłaby go w dół ze skały, razem z trumną, lastrykiem i podstawką pod znicze.

 – Kto to jest? – pytam.

– Nie wiem – odpowiada, ale wie, i wie, że ja wiem, że to nie jest jakaś zabłąkana postać, której pomyliły się sektory czy alejki, którą zmyliła na chwilę płyta zbyt podobna do innych, lub cis, który przez rok za bardzo wyrósł. To kobieta na oko dziesięć lat starsza ode mnie, w kapturze i z papierosem w ustach. Przez chwilę patrzymy sobie prosto w oczy, ale obca znika między światełkami i zauważam, że nie zostawiła na grobie ani kwiatka, ani znicza, tylko pustą paczkę po marlboro.

Tato palił papierosa z czerwono-białej paczki, a ja wodziłam za nim mokrymi oczami, w których odbijał się co chwilę a to czajnik, z którego nalewał wrzątku do kubka, a to gazety układane na stole w równy stosik, jak na jakimś konkursie makulatury, gdy nie wiedział, co zrobić z rękami. Podszedł z herbatą i usiadł niepewnie na drugim końcu sofy, mieszał coraz szybciej łyżeczką, która w końcu wypadła mu z ręki na podłogę.

– Nowe panele? zapytałam.

Odprężył  się na chwilę.

– Tak, nowe panele i nowe okna, popatrz, w zimie już tak nie ciągnie.

Spojrzałam, ale na zdjęcie oparte o regał. Obejmujemy się, głowę oparłam na jego ramieniu, jasny kucyk miesza się z ciemnymi włosami na jego piersi, ma te śmieszne slipy w konie, a ja – nowe bikini. Opalaliśmy się na starej łódce rybackiej, której dno pełne było suchych wodorostów o intensywnym zapachu. Dotknął ręką moich pleców.

– Spiekłaś się – powiedział. – Połóż się.

I położyłam się posłusznie, czując po chwili kleks zimnego kremu do opalania, delikatnie rozcierany jego palcami. To on zrobił to zdjęcie, dlatego nie ma na nim ani jego slipków do pływania, ani owłosionych ud, ani stóp z długimi palcami, które przypominają dżdżownice. Jest tylko dziewczynka z białym kucykiem o mokrych oczach, przesuwam dłonią po plecach czując fantomowy dotyk włosów na skórze, od dawna noszę się krótko, po chłopięcemu.

Obcięłam włosy tego dnia, kiedy matka zabrała mnie, torbę podróżną z różowym napisem Bahama, dwie reklamówki z moimi ubraniami i mój plecak szkolny.

W śmierdzącym kiblu w pociągu relacji Warszawa-Kraków obcięłam kucyk szkolnymi nożyczkami do papieru i patrzyłam, jak włosy znikają w dziurze, jak zamyka się za nimi metalowa klapka. Wyobrażałam sobie, jak w tym miejscu białe pasma zakorzeniają się wśród źdźbeł trawy, a na ich końcach pęcznieją kule włochatych mleczy. Wiatr rozpierzchał ich drobne nasionka, osiadające teraz na mojej twarzy. Z każdym szczęknięciem nożyczek coraz więcej i więcej. Naciskam pedał, ale woda nie płynie, w końcu pojawia się zaledwie parę kropel, które rozmazuję po twarzy razem z brudem i ścinkami włosów.

Żeby otworzyć drzwi do przedziału, potrzeba siły, moje ręce były jeszcze wilgotne i klamka wyśliznęła się z nich. Żadna z kobiet nie ruszyła się, żeby pomóc, ani matka, ani pozostałe. Siedziały po obu stronach, podobne do siebie, jakby wszystkie były siostrami, choć przecież się nie znały. Wspólnota kanapek z wędliną i ruskich termosów, granatowych i czarnych.

– Chcę do taty – powiedziałam. – Do domu.

Tam w szpitalu też siłowałam się z drzwiami, klamka nie chciała puścić, a może to moje ręce były zbyt słabe? W końcu go zobaczyłam, nogi jak zwykle za długie, nie mieściły się w żadnym łóżku, wystawały teraz jedna po jednej, druga po drugiej stronie, dwa metry za nimi głowa wciśnięta w przybrudzoną poduszkę. Inaczej niż przy pozostałych łóżkach, gdzie krzątały się ciche żony i nerwowo kręcili synowie, nie było przy nim nikogo. To ciotka Izka zadzwoniła do mnie.

– Jest chory, właściwie umierający, twoja matka go nie odwiedzi, ale pomyślałam sobie, że może ty chciałabyś go zobaczyć?

Włosy posiwiały mu w ciągu tych lat, podczas których jedynie widok jakiegoś wysokiego mężczyzny na przystanku autobusowym czy pod sklepem wywoływał we mnie nagły dreszcz. Jednak wyłuskana z tłumu postać zawsze miała niewłaściwą twarz. Nawet jeśli zgadzały się szczegóły, całość i tak rozczarowywała. Mogłam kupić sobie wtedy najwyżej jakieś wino, słodką nalewkę, cebulowe chrupki. To, co na chwilę przynosiło ukojenie.

– Pamiętasz wyspę z cukrowej waty? – zapytałam, próbując zdjąć z ojca piżamę. Obok czekała miska z wodą i gąbka, musiałam go umyć.

– Pamiętam. Byłaś tam księżniczką, na wyspie.

–  A ty księciem murzyńskim, dzikim plemiennym królem.

– Nadal jesteś.

– Jestem?

– Księżniczką, nadal jesteś księżniczką.

Musiałam pochylić się niżej, żeby usłyszeć, chrypiał i drżał, kto by pomyślał, że mój opowiadacz bajek, mój ciągły narrator będzie miał kiedyś problem z wydobyciem głosu.

– Cii – wyszeptałam. – Lepiej się nie męcz, tatusiu, jaka tam ze mnie księżniczka, popatrz, mam dwadzieścia pięć lat i taka ze mnie księżniczka jak z koziej dupy trąba.

Znów próbował coś powiedzieć, tak cicho, że musiałam przysunąć ucho do jego ust.

– Przepraszam – zacharczał, zaniósł się kaszlem.

– To ja przepraszam – szepnęłam i zaczęłam delikatnie obmywać mu ramiona i brzuch. Zsunęłam spodnie od piżamy, tu też trzeba było go namydlić, nikt nie nauczył mnie myć genitaliów własnego ojca, odwróciłam głowę, ale zdążyłam zauważyć, że włosy posiwiały mu i tam. Wiem, za co przepraszał, ja przepraszałam za to samo, ale i za wszystko, co nastąpiło później, a raczej za to, co nie nastąpiło. Kiedy dał mi tę szklaną kulę, w której pada różowy śnieg. Jak różowa wyspa, wyspa z cukrowej waty. Aż boję się ją wziąć do ręki, bo zdaje mi się wtedy, że zamiast drobinek w kuli jesteśmy my i machamy bezradnie rękami, zachłystując się wodą.

Ciepła woda i piana, lubiłam, jak mnie kąpał, tylko jemu pozwalałam myć sobie włosy, nalewał sosnowego płynu do wanny i pozwalał, żeby woda wzburzyła go w pianę, ubijaną moimi podskokami.

– Juhu – krzyczałam – Wodzu, już wiem, jak zwyciężymy, pokonamy ich pianą, najpierw się poślizgną, a potem uduszą, juhu!

Mydlił mi plecy, ramiona, pośladki.

– Tam mnie nie myj, szczypie – powiedziałam.

– Wszędzie trzeba umyć, księżniczko, musisz być czysta przed bitwą.

Poczułam mydło między nogami i zaczęłam wrzeszczeć i piszczeć, to była nasza zabawa, na wyspie z cukrowej waty nie było ciszy nocnej. Drzwi łazienki otworzyły się, a w nich pojawiła się ona, stała w płaszczu i mój wrzask ucichł, żeby jej mógł rozbrzmieć.

–  Zostaw ją, ty skurwysynu, mało ci, mało? –  krzyczała i okładała go pięściami. Wyszłam z wanny, omijając rozsypane pomarańcze i bułki.

„To nie twoja wina, tonietwojawina”, słyszałam potem od coraz to nowych psychologów, kuratorów sądowych, ale ponieważ myśl o winie nie pojawiła się nigdy – winny był tylko ojciec, bo nie zamknął drzwi – ich argumenty nie docierały do mnie. Ja wciąż tańczyłam owinięta watą cukrową, różowymi pasmami waty, które pozwoliły mi przeżyć, a jednocześnie trzymały rzeczywistość na dystans.

Stracił prawo do kontaktów ze mną i choć przez pierwszy rok słałam do niego listy, nigdy nie doczekałam się odpowiedzi. Próbowałam im tłumaczyć, że nie robiliśmy nic złego, byliśmy tylko na wyspie z cukrowej waty, księżniczka i wódz, wzięliśmy ślub pod baldachimem z liści, robiliśmy pianę, żeby pokonać wroga, a wódz musiał umyć księżniczkę, aby w ten sposób przygotować ją do bitwy, bo wydrążone czółna już na nas czekały.

Nie odważyłam się go odwiedzić, żadne canoe nie było dość lekkie, wszystkie tonęły zanim postawiłam na nich stopę. Dopiero kiedy skończyłam szesnaście lat i wydawało mi się, że jestem dorosła, wystarczająco duża. Za duża.

Mój mąż wysłał mnie na terapię, miał dobre chęci. Nie chciał wymienić żony-atrapy na nową. Chciał ją zresetować. Bo żona-atrapa od dawna nie potrafiła wykonać czynności bardziej złożonej niż umycie podłogi.

Praca magisterska się kurzy, nawet matka nie wie nic o urlopie dziekańskim, o całkowitej niemożności napisania czy przeczytania czegokolwiek. Ale najgorsze jest to, że żona-atrapa przestała lubić seks.

– Mogę wyłączać i włączać swoje podniecenie jak lampkę nocną – mówiłam mu. – Rozkosz dochodzi do mnie z opóźnieniem jak sygnał telefoniczny. Możesz tu być, a może cię nie być, to nie ma żadnego znaczenia.

Mąż zabrał mnie nad morze, zawsze lubiłam morze. Siedziałam na brzegu i patrzyłam na fale. Myślałam: czuję na twarzy morską bryzę, myślałam: jest pięknie, ale nie mogłam przestać myśleć, bałam się, że czucie mnie zniszczy. Terapia ma pomóc molestowanemu dziecku we mnie, które nie chce przyznać, że było molestowane. Terapia ma pomóc kłamliwemu dziecku we mnie, które nie chce przyznać, że kłamało. Moja terapia pomaga mojemu mężowi, tak jak kiedyś pomagała mojej matce. Wybrałam sobie męża-matkę, niczym się nie różnią oprócz płci. Świat układają w równe kupki, wkładają do pojemników i pudeł, tu recepturki, tu ziemniaki i cebula, tu miłość.

Miłość była albo jej nie było, łyżeczka spadła na podłogę, a może nie spadła.

– O, nowe panele – powiedziałam.

–  Tak, i okna też, już nie ciągnie w zimie – odrzekł. Odstawił herbatę na stolik i znów poprawił stos gazet. – Córeczko – powiedział – Ja nie chciałem.

Wzruszyłam ramionami.

– Nic się przecież nie stało – powiedziałam, zawahałam się jeszcze, wahanie jak płatki śniegu w kuli zawirowało przez chwilę i opadło u naszych stóp. I znowu herbata, łyżeczka, czy naprawdę płakał?

Matka nigdy nie płakała, nawet na jego pogrzebie, a może przede wszystkim wtedy. Wyjmuje z torby płyn do pielęgnacji płyt nagrobnych, zostawiający połysk, pewnie dwa w jednym, z odżywką, gąbkę, a nawet dwie, tę do czyszczenia i tę do polerowania.

– Co to była za kobieta? – pytam, ale nie dostaję żadnej odpowiedzi, nigdy i na żadne ważne pytanie. Naciska zraszacz i po chwili metodycznie, fragment po fragmencie, zaczyna czyścić szary kamień. Podnoszę pudełko po papierosach i zgniatam je w dłoniach, tylko na to mogę się przydać, Jak zwykle dwie lewe ręce, powiedziałaby, mówią to jej sprawne dłonie poruszające się w tył i w przód, i okrężnie, razem z biodrami. Przez chwilę stoję i patrzę, potem wyjmuję gąbkę z jej dłoni i przecieram kamienną płytę.

Wtedy też wyżęłam gąbkę i jeszcze raz przetarłam całe jego ciało, choroba nie zniszczyła go wcale, gdyby nie rzężenie, zanik głosu i zastrzyki, można by pomyśleć, że odpoczywa, zbiera siły przed bitwą, muskularny, potężny, z tatuażem na ramieniu.

– Przepraszam, zrobiłem ci krzywdę – szepnął.

– Ty krzywdę? Nigdy. To ona zrobiła ci krzywdę, zrobiła nam krzywdę – powiedziałam cicho.

Nie można wybaczyć tego, czego nie było. Jeśli czegoś nie ma, nie można się z tym w żaden sposób uporać. Ale powiedziałam tylko: – Cii, tatku, śpij. Opatuliłam go dokładnie w piżamę i położyłam się koło niego.

– Miała powody – powiedział. – Miała.

Broda mojego psychologa śmiesznie się poruszała, gdy mówił. Mówił dużo, a im więcej mówił, tym bardziej ja milczałam. Podobno chciał, żebym zrozumiała to, przez co przeszłam. Podobno miały minąć lata, zanim uporam się z tą traumą.

Nie mam traumy. Nie mam też syndromu wyparcia. Przeciwnie: rozmowy utrwaliły moją i ojca historię, z pojedynczych kadrów powstał wielokrotnie odtwarzany film. Stopklatki cotygodniowych wypraw do parku, do lasu, nad Wisłę, pikników na kocu, machanie nogami na Barbakanie, nieskończone koktajle truskawkowe i desery lodowe, opowiadane na dobranoc baśnie, „czy tata cię wtedy dotykał”?

– Zawsze mnie dotykał, zawsze głaskał, zawsze przytulał, czy coś jest złego w przytulaniu?

– A twoja mama? –  pytał. –  Jakie były twoje relacje z mamą?

Nie wiem, nie mam pojęcia. Chciałam mu powiedzieć, że nie znam mojej matki w ogóle, że ona tylko sprząta i pierze, i krzyczy, że nie jest posprzątane, i krzyczy, że znowu nie uprałam białej bluzki do szkoły. Ale nie powiedziałam tego na głos, w końcu byłam na jej łasce, w jej niewoli, zabrała mnie jak swoją własność i nie miałam nic do powiedzenia. Próbowałam wyjaśnić, że nic się nie stało, że mył mnie tylko, jak ojciec dziecko, ale psycholog kiwał swoją brązową brodą, w której na pewno plątały się resztki obiadu. Czy ja go dotykałam? Czy kazał siebie dotykać, pytał jeszcze, znowu to samo, i znów.

– Nie – powiedziałam najpierw cicho, a potem już wrzasnęłam. – Nic nie kazał! Nic nigdy się nie wydarzyło!

– Oliwia – mówi matka. – To była Oliwia. Dłonie układają kolorowy stroik i znicze po obu stronach, symetrycznie.

– Oliwia? Jaka Oliwia?

– Jego córka. Z pierwszego małżeństwa.

Nie rozumiem, jaka córka, z jakiego małżeństwa.

– Chciałam cię chronić, chcieliśmy. Żebyś nigdy się nie dowiedziała. Ale chcesz wiedzieć? Proszę bardzo. Miał wyrok, odebrano mu prawa rodzicielskie, nigdy się z nią nie kontaktował. Wierzyłam, że był niewinny. Mieliśmy… Znaliśmy się już wcześniej, Oliwię też znałam. Jego żona dowiedziała się, że się spotykamy. I nagle wyskoczyła z tym… Przysięgał, że to kłamstwo. Widziałam, jak opiekuje się Oliwią, nigdy mi nie przyszło do głowy, ale potem, jak z tobą…

– Pewnie przyszła się przekonać, że naprawdę umarł.

– Mamo! – Nie mam zamiaru tego słuchać. Ale już jej nie zatrzymam. – Był podejrzany o molestowanie Oliwii –  mówi matka cicho – ale uwierzyłam mu, że to spisek jego pierwszej żony, a później… Później każda chwila, którą spędzał z tobą, te wasze zabawy, czy wiesz, jak się czułam?

– Mamo, nic nie było wtedy w wannie, naprawdę, przysięgam, nic się wtedy nie stało.

– Nie? – Podnosi na mnie zaczerwienione oczy. – Jesteś pewna?

Wyciera ręce o spodnie, wstaje i powoli odchodzi, a ja za nią, Mamo, chcę zawołać, ale nie potrafię, idziemy więc tylko. Jest mi niedobrze. Mam wrażenie, że za chwilę upadnę. Znów światełka i alejki, mijamy te same groby. Doganiam ją, ale ona przyspiesza. Mamo, chcę zawołać, ale nie umiem. Tuż za bramą łapię ją za płaszcz. Sprzedawca w fartuchu nawija palony cukier na patyk.

– Możesz mi kupić watę cukrową, mamo? – pytam, odwraca się. – Nie, sama kupię, poczekaj – drżącymi palcami wyjmuję z torebki drobne i po chwili idziemy już obok, z watą cukrową, której nawet nie próbujemy. Zaczyna siąpić deszcz i zamienia biały obłok w zmokłą, twardą kulę, która po dojściu do przystanku zmniejsza się do rozmiarów piąstki i całkiem znika, pozostaje tylko patyk.

[Opowiadanie z cyklu Wyspa z cukrowej waty]

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko