Jan Adam Borzęcki – Koncert na ciszę*

0
415
Franciszek Maśluszczak

Późna noc. Leżę w ciemności ze słuchawkami na uszach dziękując losowi za umożliwienie mi powrotu do muzyki, za którą w swej głuchocie tęskniłem bodaj najbardziej. Dzięki zepsutej latarni zaokienny mrok był równie głęboki jak cisza i chociaż mój nieco ułomny słuch nie pozwalał na odbiór muzycznych niuansów, tym co do mnie docierało byłem w pełni usatysfakcjonowany.

Jeden z największych życiowych przełomów wiąże się właśnie z odkryciem muzyki. Dochodziłem do niej równie mozolnie jak do plastyki, bo pod tym względem moje wiejskie dzieciństwo było jedną wielką pustynią. W nieostrej pamięci plączą się jakieś ludowe melodie oraz piosenki z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX w., ale pamięć nie zanotowała ani jednego taktu muzyki klasycznej. Potem byli big beatowi idole i próby ich naśladowania. Za punkt honoru uznawało się znajomość światowych hitów, zbieranie fotosów idoli i biograficznych ciekawostek. Muzyka poważna i jazz leżały daleko poza nawiasem zainteresowania i pozostawiało się je jakimś dziwakom, którzy dla katowania uszu chodzą do filharmonii lub jazzowych piwnic. Zainteresowanie ambitniejszą muzyką pojawiło się dopiero podczas studiów. Pewnego dnia, przechodząc obok filharmonii i widząc afisz z programem – pamiętam, że w repertuarze był Bach i Albinoni – pomyślałem, iż powinienem wybrać się na koncert. Choćby po to, aby z czystym sumieniem móc odpowiedzieć sobie na pytanie o powody niechęci do tego rodzaju muzyki. Wyszedłem z mieszanymi uczuciami, ale z mocnym postanowieniem powrotu. Prawdę mówiąc kierowało mną nie tyle zauroczenie muzyką, co zwyczajny snobizm. Wyobraziłem sobie jakie wrażenie wywrę na towarzystwie mówiąc mimochodem, że wracam z filharmonii. Jednak zdawałem sobie sprawę, że taki chwyt przejdzie jedynie wśród laików, bo każdy koneser rozpozna we mnie zwyczajnego pozera i że wystarczy jedno pytanie aby wykazać moją indolencję. Postanowiłem więc popracować nad sobą i zdobyć przynajmniej tyle muzycznej wiedzy, aby nie wyłożyć się na najprostszym pytaniu. Zacząłem chodzić na koncerty, a za czas jakiś muzyka klasyczna stała się niezastąpionym elementem mojego życia.

W drugim pokoju spała Anna, ale znając głębokość jej snu, nie musiałem obawiać się dekonspiracji. Zawsze zazdrościłem jej tego głębokiego transu, bo odkąd pamiętam mój sen był płytki i budził mnie lada szelest. Kiedy syn był mały na mnie spadał obowiązek nocnego czuwania i poruszania kołyską. Bo nasz syn przez kilka pierwszych miesięcy sypiał w oryginalnej kołysce na biegunach, dzięki czemu mogłem ustawić ją obok swojego tapczanu i w razie potrzeby delikatnie kołysać. Kołyskę dostaliśmy od znajomego, który wygrzebał ją gdzieś na strychu, odnowił i najpierw wykołysał w niej swoją córkę, a potem przekazał nam. Na jej górnym zagłówku wymalowane było czerwone serce i dwa gołąbki.

Pierwsza dekada dzieciństwa naszego syna była chyba najszczęśliwszym okresem mojego życia. To było tak, jakbym przez całe dziesięć lat słuchał miniatur skrzypcowych J.S. Bacha. Patrząc na piękniejącą Annę i podobnego do niej syna byłem estetycznie zasycony i dumny, że jestem częścią tego naoliwionego szczęściem mechanizmu. Nasz  dom skutecznie filtrował niepokoje świata, który odbity w oczach najbliższych wydawał się pewny i stabilny. Właśnie wtedy na czas jakiś polubiłem bliźnich, poczułem dumę z tego, co osiągnąłem i pewność, że mogę o wiele więcej, choć prawdę mówiąc nie bardzo wiedziałem, czego mogę chcieć jeszcze. Zapewne dlatego tamten okres pełen jest świetlnych refleksów na wiślanej wodzie, słońca, którego widma odnajdywałem w kolorach staromiejskich kamieniczek oraz głębokiego, dobrego cienia z Wąwozu Królowej Jadwigi i tuzina innych jarów, w które obfituje ta urokliwa okolica. A także kwitnących sadów, które wiosną czynią miasto wyspą na tle kwietnego raju. Przede wszystkim jednak odnajdowałem się w prostocie finezyjnej attyki gotyckiego Ratusza, którego nie zdołała oswoić nawet renesansowa cyzelatura.

Leżałem w przyjaznej ciemności, słuchałem jednego z koncertów Arcangelo Corellego i czułem się szczęśliwy. Muzyka przechodziła przez mnie, wywołując wewnętrzną łagodność, niwelując dzienne niepokoje, zbliżając do metafizyki. Byłem w środku jakiegoś miękkiego, przyjaznego świata, gdzie nic mi nie groziło, nic nie zgrzytało, a dźwięki unosiły jak latający dywan. Coś rozpływało się we mnie, wywabiało plamy, sadziło drzewa wzdłuż mojej drogi i tonowało ekscesy codzienności. Czułem, że jestem we właściwym miejscu i czasie, a kiedy zamykałem oczy, widziałem w scenografii obrazy El Greca, Rembrandta i innych wspaniałych malarzy ze szkoły holenderskiej; byłem świadkiem narodzin Wenus i kochankiem kochanki Ludwika XIV; spływałem po myjących się kobietach Degasa i Bonnarda, a chcąc się dopasować, robiłem się geometryczny, jak kobiety Picassa. Pojawiające się obrazy mieszały się z zapamiętanymi konterfektami wszystkich moich łaskawych kobiet, które raczyły uchylić przede mną rąbka dobrej emocji i ten nowy wymiar intymnego dobrostanu. Najczęściej wracała do mnie dziewczyny, która pierwsza pokazała mi biust. Stoi przodem, a jej nagie, nieśmiałe piersi wyglądają tak zmysłowo, że wręcz kodują się w pamięci i mimo czasowego dystansu, wciąż jeszcze wywołują głód dotyku. Czuję jak muzyka obmywa jej nabrzmiałe młodością wypukłości, spływa na biodra i między uda, które zaczynają drgać, a potem nieśmiało się rozchylają. I oboje jesteśmy w tym muzycznym transie, który coraz bardziej przybliża nas do siebie, łączy, zespala, zmieniając się w ekspresyjny erotyczny taniec. I nawet nie wstydzę się, że nie mając doświadczenia, jej namiętne drżenie ciała początkowo wziąłem za objaw chłodu i okryłem ją swoim swetrem, na co ona, jakby szukając innego ciepła, objęła mnie za szyję i przylgnęła do mnie całym ciałem. Stałem bezradny, nie wiedząc co robić i jak ogarnąć ją sobą. Potem wziąłem jej twarz w swoje dłonie, pocałowałem, a ręce same opadły na jej piersi. W jej oczach odbijał się księżyc w pełni, którego blasku wystarczyło do wyczarowania trójkąta na jej łonie. Dalej przewodnikiem była namiętność… Ten spatynowany przeszłością obraz wchodzi do mojej głowy przy każdej kolejnej pełni, przypominając tamten liryczny wieczór, kiedy to stałem na progu nowej ery wtajemniczenia. O głębi przeżycia niech świadczy fakt, iż do dziś podczas każdej pełni moja głowa staje się księżycem, dookoła którego jak satelity krążą kobiety, którym ten nocny, ziemski towarzysz przydawał wyjątkowości.

Pewnie obraz ten idealizuje moja nostalgiczna melancholia, a może zwyczajnie usiłuję oszukać swój wiek, chcąc oderwać się od tej dołującej codzienności z jej obniżającą samoocenę powtarzalnością. I dobrze mi z tą iluzją, bo już od dawna konstatuję, że z upływem lat potrzebuję coraz mniej wrażeń zewnętrznych, a coraz więcej dzieje się wewnątrz mnie. Może tak działa instynkt samozachowawczy, odwracając uwagę od niezbyt sympatycznego odbicia w lustrze oraz natrętnego obrazu starca podglądającego Zuzannę?

Życie nauczyło mnie, że każdy z nas ma w sobie swoją muzykę, z którą zestraja się i która zmusza go do refleksji, podnieca, denerwuje i osacza. Czasem wydaje mi się, że jednym z elementów porozumienia między ludźmi są nie tylko wspólne sprawy i zajęcia, feromony, interesy ani wspólna modlitwa, ale właśnie wspólna muzyka, przy której smakuje radość, smutek i miłość. A rozstajemy się, kiedy ta muzyka przestaje być wspólna.

Kobieta i muzyka – dwa uzupełniające się żywioły, a może tylko moja odyseja? Szczerze mówiąc dotąd nie sądziłem, jak wielką rolę w moim życiu odgrywały kobiety i że to właśnie one tak bardzo zdominują moją pamięć. Interesowały mnie od dziecka, a fascynacja zaczęła się już w przedszkolu, kiedy z ciekawością obserwowałem inność dziewczynek i przyglądałem się ich zabawom. Przyciągała mnie do nich ich miękkość, łagodność i ładność, której wtedy nie potrafiłem zdefiniować. Patrzyłem jak bawiąc się niańczą lalki, zmieniają im pieluchy, a potem kołyszą do snu. Albo jak udając dorosłe, rozmawiają o zakupach, gotowaniu i problemach z leniwymi i zaglądającymi do kieliszka mężami. Wtedy nie wiedziałem, że tak naprawdę grają rolę swoich matek, przenosząc na przedszkolny grunt rodzinne relacje. W tym samym czasie chłopcy ścigali się po pokoju, mocowali się, przewracali na podłogę lub budowali coś z klocków, aby za chwilę to coś rozwalić. I chociaż w końcu dołączałem do nich, chyba jednak bliżej mi było do spokojnej zabawy dziewczynek, do których chętnie bym się przyłączył gdyby nie obawa wyśmiania przez kolegów. Odkąd pamiętam zawsze miałem jakąś sympatię, która zazwyczaj o tym nie wiedziała, bo była to adoracja na odległość. Niby przypadkowe dotknięcie, pogłaskanie po włosach. Potem była szkoła i kolejne ciche, sekretne zakochania i taplanie się w małych kompleksach, które będą rosły wraz ze mną. Pamiętam tę pierwszą, przy której sucho robiło się w ustach, plątał się język i na widok której dostawałem oczopląsu. A później przyszedł etap skłonności o podłożu erotycznym, kiedy najważniejszym atrybutem kobiety stał się seksapil i jego dostępność; kiedy do zawrotu głowy doprowadzał widok smukłych nóg, obłych bioder oraz wchodzących w oczy piersi. Zaczął się sezon erotycznych snów, polowań, zasadzek, pozornie niewinnych flirtów ze zmysłowymi podtekstami. Zdarzały się też dziewczyny, których erotyczne i estetyczne właściwości docierały dopiero po latach i do których chciałoby się wrócić.

Jedną z nich była Wanda, którą na własny użytek nazwałem Szyszką, bo pachniała lasem i żywicą. Łączyła nas miłość do muzyki Griega i niemal każdego wieczora słuchaliśmy Peer Gynta.  Miała fantastyczne gładkie ciało, które przy odpowiednim oświetleniu stawało się malachitowe i była pełna spontanicznej, erotycznej radości. Kochała się z wyraźną przyjemnością, nasycając akt delikatną, zdystansowaną pikanterią. Ale to panowanie nad sobą miało na celu spotęgowanie podniecenia, bo potem stawała się szalona. Otwierała się tak szeroko, że mogłaby służyć za pomoc naukową dla adeptów ginekologii. Uwielbiała kiedy zaglądałem do jej wnętrza i chcąc mi to ułatwić, ustawiała się pod światło. A po akcie przynosiła butelkę wina. Pijąc bez słowa patrzyliśmy na siebie i delikatnie się całując, wdychaliśmy zapach naszych ust. A rano niezależnie od tego, co za oknem, mówiła, że jest piękna pogoda. Nawet jeśli lało, a wiatr naginał drzewa. Podobało mi się także, że chociaż zwyczaj chodziła z rozpuszczonymi włosami, po każdym udanym akcie czesała się w kok, odsłaniając swoją długą grecką szyję i w tym uczesaniu chodziła cały dzień. Nawet jeśli nie zostawaliśmy razem. Było to na tyle przyjemne, że czasem po wyjściu z jej mieszkania ukrywałem się gdzieś za rogiem, aby wiedzieć jak idzie z dumnie podniesioną głową, bez kompleksu patrząc na ten świat, jakby nagle zmalał do rozmiarów jamnika. I byłem z siebie dumny, że to właśnie dzięki mnie z pionka na szachownicy awansowała do roli szachowej królowej; że stawała się świeżo naładowaną żywą butelką lejdejską, zdolną do wyzwolenia w sobie emocjonalnego huraganu. Czasem śledziłem ją nawet cały dzień, napawając się jej pięknym nasyceniem, a kiedy następnego dnia widziałem ją z niedbale rozpuszczonymi włosami, znowu nabierałem ochoty, aby zmusić ją do uczesania w kok. Nie pamiętam w jakich okolicznościach rozstaliśmy się, ale mimo upływu czasu wciąż ją wspominam, a kiedy na ulicy widzę kobietę z kokiem, przyspieszam, aby sprawdzić czy to przypadkiem nie Szyszka.

 Na dłużej zatrzymała mnie Alma, pozornie chłodna i zdystansowana blondynka sprawiająca wrażenie traktującej mężczyzn z góry i z politowaniem. Była radcą prawnym w jednej z miejscowych firm i częstą bywalczynią domów, które i mnie zdarzyło się odwiedzać. Poznaliśmy się w okresie jej psychicznego dołka, którego powodem było porzucenie przez Cezarego. Trzeba przyznać, że trafiła fatalnie, bo Cezary był zdecydowanym poligamistą, a jego dorosły życiorys przypominał slalom od kobiety do kobiety. W tym kontekście niemal półroczny romans z Almą był nie lada ewenementem. Odszedł do bliskiej koleżanki Almy, którą uczynił kolejnym koralikiem w jego erotycznym różańcu.

Na początku mnie i Almę łączyła jedynie dobra znajomość, a nasze szczere rozmowy pozwalały nam na psychiczne uporządkowanie. Patrząc z dystansu dochodzę go wniosku, że pełniłem rolę męskiego dopełniacza zwichrowanej kobiecości i poduszki, na której można się wypłakać. Zazwyczaj spotykaliśmy się w kawiarni, gdzie przez dwie, trzy godziny delektowaliśmy się rozmową na tyle zajmującą, że tego czasu nigdy nie uznawałem za stracony. I kiedy wydawało się, że docelowym efektem będzie solidna przyjaźń, pewnej niezbyt trzeźwej nocy weszliśmy na mniej platoniczny etap. To była bardzo intensywna miłość, dająca nie tylko wiele przyjemności, ale podbudowana wieloma wspólnymi zainteresowaniami, nienachlana i bez dolegliwej zazdrości. Przynajmniej tak wyglądało to z mojego punktu widzenia. Być może nawet coś by z nas było, gdyby nie Cezary, w którym zagrała ambicja i który dla pokazania mi swej męskiej przewagi, znowu zaczął ją adorować, a ona bez oporów znowu rzuciła się w jego ramiona. Trwało to krótko i już po miesiącu skłonna była wrócić do naszych układów, ale straciłem do niej zaufanie, a nasza dalsza znajomość przybrała charakter oficjalny. Poza tym dzieliła nas także muzyka – ona wielbiła Richarda Wagnera, którego ja nie trawię.

W młodości w kontaktach męsko-damskich liczył się tytuł zdobywcy i erotycznego konkwistadora. Z czasem moje związki z kobietami stawały się cieplejsze, życzliwsze i pełne dobrej woli. To nie była już zwyczajna chuć, ale uczucie życzliwego wzbogacenia pozytywną, intymną emocją.  Może dziś trudno to zrozumieć, bo czas i współczesny obyczaj spowodowały dramatyczną inflację wszelkich form stosunków międzyludzkich, przez co kontakt fizyczny przekształcony został w zwyczajny akt płytkiego relaksu, tracąc charakter sacrum. Wierzę jednak, że ludziom wrażliwym nie przeszkodzi natłok erotycznej nachalności i będą umieli skutecznie zaczarować wspólną rzeczywistość .

 Nigdy nie zabiegałem o tytuł konesera kobiet, nie zestawiałem rankingów ani nie formułowałem kategorycznych wyroków, poprzestając na życzliwych obserwacjach. Są kobiety, które wyzwalają umiejętność wyobrażenia sobie, że mógłbym je pokochać natychmiast, a nawet, że już kiedyś je kochałem. Zaskakujące jest jak szybko akceptuję ich powierzchowność, tembr głosu, miękkość włosów, kolor skóry i zapach. Wydaje  się, iż znam je od zawsze, a one znają mnie, rozumieją i są chętne, aby mnie kochać! Wręcz niewiarygodnym wydaje się, że spotkaliśmy się dopiero pięć minut temu. Mam przemożną pewność, że kiedyś staliśmy już naprzeciw siebie, że znamy swoje imiona, wiemy, co każde z nas za chwilę powie i kiedy się uśmiechnie. Wiem co za chwilę wyjmie z torebki i jakim gestem poprawi włosy. Ale najdziwniejsza jest otwartość i śmiałość patrzenia na siebie. Nawet kamuflowana lekko przymrużonymi powiekami  i zażenowanym skłonem głowy. A wszystko to zanim jeszcze pojawią się pierwsze słowa, które chociaż mogą wydać się zwyczajne, przecież takimi nie są. Różni je intonacja głosu, rozłożenie akcentów, a przede wszystkim inność spojrzenia zawierającego przekonanie, że właśnie dzieje się coś ważnego; coś, co zapowiada znacznie więcej. A to wszystko odbywa się jakby poza nami, jakby bez świadomości, jakby na jakiś wewnętrzny rozkaz. Zewnętrzny spokój koliduje z wewnętrznym rozedrganiem, rozgorączkowaniem i nieskutecznie kamuflowaną niecierpliwością.

Ale są też kobiety, z którymi było się blisko, ale nigdy się tak nie było. Kobiety, które mimo niesłychanej wręcz atrakcyjności, nie wywołują żadnego podniecenia, pozostają odległe jak filmowe diwy, które się podziwia, ale wzrokiem obojętnym i z szybko mijającym efektem. Najlepiej pasuje do nich komplement „piękna kobieta”, co jest pojęciem tyleż pozytywnym, co biernym, suchym i tak wypłukanym z emocji, że można zastanawiać się, czy nie powinien uchodzić za obrazę. Bo jeśli w kobiecie nie ma się nic interesującego, sięga się po to bezbarwne, wypłowiałe określenie z pawim ogonem, odznaczające się estetyczną obłością i brakiem charakteru.

Biorąc pod uwagę zaangażowanie emocjonalne, wręcz wierzyć się nie chce, że te kobiety tak szybko odeszły w zapomnienie. Czasem tak daleko, że nigdy nie wracają. Zwykle kończy się obojętnością przerywaną przypadkiem jakimś nieistotnym wydarzeniem i niejako archeologicznie odkurzanym.

Zastanawiając się nad problemem mojej ułomnej pamięci dochodzę do wniosku, że zapominanie może być jednym z najważniejszych procesów ocalających nas przed utonięciem w bezmiarze przeszłości; że bez tej naturalnej amnezji bylibyśmy składem bezładnie zwalonych obrazów, słów i emocji, które wywołane jakimś hasłem tłoczyłby się walcząc o pierwszeństwo. Bo wspomnień nie da się bibliotecznie skatalogować, ustawić na półce, a potem w zależności od potrzeby wyjąć, przeanalizować i wyciągnąć spóźnione wnioski. Albo oddać introligatorowi, aby połatał sfatygowane okładki i skleił wypadające stronice…

* * *

Podczas tamtych odwiedzin Anna wyglądała szczególnie pięknie. Chcąc mi zrobić przyjemność, założyła moją ulubioną, długą, obcisłą sukienkę koloru mocnego czerwonego wina, a na szyi zawiesiła stary, spatynowany wisior z czerwonym okiem, który miał walor natychmiastowego skupiania uwagi i którego głębia wręcz hipnotyzowała. Okolona iskrami okruchów szlachetnych kamieni, ciemnozłota tarcza miała w sobie wdzięk wyrafinowanej prostoty oraz sugestywnej tajemnicy przedmiotu będącego czymś więcej niż ozdobą. Przy odrobinie wrażliwości czerwony kamień naszyjnika stawał się alegorią skropionej krwią, skondensowanej niepokojem historii kraju, z którego pochodził. Kiedy dziś myślę o moim spotkaniu z tym cennym przedmiotem, przychodzi myśl o przeznaczeniu. Faktem jest bowiem, że moje dotychczasowe zainteresowanie biżuterią było niemal marginalne. Chyba że były to greckie lub rzymskie kamee, dzieła sztuki w rodzaju wytworów Benevuto Celliniego, „księcia złotników” Maria Buccellatiego lub fascynujące cuda z warsztatów  Alphonse’a Fouqueta, René Julesa Lalique, Frédéric Boucherona i Petera Carla Fabergé. Ale nawet jeśli na te jubilerskie cudeńka patrzę z podziwem doceniając walory estetyczne, inwencję i zręczność techniczną twórców, tę dziedzinę sztuki traktuję jednak z lekkim przymrużeniem oka widząc w niej jedynie chęć zaspokojenia ludzkiej próżności. W tym jednak przypadku magia tego naszyjnika musiała podziałać na mnie od samego początku, skoro nie gustując w tego typu drobiazgach, a nawet odnosząc się do nich z estetycznym dystansem, dałem się mu omotać do tego stopnia, że stał się naszym domowym talizmanem.

Kupiliśmy go od pewnej Rosjanki w podeszłym wieku, która po upadku Związku Radzieckiego przywiozła go do Polski. Spotkaliśmy ją na miejskim bazarze, gdzie w gromadzie rodaków handlowała jakimś szarym i nieefektownym badziewiem, którego jedynym walorem była niska cena. Przechodziliśmy mimo, kiedy spostrzegłszy Annę, dłuższą chwilę ją obserwowała, a potem podeszła szepcząc, że ma dla niej coś specjalnego. Prawdę mówiąc zatrzymaliśmy się z czystej uprzejmości, przypuszczając, że za chwilę uraczy nas widokiem jakiegoś pierścionka, którego blade lub zbyt czerwone złoto samo poda w wątpliwość swoją wartość. Albo że będzie to kicz w postaci azjatycko ornamentowanej broszki z fabrycznie wygiętej, żółtej blaszki z dodatkiem jakiegoś malachitowego ornamentu. Ale stało się inaczej, bo babina, odprowadziwszy nas na bok i czujnie się rozglądając, wyciągnąwszy zza pazuchy irchowy zwitek wydobyła zeń szlachetnie spatynowane, misterne cudo.

– Ja nie chciała oddawać tego w byle komu  i trzymała dla kogoś naprawdę wyjątkowego. Nikomu nie pokazywała, bo ja czuła, że kiedyś pojawi się ktoś, dla kogo ten naszyjnik przeznaczony. Bo to nie taka sobie błyskotka z czerwonego złota, ale stara jubilerska robota z petersburskiego warsztatu jednego z uczniów mistrza Fabergé, który przez lata ozdabiał co bogatsze damy carskiego dworu. A ten naszyjnik nosiła księżna Agafia Siergiejewna Amfiłowa, w tamtym czasie jedna z najpiękniejszych kobiet Petersburga, a może nawet całej Rosji. Moja matka była u niej pokojową, ale także zaufaną przyjaciółką i powiernicą najgłębszych sekretów. Znała jej tajemnice, nosiła sekretne liściki, wpuszczała, wypuszczała wieczornych kawalerów i pod drzwiami pilnowała aby nie zjawili się nieproszeni goście. A kiedy przyszły bolszewickie czasy, księżna dała jej na przechowanie ten cenny naszyjnik. Mówiła, że jak się to wszystko uspokoi, osobiście go od niej odbierze albo przyśle po niego kogoś zaufanego. Ale potem po księżnej słuch zaginał, a naszyjnik przez kilkadziesiąt lat leżał w skrytce  w ramie portretu matki. Nie nosiła go ani ona, ani ja, bo w tamtych czasach obnoszenie się z takim drogocennym drobiazgiem mogło zaprowadzić prosto na Tagankę, do gułagu, a nawet na śmierć. Strach też było sprzedać, bo księżna mogła upomnieć się o swoje, a poza tym ktoś mógł donieść władzom, że przechowujemy burżujskie klejnoty. To trzymało się w ukryciu, a teraz ja przywiozła go do Polski, bo tu bezpieczniej. Rozglądała ja się po ludziach, ale nikt mi do niego nie pasował. Stoję tu od tygodnia, przyglądam się paniom, przymierzam do nich naszyjnik, ale nie widziałam takiej, która mogłaby go nosić. Dopiero jak zobaczyłam panią, poczułam, że przywiozłam go specjalnie dla pani. Bo pani taka podobna do księżnej Agafii, jakby była jej bliźniaczą siostrą albo córką!

Z tekturowej okładki wyjęła zdjęcie młodej, pięknej, dystyngowanej, spokojnie patrzącej w obiektyw aparatu kobiety, ubranej w luźną, białą suknie z dekoltem odsłaniającym szczyty piersi. Może to spowodowana sytuacją sugestia, ale patrząc na Annę rzeczywiście odniosłem wrażenie, że ta fotografia to obraz jednego z jej wcześniejszych wcieleń. Tak samo patrzące wyraźne oczy, taki sam prowokacyjny układ ust i taka sama burza pofalowanych, opadających nad prawą brew włosów. Gdybym nie znał historii rodziny Anny, byłbym skłonny uwierzyć w jej petersburskie, arystokratyczne pochodzenie.

Nie targując się zbytnio kupiłem naszyjnik, chociaż kosztował niemal dwie miesięczne pensje. Nabyłem go nie dlatego, że był efektowny, podobno złoty i cenny, ale bardziej z zauroczenia historią, a przede wszystkim z powodu podobieństwa Anny do jego pierwszej właścicielki. Kupiłem go razem z fotografią księżnej Agafii, którą oprawiłem i powiesiłem nad moim biurkiem, gdzie zawisła obok ulubionych gadżetów i najbliższego mi portretu Anny. A ponieważ w chwili zrobienia fotografii księżna mogła być w jej wieku, faktycznie wyglądają jak siostry i często bywają tak odbierane. A między fotografiami, w przezroczystym etui wisi naszyjnik, któremu zielonkawy nalot patyny dodaje szlachetności.

Ponieważ znam Petersburg, patrząc na Annę wyobrażam ją sobie idącą Newskim Prospektem, mijającą Miedzianego Jeźdźca, wchodzącą po schodach okalających kompleks Ermitażu lub oddalającą się po zwodzonym Fińskim Moście. Więc chociaż znajomi radzili oddać naszyjnik do wyceny, nigdy tego nie zrobiliśmy. Nawet nie z zaufania do naszej Rosjanki, ale dla nas jego cena nie miała większego znaczenia. Bo gdyby nawet okazało się, że to błyskotka bez większej wartości lub bezcenny klejnot, niczego by to nie zmieniło. Są w końcu rzeczy ważniejsze od pieniędzy i im wcześniej się to zrozumie, tym większe ma się szanse na spokojne i szczęśliwe życie.

Legenda naszyjnika wyzwoliła we mnie pasję historyka będącej efektem sceptycyzmu Anny, która wieczorem doszła do wniosku, że zapewne okazaliśmy się naiwni wierząc w przypowieść sprytnej handlarki, która tego typu historie serwuje dla wywarcia odpowiedniego wrażenia i podbicia ceny. Jeśli chodzi o mnie, nie mając żadnego argumentu potwierdzającego prawdziwość, intuicyjnie skłonny byłem uwierzyć w jej prawdomówność. Na wszelki wypadek postanowiłem jednak zajrzeć do historii aby poszukać w nich śladu księżnej Agafii. Okazało się to dość proste, bo nasza urocza bohaterka była na dworze nie lada personą, której pozycję utrwalił status metresy samego wielkiego księcia Michała Romanowa.

Rychło wiedziałem o niej całkiem sporo.

Księżna Agafia pochodziła z bogatego rodu kurlandzkiej magnaterii, który książęcą nobilitację otrzymał jeszcze z rąk pruskich monarchów. Młoda księżna niemal całe życie spędziła w Petersburgu, gdzie mieszkała z matką po jej separacji z mężem, który stolicę omijał szerokim łukiem. W miejscu żony posadził drobną szlachciankę, która przysporzyła mu dwóch synów, zresztą formalnie nigdy nieuznanych, ale sowicie wyposażonych. Legalną żonę i córkę książę finansował pod warunkiem, że pozostaną w Petersburgu i nie będą wtrącać się do jego spraw. Ze wspomnień jednego z carskich dworzan wynika, że matka Agafii też nie była święta  utrzymując bliskie kontakty z pewnym generałem carskiej gwardii, który to romans zaczął się, kiedy ten dowodził jedną z rozlokowanych w Kurlandii dywizji. Podobno to było zasadniczą przyczyną separacji, a właściwie faktycznego rozwodu. A kiedy generał objął ważne stanowisko w petersburskim garnizonie, Anna Leopoldowna zostawiła męża i przeniosła się do stolicy. I chociaż związek był tajemnicą poliszynela, wszystko odbywało się z zachowaniem pozorów. Wszak wiadomo, że  lubujący się w rozwiązłości carski dwór celował w tego typu hipokryzji.   Ponoć miłosna komitywa rozpadła się kiedy generał zaczął zalecać się do dorastającej Agafii, a chcąc uniknąć skandalu car wyprawił go do jakiegoś kaukaskiego garnizonu. Młoda księżna przeszła do dworskiej historii przede wszystkim z powodu kilku skandali na tle męskiej konkurencji do jej wdzięków. Musiała mocno iść do głów skoro najpierw strzelali się o nią dwaj oficerowie Sztabu Generalnego, a potem jednego ze szczególnie upartych wielbicieli car musiał wysłać aż do Stambułu z ambasadorską nominacją. Dramatu przysporzył także związek Agafii z wielkim księciem Michałem, bo odsunięta od łask była metresa usiłowała ponoć popełnić samobójstwo wypijając jakieś świństwo, a kiedy szczęśliwie ją uratowano, wyjechała do Włoch, osiadła w Wenecji i do Rosji już nie wróciła. A potem przyszła pierwsza wielka dwudziestowieczna wojenna karuzela, a bolszewicka rewolucja zmiotła carski porządek.

Dalsze losy Agafii nie są znane. Ostatnia informacja pochodzi z obozu Kołczaka, do którego podobno dotarła, a potem ślad się urywa. W pamiętniku jednego z emigrantów jest wzmianka jakoby księżna miała przedostać się do Sofii, a potem do Włoch, ale nikt inny informacji tych nie potwierdził. A może prawdą jest to, co napisał jeden z historyków, zresztą nie podając źródeł, że po rozbiciu białych wojsk, wraz z uciekinierami usiłowała dostać się do Chin i zginęła podczas granicznej potyczki.

Z naszego punktu widzenia najdonioślejszego odkrycia dokonałem podczas pobytu w Petersburgu, gdzie w Muzeum Miejskim natknąłem się na fotografię księżnej Agafii zrobioną podczas jakiegoś dworskiego balu na rok, może dwa przed I wojną. Fotografia ta  pozwoliła na oddalenie podejrzeń o fikcyjności podanych nam przez sprzedającą informacji i utwierdziła wartość złotego cacka. Otóż na tym zdjęciu Agafia ma na sobie naszyjnik będący dziś własnością mojej żony, która przedłuża tamtą legendę i czyni ją współcześnie wiarygodną. Dlatego czasem do mojej żony zwracam się Wasza Książęca Wysokość, co wcale nie jest żartem ani sarkazmem, bo mimo wielu kryzysów, cichych dni i licznych zwątpień, Anna niewątpliwie zasługuje na tytuł Wielkiej Księżnej mojego życia.

* * *

Zdarzyło się to wczesną wiosną w końcu lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, podczas powrotu z odwiedzin mieszkającego na Śląsku chorego przyjaciela. Wieczorem znalazłem się na małym dworcu i szukając ciepła krążyłem po poczekalni, a potem zamówiwszy kawę usiadłem przy stoliku dworcowego baru. W pewnej chwili poczułem, że ktoś mi się przygląda. Jestem wyczulony na tego rodzaju patrzenie i wystarczy, że ktoś kilka razy zaczepi o mnie wzrokiem, abym natychmiast poczuł nieprzyjemny dreszcz. Rozglądając się, zauważyłem obserwującego mnie mężczyznę, który zorientowawszy się, że został zdemaskowany, wolno podszedł do mojego stolika.

– Pan prokurator B.? Czy mnie pan pamięta?

Rzeczywiście zanim zostałem adwokatem przez kilka lat byłem prokuratorem, prowadziłem śledztwa, przesłuchiwałem i oskarżałem. I chociaż z pracą prokuratora pożegnałem się przed wieloma laty, nie wykluczam, że ktoś, kogo skutecznie oskarżyłem, odsiadywał jeszcze jakiś dłuższy wyrok. W każdym razie od mojego dawnego zajęcia odszedłem tak dalece, że dziś tamten rozdział jawi mi się rozmazaną plamą. Zresztą chyba nie pozostawił we mnie zbyt dobrych wspomnień, skoro wracam doń rzadko i niechętnie.

Patrząc na stojącego obok mężczyznę, usiłowałem go sobie przypomnieć, ale bez skutku.

– Pan wybaczy, ale nie pamiętam czy i kiedy mieliśmy przyjemność…

– Osobiście raczej nie nazwałbym tego przyjemnością, ale rozumiem, że to zwrot retoryczny.

Zaśmiał się, a potem podał jakieś nic niemówiące mi nazwisko, a  chcąc uaktywnić moją pamięć, zapytał, czy pamiętam sprawę gwałtu w… Tu padła nazwa pewnej podsandomierskiej miejscowości.

I wtedy przypomniałem sobie tamto zdarzenie, które moja pamięć zarejestrowała zapewne dlatego, że było moim debiutem w zakresie tego rodzaju przestępstw.

Pewnego dnia do mojego gabinetu wszedł szef i zlecił wykonanie czynności w sprawie o gwałt. Ponieważ była to moja pierwsza tego typu sprawa, miałem wątpliwości czy jej podołam, ale przecież kiedyś trzeba było zacząć. Najbardziej obawiałem się przesłuchania zgwałconej, bo nie mając w tym względzie doświadczeń wypytywanie o szczegóły zdarzenia wydawało mi się wręcz niestosowne.

Z akt sprawy wynikało, że chodzi o typowe, nieskomplikowane dowodowo zdarzenie. Pod nieobecność rodziny pewien zakochany młodzian usiłował zmusić dziewczynę do erotycznej uległości ale uniemożliwiła mu interwencja matki dziewczyny, która uwolniwszy ją od nachalnych amorów, zabrała na posterunek milicji, uruchamiając prawną procedurę, a efekty postępowania wylądowały na moim biurku.

Dobrze pamiętam przesłuchanie dziewczyny. Może dlatego, że było to moje pierwsze przesłuchanie w tego typu sprawie, a może dlatego, że ofiara okazała się kobietą w moim typie. Natalia miała 19 lat, była ładną, wielkooką i długonogą brunetką, której zawstydzenie i niepewność jeszcze dodawały uroku. Pamiętam jej rozdygotane ręce i wstydliwie spuszczane oczy oraz włosy na początku spięte w koński ogon, które podczas przesłuchania uwolniły się opadając na twarz i szyję. Chyba nawet powiedziałem jej, że w takim uczesaniu wygląda atrakcyjniej. Pamiętam też, że miała ładnie wykrojone biodra, długą, zmysłową szyję oraz nieśmiałe piersi, które miały tę właściwość, że ani na moment nie pozwalały o sobie zapomnieć. Usprawiedliwieniem ostrości mojej pamięci niech będzie fakt, że miałem wtedy 25 lat i kobiece wdzięki interesowały mnie równie mocno, jak każdego zdrowego mężczyznę.

W trakcie śledztwa okazało się, że bohaterowie tego niefortunnego zdarzenia dobrze się znali, a nawet łączyły ich romantyczne więzi. Znali się od początku liceum, razem bywali na imieninach, zabawach, czasem w kawiarni lub w kinie, ale mimo wzajemnych  był to układ czysto platoniczny. Jeśli nie liczyć śmielszych dotyków. Czuła się przy nim bezpieczna, bo był delikatny, troskliwy, wyrozumiały i niczego od niej nie żądał. Aż do tego wieczoru. Kiedy przyjechał, była w domu sama, bo matka poszła do siostry hołubić wnuka. Na początku nic nie zapowiadało dramatu. Siedzieli, rozmawiali, pili herbatę, umawiali się, że następnego dnia pójdą na imieniny do koleżanki. Nie było żadnych erotycznych podniet. Dlatego kiedy zaproponował, aby mu się oddała, przyjęła to za żart i odpowiedziała, że musi poczekać aż będzie duża. Wtedy popchnął ją na łóżko, unieruchomił ręce, przydusił sobą, ściągnął jej majtki i rozpiął sobie spodnie. Szamotali się czas jakiś i może byłby dopiął swego gdyby nie powrót matki. On uciekł przez okno, a ją, zanim zdążyła ochłonąć, matka zaprowadziła na posterunek, gdzie przyjęto protokół zawiadomienia o przestępstwie. I chociaż z opinii lekarskiej wynikało, że tamtego wieczoru do stosunku nie doszło, w nomenklaturze prawniczej jego zachowanie kwalifikowało się na co najmniej usiłowanie gwałtu.

Przesłuchiwałem ją długo i skrupulatnie wypytując o najbardziej intymne szczegóły, czasem nawet wychodząc poza granicę procesowej niezbędności. Ale chociaż jej w zeznaniach wyczuwało się wahanie i jakby brak wiary we własne słowa, bynajmniej mnie to nie zaniepokoiło, bo kto w podobnej sytuacji zachowywałby się inaczej? Poza tym przekonały mnie łzy. Wtedy jeszcze wierzyłem płaczącym kobietom.

Roman nie wyglądał na przestępcę, ale gdyby sądzić po wyglądzie, trzeba byłoby uwierzyć w niewinność większości skazanych. Był wysokim, śniadym brunetem w typie podobającego się kobietom amanta. Mówił że nie zgwałcił, że ją kocha i nie byłby w stanie jej skrzywdzić. Nie wie dlaczego Natalia twierdzi, że to był gwałt, skoro sama zgodziła się. I że cała sprawa jest albo nieporozumieniem, albo szantażem ze strony niechętnej mu matki, która nie mogąc odpędzić go inaczej, postanowiła zagrać va banque. Wcześniej próbowała skłócić go z Natalią, bo zaplanowała dla niej inną partię.

Jeśli nawet miałem jakieś wątpliwości, rozwiała je Natalia, która podczas konfrontacji podtrzymała wcześniejsze zeznania. I chociaż czyniła to jakby bez przekonania, złożyłem to na karb przykrych okoliczności. Dziś pewnie byłby to dla mnie sygnałem ostrzegawczym, ale wtedy brak doświadczenia i współczucie zakłóciły śledczą czujność. Nie bez znaczenia było zachowanie Romana, który podczas konfrontacji ani słowem nie odniósł się do zeznań Natalii. Milczał kiedy przedstawiałem mu zarzut gwałtu i kiedy zakomunikowałem decyzję o tymczasowym aresztowaniu. Milczał też kiedy dwa tygodnie później zaznajamiałem go z materiałami śledztwa. Na jego milczenie narzekał też, wynajęty przez matkę adwokat. Podczas rozprawy nie odpowiadał na pytania sądu, nie wykazał zainteresowania, kiedy zażądałem dlań trzech lat więzienia, milczał kiedy sąd zapytał o ostatnie słowo.

Zgodnie z moim wnioskiem dostał trzy lata.

Jego matka, nawet po wyroku, często przychodziła, aby się wyżalić, wypłakać i żarliwie dowodzić jego niewinności. Ale chociaż potrafiła siedzieć godzinę lub dwie, nie miałem sumienia jej wyprosić. Słuchałem cierpliwie uznając, że matki mają prawo wierzyć w uczciwość swoich dzieci. Po jakimś czasie przestała przychodzić, a ja wkrótce potem prokuraturę zamieniłem na adwokaturę, co definitywnie zamknęło tamten rozdział.

– Chyba sobie pana przypomniałem…

Nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć. Pewnie zgadł, że mam kłopoty z konwersacją, bo wziął jej ciężar na siebie.

– Upłynęło już tyle lat, że myślę o tym bez emocji. Pozbierałem się, uporządkowałem i nie mam do nikogo żalu. Przecież nie można sobie wszystkim obciążać pamięci. Ale co my tak będziemy gadać na dworcu! Zapraszam do nas. Mieszkam przy sąsiedniej ulicy, zaledwie jakieś pięć minut drogi. Żona się ucieszy, bo siedzi na urlopie wychowawczym i nie ma kontaktu z ludźmi. No, niech pan nie oponuje, bo nie będzie pan miał okazji poznać dalszego ciągu mojej… chciałem powiedzieć naszej historii.

Opierałem się tłumacząc, że zaraz mam pociąg, a poza tym żona może nie być zadowolona z niespodziewanego gościa, ale uparł się i trochę wbrew sobie uległem. A może raczej posłuchałem intuicji?

Mieszkał na tyle blisko, że z okien mieszkania widać było nawet tablicę z rozkładem jazdy oraz dworcowy zegar. Otworzyła młoda kobieta.

– Pozwoli pan, że przedstawię moją żonę, chociaż sądzę, że mógłbym to sobie darować…

Chciałem się przywitać i przeprosić za niezapowiedzianą wizytę, wyciągnąłem dłoń i na moment tak pozostałem. Przede mną stała Natalia! Tak, ta sama, którą jako ofiarę przesłuchiwałem w swoim prokuratorskim gabinecie. Nieco zmieniona, ale nie na tyle, aby jej nie można było rozpoznać. Nawet uczesana była tak, jak jej wtedy radziłem! Oboje śmiali się z mojego zaskoczenia, posadzili w fotelu pod palmą, przedstawili sześcioletniemu Bartkowi oraz rocznej Józefince. A potem na stole pojawiła się kawa i butelka.

Chcąc jakoś zacząć, zapytałem go o matkę.

– Nie żyje. Wylew. Byłem już wtedy na wolności. Wspominała pana i to, że jej pan współczuł…

Znowu przypomniała mi się tamta zgięta kobiecina z dłońmi ostrymi jak tarka, zmęczonymi oczami w oprawie głębokich bruzd. I nagle poczułem się nieswojo, zupełnie jakbym był winien jej zgryzoty i jakbym pomagał wieczyście zamknąć oczy.

Rozmowa nie kleiła się i w końcu zacząłem zastanawiać się nad pretekstem pożegnania, ale w międzyczasie gospodarz napełnił kieliszki, co wpłynęło na mnie na tyle ośmielająco, że nie wytrzymałem.

– Powiedzcie, jak to się stało, że wy tak…

Roman milczał utkwiwszy wzrok w żyrandolu, Natalia jakby się spłoszyła, a ja zacząłem żałować swej obcesowości. Przecież mogłem poczekać aż sami podejmą temat. Może zresztą nie chcieli o tym mówić?

Przez pewien czas milczeliśmy, a potem Natalia, patrząc gdzieś ponad moją głową, zaczęła cicho.

– Bo widzi pan, naprawdę to wtedy było trochę inaczej…

Jej monolog da się streścić mniej więcej tak.

Zaczęła od trudnego dzieciństwa bez ojca i z mało zaradną matką, której nigdy nic się nie udawało. Ją i siostrę trzymała krótko i nie spuszczała z oczu. Ponieważ Natalia dobrze się uczyła, matka zdecydowała, że to ona będzie się edukować, a siostrę szybko wyda się za mąż. Natalia miała zdać maturę i zostać urzędniczką w mieście albo w pobliskim urzędzie gminy i nie brudzić sobie rąk pracą na roli. Do szkoły dojeżdżała autobusem, bo chociaż przy szkole był internat, matka zdecydowała, że poza domem może zejść na złą drogę. Nie pozwalała też na męskie towarzystwo, bo chłopcy myślą tylko o jednym, a głupie dziewuchy dają się wykorzystywać. Przez kilka lat poddawała się matczynej dyktaturze, ale kiedy poznała Romana, zaczęły się emocjonalne problemy. On rok wcześniej ukończył liceum, a ponieważ nie dostał się na studia, podjął pracę w mieście i przygotowywał się do drugiego podejścia do egzaminu. Pochodził ze wsi położonej po drugiej stronie miasta, ale mając motocykl, często ją odwiedzał. Na początku spotykali się w mieście, ale kiedy ktoś doniósł o tym matce, zarządziła aby z nim zerwała, a kiedy odmówiła, zgodziła się, aby przyjeżdżał do niej do domu, bo tu będzie ich miała na oku. Tyle tylko, że Roman matce nie pasował, bo zaplanowała dla niej dobrą partię z pieczarkarnią, warsztatem samochodowym i materialnymi perspektywami. Taki scenariusz miał wszelkie szanse realizacji, a  Roman pójdzie na studia i tyle go będzie widziała. A jakby nawet, to co on takiego po tych studiach będzie robił i czy będzie mógł zapewnić jej godziwe utrzymanie? A jeśli ona liczy, że też pójdzie na studia, to niech sobie to wybije z głowy, bo ona nie będzie jej utrzymywać do śmierci. Poza tym ktoś musi zapewnić jej jaką taką starość. Na szczęście Romana to nie zniechęciło. Przyjeżdżał, pomagał w gospodarstwie, remontował dom, a jak trzeba, pożyczał pieniądze, o które się nie upominał. Dla Natalii był ciepły i opiekuńczy, a dla przyszłej teściowej grzeczny i uczynny.

I stało się, że pewnego dnia Natalia sama mu się oddała, a ponieważ nie czuła wyrzutów sumienia, kochali się często, ale w tajemnicy, bo matka była coraz bardziej podejrzliwa i groziła, że jak coś zauważy, wyrzuci ją z domu.

Tamtego wieczora Roman zastał Natalię samą i zebrało im się na amory. Kiedy usłyszeli odgłos otwieranych drzwi, było już za późno.

– Powiedziałam Romanowi, żeby uciekł przez okno, a ja postaram się sprawę wyjaśnić. Ale matka podbiegła do mnie z tak wściekłą twarzą, że się zapomniałem języka w gębie. Nazwała mnie szmatą, zaczęła bić i kazała wynosić się z domu. I wtedy ze strachu powiedziałam, że Roman chciał mnie zgwałcić. Nie sądziłam, że zaciągnie mnie na posterunek i zacznie się ten tragiczny teatr. Aby wyglądało bardziej wiarygodnie, podrapałam sobie nogi i porwałam majtki. Brnęłam nie zdając sobie sprawy, że zanurzam się w bagno. Dopiero u pana… To długie przesłuchanie, konfrontacja… Koszmar!

Siedząc na korytarzu zdecydowała, że kiedy Roman wyjdzie z przesłuchania, razem powiedzą matce prawdę i niech się dzieje, co chce. Ale on już nie wyszedł.

Tymczasem sprawa poszła między ludzi, pokazywali ją palcami, przychodzili z prawdziwymi lub ironicznymi słowami współczucia, mężczyźni bezczelnie proponowali pomoc. A ten od pieczarek uprzedził matkę, żeby na niego nie liczyła, bo z kurwą to on się nie ożeni. Natalię ogarniała psychiczna apatia. Najbardziej przybiła ją rozmowa z matką Romana, która zaklinając na wszystkie świętości, prosiła o ratunek dla syna, bo nawet jeśli zrobił jakieś głupstwo, to chyba tylko dlatego, że jest bardzo zakochany.

– Przecież on świata poza tobą nie widzi! On nawet o niczym innym rozmawiać nie umie. Przecież ty też chyba nie jesteś z kamienia.

I Natalia chciała go ratować, ale czuła się coraz bardziej zaszczuta. A potem o sprawie napisały gazety i koło się zamknęło. Myślała nawet o samobójstwie, ale stchórzyła, chciała wyjechać, ale nie miała gdzie i do kogo. Co noc przyrzekała sobie, że na rozprawie powie prawdę, ale kiedy zobaczyła sędziów, prokuratora, adwokatów i Romana prowadzonego przez milicyjny konwój, znowu zabrakło jej odwagi.

Z rozprawy pamięta tylko milczenie Romana…

O wyroku dowiedziała się od niekryjącej satysfakcji matki. Popadła w jakiś letarg i nie pamięta, co się z nią działo. Maturę zdała chyba jedynie dzięki współczuciu nauczycieli, bo w głowie miała pusto jak w kościele w codzienne południe.

Kilka tygodni później, dzięki pomocy adwokata, podszywając się pod siostrę Romana, dostała widzenie, na którym powiedziała mu, że do wszystkiego się przyzna.

– Pogłaskał mnie po dłoni i poprosił, abym tego nie robiła, bo mogą wsadzić mnie, a co on wtedy zrobi? A ja płakałam jak głupia i nie wiedziałam, co robić. Właśnie wtedy uwierzyłam w miłość…

Pisali do siebie często, ale tylko o tym co będzie. Po maturze, wbrew woli matki, ale z akceptacją wuja, który zgodził się ponosić koszty, poszła do pomaturalnego studium i została laborantką. Z dyplomem poczuła się na tyle silna, aby wyjechać ze wsi, podjąć pracę i zamieszkać w mieście. I cierpliwie czekała aż wyjdzie. Wiele razy zastanawiała się, czy naprawdę go kocha, a to czekanie traktuje jak obowiązek zrekompensowania mu przykrości, ale brak zainteresowania innymi mężczyznami i tęsknota przemawiały za miłością.

Po dwóch latach Roman wyszedł na przedterminowe zwolnienie, ale Natalia nie czekała pod bramą. Bała się, że przekroczenie progu więzienia coś w nim odmieni, że może dopiero wtedy poczuje żal, a może nawet zechce się zemścić.

Po wyjściu z więzienia Roman pojechał do matki. Nie miał żadnych planów, nie wiedział co z sobą zrobić i czego chce. Niby szukał pracy, ale mu na niej nie zależało.

Do spotkania doszło nieco ponad dwa miesiące po jego wyjściu z kryminału. Na Boże Narodzenie Natalia przyjechała na wieś i los sprawił, że jechali tym samym autobusem. Wysiedli, a on bez słowa wziął ją za rękę, przytulił i pocałował. Ludzie stali, dziwili się, ale jej było wszystko jedno. Po przyjściu do domu oznajmiła matce, że wychodzi za mąż za Romana i wygarnęła całą prawdę o rzekomym gwałcie i matczynej dyktaturze, a matka bez słowa pokazała jej drzwi. Później oboje pojechali na Śląsk i pobrali się. Dokładnie po sześciu miesiącach od jego wyjścia z więzienia. A potem on zatrudnił się w jednej z kopalń, podjął zaoczne studia na politechnice, a po ich ukończeniu zaczął piąć się w firmowej hierarchii. Ona podjęła pracę w laboratorium, w którym pracuje do dziś. Mają dwójkę dzieci, mieszkanie, samochód.

I siebie.

Ponieważ zbliżała się godzina odjazdu pociągu, zacząłem zbierać się do wyjścia. Co prawda gospodarze proponowali nocleg, ale w domu czekały na mnie wcześniej zaplanowane obowiązki. Pożegnałem się z Natalią, a Roman uparł się odprowadzić mnie na dworzec. Idąc mówiłem coś o rehabilitacji, kasacji wyroku, ale machnął ręką.

– Kilka lat temu nastąpiło zatarcie skazania. A czy pan wie, że jestem szczęśliwy? Żonę mam naprawdę wyjątkową, udane dzieci, względny dostatek. Może to wszystko dzięki temu, co się wtedy stało? Może ta próba pozwoliła mi uwierzyć w siebie, a jej w miłość? Zresztą przecież przez całe życie nie można pamiętać tylko zła.

Kiedy pociąg ruszył, pomachał mi ręką. Potem wpadliśmy w ciemność, a ja siedząc w pustym przedziale zastanawiałem się, czy powinienem mieć wyrzuty sumienia i czy owa usankcjonowana sądowym wyrokiem, rzekomo obiektywna prawda obciąża w jakiejś mierze także mnie.

Chyba nie doszedłem do niczego, bo zasnąłem.

                                                               Jan Adama Borzęcki

*Fragment większej całości.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko