Lech Brywczyński – Terapia

0
797

 I

Długie, łagodnie pofałdowane pole, w tle gospodarskie budynki, sad i sosnowy zagajnik. Świergot skowronka, dalekie poszczekiwanie psów, poza tym cisza. Wiatru prawie nie ma, za to słońce pali niemiłosiernie, przekształcając całą okolicę w rozgrzany rondel. Pierwszym odruchem każdej żywej istoty jest ukryć się w cieniu i przeczekać, jakikolwiek wysiłek wydaje się zadaniem ponad siły.

A jednak są tacy, którzy potrafią w tych warunkach pracować i to ciężko. Na skraju pola widać siwego konia, który ciągnie pług, prowadzony twardymi, żylastymi dłońmi starca. Oracz ma na głowie czapkę – maciejówkę, spod której nieznacznie wystają kosmyki siwych włosów.

Koń jest silny i przysadzisty, ale flegmatyczny: przez cały czas idzie wolnym, równym tempem. Oracz najwyraźniej nie jest z tego zadowolony, bo co i raz popędza konia okrzykami lub batem. Nie daje to jednak żadnego rezultatu, koń sunie do przodu swoim rytmem.  

W pewnym momencie koń zatrzymuje się, czym całkowicie zaskakuje oracza. Starzec reaguje na to gniewnymi okrzykami, potem wypuszcza pług z rąk i okłada konia batem. Bije coraz mocniej, ale koń stoi w miejscu jak wryty, w pewnej chwili przysiada nawet na zadzie, byle tylko nie ruszyć z miejsca.

Zmęczony biciem starzec odrzuca w końcu bat i postępuje kilka kroków do przodu, żeby sprawdzić, co zatrzymało konia. Okazuje się, że jakiś metr przed końskim pyskiem siedzi na ziemi mały, może czteroletni chłopczyk, który bawi się, wyrywając z ziemi źdźbła traw i dłubiąc patykiem w mrowisku. Starzec podbiega do chłopczyka, bierze go na ręce, całuje.

 – Mareczku! Kochany wnuczku, gdzie ty polazłeś!

Odnosi chłopca na skraj pola, sadza na miedzy w cieniu rosnącej tam jabłoni, stanowczym tonem przykazuje dziecku pozostać na miejscu. Potem podchodzi do konia, długo patrzy zwierzęciu w oczy. Czule obejmuje końską szyję. Po chwili wraca do pługa: teraz już nie krzyczy i nie używa bata, ale koń i tak rusza. Idzie swoim wolnym tempem, oraczowi to nie przeszkadza. 

 II

 – Ciekawa historyjka. Dobrze, że pan mi ją opowiedział.

 – Opowiedziałem? Naprawdę?

 – Oczywiście, panie Marku. Ze szczegółami.

 – O czym mówiłem? 

 – O tym koniu, który kiedyś ocalił panu życie. 

 – Rzeczywiście, miałem przed oczami tę scenę, widziałem, jak dziadek orał… Przyglądałem się temu z boku, jak ktoś obcy… Ale nie przypominam sobie, żebym coś mówił.

 – To normalne, był pan w hipnozie.

 – Do czego może się przydać ten epizod?

 – Jest w nim zakodowanych wiele informacji. Będę musiał je przeanalizować, a potem wyciągnąć terapeutyczne wnioski.

 – Nie wiem, panie doktorze, czy to był dobry pomysł z tą hipnozą. To podobno niebezpieczne.

 – Przecież wyraził pan zgodę na moje metody terapii. Mimo, że są niekonwencjonalne.

 – Zgodziłem się, bo podobno pomógł pan wielu ludziom. Pokazywał mi pan listy od pacjentów…

 – Pomogę i panu, jeżeli będziemy kontynuować. Można?

 – Oczywiście.

 – Wobec tego przejdźmy do wspomnień. Tym razem bez hipnozy, proszę mi po prostu coś opowiedzieć. Najlepiej jakieś wydarzenie z lat szkolnych.

 – W porządku. Zaraz sobie coś przypomnę…

 – Proszę położyć się na kozetce, rozluźnić się i opowiadać.

 III

Marek rozłożył się wygodnie, wziął głęboki oddech. Skupienie wzroku na wielkim żyrandolu, wiszącym pod sufitem, pozwoliło mu zebrać myśli.

– Pamiętam jak przez mgłę Grudzień 70. Chodziłem wtedy do podstawówki, do piątej klasy, więc nie ogarniałem politycznego tła całej sprawy. Wszyscy w klasie byliśmy jednak podekscytowani tym, że “coś się dzieje” i mieliśmy wielką ochotę też “coś” zrobić. Kiedy rozeszła się wieść, że niedaleko naszej szkoły, przy ulicy Sadowej, ktoś położył pod drzewem stertę ulotek, to na długiej przerwie wszyscy rzuciliśmy się biegiem w to miejsce; każdy chciał mieć trofeum w postaci ulotki. Pamiętam do dziś, że na tej ulotce, którą udało mi się zdobyć, pisało “Precz z mordercami w mundurach MO”.
Kiedy wróciliśmy z ulotkami do szkoły, moi koledzy tak się podjarali, że spontanicznie poprzewracali w klasie warsztaty i ławki. Akurat mieliśmy mieć lekcję zajęć technicznych. Przerwał tę demolkę dopiero woźny, który wygonił nas na korytarz.

Podrapał się po głowie, na jego ustach pojawił się ledwo dostrzegalny uśmiech.

 – Za to wiadomość, że wprowadzono godzinę milicyjną, bardzo nas ucieszyła, bo oznaczała, że będziemy mieli skrócone lekcje…

Specyfiką tego rewolucyjnego czasu było w Elblągu to, że wieczorne zadymy i odbywały się niemal wyłącznie w Śródmieściu, czyli w obrębie ulic 1 Maja, Hetmańskiej, Giermków i 12 Lutego. Wytworzyła się w tych dniach jakaś dziwna odmiana miejskiej turystyki: szło się za dnia do Śródmieścia niby na zakupy, a tak naprawdę po to, żeby zobaczyć, który sklep czy kiosk został minionej nocy zniszczony i okradziony. O ile pamiętam, najbardziej ucierpiał dom handlowy Feniks, Delikatesy przy Hetmańskiej oraz jubiler przy 1 Maja. U tego jubilera podobno zrabowano wtedy dużo złota, niektórzy zaklinali się nawet, że wiedzą, gdzie zostało zakopane.

Odchrząknął, zakasłał.
 – W tej miejskiej turystyce brały udział nie tylko dzieci, ale także dorośli, łącznie z moją mamą. Pewnego dnia przyszła do mamy sąsiadka i powiedziała:
– Chodź pani ze mną na Hetmańską. Mąż mnie samej nie puści, bo będzie się o mnie bał, ale z panią będę mogła pójść.

Jego uśmiech stał się głębszy, a przez to bardziej widoczny.

 – Jeden z moich kolegów z klasy wpadł na jeszcze inny, jego zdaniem bardzo dobry pomysł: za zgodą rodziców przeprowadził się na kilka dni do wujka, który mieszkał przy ul. 1 Maja. Wieczorami, przy zgaszonym świetle, siadał przy oknie, żeby obserwować, jak przebiegają uliczne zadymy. Wszyscy chłopcy mu zazdrościli.

IV

 – Na tym przerwiemy. Ten wątek raczej się nam nie przyda się do terapii. 

 – Dlaczego?

 – Za mało tam było pana osobistych przeżyć, rozterek. Dominował w tych wspomnieniach nastrój dobrej zabawy, co mnie trochę zaskakuje, bo czasy były trudne. Muszę jednak przyznać, że nawet ciekawie to brzmiało. Na przykład ta sprawa ze złotem od jubilera. Jest w tej historii ziarno prawdy? Albo przynajmniej uncja?

 – Dowcipny pan dzisiaj, doktorze. Ja uważam, że to tylko miejska legenda. Jak ta o zamrożonej głowie Walta Disneya, ukrytej w Los Angeles. Każde miasto ma taką miejską legendę, na jaką je stać. 

 – Jaką ma Elbląg?

 – Że złodziej, który ukradł wtedy złoto, chciał je ukryć i przed milicją, i przed kolegami, którzy razem z nim wynosili kosztowności od jubilera. Dlatego zakopał je na Placu Słowiańskim, pod kamieniem z datą 1837.

– Dziwna data. Co ma oznaczać?

 – Pan doktor chyba od niedawna mieszka w Elblągu?

 – Nie minął jeszcze rok. Lubię przeprowadzki, nie zapuszczam nigdzie korzeni. 

 – To zupełnie inaczej niż ja. Szukam stabilizacji, ale i tak nie udaje mi się jej osiągnąć. Chciałbym zapuścić korzenie, ale gleba jest za twarda i nie umiem sobie z tym poradzić… W każdym razie w 1837 r. miasto obchodziło sześćsetlecie istnienia, z tej okazji posadzono dąb, a obok niego wkopano kamień z tą datą. Dąb tam rośnie do dziś, kamień też jest na swoim miejscu.

 – Dlaczego złodziej miałby ukryć złoto pod kamieniem?

– Bo tam nikt by nie szukał. To nie jest jakiś wielki głaz, dałby radę go wykopać.

 – Czemu potem nie zabrał złota?

 – Nie mam pojęcia. Może zabrał, może nie zabrał, bo bał się tam w ogóle podejść. Skoro nie wiadomo, czy złoto zostało zakopane, to nie ma się co zastanawiać czy je zabrał czy nie. Cała ta historia wygląda absurdalnie.

 – Czyli nie było żadnego złota?

 – Było, w końcu zakład jubilerski został naprawdę okradziony. Przechodziłem obok jego rozbitej witryny. Ale podejrzewam, że nikomu nie udało się tego złota ukryć. W następnych miesiącach skazano sporo osób za grudniowe kradzieże i rozboje, pisali o tym w gazetach. A gdyby nawet ukrył, to na pewno nie pod jakimś kamieniem.

 – Dobrze… Znajdźmy może jakiś bardziej produktywny temat, jakiś przełomowy moment w pana życiu. Było coś takiego jeszcze w podstawówce czy musimy iść dalej?

 – Tak, był pewien epizod… Akurat kończyłem szkołę i musiałem podjąć decyzję w sprawie dalszej nauki. 

 – Zamieniam się w słuch. 

V

Marek przeciągnął się, a potem wziął głęboki oddech. Żyrandol był na swoim miejscu, co od razu napełniło go jakimś dziwnym spokojem.

 – Zawsze lubiłem las i dobrze się w nim czułem. To chyba atawizm albo coś podobnego? Dlatego postanowiłem wysłać dokumenty do Technikum Leśnego w Tucholi, żeby w przyszłości, po ukończeniu tej szkoły, zostać leśniczym.
Już po wypełnieniu formularza zauważyłem, że technikum posiada oficjalną nazwę, a konkretnie jest to szkoła “imienia Tysiąclecia Państwa Polskiego”. Wpisanie pełnej nazwy w formularzu nie było wcale konieczne, ale ja – sam nie wiem czemu! – postanowiłem ją wpisać. Miejsca było mało, nazwa była długa, mój dopisek wyszedł więc daleko poza rubryki formularza i wyglądał jak szpetny bazgroł.

Uśmiechnął się kwaśno, pokręcił z niedowierzaniem głową.

 – Co mnie podkusiło? Do czego była mi potrzebna ta nazwa? Przeznaczenie? Tylko tak umiem to sobie wytłumaczyć.

Kiedy poszedłem do szkoły po nowy formularz, spotkałem tam wychowawczynię naszej klasy. Zaczęła mnie namawiać, żebym w nowym formularzu nie wpisywał już Technikum Leśnego tylko jakieś liceum, obojętnie jakie. Przekonywała, że z moimi uzdolnieniami humanistycznymi powinienem iść do liceum, a nie ukrywać się w lesie. Pod wpływem tej perswazji ustąpiłem i nowy formularz zaadresowałem do jednego z elbląskich ogólniaków.  

Przymknął oczy, ziewnął. 

 – Gdyby technikum nie nosiło żadnego imienia, to pewnie bym je ukończył i pracowałbym teraz w lesie. Moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Jak? Lepiej, gorzej? Tego się nigdy nie dowiem. 

VI

 – Widzę, że jest pan już zmęczony. Może na dziś wystarczy?

 – Dam radę, doktorze, nie ma sprawy. Jeszcze jedno zdarzenie mogłbym opowiedzieć. 

 – To idźmy chronologicznie. Coś ze szkoły średniej?

 – Parę spraw by się znalazło. Ale najważniejsza była chyba matura. Może być?

 – Jak najbardziej. To zazwyczaj przełomowy okres w życiu człowieka. Proszę opowiadać, chętnie posłucham. 

 – Dobrze, ale… Właśnie coś sobie przypomniałem.

 – Co takiego?

 – Chyba nie zakręciłem gazu. To znaczy sprawdzałem przed wyjściem, ale nie jestem pewien… Jeżeli gaz się ulatnia, to może spowodować wybuch, cała kamienica wyleci w powietrze! A jeśli ktoś ginie? Ja będę wtedy winny!

– Proszę się uspokoić. Za każdym razem ma pan jakieś obawy. Jak nie gaz to prąd albo to, że zapomniał pan zamknąć drzwi. A potem się okazuje, że obawy były bezpodstawne. Tak właśnie wygląda nerwica natręctw.

 – Przepraszam, doktorze, może rzeczywiście przesadzam.

 – Nie ma sprawy, od tego tu jestem. Niech pan się pocieszy, że bywa znacznie gorzej: jeden z moich dawnych pacjentów zabrnął w nerwicy tak daleko, że zaczął w ogóle unikać kontaktów z ludźmi. Bał się pójść do warzywniaka po ziemniaki. 

 – To straszne. I co, wyleczył się?

 – W pewnym sensie tak… Ale skupmy się na panu, pan jest w znacznie lepszej sytuacji. Widzę postępy: niewielkie, ale systematyczne. I z tego się cieszmy. Proszę opowiadać.

VII

Marek wpatrywał się w żyrandol, żeby zebrać myśli, ale to skupienie szybko zaczęło przechodzić w senność. Żeby nie zasnąć, musiał zacząć mówić. 

– Przedmioty ścisłe zawsze szły mi słabo, kiedy jednak doszedłem do ostatniej klasy ogólniaka, postanowiłem zdawać na maturze fizykę i matematykę. Tego wyboru dokonałem wbrew sobie, można powiedzieć, że rozum wygrał z sercem. A rozum podpowiadał, że przedmioty humanistyczne nie gwarantują bezpiecznej, zawodowej przyszłości, podczas gdy zawód inżyniera – tak. Wiadomo, czasy gierkowskie, przemysł się rozwijał i wydawało się, że będzie tak zawsze. Dlatego chciałem studiować na politechnice. Nie wiedziałem, że za ten swój racjonalny, rozsądny wybór zapłacę wysoką cenę w postaci kilkuletnich, życiowych perturbacji.

Zamyślił się na chwilę, lekko uśmiechnął się sam do siebie.
 – Wszystko zaczęło się na początku marca 1978 r., dwa miesiące przed maturą. Pani Z., nauczycielka matematyki, niespodziewanie oznajmiła mi, że cofa swoją zgodę na zdawanie przeze mnie egzaminu ustnego z matematyki na maturze. Próbowałem ją przekonać do zmiany decyzji albo przynajmniej do uzasadnienia mi jej przyczyn, ale bezskutecznie. Ta nauczycielka znana była zresztą w naszym liceum z rozmaitych nietuzinkowych zachowań. Potrafiła na przykład wrzucić do kosza na śmieci te klasówki, które nie były czytelnie podpisane: rozdawała uczniom pozostałe prace, a tym uczniom, którzy swoich nie otrzymali, kazała ich szukać w koszu. I miała z tego wielką frajdę.

Marek zaśmiał się w głos, ale jego śmiech szybko przeszedł w kichanie. Sięgnął do kieszeni po chusteczkę, donośnie wysmarkał nos.
 – W tej sytuacji postanowiłem dokonać strategicznego manewru: zrezygnować i z fizyki, i z matematyki, za to zdawać na ustnej maturze takie przedmioty, których mógłbym się w ciągu tych dwóch miesięcy łatwo nauczyć. Wybór padł na angielski i propedeutykę.
Poszedłem do dyrektora, żeby zgłosić tę zmianę. Ten spojrzał na mnie ze zdziwieniem:
– To czego się uczyłeś do tej pory, młody człowieku: matematyki i fizyki czy angielskiego i propedeutyki?
– Wszystkiego. Jestem człowiekiem renesansu.
Dyrektor nie robił mi problemów, nauczycielka angielskiego chętnie się zgodziła, a pani P., nauczycielka propedeutyki, bardzo się ucieszyła, bo jej przedmiot był rzadko wybierany przez uczniów. Propedeutyka nauki o społeczeństwie to taka ówczesna wersja dzisiejszego WOS-u; był to przedmiot, wymagający wiedzy o aktualnych wydarzeniach w kraju i na świecie, a przy tym mocno upolityczniony, w duchu prosystemowym oczywiście.

Marek uśmiechnął się przelotnie i zmierzwił dłonią włosy.  

 – W ramach przygotowań do egzaminu pani P. wręczyła mi stertę broszur, większość z nich zawierała relacje z obrad poszczególnych zebrań plenarnych Komitetu Centralnego PZPR. Wszystkie pilnie przeczytałem, bo chciałem dobrze wypaść na egzaminie. Podejrzewam że ja, chociaż nigdy nie byłem członkiem PZPR, przeczytałem więcej broszurek propagandowych tej partii niż niejeden z jej członków. A zadziwiające wolty ideowe i polityczne, jakie wielu byłych pezetpeerowców wykonywało po roku 1989 przekonały mnie, że oni w ogóle tych broszurek nie czytali.

Dodatkową dla mnie korzyścią z tej lektury było uodpornienie się na propagandę. Po tym, co w tych tekstach znalazłem, żadne hasła wyborcze i chwyty propagandowe, stosowane w czasach III RP przez partie polityczne, nie robiły na mnie wrażenia: to tylko licha imitacja gierkowskiej propagandy sukcesu, kiedy Polak potrafił, Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej…

Marek głośno ziewnął, a potem rozprostował ciało.  

 – Nie, nie… Ja już na dzisiaj mam dość.

VIII

 – Rzeczywiście, ma pan prawo być zmęczony, panie Marku. 

 – To ja już pójdę do domu. Ale proszę mi powiedzieć, panie doktorze, jaka jest wstępna diagnoza? Przecież przychodzę na te seanse terapeutyczne od miesięcy. Co mi jest?

 – Odnajduję u pana rozmaite zaburzenia emocjonalne, zakłócenia procesów psychicznych i dysfunkcje. Wszystkie one są wzajemnie powiązane.

 – Zaburzenia, zakłócenia? Jakie na przykład?

 – A choćby niska samoocena, brak wiary w siebie, nadmierne poczucie winy, niezdolność do przeżywania przyjemności, spowolnienie psychoruchowe…

 – Da się to wszystko razem jakoś nazwać, podsumować? Nerwica, depresja, histeria, fobia?

 – Proszę się tak nie rozpędzać, wymienił pan hurtem różne jednostki chorobowe. Na diagnozę jeszcze za wcześnie. Niech pan mi lepiej powie, jak się udała ta matura.

 – Poszło mi dobrze: z obu przedmiotów, zgłoszonych w ostatniej chwili, dostałem piątki, a z pozostałych czwórki.

 – Całkiem nieźle. 

 – Wtedy przyszedł czas na kolejną zmianę frontu: trzeba było znów uczyć się matematyki i fizyki, bo te przedmioty miałem zdawać na egzaminie wstępnym na politechnikę.

 – O tych egzaminach będzie pan musiał mi opowiedzieć następnym razem. 

 – Jasne. Do zobaczenia. 

 – Proszę w tym czasie przestrzegać moich zaleceń. Pamięta je pan?

 – Oczywiście, panie doktorze. Te zalecenia stają się powoli moją drugą naturą.

 – Większość pacjentów tak mówi, ale nie zawsze jest to prawdą. Życzę wytrwałości.

IX

 – Ten tydzień bardzo mi się dłużył. Seanse terapeutyczne są mi bardzo potrzebne. Pan doktor to jedyny człowiek, który interesuje się tym, co czuję, który mnie rozumie – powiedział Marek, kładąc się na kozetce. – Dobrze jest podzielić się z kimś swoimi myślami.

Obrzucił przelotnym spojrzeniem żyrandol, wziął głęboki oddech.

 – Z tym moim zdawaniem na studia to było tak. Zaliczyłem pisemne egzaminy z matematyki i fizyki, zdałem też angielski i zakwalifikowałem się do egzaminów testowych, które miały o wszystkim zadecydować. Testy z matematyki i fizyki napisałem, jak mi się wydawało, całkiem dobrze i niecierpliwie oczekiwałem na wyniki. Byłem dobrej myśli. Kiedy wywieszono końcowe wyniki egzaminów wstępnych nie znalazłem jednak swojego nazwiska na liście przyjętych na studia. Okazało się, że test z matematyki zdałem, ale nie zdałem z fizyki.

 – Nie mogłem zrozumieć, co się stało. W myślach powtarzałem sobie zadania z tego testu, obliczałem możliwe do zdobycia punkty. Wychodziło mi, że powinienem zdać. Bardzo chciałem zobaczyć mój test, ale nie było sposobu, by się do niego dostać. Sposób znalazła jednak moja ciotka, która była dyrektorką przedszkola, położonego niedaleko politechniki. Do tego przedszkola oddawało swoje dzieci wielu pracowników naukowych, w tej liczbie pewien młody fizyk. Na prośbę cioci pozwolił mi na chwilę zerknąć na mój nieszczęsny test – wspominał Marek, wpatrując się w żyrandol, który wydał mu się teraz nieco przekrzywiony. – Okazało się, że byłem naprawdę bliski zdania egzaminu: zdobyłem łącznie 36 punktów, a tymczasem 38 punktów dałoby mi zdanie egzaminu i przyjęcie na studia. Mało tego: jedno z zadań zostało wycenione na zero punktów – na dziesięć możliwych! – podczas gdy obliczony przeze mnie wynik był prawidłowy. Obok zadania widniała adnotacja “wynik przypadkowo dobry”.

Marek zasapał gniewnie.

 – Los był niesprawiedliwy. Należały mi się co najmniej dwa punkty, a wynik wcale nie był dobry „przypadkowo”. Czy nie po to autorzy testu wycenili to zadanie aż na dziesięć punktów, żeby można było wypunktować wszystko, co zdający zrobi dobrze?

Skupił wzrok na żyrandolu, żeby się uspokoić. Po chwili kontynuował.

 – Postanowiłem złożyć odwołanie, żądając ponownego sprawdzenia testu. Uczelnia miała dwa tygodnie na udzielenie odpowiedzi, ale niezbyt się spieszyła. Odwołanie złożyłem na początku lipca, ale dni mijały, a odpowiedź nie nadchodziła. Czekanie umilałem sobie chodzeniem na grzyby, regularnie wyprawiałem się w tym celu do okolicznych lasów.

Tak nadszedł 4 września. Była niedziela, właśnie wróciliśmy z ojcem z lasu i jedliśmy obiad, gdy doręczono telegram. Była w nim krótka wiadomość: moje odwołanie zostało odrzucone. Dlaczego uczelnia tak późno odpowiedziała? Nie chcieli zostawić mi czasu na dalsze drążenie tematu? Wstydzili się przyznać do błędu? Zapomnieli? Jakkolwiek było, i tak nie miało już znaczenia: trzeba było szukać innego wyjścia.

 – Nazajutrz kupiłem gazetę i gorączkowo ją wertowałem, szukając informacji o wolnych miejscach. Znalazłem: Wydział Chemiczny mojej politechniki ogłaszał dodatkowe egzaminy. Od razu tam pojechałem, żeby złożyć dokumenty.

Egzaminy okazały się prawdziwym survivalem: miejsc było tylko osiem, za to chętnych zgłosiło się aż 150. Zbieranina tych, którzy tak jak ja latem zdawali na inne wydziały, a teraz nagle zapałali miłością do chemii. Właśnie dlatego, że szansa na sukces była znikoma, wszyscy byli wyluzowani i wzajemnie sobie życzliwi.

Zdałem egzaminy pisemne z fizyki i z matematyki, zdałem też angielski. Tym samym zakwalifikowałem się do egzaminów ustnych. Miejsc było nadal tylko osiem, ale ilość kandydatów zmniejszyła się do 40. Byłem nawet zadowolony z tego, że będą to egzaminy ustne, bo do testów nie miałem już zaufania.

Pogłaskał się nerwowo po policzku, a potem odchrząknął.

 – Wyniku egzaminów ustnych nie podawano: miały one zostać wywieszone w dziekanacie kilka dni później. Byłem jednak dobrej myśli, bo oba egzaminy poszły mi gładko. Zastanawiałem się tylko, dlaczego matematyk prowadził egzamin sam, natomiast obok fizyka siedział jakiś facet (później dowiedziałem się, że był to prodziekan). Kiedy odpowiedziałem na wszystkie pytania, zadane mi przez fizyka, ten powiedział:

 – Dziękuję, to ja już nie mam więcej pytań.
A potem spojrzał pytająco na prodziekana, który zadał mi jedno, proste pytanie:

 – Na jaki kierunek zdawał pan latem?

 – Na Budowę Maszyn – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
I to była ta jedyna zła odpowiedź, jakiej udzialiłem podczas tego egzaminu. Nic więc dziwnego, że nie znalazłem swojego nazwiska na liście przyjętych na studia. Z wywieszonych w gablocie informacji wynikało, że zdałem ustny egzamin z matematyki, ale nie zdałem z fizyki. Pewnie dlatego, że prodziekan miał jakiś wpływ na wystawienie oceny, a zdawanie przeze mnie latem na inny kierunek oznaczało dla niego, że jestem na chemii osobą przypadkową.

X

 – Czyli nie dostał się pan w końcu na studia?

 – Niestety, tamten rok akademicki miałem z głowy… To już koniec? Mam nie mówić dalej?

 – Proszę usiąść, kolejny fragment wspomnień odtworzymy podczas hipnozy.

 – Byłem zdołowany, więc pojechałem do dziadków na wieś, żeby się psychicznie zregenerować. Nic ważnego tam się nie wydarzyło.

 – To może być ważniejsze, niż mogłoby się na pozór wydawać, panie Marku.

 – Mój pobyt na wsi? Nie wierzę. A poza tym, niewiele pamietam.

 – W stanie hipnozy pacjent przypomina sobie takie szczegóły, o których jego świadomość dawno zapomniała albo ich w ogóle nie zarejestrowała. Ma pamięć fotograficzną.

 – Widzi wszystkie przedmioty tam gdzie były? 

 – Można tak w uproszczeniu powiedzieć.

 – Jak to możliwe?

 – Uaktywniają się określone obszary mózgu, które normalnie zbyt aktywne nie są.

 – Proszę mi wybaczyć, ale to dziwnie brzmi. To jakaś fikcja.

 – Trans hipnotyczny to nie fikcja, to fakt. Jestem psychoanalitykiem, nie hochsztaplerem.

 – A jest jakaś różnica?

 – Widzę, że wraca panu poczucie humoru. To dobry znak.

 – Oby. A może pan doktor kiedyś sfilmuje mnie, jak jestem w hipnozie? Chętnie bym siebie potem obejrzał.

 – Z zasady nie filmuję, ale dla pana moge zrobić wyjątek. Pomyślę o tym.

 – Dziękuję.

 – To bierzmy się do roboty, panie Marku. Proszę wygodnie usiąść i skupić wzrok na jednym punkcie, na przykład na tym obrazku na ścianie. Proszę się skoncentrować na swoich wspomnieniach. I poczuć się tak, jak wtedy.  

XI

Jestem w pociągu, jadę do dziadków na wieś. Mam zamiar pobyć tam ze dwa tygodnie, zregenerować się psychicznie, zapomnieć o niedawnych, egzaminacyjnych emocjach i zastanowić się nad przyszłością.

O, właśnie wysiadam z pociągu na stacji Warszawa Wschodnia. Idę na inny peron, wsiadam do kolejki elektrycznej. Teraz to już nie potrwa długo. Jadę do Mińska Mazowieckiego. Siedzę przy oknie, patrzę. Uwielbiam mazowieckie krajobrazy, te piaszczyste polne drogi, te malownicze, sosnowe zagajniki… 

Jestem już w Mińsku! Gdzieś tu musi być przystanek autobusowy… O, tam! Wsiadam, jadę do Kałuszyna. Małe, ciche miasteczko: kościół, remiza, skwer, cmentarz… Teraz idę prosto do wioski moich dziadków. To ponad trzy kilometry, ale chętnie się przejdę.  

Ta wieś to coś w rodzaju naszej rodzinnej kolebki. Na skraju, w starym, drewnianym domu, krytym słomianą strzechą, mieszkają bliscy mi ludzie – babcia i dziadek, rodzice mojej mamy. Od dzieciństwa często do nich jeździłem, w pierwszych latach z mamą, a później sam. Zawsze ładowałem tam swój duchowy akumulator.

Obora, stodoła, komórka, studnia, sad, pole, nieco dalej las, należący do dziadka – to wszystko tworzy harmonijną całość, w której czuję się dobrze. To, że żyje się tutaj skromnie i surowo, w niczym mi nie przeszkadza.

Kiedy byłem mały, lubiłem wdrapywać się na drzewa i zrywać jabłka, gruszki albo śliwki. Kiedy dziadek doił, przychodziłem do obory z kubkiem, żeby dostać trochę jeszcze ciepłego mleka prosto od krowy. Chętnie chodziłem z krowami na pastwisko, gdzie zazwyczaj rozpalałem ognisko i siadałem przy nim, żeby poczytać książkę. Paliłem tam olchowe gałęzie, więc strasznie dymiło.

Teraz też od pierwszego dnia szukam sobie zajęcia, chcę aktywnie wypoczywać. Tym bardziej, że przecież jestem już dorosły i mogę pomagać dziadkowi w gospodarskich zajęciach.

Właśnie jedziemy konnym wozem do lasu, gdzie wytniemy kilka drzew. Dziadek zawsze starannie wybiera drzewa do wycinki, żeby nieco przerzedzić swój las, ale nie tworzyć w nim pustych placów. Układamy pnie drzew na furze, żeby je przewieźć do gospodarstwa. Tam zrzucimy je obok komórki i porąbiemy, żeby przygotować zapas opału na zimę. Gotuje się tutaj na starym piecu z fajerkami, opalanym drewnem, dlatego opał jest ciągle potrzebny, niezależnie od pory roku.

Znów jestem w lesie, tym razem sam. Szukam grzybów, ale jeśli nic nie znajdę, to też się nie zmartwię; nazbieram do torby suchych szyszek. Przydadzą się, dobrze się nimi pali. Ale widzę, że grzyby jednak są i to sporo. Gąski! To świetnie, babcia ugotuje rosół na gąskach, nie wiedzieć czemu nazywany przez nią “czubik”. To jedna z moich ulubionych potraw, co za smak…

XII

 – Dlaczego wyrwał mnie pan z hipnozy? Chcę tam wrócić!

 – Wystarczy, odtworzył pan dokładnie swoje ówczesne myśli. Jak dziś wygląda to gospodarstwo? 

– Ostatni raz byłem tam z dziesięć lat temu. Jedna ruina: po oborze i stodole śladu nie ma, w zarośniętej studni jest mokra glina zamiast wody, płoty się rozleciały, sad zdziczał. Z domu pozostała tylko sterta spróchniałych desek… Więcej tam nie pojadę, wolę pamiętać to gospodarstwo takim, jakim było kiedyś, kiedy babcia i dziadek żyli.

 – Stan obecny powoduje ból, więc ucieka pan od rzeczywistości. 

 – Może i tak. Uciekam. 

 – Przemijanie to jedna z tych rzeczy, z którymi najtrudniej się pogodzić.

 – To prawda.

 – Warto jednak pamiętać o tym, że nie godzenie się z faktami nie unieważnia tych faktów.  

 – Niestety… Co teraz, doktorze? Mam opowiadać, co było dalej?

 – Nie, potencjał tego wątku został chwilowo wyczerpany. Lepiej byłoby zrobić mały przeskok w inny okres pańskiego życia.

 – Wyczerpany potencjał? Nie powiedziałbym… To był moment przełomowy, wtedy wiele się w moim życiu zmieniło. Będąc jeszcze na wsi, ułożyłem sobie plan działania: iść do pracy, a jeśli wiosną nie wezmą mnie do wojska, to w czerwcu znów zdawać egzaminy wstępne na politechnikę, tym razem od razu na chemię. 

 – Jaka to była praca?

 – Zatrudniłem się jako robotnik magazynowy w zakładach odzieżowych. Mieszkałem z rodzicami, więc na nocleg i jedzenie nie musiałem nic wydawać. Całą wypłatę miałem dla siebie.

 – Proszę wybrać najciekawszy epizod z tego okresu. 

 – Jasne. Ale muszę się położyć, bo wtedy lepiej mi się opowiada.

XIII

Marek nerwowo potarł dłonią czoło, spojrzał na sufit. W pierwszej chwili wydawało mu się, że wielki żyrandol spada wprost na jego głowę; wzdrygnął się i odruchowo zasłonił twarz dłońmi. Kiedy oczekiwany cios nie nastąpił, spojrzał w górę raz jeszcze, a potem odetchnął z ulgą. 

 – O czym ja miałem mówić? A tak, o tej pracy… Ale zacznę od ulicy, przy której stał nasz dom. Długa, wąska, na całej długości gęsto obsadzona kasztanowcami. Te drzewa były dla mnie od dzieciństwa odbiciem kalendarza natury: wczesną wiosną pojawiały się na nich liście, potem kwiaty, które szybko przekwitały i zasypywały całą okolicę swoimi białymi platkami, w następnej kolejności na drzewach pojawiały się małe, zielone kulki kasztanów… Kolczaste kulki rosły i rosły, a potem pękały, dzięki czemu na jezdnię i na chodniki spadał grad brązowych kasztanów… Samochody rozjeżdżały te kasztany na miazgę; kiedy spadł deszcz, ten kasztanowy proszek rozpuszczał się w wodzie i na asfalcie pojawiała się piana, jak z szamponu… Gdy kasztanów zabrakło, to zaraz potem spadały ostatnie liście i drzewa straszyły od tej pory czarnymi, nagimi konarami. Było wiadomo, że nadchodzi zima.

Właściwie to nie wiem, dlaczego chciałem o tym opowiedzieć. Ale musiałem.

Uśmiechnął się blado, westchnął.

 – Ta ulica to miejsce moich niezliczonych wyjazdów i powrotów, rozstań i spotkań, pożegnań i powitań. Tego dnia też tą ulicą wracałem do domu, idąc z dworca. Odpoczynek na wsi dodał mi sił, byłem naładowany energią jak akumulator. 

Pracę od razu znalazłem, wystarczyło pójść na pośredniak. W czasach PRL praca była zawsze, ale trudno było kupić to, co się chciało, za zarobione pieniądze.

Robota była dość ciężka, trzeba było się nadźwigać. Koledzy z pracy byli całkiem w porządku: szczerzy, bezpośredni, nawet jeżeli z pozoru trochę surowi. Kiedy tylko zdarzyła się wolna chwila, to natychmiast wyciągaliśmy dużą kartkę papieru w kratkę i graliśmy w “tranzystora”, doszliśmy w tej grze do perfekcji. Dziwna sprawa, nigdy wcześniej ani później w tę grę nie grywałem, tylko tam.

Wolnych chwil było jednak mało, bo przedsiębiorstwo wysyłało za granicę ogromne ilości swoich produktów: piżamy, ręczniki, podomki, szlafroki itp. Eksport ten szedł głównie do ZSRR i innych krajów bloku wschodniego, ale także do RFN, skąd co miesiąc przyjeżdżał po ciuchy specjalny TIR.
Towar trzeba było zapakować do kartonów, kartony pospinać stalowymi blachami, potem poukładać kartony na wózkach, z wózkami zjeżdżać windą na rampę i załadować towar na ciężarówkę.

Mimowolnie wzdrygnął się, jakby poczuł zimno.

 – Tak się złożyło, że z końcem grudnia 1978 r. zaczęła się Zima Stulecia, która zmroziła cały kraj i pokryła go grubą warstwą śniegu. Odbiło się to również na naszej firmie. Dzień przed Sylwestrem jak zawsze przyszedłem na siódmą do pracy i miałem iść do domu o piętnastej, ale tuż przed fajrantem pojawił się niespodziewany problem. Okazało się, że na stacji stoi wagon, który ma zostać załadowany towarem z naszej firmy. Wagon i tak nie odjedzie, bo tory są zasypane śniegiem, ale jeśli nie załadujemy wagonu przed końcem roku, to nasze przedsiębiorstwo zapłaci osiowe, czyli wysoką karę za przestój. Jeżeli zaś towar znajdzie się w wagonie, to firma nic nie będzie płaciła, wagon będzie sobie spokojnie stał, a wszystkie koszty spadną na PKP.

Nagle okazało się, że kondycja finansowa firmy leży w naszych rękach, a dyrekcja liczy na nas i obiecuje, że nadgodziny zostaną nam wypłacone co do złotówki. Zabraliśmy się ostro do pracy: jedni pakowali towar, zwozili go na rampę i wrzucali na samochód, a drudzy wśród szalejącej śnieżycy jeździli na stację i ładowali towar do wagonu. Byłem w tej pierwszej grupie; zwijaliśmy się jak w ukropie, żeby uniknąć przestoju, żeby na wracającą ze stacji pustą ciężarówkę czekały na rampie wózki z towarem. Stale istniało zagrożenie, że padający śnieg uniemożliwi ciężarówce dojazd do wagonu.

Marek ziewnął przeciągle. Potrząsnął głową i usiadł na łóżku.

 – Mam już dość. Tak na koniec powiem, że wszystko skończyło się dobrze: około dziesiątej rano cały towar znalazł się w wagonie. Byłem wyczerpany, od razu po powrocie do domu położyłem się spać. Obudziłem się późnym wieczorem, zjadłem coś, powitałem razem z rodzicami Nowy Rok, złożyłem im życzenia i znów poszedłem spać.

To przedsiębiorstwo już od dawna nie istnieje, w dawnym biurowcu firmy mieści się teraz ZUS. Pracowałem tam tylko pół roku, ale wciąż mam w pamięci ludzi, których tam poznałem. Sentymentalny dureń ze mnie.

XIV

 – Bardzo dziękuję, może pan iść. Ciekawe to było, zrobiłem sporo notatek.

 – Przydadzą się?

 – Na pewno. Jakieś terapeutyczne wnioski da się z tego wyciagnąć.

 – Kiedy mam teraz przyjść?

 – Za trzy tygodnie.

 – Dopiero? Panie doktorze, wolałbym wcześniej…

 – Nie miałoby to sensu. Zebrałem całkiem pokaźny materiał, który muszę teraz posegregować i przeanalizować. Jak pan przyjdzie za trzy tygodnie, to weźmiemy się ostro do pracy, zaatakujemy tę pańską neurozę.

 – Bardzo się cieszę. Opowiem wtedy o tym, jak podczas otrzęsin na studiach…

 – Czyli dostał się pan jednak na tę politechnikę?

 – Rok później, tak jak planowałem. Na chemię. I w trakcie tych otrzęsin odbywały się tam rozmaite wygłupowe konkursy, zadania. Mój kolega Jurek dostał proste z pozoru zadanie – miał nadmuchać kondoma. Wziął go do ust, dmuchał wytrwale, aż kondom przybrał kształt balonika. Wtedy jednak coś go zaniepokoiło, przyjrzał się dokładnie balonikowi i powiedział do studenta trzeciego roku, od którego tego kondoma dostał: „ – Wiesz co, on był chyba używany.” 
Student założył okulary, spojrzał uważnie na trzymany przez Jurka balonik i odpowiedział: „ – Faktycznie, używany. Poczekaj, dam ci czystego.” 
Po czym sięgnął po nowego kondoma. Ale Jurek go nie wziął, pobiegł do kibla zwymiotować.

 – Pyszna opowieść. Ale niech pan coś zostawi na nasze następne spotkanie, chętnie posłucham.

 – Sporo zostawiłem, nie ma obawy.  Do zobaczenia, doktorze.

 – Do widzenia.

XV

 – Tak, słucham? Pan w jakiej sprawie?

 – Jak to w jakiej? Jestem umówiony z doktorem Borzęckim. Na seans terapeutyczny, jak zawsze.

 – Jaki seans? Jeszcze jeden się znalazł! Ludzie, co was napadło! To prywatne mieszkanie, a nie gabinet lekarski.

 – Pan doktor przyjmował mnie tutaj wiele razy, ostatnio trzy tygodnie temu.

 – Wynająłem to mieszkanie dwa tygodnie temu i żadnego gabinetu lekarskiego nie prowadzę. Do widze…

 – Zaraz, zaraz! Tu był gabinet, na drzwiach była tabliczka… Właśnie, gdzie się podziała?

 – Nie ma tabliczki, bo nie ma gabinetu. Tak trudno to pojąć?

 – Może i jestem znerwicowany, ale aż tak źle ze mną nie jest, żebym nie pamiętał. Przychodziłem tu!

 – To pańska sprawa. Już mówiłem: mieszkam tu od dwóch tygodni, lekarzem nie jestem, gabinetu nie prowadzę.

 – Może ja chociaż wejdę na chwilę, sprawdzę…

 – Nie ma mowy! Niczego pan w moim domu nie będzie sprawdzał. Zresztą, jeśli nawet pan tu kiedyś bywał, to teraz wszystko wygląda inaczej. Pan Borzęcki zabrał swoje meble, a ja przy przeprowadzce wstawiłem swoje.

 – Borzęcki! Czyli potwierdza pan, że tak się nazywał poprzedni lokator!

 – Takim nazwiskiem się przedstawił. Tylko raz się z nim spotkałem, żeby odebrać klucze. Ale lekarzem to on chyba nie był, o żadnej medycynie nie wspominał.

 – A co mówił?

 – Powiedział, że jest inżynierem, konstruktorem turbin. Jego firma dostała kontrakt na budowę elektrowni w Indiach, więc teraz tam jedzie. Na jakieś dwa, trzy lata. Tyle wiem.

 – Inżynier? Przecież to psychoanalityk, wybitny specjalista w dziedzinie neuroz

 – Uprzedzał mnie, że mogą tu czasem przychodzić jacyś dziwni ludzie, jak to określił, którzy będą szukać gabinetu lekarskiego. Powiedział, żeby się tym nie przejmować, że jego też ci ludzie nękali, bo widocznie kiedyś, dawno temu, był tu gabinet. I faktycznie przychodzą, tak jak pan. Gdybym otworzył tu firmę albo jakąś knajpę, to nie potrzebowałbym reklamy.

 – Nie ma w tym nic śmiesznego, to oszustwo! On sam wielokrotnie mnie tu przyjmował i sporo mu za te wizyty zapłaciłem.

 – Proszę się nie przejmować, są przecież inne gabinety lekrskie. Prawdziwe.

 – Nie mam pojęcia, co o tym myśleć. Przepraszam, jeżeli byłem trochę zbyt obcesowy.

 – Nie gniewam się, nie ma sprawy. Ja też nie wiem, co o tym sądzić, ale szczerze mówiąc, nic mnie to nie obchodzi. Teraz ja jestem tu najemcą i dobrze mi się tu mieszka. Może nawet wykupię ten lokal na własność.

 – To ja już pójdę… Do widzenia. 

 – Miło mi było. A słyszał pan? Podobno wykopano z ziemi ten kamień z datą 1837 na Placu Słowiańskim.

 – Wykopano? Jak to? Gdzie jest?

 – Nie wierm. Kamień znikł, została tylko dziura w ziemi.

 – Kiedy to się stało?

 – Ja widziałem to miejsce jakiś tydzień temu. Kilka dni po przeprowadzce, kiedy mieszkanie miałem już urządzone. Akurat szedłem na pocztę, to przechodziłem obok tej dziury.

 – Dziękuję panu. I przepraszam za kłopot. 

 – Do widzenia.

XVI

Powiedzieć, że Marek był załamany, to powiedzieć mało. Był przybity. Szedł wolno, ze wzrokiem spuszczonym ku ziemi, obojętnie mijając innych przechodniów.

Najbardziej bolało go nawet nie to, że został oszukany, lecz to, że teraz nie miał już komu się zwierzać, nie miał przed kim ujawniać swoich najtajniejszych myśli, obaw i lęków. Dzięki wizytom u Borzęckiego przyzwyczaił się do regularnego wyrzucania z siebie nadmiaru emocji, zwłaszcza tych negatywnych. To mu pomagało w codziennym życiu i zapewniało trochę spokoju. Wiedział, że bez tego będzie mu ciężko.

„A miałem mu dzisiaj opowiedzieć o tym, jak raz byłem bliski śmierci. Mówił, żebym coś zostawil na następną wizytę, a okazało się, że nie zamierzał już się ze mną spotkać. Jak tu nie mieć nerwicy, skoro nikomu na tym świecie nie można wierzyć?” – pomyślał z goryczą.

Wlókł się bezmyślnie, noga za nogą, a przed oczami bezwiednie odtwarzał mu się epizod, jaki dawno temu zdarzył się w hali fabrycznej. Miał wtedy urlop dziekański z uczelni z pięciomiesięcznym nakazem pracy “w przemyśle chemicznym lub spożywczym”, więc wrócił do Elbląga i zatrudnił się w zakładach armatury samochodowej. Była to praca na trzy zmiany przy prasach hydraulicznych.  

Kiedyś, na nocnej zmianie, wytłaczał blachy, mające stać się w wyniku tej czynności deskami rozdzielczymi. Położył kolejna blachę na matrycę, podniósł ręce do góry i nacisnął przyciski (trzeba było równocześnie nacisnąć oba, każdą dłonią inny, by prasa ruszyła; to było zabezpieczenie, żeby nikt nie mógł uruchomić prasy, trzymając jedną rękę na matrycy). Po naciśnięciu ciężka prasa “przeleciała” z hukiem, wycinając blachę, a potem stanęła u góry. Wtedy trzeba było pochylić się całym ciałem nad matrycą, żeby uchwycić dalszy koniec blachy i wyszarpnąć wytłoczoną i powycinaną w różnych miejscach blachę z matrycy: inaczej nie dałoby rady tej blachy wyjąć. Za każdym razem tak robił, ale w tym momencie był już zmęczony, więc postał jeszcze chwilę, żeby wziąć głęboki oddech. I właśnie w tym momencie prasa ruszyła: nie uruchamiana zrobiła pełen przelot, jak przy wytłaczaniu, a potem znów stanęła u góry, na swoim miejscu.

„Gdybym od razu wziął się za wyciąganie blachy, zostałaby ze mnie tylko krwawa plama” – pomyślał i aż się wzdrygnął na myśl o tym, co mogło się wtedy stać. Zaraz potem przyszło mu jednak na myśl, że miał wtedy szczęście i chyba nie jest aż takim pechowcem, za jakiego sam siebie uważa. Od razu nabrał większej pewności siebie.

„Może gabinet doktora Borzęckiego jednak istnieje, a ja się po prostu pomyliłem, poszedłem nie do tego mieszkania albo nawet nie do tej klatki schodowej? Może ten facet, który mi otworzył drzwi, był tylko pacjentem pana doktora, jakimś psycholem, który mnie oszukał? Może to tylko zły sen albo jakiś omam? Muszę tam jeszcze raz pójść, upewnić się. Ale najpierw zajdę na Plac Słowiański, bo mam niedaleko. Sprawdzę, czy jest tam ten kamień z datą.”

Wyprostował się, przyspieszył kroku.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko