Agnieszka Rykowska – Kowalik – Miniatury literackie

0
302
Franciszek Maśluszczak
Franciszek Maśluszczak

W starej szafie

W starej szafie wiele można znaleźć.
Stary dziennik – na pierwszej stronie: tata wieczorem poszedł kury zamknąć.
Gumofilce zostawił w piwnicy.
Przyjechali Darek z Olkiem karaski łowić, przyjechały chudziny na ryby.
Sukienka kosztowała dziesięć tysięcy złotych.
Dla P. byłam nijaka, bezbarwna,
z D. też skończyło się rozstaniem, bo krów nie umiałam doić.

Pełno listów w starej szafie,
życzeń świątecznych, okolicznościowych,
niewysłanych, czystych kopert i widokówek.
Wykłady z psychoterapii,
kilka zapowiedzi tego, co zaszło.
Kurs rowerowy oraz podręczny przewodnik kierowcy,
nawet słownik wujka Stasia z
nazewnictwem łacińsko-polskim z chirurgii operacyjnej.
Oj, łezka się kręci, bo jego prawicą przepięknie napisany.
I papierów bez liku, dokumentów, akt notarialnych,
również indeks się przyplątał oraz legitymacja studencka.
O! I akt małżeństwa. Niestety pusta okładka. Moc życzeń.
I jeszcze kronika rodzinna – nieco zaniedbana, prawie bez wpisów, jakby gospodarzy zabrakło.
W starej szafie kalendarze z numerami telefonów, imionami, nazwiskami, których już się nie pamięta.

O starą szafę muszę dbać jak o własne ciało i duszę.
Czasem drzwi w niej zaskrzypią, czasem mocniej się otworzą.
Może to wuj Staś przyszedł po słownik albo tata szuka gumofilców
czy D. chce przeprosić za krowy?
Stara szafa już niemodna. Każdy będzie miał ją w nosie.
Któż poleci na grubą, wysłużoną?
Nawet złodziej się odwróci, machnie ręką,
bo kto by udźwignął głowę starej kobiety.


Cień

Lubię rozmawiać z lustrem.
Moja brzydota nie pójdzie w gorset, szminkę,
sweterek od Armaniego czy farbowanie włosów.
Czekam na siwy włos. Z niecierpliwością.

Wyrzucić lustro to pozbyć się cienia,
a pozbyć się cienia to brak procesu indywiduacji.
Człowiek nie wyzwala się. Zbieram wektory. Dośrodkowe.
Odśrodkowe zamieniają się w procę, a ja już nie chcę strzelać.

*

O ławko samotnie stojąca w parku…
Tu twój dom, ale zgubiłaś cień.
Włóczy się samotnie po mieście.
Nie może tak być. Będziemy głodni!
Wracajcie cienie na samotną ławkę, wracajcie!
Stare liście spłoszy wiatr, rozpacz zgasi nadzieja.


Chłopiec sprzed wystawy sklepowej chce zjechać ze mną na sankach

na klatce piersiowej usiadł sen;
to dziwne tak śnić od kilku dni:
unosił cię silny nurt, aż głowa roztrzaskała się o skały.
niby nic się nie wydarzyło, ale ciężko, jakby żar
napierał na brata w ostatniej fazie raka płuc.

tymczasem uśmiechasz się, zaczepiasz palcem.
wraz z pierwszymi śnieżynkami wypuszczasz skrawki listów:
wczoraj mama dotknęła skałę, ma rozerwane udo,
ale nadal ładnie się uśmiecha.
powiedz jej, żeby kupiła jeszcze piórnik, kalesony i kinder niespodziankę.
a ten, którego kiedyś nazwała nieodpowiedzialnym, który pewnego dnia odszedł,
niech nie wraca. czasem go sobie wyobrażam, ale to jak życie na marsie.


Z listów do A.

z wiekiem coraz gorzej zatemperowany ołówek
pozostaje długopis i pióro ale ryzyko ubrudzenia większe
gdyby tak pomazać tablicę jak Tereska Adwentowska
a potem zjeść kredę tylko czy da się zagryźć złe wspomnienie
zapić bez efektu pomroczności jeśli za wszelką cenę chcę
wyprzeć traumę to i tak powstaje biały obrus szyty grubymi nićmi dramatu

ostatnio żyłam w toksycznej relacji ze słabym człowiekiem
wywlekał nitkę po nitce z mojego swetra bo chciał mieć taki sam
i oto stałam się naga
– nie martw się okryję cię – powiedział Jerzy
dał mi płaszcz
boję się że słaby człowiek będzie powracał w snach tak jak inni
którzy stanęli na mojej drodze a może syndrom sztokholmski działa

Jerzy mówi że to chore mówić o oprawcy:kocham tęsknię i wypatrywać jego słów
odetnij się raz na zawsze od toksycznych zacznij wlewać kolory w siebie
odłam jak gałęzie ludzi którzy rozdają słowa nienawiści wylewają żółć
nie czytaj
ręce przestały drżeć mimo że pisanie z Jerzym to nie była poezja
przestały drżeć
muszę pamiętać o tabula rasa
pieścić ją obejmować
jeszcze raz i jeszcze raz


Jesteśmy tym w czym się odbijamy

Idę z siostrą. Będę czytać w ruchu o jasnych kłosach, peluszce i łubinie.
W pobliskim lasku zrywałyśmy gałązki, maliny, 
a dalej rosły słodkie kosztele – od czasu do czasu przeganiały nas
stada baranów i szczekanie psów. zimą jabłka były twarde i nadal słodkie
jak zimne lody

Tą drogą wracałam z koleżankami ze szkoły. Za uśmiechy opowiadałam niekończące się historie.
W polu wiatr rozwiewał moje włosy – niczym korzenie próbowały się wbić w soczystą ziemię.
Nieopodal zbierano ziemniaki, a tam przy rowie rodzice zostawili braciszka, gdy stawiali snopki. Pewnie później bardzo się zaniepokoili, bo mały wziął kijek i powędrował z kijkiem – kierownicą,
w domu zaś powiedział:”babcia zianziady”, co oznaczało oranżady.

Idę z siostrą, mijamy łąki, pola; z uśmiechem na twarzy mówi:
– Teraz czuję się bardzo młodo.
Odbijam się w jej szczęśliwym oku i myślę, że mam tak codziennie, czytając o peluszce, łubinie, pszenicy.


Ocalić

“Nie ma powodu, żeby się użalać, bardziej dotkliwa bywa śmierć za życia”
Marta Podgórnik „Zimna książka”

gdyby tak skończyć z pisaniem
o toksycznej miłości cierpieniu
śmierci

jak rośliny
z nadzieją oczekiwać deszczu
nim kłos zamieni się w chleb powszedni

niczym roztańczone drzewa w środku burzy
pogubimy ubrania buty
a biodra rozkołyszą się w rozedgranych na wietrze
gałęziach

w gorących promieniach zalśnimy
czekając by owoce dojrzały
potem będziemy zlizywać z ust wyborny sok

w cieniu strzechy na ławce
usiądzie starzec
otworzy pięść z bryłą ziemi
a ja z kieszeni płaszcza wyjmę nasiona

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko